sobota, 15 grudnia 2012

46. Przebudzenie



Miał wrażenie, jakby minęło kilka godzin. Zaraz... Minęło kilka godzin. Kilka godzin męcząco powolnego marszu u boku dwóch znudzonych koni; cóż może być piękniejszego. Mimo tego on nie marudził, wpatrzony w zarys karczmy, do której się zbliżał.
Zbliżali. Cador jeszcze żył. Chyba.
Wreszcie byli na tyle blisko, by Larkin mógł ujrzeć sylwetkę czekającej na ganku Ariene. Prawdopodobnie stała na warcie przez cały ten czas – nie zdziwiłby się. Przymrużył powieki, ale kontynuował wędrówkę, zatrzymując konie dopiero metr przed drzwiami.
– Spokojnie – mruknął do zwierząt, które już strzygły uszami w stronę stajni.
Ledwie wierzchowce stanęły, wiedźma błyskawicznie zbiegła po kilku stopniach i pochyliła się nad Cadorem, sprawdzając oddech. Potem dotknęła jego czoła, upewniając się, że obrońca nie ma gorączki. Gdyby miał, oznaczałoby to, że w jego ciele stało się coś gorszego niż zdiagnozowała w lesie.
Odetchnęła z ulgą, nie odkrywszy żadnych poważnych objawów. Skóra obrońcy była nieco cieplejsza, zanosiło się na stan podgorączkowy, ale to nie wróżyło poważnych obrażeń wewnętrznych – od nich już byłby rozpalony.
Wyprostowała się nieco sztywno, wróciła na ganek i otworzyła na oścież drzwi karczmy, skinieniem dłoni wołając młodego chłopaka, który to miał zająć się końmi, kiedy oni będą wnosić rannego do środka.
Zaraz wróciła z powrotem do Cadora, ponownie odhaczając w myślach wszystko, czego potrzebowała do ustabilizowania stanu zdrowia obrońcy. Bała się, że kiedy zdejmie z niego zaklęcie, okaże się, że jest gorzej niż się jej wydaje teraz; przygryzła wargę, na ułamek sekundy przymknąwszy oczy.
Nie panikuj.
Chłopak zdawał się mieć spore doświadczenie i dobrą rękę do koni; tak przynajmniej wywnioskował Larkin po sposobie, w jaki nieznajomy podszedł do zwierząt. Uznawszy, że z czystym sumieniem może powierzyć mu wierzchowe, stanął nad Cadorem, jednocześnie zerkając na Ariene.
O nic nie pytał, nic nie mówił. Zacisnął wargi i podłożył ręce pod obrońcę, tak, by móc wygodnie go unieść. I tym razem będzie mu potrzebna pomoc Ariene, jeżeli ma to zostać wykonane z delikatnością oraz wyczuciem. Dlatego czekał.
Również milczała. Czuła, że ostatnim razem powiedziała za dużo, więc nie chciała dopuścić do tego, by sytuacja się powtórzyła. Spokojnie pomogła Larkinowi unieść Cadora, jednocześnie plotąc dwie dodatkowe siatki zaklęć – w ten sposób upadły będzie mógł samodzielnie wnieść obrońcę do karczmy, a ona zdoła otworzyć przed nimi wszystkie drzwi i zgarnąć to, co zapomniała w ferworze walki przygotować; całkiem możliwe, że o czymś zapomniała.
Spojrzała krótko na Larkina, po czym zawróciła i podeszła do przejścia, przytrzymując płytę drzwi, żeby żaden podpity kretyn przypadkiem nie trzasnął nimi w rannego. Ustawiła się tak, by zostawić jak najwięcej miejsca, i zawiesiła wzrok na nieprzytomnym, jakby po cichu wierzyła, że ten niespodziewanie cudownie ozdrowieje.
Nie ozdrowiał. I, szczerze mówiąc, nie wyglądał najlepiej – zdaniem Larkina blisko mu było do wyglądu trupa, z tą bladą twarzą, przewiązaną pseudo-bandażem głową i zakrwawionym ubraniem.
Upadły nie przypatrywał się jednak rannemu zbyt długo; ruszył w stronę wejścia do karczmy, przekraczając próg ostrożnie, by przypadkiem nie zrobić Cadorowi większej krzywdy. Rozejrzał się dookoła, wybrał najbezpieczniejszą (bo najbardziej oddaloną od pijaczków) drogę w przód i ruszył, zatrzymując się dopiero przy schodach.
W momencie, w którym upadły przekroczył próg, po kilku sekundach ktoś się podniósł. Nieznajomy wyglądał, jakby zamierzał opuścić lokal – ubrany w wielobarwny, ale stonowany płaszcz, z kołczanem strzał na plecach i łukiem, kapturem zakrywającym twarz – dlatego Ariene nie zwróciła na niego większej uwagi, całkowicie skupiona na Cadorze.
Jej zainteresowanie zmieniło się, gdy obcy ruszył w stronę Larkina i nieprzytomnego obrońcy.
Zagrodziła mu dojście do rannego kilka metrów od upadłego, stanęła tuż przed nieznajomym, dobywszy jednego ze swoich sztyletów. Przytknęła ostrze do szyi zaskoczonego mężczyzny, mrużąc groźnie oczy, i przez chwilę naprawdę wyglądała, jakby zamierzała poderżnąć mu gardło.
– Ani kroku dalej – syknęła cicho.
Nieznajomy dłuższą chwilę nie odpowiadał, wyraźnie się Ariene przypatrując, może szacując swoje szanse w starciu z nią.
– Przepuść mnie. Żadne z nas nie chce wywoływać konfliktu – zaproponował dość ugodowym tonem, jednak pobrzmiewająca w jego słowach ostrzegawcza nuta tylko rozsierdziła i tak bardzo nerwową ostatnimi czasy wiedźmę.
– Jeden krok w jego stronę, a twój odrąbany czerep wyląduje na ladzie barmana – ostrzegła lojalnie, nie pozwalając nieznajomemu ruszyć.
– To byłoby niefortunne. I komplikowałoby moje plany – przyznał powoli mężczyzna, obejrzawszy się krótko na bar, o którym mówiła Ariene.
Larkin przewrócił oczami, zupełnie nie przejmując się postacią nieznajomego chłoptasia. Sugerowałby Ariene, żeby również zignorowała temat albo faktycznie pozbawiła go tego i owego i zostawiła to na ladzie – niemniej jednak wolał się nie odzywać. Raz, że coś ostatnio źle się to kończyło, dwa, że wkurzona Ariene... była wkurzoną Ariene.
Okazało się, że to robi wrażenie.
– Parter czy piętro? – zapytał rzeczowo, uznając, że nie ma co czekać.
Obejrzała się przez ramię na Larkina.
– Piętro, czwarty po prawej – oznajmiła krótko, na chwilę tracąc z oczu nieznajomego.
I to wystarczyło – co niezmiernie ją zdumiało – by poczuła na nadgarstku silny, pewny chwyt, by upuściła sztylet, a chwilę potem lądowała twarzą na blacie pobliskiego stołu, przyciśnięta oraz zablokowana nadzwyczaj wprawnie. Szok okazał się na tyle duży, że nie przystąpiła od razu do walki, wymieniając z siedzącym przy meblu gościem zdezorientowane spojrzenie.
– Co mu zrobiliście bądź co też zrobił mu ktoś inny? – usłyszała tuż przy uchu.
