Miał wrażenie,
jakby minęło kilka godzin. Zaraz... Minęło kilka godzin. Kilka godzin męcząco
powolnego marszu u boku dwóch znudzonych koni; cóż może być piękniejszego. Mimo
tego on nie marudził, wpatrzony w zarys karczmy, do której się zbliżał.
Zbliżali. Cador
jeszcze żył. Chyba.
Wreszcie byli
na tyle blisko, by Larkin mógł ujrzeć sylwetkę czekającej na ganku Ariene.
Prawdopodobnie stała na warcie przez cały ten czas – nie zdziwiłby się.
Przymrużył powieki, ale kontynuował wędrówkę, zatrzymując konie dopiero metr
przed drzwiami.
– Spokojnie –
mruknął do zwierząt, które już strzygły uszami w stronę stajni.
Ledwie
wierzchowce stanęły, wiedźma błyskawicznie zbiegła po kilku stopniach i
pochyliła się nad Cadorem, sprawdzając oddech. Potem dotknęła jego czoła,
upewniając się, że obrońca nie ma gorączki. Gdyby miał, oznaczałoby to, że w
jego ciele stało się coś gorszego niż zdiagnozowała w lesie.
Odetchnęła z
ulgą, nie odkrywszy żadnych poważnych objawów. Skóra obrońcy była nieco
cieplejsza, zanosiło się na stan podgorączkowy, ale to nie wróżyło poważnych
obrażeń wewnętrznych – od nich już byłby rozpalony.
Wyprostowała
się nieco sztywno, wróciła na ganek i otworzyła na oścież drzwi karczmy,
skinieniem dłoni wołając młodego chłopaka, który to miał zająć się końmi, kiedy
oni będą wnosić rannego do środka.
Zaraz wróciła
z powrotem do Cadora, ponownie odhaczając w myślach wszystko, czego
potrzebowała do ustabilizowania stanu zdrowia obrońcy. Bała się, że kiedy
zdejmie z niego zaklęcie, okaże się, że jest gorzej niż się jej wydaje teraz;
przygryzła wargę, na ułamek sekundy przymknąwszy oczy.
Nie panikuj.
Chłopak zdawał
się mieć spore doświadczenie i dobrą rękę do koni; tak przynajmniej
wywnioskował Larkin po sposobie, w jaki nieznajomy podszedł do zwierząt.
Uznawszy, że z czystym sumieniem może powierzyć mu wierzchowe, stanął nad
Cadorem, jednocześnie zerkając na Ariene.
O nic nie
pytał, nic nie mówił. Zacisnął wargi i podłożył ręce pod obrońcę, tak, by móc
wygodnie go unieść. I tym razem będzie mu potrzebna pomoc Ariene, jeżeli ma to
zostać wykonane z delikatnością oraz wyczuciem. Dlatego czekał.
Również
milczała. Czuła, że ostatnim razem powiedziała za dużo, więc nie chciała
dopuścić do tego, by sytuacja się powtórzyła. Spokojnie pomogła Larkinowi
unieść Cadora, jednocześnie plotąc dwie dodatkowe siatki zaklęć – w ten sposób
upadły będzie mógł samodzielnie wnieść obrońcę do karczmy, a ona zdoła otworzyć
przed nimi wszystkie drzwi i zgarnąć to, co zapomniała w ferworze walki
przygotować; całkiem możliwe, że o czymś zapomniała.
Spojrzała
krótko na Larkina, po czym zawróciła i podeszła do przejścia, przytrzymując
płytę drzwi, żeby żaden podpity kretyn przypadkiem nie trzasnął nimi w rannego.
Ustawiła się tak, by zostawić jak najwięcej miejsca, i zawiesiła wzrok na
nieprzytomnym, jakby po cichu wierzyła, że ten niespodziewanie cudownie
ozdrowieje.
Nie ozdrowiał.
I, szczerze mówiąc, nie wyglądał najlepiej – zdaniem Larkina blisko mu było do
wyglądu trupa, z tą bladą twarzą, przewiązaną pseudo-bandażem głową i
zakrwawionym ubraniem.