Oprzytomniała, wściekła się również nie na żarty, ale zdołała połączyć ze sobą kilka faktów, co pozwoliło mężczyźnie zostać przy życiu. Zaklęcie cisnęło nim tylko w tył, na najbliższą ścianę, a Ariene wyprostowała się i rozmasowała kark, mrużąc oczy.
– Uważaj, w rzucaniu po ścianach mam talent – warknęła, podniosła broń i skierowała się w stronę Larkina, ale przy oszołomionym mężczyźnie przystanęła. – Znasz go – mruknęła, wyciągając do niego dłoń.
– Nie, tak z dobroci serca nadstawiam kark – syknął, rozmasowując nabitego na potylicy guza i łypiąc na Ariene z niezadowoleniem.
Tak jak myślała – nie znała go. Mężczyzna wyglądał na kogoś w jej wieku, może trochę starszego, mierzył ją ponurym, pełnym niechęci spojrzeniem bursztynowych oczu, które raczej powinny być pełne ciepła, by ten wyraz pasował do ich barwy. Miał także gęste, ciemne włosy, a jego lewy policzek zdobiły trzy prawie równoległe blizny – czyżby pamiątka po pazurach zwierzaka?
Zmrużyła oczy, kiedy nieznajomy nie przyjął jej ręki i wstał o własnych siłach, ale nie skomentowała, już kierując się na schody.
– Gdybyś był łaskaw nie przeszkadzać przy leczeniu i w miarę możliwości nie zadawać pytań, możesz iść – skwitowała krótko, nie obejrzawszy się za siebie.
Skrzypnięcie podłogi i ciche syknięcie utwierdziło ją w tym, że mężczyzna, kimkolwiek właściwie był, postanowił przystać na jej warunki i potowarzyszyć przy doglądaniu Cadora.
Kiedy nieznajomy zaatakował Ariene, Larkin byłby upuścił Cadora, żeby wspomóc wiedźmę – ogarnął się w ostatniej chwili i tylko zgrzytnął zębami. Potem, gdy wiedźma i mężczyzna doszli do porozumienia, zaczął wspinać się po schodach.
Do jasnej cholery, Reamonn, mógłbyś być trochę lżejszy.
Nie powiedział jednak nic, ani trochę nie zamarudził – dzielnie wspiął się na piętro i ruszył do wymienionych przez Ariene czwartych drzwi na prawo. Zatrzymał się, czekając, aż ktoś mu łaskawie otworzy.
Wiedźma szybko dogoniła upadłego i nacisnęła klamkę, popychając deski. Przepuściła Larkina przodem, a gdy pan Lavrance kładł Cadora na łóżku, ona dopadła do szafki i zgarnęła wszystko, co znalazła w gospodzie i co nadawało się do przeprowadzania leczenia. Dość bezpardonowo odsunęła towarzysza od rannego, jak ten tylko stał się zbędny, postawiła sprzęt na szafce nocnej i zabrała się do ściągania bandaży.
Odetchnęła z ulgą, nie odnalazłszy na jego ciele żadnych sinofioletowych plam. Przebiegła wzrokiem pogruchotane żebra, przyjrzała się zmiażdżonemu mostkowi, a potem przysunęła sobie stołek i zabrała się do wykonywania dwóch rzeczy jednocześnie – bliżej niezidentyfikowanej maści oraz bliżej niezidentyfikowanego naparu.
Nieznajomy mężczyzna wszedł chwilę potem, zignorował Larkina i zatrzymał się kawałek za Ariene, spoglądając na Cadora ze zmarszczonym z pewną troską czołem. Upewniwszy się, że obrońca żyje, bez pytania zaczął przeglądać rzeczy, których zamierzała użyć wiedźma na rannym.
– Dotknij jeszcze jednej buteleczki, a urwę ci tę rękę przy samej dupie – zapewniła lojalnie, nie przestając ucierać jednej z kilku ususzonych roślin.
– Korzeń palowca – stwierdził wtedy mężczyzna, obracając kawałek drewienka w palcach. – Po co ci on? Przy tego typu obrażeniach nie ma zastosowania. W medycynie nie ma zastosowania w ogóle.
– Język też mogę ci urwać przy samej dupie – uznała spokojnie.
Nieznajomy spojrzał na nią, na korzeń palowca, raz jeszcze na wiedźmę, po czym odłożył składnik zielarski, najwyraźniej przekonany.
Larkin postanowił, że da innym przykład opanowania i spokoju. Stanął sobie gdzieś z boku i skrzyżował ręce na torsie, przypatrując się nieznajomemu spode łba.
W sumie było mu wszystko jedno, kim jest ten facet, czy faktycznie zna Cadora i jakie są jego zamiary. Jedyne, na czym mu zależało, to żeby ten pieprzony obrońca przeżył – mimo wszystko nie chciał mieć jego krwi na rękach, chociażby ze względu na Ariene.
Uznał, że jak będzie potrzebny, to go wiedźma zawoła. Dlatego sobie czekał. W milczeniu. I nie przeszkadzał, w przeciwieństwie do mordowanego właśnie spojrzeniem bruneta.
– Olej rzepakowy usprawni proces gojenia, jeśli dodasz kilka kropel do tej maści – nie wytrzymał wreszcie nieznajomy. – Dobrze wyciąga z sitkowca substancje chemiczne, które wzmacniają kości, jednocześnie powstrzymując toksyny.
Ariene zgrzytnęła zębami, przez chwilę wyglądała, jakby naprawdę zamierzała mężczyźnie urwać co nieco przy samej dupie, ale potem powróciła spokojnie do pracy.
– Widzisz tu gdzieś olej rzepakowy? – spytała uprzejmie zainteresowana, uniósłszy brew, po czym podniosła się ze stołka i pochyliła się nad Cadorem.
To, co utarła, tworząc z tego maść, rozsmarowała dokładnie na wysokości wszystkich poniesionych przez obrońcę ran – głowę jednakże chwilowo zostawiła w spokoju. Kiedy skończyła, sięgnęła po korzeń palowca i buteleczkę złocistego płynu.
– Co to jest? – spytał natychmiast nieznajomy, marszcząc czoło.
– To jest trucizna. Zamierzam go teraz otruć, bo znudziło mi się ratowanie jego życia – odparła bez mrugnięcia okiem, przełamawszy korzeń w palcach i wrzuciwszy dwa kawałki do fiolki. – Kim dla niego jesteś? – spytała, obserwując, jak roślina się rozpuszcza.
Mężczyzna milczał, spoglądając na nią tym samym ponurym, nieufnym wzrokiem, jakby nie wychwycił ironii w wypowiedzi wiedźmy.
– Żoną? – parsknęła wreszcie, zerkając z irytacją na obcego, który nie dość, że pakował swój nochal w jej leczenie, to jeszcze wyraźnie traktował ją jak wroga.
– Matką – odparł bez zająknięcia, odpowiadając spojrzeniem na jej spojrzenie.
Ariene uśmiechnęła się lekko i wypiła przyrządzoną właśnie miksturę za jednym razem, odchyliwszy głowę. Skrzywiła się, wzdrygnęła, syknęła przez zęby, po czym odetchnęła głęboko i zachwiała się nieznacznie.
Kiedy nieznajomy ją podtrzymał, zerknęła na niego trochę zaskoczona, ale też trochę wdzięczna, zaraz jednak zabrała się do bandażowania torsu Cadora.
– Zatem co to było? – nie dał za wygraną mężczyzna.
– Zatem kim jesteś? – odparła zaraz, siadając z brzegu łóżka, by móc wygodniej ułożyć ręce na ciele obrońcy.
Zamknęła oczy, zastygając na chwilę.
– Właściwie to nie odpowiadaj – zmieniła koncepcję, po tych słowach całkowicie skupiając się na plecionych właśnie zaklęciach.
Nieznajomy tym razem się nie odzywał, przyglądając się srebrnawej poświacie pojawiającej się wokół rąk wiedźmy, jakby to też musiał zbadać i skontrolować.
Larkin przechylił głowę, nagle dziwnie zainteresowany nieznajomym. Nie ruszył się z miejsca, ale wystarczyło, by skupił na nim intensywne spojrzenie błyskających czerwienią oczu.
– Właściwie to odpowiedz – zaprzeczył słowom Ariene.
Ciekawiło go, z kim mają do czynienia, to po pierwsze. Po drugie dość przeszkadzania wiedźmie przy pracy.
Mężczyzna spojrzał na Larkina krótko, potem znów skupił wzrok na Ariene, bo to, najwyraźniej, było teraz dla niego najważniejsze. Sama pracująca nie zwróciła uwagi na panów, całkowicie skoncentrowana na plecionym właśnie zaklęciu.
– Caleb – przedstawił się zwięźle i krótko, po czym bezceremonialnie ściągnął z pleców łuk i kołczan, ustawiając je pod ścianą.
Wyglądało na to, że więcej powiedzieć nie zamierzał, wrócił na poprzednie stanowisko i znów zapatrzył się na Ariene i Cadora, chyba nie do końca ufając tym metodom leczenia.
Larkin uniósł brew, ciągle obserwując mężczyznę. Nie został zignorowany, ale i tak potraktowano go dość... lekceważąco. A to było dziwne, przyzwyczaił się do tego, że ludzie skupiali na nim maksimum swojej uwagi. Sam nie wiedział, o czym to świadczy – że facet był odważny, lekkomyślny czy nie znał się na ludziach.
A jednak nie skomentował. Siedzieli w ciszy, obserwując pracującą Ariene, od czasu do czasu pomagając jej, jeśli zaistniała taka potrzeba, i czekając na werdykt. Larkin przyjrzał się twarzy nieprzytomnego obrońcy, który nie wyglądał ani trochę lepiej; zmarszczył czoło, uznając, że mimo wszystko Cador nie powinien się poddawać. Musi się z tego wygrzebać.
W pewnym momencie Caleb chwycił ramię wiedźmy, delikatnie ciągnąc ją w tył. Ariene nabrała gwałtownie powietrza, zadrżała i cofnęła ręce, przerywając zaklęcie. Na całe szczęście uwolniła dłonie w odpowiedniej chwili, bo gdyby się nie podparła, spadłaby z łóżka. Trochę przesadziła, powinna była skończyć proces kilka minut temu.
– Przyniosę misę z wodą – zdecydował wtedy mężczyzna i wyszedł z pomieszczenia, jego kroki szybko ucichły na korytarzu.
Ariene rozmasowała obolały kark, starając się nie wyglądać na kogoś bardzo zmęczonego. Szkoda, że nie mieli tu więcej korzeni, mogłaby zrobić mocniejszą miksturę. No nic, jakoś przeżyje.
– Dla ciebie też wynajęłam pokój, jeśli chcesz, możesz iść odpocząć – odezwała się nieco zachrypnięta, oglądając się przez ramię na Larkina.
Odprowadził mężczyznę wzrokiem, później skupiając swoją uwagę na Ariene. Chwilę trawił jej słowa, ale w końcu pokręcił głową.
– Zostanę – mruknął krótko, i wyglądało na to, że nie ma zamiaru wyjawiać powodów takiej decyzji.
Wzruszyła ramionami. Ona natomiast nie zamierzała dopytywać.
Zamiast tego upewniła się, że Cador na pewno ma wygodnie. Kiedy Caleb wrócił z miską z wodą, akurat poprawiała obrońcy poduszkę, dlatego przy okazji sprawdziła, czy nie miał temperatury. Wydało się jej, że jego czoło jest cieplejsze niż powinno, dlatego skorzystała z przyniesionych przez mężczyznę rzeczy.
W duchu po cichu wierzyła, że to, co zrobiła, wystarczy. Że nie było aż tak źle, że zdołała mu pomóc. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby się nie udało.

Obrońca w pokoju prawie ani na chwilę nie zostawał sam. Ariene, choć trzeciego dnia zaczęła się już dość wyraźnie słaniać na nogach, nadal pilnowała Cadora i niemalże od niego nie wychodziła, jakby się bała, że wtedy coś się stanie. Równie często zaglądał do pokoju Caleb – nadzwyczaj małomówny mężczyzna. Inna sprawa, że sytuacja nie sprzyjała częstym rozmowom, bo jak tu gadać z Larkinem, jedyna w miarę normalna osoba przypominała już powoli na wpół martwą.
Prośby i groźby jednak na wiedźmę nie działały, jeśli ktoś zbyt wyraźnie sugerował, że miałaby gdziekolwiek odpocząć, przypominała, co komu gdzie dałoby radę przy czym urwać, ewentualnie wyrzucała z pokoju, żeby nie niepokoili rannego.
Te kilka dni okazało się naprawdę długie, jakby minęły całe lata. Ariene coraz trudniej było walczyć ze zmęczeniem, zwłaszcza kiedy zapadała noc. Gdy skończyła krzątanie się po pokoju, zbieranie zmienionych bandaży i zmiatanie rozsypanych składników, usiadła na stołku i westchnęła, przecierając oczy. Powieki ciążyły, ale nie zamierzała pozwolić, by z jej winy znowu coś się stało.
Nie dała jednak rady. Kilkanaście minut później ułożyła głowę na skraju łóżka, podłożyła pod nią ręce i zamknęła na chwilę oczy. Tylko chwilę. Wiedziała, że najmniejszy podejrzany szmer, mimo wyczerpania, ją obudzi. Na pewno.
Nie było idealnie cicho. Ale dźwięk, który usłyszał, wcale go nie irytował. Zdawał się być taki... taki na miejscu, taki idealny, jakby to był ten zagubiony odgłos, który od tej chwili miał brzmieć przy każdym jego przebudzeniu.
To był czyjś oddech.
Tak brzmiała jego pierwsza myśl. Dopiero druga była błyskotliwym uświadomieniem sobie, że coś wraca, wraca świadomość. Nie czuł własnego ciała, co bardzo go przeraziło, ale po kilku minutach udało mu się zmobilizować do uniesienia powiek. Przez ten czas wyzbył się strachu; to ten oddech, zdawało mu się, że czuł osobę znajdującą się przy nim. I to go uspokajało.
Gdzie był? Nie mógł się ruszyć, więc zwyczajnie wpatrywał się w to, co znajdowało się nad nim. Wyglądało na to, że to pomieszczenie – dziwne, przecież chyba przebywał w lesie, prawda? To jest – ostatnim jego wspomnieniem był las. Może umarł? Może znalazł się w niebie? Nie mógł nawet ujrzeć twarzy tej śpiącej osoby, irytujące.
Wykorzystał więc wszystkie siły, jakie w sobie odnalazł, by dźwignąć się nieco na łóżku (bo, co zaskakujące, na nim właśnie leżał!). Zamarł na chwilę, mając trudności ze złapaniem oddechu, ale w końcu udało się mu opanować zawroty głowy, zaczerpnąć łyku świeżego powietrza i dojrzeć swego strażnika.