Upadły nie
przypatrywał się jednak rannemu zbyt długo; ruszył w stronę wejścia do karczmy,
przekraczając próg ostrożnie, by przypadkiem nie zrobić Cadorowi większej
krzywdy. Rozejrzał się dookoła, wybrał najbezpieczniejszą (bo najbardziej
oddaloną od pijaczków) drogę w przód i ruszył, zatrzymując się dopiero przy
schodach.
W momencie, w
którym upadły przekroczył próg, po kilku sekundach ktoś się podniósł.
Nieznajomy wyglądał, jakby zamierzał opuścić lokal – ubrany w wielobarwny, ale
stonowany płaszcz, z kołczanem strzał na plecach i łukiem, kapturem
zakrywającym twarz – dlatego Ariene nie zwróciła na niego większej uwagi,
całkowicie skupiona na Cadorze.
Jej
zainteresowanie zmieniło się, gdy obcy ruszył w stronę Larkina i nieprzytomnego
obrońcy.
Zagrodziła mu
dojście do rannego kilka metrów od upadłego, stanęła tuż przed nieznajomym,
dobywszy jednego ze swoich sztyletów. Przytknęła ostrze do szyi zaskoczonego mężczyzny,
mrużąc groźnie oczy, i przez chwilę naprawdę wyglądała, jakby zamierzała
poderżnąć mu gardło.
– Ani kroku
dalej – syknęła cicho.
Nieznajomy
dłuższą chwilę nie odpowiadał, wyraźnie się Ariene przypatrując, może szacując
swoje szanse w starciu z nią.
– Przepuść
mnie. Żadne z nas nie chce wywoływać konfliktu – zaproponował dość ugodowym tonem,
jednak pobrzmiewająca w jego słowach ostrzegawcza nuta tylko rozsierdziła i tak
bardzo nerwową ostatnimi czasy wiedźmę.
– Jeden krok w
jego stronę, a twój odrąbany czerep wyląduje na ladzie barmana – ostrzegła
lojalnie, nie pozwalając nieznajomemu ruszyć.
– To byłoby
niefortunne. I komplikowałoby moje plany – przyznał powoli mężczyzna,
obejrzawszy się krótko na bar, o którym mówiła Ariene.
Larkin
przewrócił oczami, zupełnie nie przejmując się postacią nieznajomego
chłoptasia. Sugerowałby Ariene, żeby również zignorowała temat albo faktycznie
pozbawiła go tego i owego i zostawiła to na ladzie – niemniej jednak wolał się
nie odzywać. Raz, że coś ostatnio źle się to kończyło, dwa, że wkurzona
Ariene... była wkurzoną Ariene.
Okazało się,
że to robi wrażenie.
– Parter czy
piętro? – zapytał rzeczowo, uznając, że nie ma co czekać.
Obejrzała się
przez ramię na Larkina.
– Piętro,
czwarty po prawej – oznajmiła krótko, na chwilę tracąc z oczu nieznajomego.
I to
wystarczyło – co niezmiernie ją zdumiało – by poczuła na nadgarstku silny,
pewny chwyt, by upuściła sztylet, a chwilę potem lądowała twarzą na blacie
pobliskiego stołu, przyciśnięta oraz zablokowana nadzwyczaj wprawnie. Szok
okazał się na tyle duży, że nie przystąpiła od razu do walki, wymieniając z
siedzącym przy meblu gościem zdezorientowane spojrzenie.
– Co mu
zrobiliście bądź co też zrobił mu ktoś inny? – usłyszała tuż przy uchu.
Oprzytomniała,
wściekła się również nie na żarty, ale zdołała połączyć ze sobą kilka faktów,
co pozwoliło mężczyźnie zostać przy życiu. Zaklęcie cisnęło nim tylko w tył, na
najbliższą ścianę, a Ariene wyprostowała się i rozmasowała kark, mrużąc oczy.