Chyba faktycznie umarł, a Silthe udzielił mu wstępu do raju.
Anioł. Nie było innego wyjaśnienia. Wpatrywał się oszołomiony w piękną kobietę, która spała, oparta głową o skraj jego łóżka. Jasnozielone oczy zaszły dziwną mgiełką, a po chwili pojawił się w nich wyraz najcieplejszych uczuć. Jeżeli tak miało wyglądać bycie martwym, to dlaczego tak długo zwlekał ze śmiercią?
A wtedy uzyskał pełnię świadomości i uderzył w niego niewyobrażalny ból. Przymknął powieki, znów tracąc oddech; byłby wpadł w panikę, nie mogąc złapać tchu, miał wrażenie, jakby ktoś zrzucił mu na klatkę piersiową kilkutonową masę. Lata treningu pozwoliły mu jednak zachować spokój, a przy kolejnej próbie znów odzyskać oddech. Płytki, bo głębsze wdechy niemiłosiernie bolały, ale przynajmniej już się nie dusił. Wszystko go bolało, po prostu wszystko – czegóż by nie dał, by znów zapaść w błogi sen.
Ariene drgnęła, kiedy usłyszała cięższy oddech. W pierwszej chwili miała ochotę nawrzeszczeć na samą siebie za brak czujności, w drugiej trochę spanikowała, w trzeciej już analizowała, co się mogło stać i jak Cadorowi pomóc, by udrożnić drogi oddechowe. Wyprostowała się trochę zbyt gwałtownie, przez co zachwiała się na stołku, ale szybko odzyskała równowagę i zawiesiła spojrzenie na swoim pacjencie.
Zastygła, całkowicie zszokowana. Ile to było dni? Pięć? Jeśli dobrze liczyła, a pewnie nie, bo wszystko już się zlewało. W każdym razie – leżał jak kłoda na tym łóżku tak cholernie długo, jedyną oznaką tego, że żył, stał się płytki oddech, a teraz siedział na materacu, rozglądając się dokoła zamglonym wzrokiem. Znów nie wiedziała, co zrobić, bo zupełnie się nie przygotowała na taką sytuację.
– Silthe najmilszy – wychrypiała, zaraz zrywając się z miejsca, bo wreszcie oprzytomniała na tyle, by postanowić coś zrobić. – Połóż się – dodała łagodnie, kładąc ręce na jego ramionach i delikatnie zmuszając go, by wykonał jej polecenie. – Powoli – poprosiła, z powrotem przysiadając na swoim miejscu, tym razem jednak na samym skraju stołka, jakby chciała być w gotowości do szybkiej reakcji.
Postanowiła chwilę odczekać, zanim zada jakiekolwiek pytanie. Cador pewnie nie wiedział, gdzie się znajduje i co się dzieje, niech rozezna się w sytuacji.
Za dużo się ruszała, zaczęła się mu troić w oczach. Skrzywił się nieładnie, nie zdążył zareagować, gdy zmusiła go do położenia się, po czym wlepił bezmyślne spojrzenie w sufit.
Kilka sekund. Tylko kilka sekund. Oddychanie nie może być takie trudne, no i nie może tak cholernie boleć.
– Wystarczy Cador – wychrypiał, unosząc kącik ust w słabym uśmiechu, gdy tylko wezwała stwórcę.
Słowa z trudem przeszły mu przez gardło, były ledwo słyszalne, a na dodatek zaraz po ich wypowiedzeniu kaszlnął, czując nieprzyjemne drapanie w przełyku. Właśnie dlatego postanowił, że na razie zamilknie.
Panował nad własną ręką. To odkrycie bardzo go zadowoliło, bo w sumie ręka mu się przyda. O, na przykład teraz.
Wyciągnął ją ku górze i położył dłoń na policzku pochylonej nad nim kobiety, patrząc jej prosto w oczy. Przesunął kciukiem po jej miękkiej skórze, po czym, dokonawszy paru spostrzeżeń, zmarszczył czoło.
– Jak... – urwał.
Spróbujemy jeszcze raz.
– Jak długo tu siedzisz? – Na koniec zdania głos się mu trochę załamał, ale udało się.
Ariene uśmiechnęła się, w pierwszym odruchu dotykając jego ręki. Zaraz jednak otrząsnęła się i sięgnęła po dzban oraz swoją szklankę. Nalała do niej trochę wody, nie za dużo, żeby obrońca się nie oblał, i przysiadła na brzegu jego łóżka, wyciągając do niego naczynie.
– Napij się. Pomóc ci? – mruknęła cicho, bojąc się, że jeśli odezwie się głośniej, może go jeszcze rozboleć głowa.
Kiedy tylko dojdą do ładu ze wszelkimi okolicznikami czasu oraz miejsca, musi sprawdzić jego bandaże. I upewnić się, że kości zostały na swoim miejscu. Najchętniej, skoro już zaczął się ruszać, unieruchomiłaby go jakoś, byle tylko się bardziej nie poranił.
„Złotą klatkę sprawię ci, będę karmić owocami, a do nogi przymocuję złotą kulę z diamentami”, co, Ariene? No co, jak zaczął się ruszać, to trzeba unieruchomić. Od razu pałką przez łeb, wtedy na pewno się nie ruszy!
Dobrze, że nie słyszał jej myśli, bo jeszcze by uciekł z krzykiem. Tak tylko uśmiechnął się lekko i uniósł się znów na łóżku, sięgając po wyciągniętą w jego stronę szklankę. Objął ją niepewnie palcami, przymrużył powieki, starając się zmusić mięśnie dłoni do mocniejszego uchwytu, po czym uniósł naczynie i przystawił do ust.
Nigdy w życiu nie pił tak dobrej wody.
Chęć unieruchomienia wynikała tylko z troski o pogruchotane żebra, zmiażdżony mostek i inne atrakcje, ale co kto woli i takie tam.
Ariene zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie obudził się za szybko, bo może powinien jeszcze odleżeć kilka dni, nabrać sił, poczekać, aż kości się do końca zrosną. Westchnęła i odstawiła szklankę, kiedy wypił jej zawartość.
– Byłeś nieprzytomny jakieś pięć dni. Tyle chyba tu siedzę – odparła zgodnie z prawdą, nie chcąc, żeby pomyślał, że go zignorowała. – Jeszcze wody? – spytała, od razu chwytając rączkę od dzbana, i zawiesiła na Cadorze wyczekujące, pełne troski spojrzenie.
Oj no, ja wiem, tak się droczę. Bo mi się skojarzyło. Ale w sumie jej się nie dziwię, ten facet nie jest normalny; powinna go unieruchomić, bo inaczej za godzinę on wpadnie na genialny pomysł pójścia na spacer. Albo zrobienia sobie treningu, przecież całe pięć dni się obijał! No, ale dobra, już wracam do tematu.
Uniósł na nią dość wymowne spojrzenie; nawet nie musiał pytać, wiedział, że przez te pięć dni siedziała tu bez przerwy. Pokręcił tylko głową, za co natychmiast się skarcił, bo rozbolała na nowo, tym razem uciskiem w skroniach.
Ten gest, oprócz osobistego podsumowania zachowania kochanej wiedźmy, posłużył mu też za odpowiedź – poczuł, że kolejna szklanka wody mogłaby być za dużym szokiem dla niepracującego od kilku dni żołądka.
Zsunął się nieco, znów kładąc się w łóżku. Był przytomny od minuty, może dwóch, a już się tym zmęczył.
Ariene uśmiechnęła się do niego lekko, trochę zdziwiona, że całe zmęczenie niespodziewanie minęło. Przyglądała się mu z troską, szukając jakichkolwiek oznak pogarszającego się stanu zdrowia, jednak wydało się jej, że obrońca czuje się, jak na swoje aktualne możliwości, całkiem dobrze. To z jednej strony poprawiło nastrój wiedźmy, coś ciężkiego spadło z serca, ale z drugiej... Przygryzła wargę, opuszczając wzrok na materac.
Nie chciała na razie męczyć go kontrolowaniem opatrunku, w końcu niedawno go zmieniła, dlatego położyła ręce na swoich nogach, nie wiedząc, co z nimi zrobić. Zsunęła się z materaca, na którym siedziała, i wróciła z powrotem na stołek, żeby Cadorowi było wygodniej. Odgarnęła zaraz włosy za uszy, potarła nos, rozejrzała się trochę bezradnie dokoła.
– Przepraszam – szepnęła w końcu, czując, że jeśli tego zaraz nie powie, oszaleje z poczucia winy.
Otworzył szeroko już przymykające się oczy, znów uniósł się do pozycji półsiedzącej, opierając się plecami o ścianę. Nagle zaczął wyglądać na poirytowanego; spojrzał na kobietę ostro, co zupełnie nie pasowało do codziennego wizerunku Cadora Reamonna.
Przy okazji nieco się skrzywił, gdy znów poczuł ból w klatce piersiowej. Zignorował go, przecież to nie było takie ważne. Odchrząknął; tym razem głos nie mógł mu się załamać.
– Nawet nie próbuj mnie przepraszać – powiedział, wprawdzie nadal cicho, ale już stanowczo i bez pauz.
Zgarbiła się pod jego spojrzeniem i mimowolnie pokiwała potulnie głową, najwyraźniej nie mając siły z nim dyskutować. Ale świadomość, że gdyby pozostała czujna, gdyby zignorowała cholernego Larkina, gdyby zachowała się na tysiąc sposobów inaczej, że wtedy Cadorowi nic by się nie stało… Nie mogła się tego pozbyć ze swojej głowy, powinna obwiniać tylko siebie, nikogo więcej.
– Znasz jakiegoś Caleba? – spytała wreszcie, wiedząc, że brnięcie w ten temat mogłoby się źle skończyć.
I dla niej, i dla niego, prawdę mówiąc.
Trochę... trochę jakby z niej czytał. Nigdy nie miał problemów ze zgadywaniem ludzkich emocji i myśli, ale w jej przypadku to było właściwie instynktowne. Po prostu patrzył na nią i rozumiał. To, co wyczytał z jej twarzy tym razem, niespecjalnie mu się spodobało.
Odetchnął nieco głębiej; bolało, ale jednocześnie dawało mu pewną siłę.
– Ariene. – Zabrzmiało to tak, jakby przywoływał ją do porządku, jakby informował ją, by nie ważyła się zmienić temat.
Odchrząknął raz jeszcze, czując nieprzyjemne drapanie w gardle, ale po chwili kontynuował:
– Nie musiałem się pod ciebie podkładać. To była moja decyzja i byłem świadomy jej konsekwencji. Nie obwiniaj się za to. – Między każdym zdaniem robił chwilę przerwy, by odetchnąć, by nabrać siły na wymawianie kolejnych słów, ale wypowiedź była nawet dość płynna.
– W porządku – rzuciła szybko, może trochę za szybko, dlatego odchrząknęła i odczekała chwilę, nim się znowu odezwała. – Rozumiem. I jako twoja uzdrowicielka z notorycznie podważanymi kompetencjami żądam, żebyś już tyle nie mówił – dodała jakby karcąco, jednak uśmiechnęła się do niego lekko. – Na rano przygotuję ci coś do jedzenia, siły powinieneś odzyskać za kilka dni, ale nawet nie myśl o wychodzeniu z pokoju. W ostateczności urwę ci nogi przy samej dupie – zagroziła lojalnie.
Kiedy znowu zamilkła, przebiegła wzrokiem po całym pokoju, zawiesiła spojrzenie na pobliskim oknie. Uznawszy, że zrobił się lekki zaduch, podniosła się i je otworzyła, świeże powietrze powinno ułatwić Cadorowi oddychanie, zresztą ona nagle też potrzebowała chłodu nocy, by otrzeźwić własne myśli.
– Po prostu jestem wściekła, że straciłam koncentrację – przyznała wreszcie, domyśliwszy się, że obrońca tak łatwo nie odpuści, a w jego stanie przemęczanie się było nierozsądne. – To się więcej nie powtórzy, ale złość musi sama przejść – dodała z pewnym rozbawieniem, obejmując się ramionami.
Ładny był widok z tego okna, wcześniej nawet nie zauważyła. I miasteczko całkiem urokliwe, pięć dni temu przypominało ponure wybawienie, teraz nie wyglądało aż tak źle.
Obserwował ją cały czas. To nie wymagało żadnego wysiłku, a było całkiem przyjemne; nawet głowa przestała tak boleć. Wreszcie uniósł kącik ust w delikatnym uśmiechu, usatysfakcjonowany takim rozwiązaniem sprawy – postanowił jednak nie komentować, zgodnie z rozkazem pani pielęgniarki.
Mimo tego nie chciał zamilknąć, bo do nadal ospałego i niezbyt przytomnego umysłu wreszcie coś dotarło. Zmarszczył czoło, zastanowił się dłuższą chwilę nad tą ciekawą kwestią, po czym uniósł brew.
– Czemu pytasz o Caleba? – zapytał, nie ogarniając rzeczywistości.
Nie widział swojego przyjaciela ładnych kilka lat, o co chodzi?
– Prawie poderżnęłam mu gardło pięć dni temu – odparła uczciwie, obracając się przodem do Cadora i uśmiechając się do niego. – W końcu jednak udało nam się dojść do pewnego porozumienia, od tego czasu nieustannie się kłócimy i na siebie warczymy. Pomyślałam, że możesz go znać, bo przedstawił się jako twoja matka – dodała, wracając na swoje poprzednie miejsce, ponieważ stanie w otwartym oknie zaowocowało gęsią skórką.
– Szkoda, że tego nie zrobiłaś – odparł bez mrugnięcia okiem, uśmiechając się do kobiety szerzej.
Nie ma to jak przyjaźń! Swoją drogą, spojrzał na nią pod nieco innym kątem; bo jak to tak, udało jej się dojść z Calebem do porozumienia? To w ogóle jest możliwe dla osób postronnych?
– Nadal tutaj jest? – zainteresował się zaraz.
Musiał być; Cador za dobrze znał przyjaciela, na pewno wciąż tkwił w karczmie, oberży czy gdzie oni się znajdowali.
– I pozwolił ci siedzieć tu bez przerwy pięć dni? – dodał jeszcze, mrużąc oczy.
Oho, chyba ktoś tu dostanie opierdol.
– Też żałuję – zgodziła się pod nosem wiedźma, zaraz jednak skupiła się na następnych pytaniach obrońcy, nie mogąc powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu.
Przyjemnie się patrzyło, jak odżył na wzmiankę o Calebie, musieli się przyjaźnić. Inna sprawa, że Ariene nie wyobrażała sobie jakichkolwiek cieplejszych relacji z tą osobą, cóż.