– Uważaj, w
rzucaniu po ścianach mam talent – warknęła, podniosła broń i skierowała się w
stronę Larkina, ale przy oszołomionym mężczyźnie przystanęła. – Znasz go –
mruknęła, wyciągając do niego dłoń.
– Nie, tak z
dobroci serca nadstawiam kark – syknął, rozmasowując nabitego na potylicy guza
i łypiąc na Ariene z niezadowoleniem.
Tak jak
myślała – nie znała go. Mężczyzna wyglądał na kogoś w jej wieku, może trochę
starszego, mierzył ją ponurym, pełnym niechęci spojrzeniem bursztynowych oczu,
które raczej powinny być pełne ciepła, by ten wyraz pasował do ich barwy. Miał
także gęste, ciemne włosy, a jego lewy policzek zdobiły trzy prawie równoległe
blizny – czyżby pamiątka po pazurach zwierzaka?
Zmrużyła oczy,
kiedy nieznajomy nie przyjął jej ręki i wstał o własnych siłach, ale nie
skomentowała, już kierując się na schody.
– Gdybyś był
łaskaw nie przeszkadzać przy leczeniu i w miarę możliwości nie zadawać pytań,
możesz iść – skwitowała krótko, nie obejrzawszy się za siebie.
Skrzypnięcie
podłogi i ciche syknięcie utwierdziło ją w tym, że mężczyzna, kimkolwiek
właściwie był, postanowił przystać na jej warunki i potowarzyszyć przy
doglądaniu Cadora.
Kiedy
nieznajomy zaatakował Ariene, Larkin byłby upuścił Cadora, żeby wspomóc wiedźmę
– ogarnął się w ostatniej chwili i tylko zgrzytnął zębami. Potem, gdy wiedźma i
mężczyzna doszli do porozumienia, zaczął wspinać się po schodach.
Do jasnej cholery, Reamonn, mógłbyś być
trochę lżejszy.
Nie powiedział
jednak nic, ani trochę nie zamarudził – dzielnie wspiął się na piętro i ruszył
do wymienionych przez Ariene czwartych drzwi na prawo. Zatrzymał się, czekając,
aż ktoś mu łaskawie otworzy.
Wiedźma szybko
dogoniła upadłego i nacisnęła klamkę, popychając deski. Przepuściła Larkina
przodem, a gdy pan Lavrance kładł Cadora na łóżku, ona dopadła do szafki i
zgarnęła wszystko, co znalazła w gospodzie i co nadawało się do przeprowadzania
leczenia. Dość bezpardonowo odsunęła towarzysza od rannego, jak ten tylko stał
się zbędny, postawiła sprzęt na szafce nocnej i zabrała się do ściągania
bandaży.
Odetchnęła z
ulgą, nie odnalazłszy na jego ciele żadnych sinofioletowych plam. Przebiegła
wzrokiem pogruchotane żebra, przyjrzała się zmiażdżonemu mostkowi, a potem
przysunęła sobie stołek i zabrała się do wykonywania dwóch rzeczy jednocześnie
– bliżej niezidentyfikowanej maści oraz bliżej niezidentyfikowanego naparu.
Nieznajomy mężczyzna
wszedł chwilę potem, zignorował Larkina i zatrzymał się kawałek za Ariene,
spoglądając na Cadora ze zmarszczonym z pewną troską czołem. Upewniwszy się, że
obrońca żyje, bez pytania zaczął przeglądać rzeczy, których zamierzała użyć
wiedźma na rannym.
– Dotknij
jeszcze jednej buteleczki, a urwę ci tę rękę przy samej dupie – zapewniła
lojalnie, nie przestając ucierać jednej z kilku ususzonych roślin.
– Korzeń
palowca – stwierdził wtedy mężczyzna, obracając kawałek drewienka w palcach. –
Po co ci on? Przy tego typu obrażeniach nie ma zastosowania. W medycynie nie ma
zastosowania w ogóle.
– Język też
mogę ci urwać przy samej dupie – uznała spokojnie.