– Nadal tutaj jest. Nie miał wyboru, sama sobie pozwoliłam. Larkinowi też się nie udało mnie wyciągnąć. Pierwszy raz Caleb zrezygnował po tym, jak dokładnie opisałam mu, co się z nim stanie, kiedy już wyrzucę go przez okno. Potem tylko uparcie sugerował, ale bez większych skutków. Zawołać go? – dodała, oglądając się przez ramię na drzwi.
– To nie jest wytłumaczenie – burknął pod nosem.
No co z nich za faceci, że nawet jedną wiedźmą nie potrafią się zaopiekować? I wyperswadować jej głupie pomysły? Po chwili skinął głową, nie będąc w stanie odpowiedzieć werbalnie; już zrozumiał, dlaczego Ariene zabroniła mu tyle mówić.
Ucisk w klatce piersiowej był coraz bardziej bolesny, chciał, by Ariene wyszła choć na chwilę. Musiał złapać oddech, trochę odreagować – jeżeli przy niej da oznakę słabości, ona zaraz wpadnie w panikę. Na przekór samopoczuciu uśmiechnął się lekko.
Już miała się obrócić, by wyjść, ale zatrzymała się w pół kroku, zamierając. Kiedy znów spojrzała na obrońcę, przeszyła go czujnym, uważnym wzrokiem, ostatecznie zawieszając go na wysokości jego klatki piersiowej. Obserwowała ją te pięć dni co i rusz, dlatego nauczyła się prawidłowości oraz zaburzeń z powodu obrażeń niemal na pamięć.
– Rozluźnij się – poprosiła, zawracając do Cadora i przysiadając na jego łóżku.
W karczmie na dole zostawiono dla niej kilka mikstur, które będą w stanie zregenerować energię magiczną w jej ciele, dlatego nie zamierzała się oszczędzać. Barman podobno miał jeszcze kilka korzeni palowca, zresztą Caleb twierdził, że da się je znaleźć w pobliskich lasach i w drodze wyjątku mógłby to zrobić. Co prawda Ariene nie do końca mu ufała i nie do końca wierzyła w jego możliwości, ale dla świętego spokoju przytaknęła.
Teraz przyłożyła dłoń do klatki piersiowej Cadora, skupiając się na zaklęciu, jakiego chciała użyć. Srebrzysta poświata otoczyła jej rękę, delikatnie wnikając w obrońcę, wiedźma spróbowała zrobić to z maksymalnym wyczuciem, nie wiedziała, czy ingerencja do tej pory była jakkolwiek bolesna. Póki pozostawał nieprzytomny, nie mogła tego sprawdzić.
Zmarszczył czoło, wlepiając w Ariene spojrzenie mocno zdziwione. Jak...?
Oczywiście, nie był wyjątkowym aktorem, ale umiejętności starczało mu na tyle, że nie powinna była zauważyć gorszego samopoczucia. Przemyślał to sobie dokładnie; z drugiej strony on też widział w niej wszystko, nawet to, co starannie usiłowała ukryć.
Wniosek sprawił, że mężczyzna uśmiechnął się ciepło, przyglądając się twarzy skupionej na zaklęciu wiedźmy.
Ariene przez chwilę zdawała się nie zauważać ani nie czuć jego spojrzenia, chcąc się upewnić, że cały czar zostanie spleciony poprawnie i przypadkiem nie wyrządzi większych szkód. Kiedy jednak utworzyła już kompletną sieć, mogła się trochę rozluźnić.
Odpowiedziała na jego spojrzenie, zwyczajnie nie potrafiąc go dłużej ignorować. Wyraz twarzy Cadora z początku ją lekko zaskoczył, ale zaraz obdarzyła go równie ciepłym, łagodnym i nieco troskliwym uśmiechem; w pierwszej chwili nawet nie poczuła wpełzającego na policzki rumieńca, trochę jakby… się zdekoncentrowała, cała jej uwaga była skupiona na obrońcy – na leczeniu go i patrzeniu na niego. W końcu tu nikt mu łba nie mógł urąbać, mogła się dekoncentrować.
Najpierw, rzecz jasna, rozległo się pukanie – nietrudno było zgadnąć, kto będzie nowym gościem w pokoju, zważywszy na fakt, że swoim zwyczajem nie czekał na „proszę”. Larkin otworzył drzwi; miał zamiar po raz setny poprosić Ariene, żeby trochę odpoczęła. Nie spodziewał się jednak tego, co zastał w wynajętym pokoju.
Zatrzymał się w progu i przymrużył powieki, przyglądając się Ariene i Cadorowi. Poczuł się... nie na miejscu, chciał nawet wyjść, ale w tym momencie obrońca go zauważył. Niemniej jednak ta kilkusekundowa scenka wystarczyła, by Larkin upewnił się w przekonaniu, którego zalążek zrodził się w jego głowie już podczas zranienia Reamonna.
Oni byli w sobie zakochani. Nie zauroczeni, to nie było błahe, nietrwałe ludzkie uczucie. Ariene trwała przy jego boku przez cały czas, kierowana irracjonalnym strachem o jego bezpieczeństwo – bo przecież cóż mogłoby mu się stać w oberży, kiedy byłby pilnowany przez upadłego albo Caleba? Pomimo tego nie chciała odpuścić. A teraz... Znał to spojrzenie. Nie z osobistego doświadczenia, ale widział w swoim życiu już wiele – i zrozumiał.
Że trzeba się poddać. Wycofać z walki, bo tak będzie lepiej. Ariene mu się podobała, musiał to przyznać, ale Cador był w niej zakochany po uszy – w porównaniu tych dwóch uczuć Larkin wypadał dość blado. I, co najważniejsze, wiedźma odwzajemniała jego uczucie.
A on i tak miał związane ręce, chociaż oni o tym nie wiedzieli. Niedawno jego pan zasugerował mu, że lepiej by było, gdyby stawił się w jego rezydencji. Nie brzmiało to jeszcze jak żądanie nie do podważenia, ale próba uświadomienia, że upadły nie może żyć po swojemu. Że zawsze musi być gotowy do powrotu. Wychodzi na to, że rzeczywiście trzeba się dostosować.
Uśmiechnął się krzywo, wkraczając do pokoju. Nie czuł się pokonany czy odrzucony; ot, zrozumiał sytuację. Wcisnął dłonie do kieszeni spodni i zgarbił nieco ramiona, stając w tej samej, doskonale znanej wszystkim nonszalanckiej pozie.
– Witaj wśród żywych, Cador – przywitał się ładnie.
Obrońca przechylił lekko głowę, przypatrując się upadłemu uważnie. Zauważył nieznaczną zmianę w jego nastawieniu, w jego postawie – zastanawiał się, co było jej powodem, ale nie wymyślił wystarczająco silnego argumentu. Odpuścił więc i tylko uśmiechnął się pogodnie.
– Nie wierzę, że to powiem, ale miło cię widzieć, Larkin – odpowiedział.
– Jeszcze na nogach? – spytała Ariene, jak tylko przerwała zaklęcie i odsunęła rękę od Cadora, jednocześnie oglądając się przez ramię.
To było trochę za dużo, zakręciło się jej w głowie i musiała się oprzeć na łóżku obrońcy, przymykając oczy. W porządku, głęboki oddech, wyrecytowanie krótkiego wierszyka i wszystko pod kontrolą.
Chwilę potem wyprostowała się i posłała obu panom uśmiech, tak na wszelki wypadek.
– Powinnam iść po ten korzeń palowca. Tylko strach was zostawić samych – stwierdziła, patrząc to na jednego, to na drugiego.
Larkin odpowiedział rozbawionym uśmiechem, by następnie zatrzymać wiedźmę uniesieniem dłoni.
– Ja tylko na chwilę. Chciałem się pożegnać – mruknął.
Powiódł spokojnym wzrokiem od Ariene do obrońcy, ciekaw ich reakcji.
Cador zmarszczył czoło, odpowiadając na spojrzenie upadłego. Chciał zapytać o powód wyjazdu, ale coś podpowiedziało mu, by tego nie robił. Zawsze słuchał swojego instynktu, więc tylko skinął głową.
Ariene aż się zakrztusiła, znów zawieszając wzrok na Larkinie. Na jej twarzy wymalowało się zdumienie, poczuła się trochę nieswojo, ale zaraz również przytaknęła, na powrót się uspokoiwszy. Choć najpierw sprawiał wrażenie, jakby planował z nimi zostać, to od początku zakładała, że postanowi zniknąć jak pozostali. Przynajmniej uprzedzał.
– To miło, że tym razem się żegnasz – stwierdziła, uśmiechając się do niego lekko. – Dość nagle, ale… no, tak czy siak nie daj się zabić – zmieniła koncepcję, opierając się mocniej na materacu, by jednak wstać.
Nie znosiła tej mikstury, jednak niespodziewanie wizja zażycia jej zaczęła być dla wiedźmy bardzo pokrzepiająca. Nie chciała się słaniać na nogach, pewnie będzie potrzebna jeszcze przez dwa dni… czyli przydałoby się kilka dodatkowych specyfików.
– Jest na dole Caleb? – spytała zaraz, chcąc skorzystać z obecności Larkina, skoro wciąż nie wyszedł. – Przydałby mi się, o zgrozo – mruknęła nieco ciszej.
– Powiem mu, żeby ci przyniósł trochę tej mikstury – potwierdził upadły, przyglądając się przemęczonej wiedźmie dość krytycznie.
Postanowił jednak nie wszczynać kolejnej kłótni na do widzenia; zamiast tego uśmiechnął się, jak na niego dość przyjaźnie.
– W takim razie... do zobaczenia – mruknął optymistycznie.
– Do zobaczenia, Larkin – odpowiedział mu Cador, nim upadły zawrócił i wyszedł z pokoju.
Gdy już go nie było, obrońca zmarszczył czoło; czemu tak nagle?
Ariene jeszcze chwilę wpatrywała się w drzwi, za którymi zniknął Larkin, po czym westchnęła cicho. Nie myśl, po prostu nie myśl, masz na głowie rannego i jego chorego na mózg przyjaciela, w co ty się wpakowałaś.
– Tak to się kończy – podsumowała niedbale, zsuwając się z łóżka na taborecik.
Biedny taborecik, wymęczyła go przez te kilka dni.
Nie musieli długo czekać, jak w progu stanął Caleb. Drzwi otworzył z rozmachem, potem znieruchomiał, w jednej dłoni trzymając niedużą fiolkę. Jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia, zerknął krótko na Ariene, potem znów zapatrzył się na Cadora, najwyraźniej nie wierząc, że obrońca żyje.
– A jednak żona – parsknęła wiedźma, przypominając o sobie.
Tęskniła do swojej mikstury.
– Dawaj mi mój napój, to pozwolę wam poromansować – dodała uprzejmie.
– Jak chcesz, możesz popatrzeć – mruknął wreszcie Caleb, otrząsnąwszy się z tego oszołomienia, na jego twarz powrócił spokój.
Zamknął drzwi, przeszedł do łóżka Cadora i wepchnął Ariene do ręki fiolkę, posyłając przyjacielowi uśmiech. Zanim jednak się do niego odezwał, popatrzył z góry na wiedźmę.
– Wiesz, że długotrwałe zażywanie korzenia palowca w takich ilościach przy twoim aktualnym stanie może prowadzić do uszkodzeń wątroby? – postanowił ją uświadomić.
– Wiesz, że wystarczy jedno moje kiwnięcie palcem, żebyś w podskokach wylądował z powrotem na parterze, widowiskowo hamując na swojej mordzie? – odparła, łypnąwszy na niego groźnie, po czym odkorkowała fiolkę i wypiła jej zawartość.
– Wreszcie ożyłeś, oszaleję z tą babą – zwrócił się wtedy do Cadora Caleb, uśmiechając się szeroko, czego do tej pory ani razu nie zrobił.
Właściwie nie uśmiechał się przez cały pobyt w karczmie.
Cador jednak ciągle wpatrywał się w trzymaną przez Ariene fiolkę, najwyraźniej nie do końca zadowolony z tego, co o niej usłyszał.
– Ariene, ja wiem, że on na to nie wygląda, ale czasami zdarza mu się mówić mądre rzeczy – zauważył, obdarowując miksturę nieprzychylnym spojrzeniem.
Po chwili uniósł je na niebieskie tęczówki wiedźmy, mając nadzieję, że zdziała cokolwiek.
Zdecydował się wreszcie zainteresować dawno nie widzianym przyjacielem; obrócił głowę w jego stronę i przyjrzał się mu uważnie, mrużąc jasnozielone oczy.
– Jak... – zaczął, ale zorientował się, że jego pytanie byłoby co najmniej głupie.
Dał sobie więc spokój, zgadzając się z tym, że w tym świecie zdarzają się niesamowite zbiegi okoliczności.
– Ta baba siedziała tu przez pięć dni bez przerwy, bo nikt nie był w stanie zmusić jej do odpoczynku. Wytłumacz mi się z tego – zaproponował swobodnie, unosząc kącik ust.
Tak, już zauważył. Ariene i Caleb wyjątkowo się polubili.
– Wiem, że korzeń palowca jest toksyczny, po coś przecież dodawałam płatki śnieżyczki – burknęła Ariene, łypnąwszy z niezadowoleniem na obrońcę.
– Śnieżyczka neutralizuje wpływ mikstury na twoją magię, dlatego dodawałaś tylko pół potrzebnej do całkowitego zneutralizowania toksyn dawki – wytknął jej bez mrugnięcia okiem Caleb, uniósłszy brew.
– Nie potrzebuję narkotyku, potrzebuję wspomagacza. Dodaję też o połowę mniej korzenia niż powinnam – warknęła, wyraźnie niezadowolona z tego ciągłego wytykania jej wszelkich niedociągnięć zielarskich.
– Właśnie dlatego zrobiłem to – postanowił dobić leżącego Caleb, podając Ariene jeszcze jedną fiolkę. – Nie będę wymieniał całego składu, bo zajmie to piętnaście minut, ale jeśli to zażyjesz i się prześpisz, może przestaniesz mieć objawy napięcia przedmiesiączkowego – dodał, najwyraźniej nie mogąc się powstrzymać.
Ariene zgrzytnęła zębami, chwilę sztyletując Caleba spojrzeniem, ale ostatecznie wzięła od mężczyzny fiolkę, najwyraźniej zaufawszy wcześniejszemu stwierdzeniu Cadora. Przyjrzała się miksturze niechętnie, marszcząc czoło.