Nieznajomy
spojrzał na nią, na korzeń palowca, raz jeszcze na wiedźmę, po czym odłożył
składnik zielarski, najwyraźniej przekonany.
Larkin
postanowił, że da innym przykład opanowania i spokoju. Stanął sobie gdzieś z
boku i skrzyżował ręce na torsie, przypatrując się nieznajomemu spode łba.
W sumie było
mu wszystko jedno, kim jest ten facet, czy faktycznie zna Cadora i jakie są
jego zamiary. Jedyne, na czym mu zależało, to żeby ten pieprzony obrońca
przeżył – mimo wszystko nie chciał mieć jego krwi na rękach, chociażby ze
względu na Ariene.
Uznał, że jak
będzie potrzebny, to go wiedźma zawoła. Dlatego sobie czekał. W milczeniu. I
nie przeszkadzał, w przeciwieństwie do mordowanego właśnie spojrzeniem bruneta.
– Olej
rzepakowy usprawni proces gojenia, jeśli dodasz kilka kropel do tej maści – nie
wytrzymał wreszcie nieznajomy. – Dobrze wyciąga z sitkowca substancje
chemiczne, które wzmacniają kości, jednocześnie powstrzymując toksyny.
Ariene
zgrzytnęła zębami, przez chwilę wyglądała, jakby naprawdę zamierzała mężczyźnie
urwać co nieco przy samej dupie, ale potem powróciła spokojnie do pracy.
– Widzisz tu
gdzieś olej rzepakowy? – spytała uprzejmie zainteresowana, uniósłszy brew, po
czym podniosła się ze stołka i pochyliła się nad Cadorem.
To, co utarła,
tworząc z tego maść, rozsmarowała dokładnie na wysokości wszystkich
poniesionych przez obrońcę ran – głowę jednakże chwilowo zostawiła w spokoju.
Kiedy skończyła, sięgnęła po korzeń palowca i buteleczkę złocistego płynu.
– Co to jest?
– spytał natychmiast nieznajomy, marszcząc czoło.
– To jest
trucizna. Zamierzam go teraz otruć, bo znudziło mi się ratowanie jego życia –
odparła bez mrugnięcia okiem, przełamawszy korzeń w palcach i wrzuciwszy dwa
kawałki do fiolki. – Kim dla niego jesteś? – spytała, obserwując, jak roślina
się rozpuszcza.
Mężczyzna
milczał, spoglądając na nią tym samym ponurym, nieufnym wzrokiem, jakby nie
wychwycił ironii w wypowiedzi wiedźmy.
– Żoną? –
parsknęła wreszcie, zerkając z irytacją na obcego, który nie dość, że pakował
swój nochal w jej leczenie, to jeszcze wyraźnie traktował ją jak wroga.
– Matką –
odparł bez zająknięcia, odpowiadając spojrzeniem na jej spojrzenie.
Ariene
uśmiechnęła się lekko i wypiła przyrządzoną właśnie miksturę za jednym razem,
odchyliwszy głowę. Skrzywiła się, wzdrygnęła, syknęła przez zęby, po czym
odetchnęła głęboko i zachwiała się nieznacznie.
Kiedy
nieznajomy ją podtrzymał, zerknęła na niego trochę zaskoczona, ale też trochę
wdzięczna, zaraz jednak zabrała się do bandażowania torsu Cadora.
– Zatem co to
było? – nie dał za wygraną mężczyzna.
– Zatem kim
jesteś? – odparła zaraz, siadając z brzegu łóżka, by móc wygodniej ułożyć ręce
na ciele obrońcy.
Zamknęła oczy,
zastygając na chwilę.
– Właściwie to
nie odpowiadaj – zmieniła koncepcję, po tych słowach całkowicie skupiając się
na plecionych właśnie zaklęciach.
Nieznajomy tym
razem się nie odzywał, przyglądając się srebrnawej poświacie pojawiającej się
wokół rąk wiedźmy, jakby to też musiał zbadać i skontrolować.