Caleb natomiast popatrzył na przyjaciela, zerknął krótko na wiedźmę, znów na obrońcę, a potem wzruszył niedbale ramionami. Zdawało się, że zaraz wsadzi jeszcze ręce do kieszeni, ale aż tak bezczelny nie był.
– Po pierwszym spotkaniu zostałem przekonany, że nie wolno mi się do ciebie zbliżać. Drugie spotkanie nie okazało się wiele przyjemniejsze, każda próba wyciągnięcia jej z twojego pokoju groziła utratą życia albo wylądowaniem na ścianie. Jak chcesz wiedzieć, to ostatnie jest mało przyjemne – dodał niezadowolony, skrzywiwszy się lekko.
Ariene zachichotała, przez co trochę straciła równowagę na taborecie i kiwnęła się w tył. Szybko usiadła z powrotem prosto.
– Uwierz mi, wie – skwitowała krótko.
Cador uśmiechnął się krzywo, posyłając Ariene dość wymowne spojrzenie. Oj tak, jego plecy jeszcze to pamiętają.
– To cię nie tłumaczy, ofermo – zauważył spokojnie, wracając zainteresowaniem do przyjaciela i uśmiechając się do niego szeroko.
No naprawdę, on wiedział, że Ariene to trudny przypadek, ale bez przesady, tak?
Oparł się wygodniej o ścianę i przymknął na chwilę powieki, nabierając powolnego wdechu. Przyjemne, wieczorne powietrze nieco go otrzeźwiło.
– Dzięki – mruknął po dłuższej chwili, znów zerkając na Caleba.
Powinien wiedzieć, za co mu dziękuje. Już chociażby za tę miksturę, którą przygotował dla wiedźmy.
Caleb uśmiechnął się lekko, przekrzywiając głowę. Chwilę jakby się nad czymś zastanawiał, potem przytaknął, zaczynając się rozglądać za czymś, na czym mógłby spocząć. Uznał ostatecznie, że szafka też się nadaje, dlatego przesunął bandaże i inne podejrzane fiolki na bok, żeby móc się wygodnie oprzeć.
– Zrzuć coś tylko – ostrzegła lojalnie Ariene, warknąwszy cicho.
– Masz to wypić – przypomniał na wszelki wypadek mężczyzna, jeszcze nie przejmując się niezadowoleniem wiedźmy. – Jak chcesz, możesz się zdrzemnąć w moim pokoju, dla siebie niczego nie wynajęłaś, prawda?
– Poradzę sobie – prychnęła zaraz, wyraźnie zdenerwowana.
– Nie wątpię. Ale jak gruchniesz na podłogę, tracąc przytomność, nie licz, że ktoś cię podniesie, Cador ledwie oddycha – zastrzegł krótko, przymrużając oczy.
Ariene, nie odrywając pełnego dezaprobaty spojrzenia od przyjaciela obrońcy, odkorkowała fiolkę i przysunęła ją do nosa, ostrożnie wąchając. Kilka składników rozpoznała, ale woń była dość mocna, nie mogła jej określić. Inna sprawa, że dobrym zielarzem ani alchemikiem nie sposób jej nazywać.
Cador uśmiechnął się, wyjątkowo rozbawiony ich zachowaniem. Coś czuł, że ta współpraca będzie sporym wyzwaniem.
– Ariene, on ma rację. Naprawdę powinnaś odpocząć. Jak widać żyję, Caleb mnie przypilnuje – mruknął troskliwie, przyglądając się brunetce.
Domyślił się, że w ten sposób niewiele zdziała, dlatego po chwili milczenia dorzucił proste, zwyczajne, ale trochę błagalne:
– Proszę.
Caleb z dużym zainteresowaniem przyglądał się, jak wiedźma zaciska dłoń na fiolce i rzuca jego przyjacielowi niezadowolone spojrzenie. Zastanawiał się, co też ciekawego Cador w odpowiedzi usłyszy, ale, ku jego początkowemu zdumieniu, Ariene po prostu wypiła przygotowaną dla niej miksturę i ostrożnie podniosła się z taboretu.
– Jeśli coś będzie nie tak, przyjdź po mnie – rozkazała nieznoszącym sprzeciwu głosem, celując palcem w Caleba, po czym zawróciła i chwiejnym krokiem wyszła z pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi.
Oczywiście dopiero po pewnej chwili je zamknęła, wcześniej prawdopodobnie dokładnie przemyślała tę decyzję.
Kiedy mężczyzna upewnił się, że wiedźma odeszła wystarczająco daleko, westchnął głęboko, skrzyżował ręce na torsie i uśmiechnął się lekko, przymrużając oczy.
– O czym nie wiem? – spytał po prostu, szczerze ciekawy.
Cador przez chwilę nie odpowiadał; zamknął oczy, zajmując się pasjonującą – i jak się okazało dość trudną – czynnością oddychania. Musiał ułożyć sobie wszystko w głowie. W głowie, która już pękała od natłoku wrażeń.
– Że jesteś cholernie mało domyślny – wychrypiał w odpowiedzi, nie otworzywszy oczu.
Caleb milczał jeszcze chwilę, pozwoliwszy sobie słów przyjaciela nie komentować. Jego domysły bądź ich brak na razie pozostawił dla siebie, przeniósł natomiast wzrok z drzwi na Cadora, uśmiechając się z pewnym rozbawieniem.
– Chętnie bym z tobą jeszcze trochę pogadał, ale pewna upierdliwa wiedźma z pewnością gdzieś tu czuwa, więc lepiej spróbuj zasnąć. Chyba że chcesz, żeby rozerwała mnie na strzępy – podsumował, stopą przysuwając sobie taborecik i zaraz na nim siadając.
Cador nadal nie otwierał oczu. Pokręcił tylko głową i zsunął się na łóżku; położył się i uśmiechnął z zadowoleniem. Był przytomny kilkanaście minut, a już czuł się wyczerpany.
– Oszczędzę cię – mruknął dobrodusznie.
I nie przejmując się wszelkimi zasadami dobrego wychowania (które i tak nie obowiązują w tego typu przyjaźniach, więc nie ma to żadnego znaczenia)... zasnął.

5 komentarzy:

  1. Kurde, zamierzałam zamieścić "Zazdrość" na prowizorycznej ścieżce dźwiękowej do jednego z opowiadań, teraz nie mam serca, bo będę miała przed oczami Cadora ilekroć tego posłucham XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... Ojej? xDD Już sama nie wiem, czy dobrze, czy źle xD
      Słowem się nie zająknęłaś o Larkinie ani Calebie, jestem w szoku! xD

      Usuń
    2. Reż nie wiem XD
      Caleb ma coś w sobie, co mi się podoba [Czyj jest? Skoro Larkin odszedł, to Kaśkowy, żeby zachować równowagę? Zrobicie dla niego babkę, prawda? Tjjaaa, wiem że tak, prędzej czy później XD], Larkin... no to wiadomo i smutnam, że sobie poszedł i w ogóle... ten wątek z jego "panem" jest jakiś podejrzany ^^
      Zadowolone? XD

      Usuń
    3. Łehehehehe, NOPE, Caleb jest mój <3
      Nie zapomniałyśmy o Larkinie ^^ Ale żadnych pierwszych skrzypiec dla niego xD
      Ja tak. Kasia ma raczej w nosie... xDD Ale ja lubię o takich rzeczach gadać <3

      Usuń
    4. Dobrze że w nosie, a nie w dupie, bo czuję się pocieszna XD

      Usuń