Larkin
przechylił głowę, nagle dziwnie zainteresowany nieznajomym. Nie ruszył się z
miejsca, ale wystarczyło, by skupił na nim intensywne spojrzenie błyskających
czerwienią oczu.
– Właściwie to
odpowiedz – zaprzeczył słowom Ariene.
Ciekawiło go,
z kim mają do czynienia, to po pierwsze. Po drugie dość przeszkadzania wiedźmie
przy pracy.
Mężczyzna
spojrzał na Larkina krótko, potem znów skupił wzrok na Ariene, bo to,
najwyraźniej, było teraz dla niego najważniejsze. Sama pracująca nie zwróciła
uwagi na panów, całkowicie skoncentrowana na plecionym właśnie zaklęciu.
– Caleb –
przedstawił się zwięźle i krótko, po czym bezceremonialnie ściągnął z pleców
łuk i kołczan, ustawiając je pod ścianą.
Wyglądało na
to, że więcej powiedzieć nie zamierzał, wrócił na poprzednie stanowisko i znów
zapatrzył się na Ariene i Cadora, chyba nie do końca ufając tym metodom
leczenia.
Larkin uniósł
brew, ciągle obserwując mężczyznę. Nie został zignorowany, ale i tak
potraktowano go dość... lekceważąco. A to było dziwne, przyzwyczaił się do
tego, że ludzie skupiali na nim maksimum swojej uwagi. Sam nie wiedział, o czym
to świadczy – że facet był odważny, lekkomyślny czy nie znał się na ludziach.
A jednak nie
skomentował. Siedzieli w ciszy, obserwując pracującą Ariene, od czasu do czasu
pomagając jej, jeśli zaistniała taka potrzeba, i czekając na werdykt. Larkin
przyjrzał się twarzy nieprzytomnego obrońcy, który nie wyglądał ani trochę
lepiej; zmarszczył czoło, uznając, że mimo wszystko Cador nie powinien się
poddawać. Musi się z tego wygrzebać.
W pewnym
momencie Caleb chwycił ramię wiedźmy, delikatnie ciągnąc ją w tył. Ariene
nabrała gwałtownie powietrza, zadrżała i cofnęła ręce, przerywając zaklęcie. Na
całe szczęście uwolniła dłonie w odpowiedniej chwili, bo gdyby się nie
podparła, spadłaby z łóżka. Trochę przesadziła, powinna była skończyć proces
kilka minut temu.
– Przyniosę
misę z wodą – zdecydował wtedy mężczyzna i wyszedł z pomieszczenia, jego kroki
szybko ucichły na korytarzu.
Ariene
rozmasowała obolały kark, starając się nie wyglądać na kogoś bardzo zmęczonego.
Szkoda, że nie mieli tu więcej korzeni, mogłaby zrobić mocniejszą miksturę. No
nic, jakoś przeżyje.
– Dla ciebie
też wynajęłam pokój, jeśli chcesz, możesz iść odpocząć – odezwała się nieco
zachrypnięta, oglądając się przez ramię na Larkina.
Odprowadził mężczyznę
wzrokiem, później skupiając swoją uwagę na Ariene. Chwilę trawił jej słowa, ale
w końcu pokręcił głową.
– Zostanę –
mruknął krótko, i wyglądało na to, że nie ma zamiaru wyjawiać powodów takiej
decyzji.
Wzruszyła
ramionami. Ona natomiast nie zamierzała dopytywać.
Zamiast tego
upewniła się, że Cador na pewno ma wygodnie. Kiedy Caleb wrócił z miską z wodą,
akurat poprawiała obrońcy poduszkę, dlatego przy okazji sprawdziła, czy nie
miał temperatury. Wydało się jej, że jego czoło jest cieplejsze niż powinno,
dlatego skorzystała z przyniesionych przez mężczyznę rzeczy.
W duchu po
cichu wierzyła, że to, co zrobiła, wystarczy. Że nie było aż tak źle, że
zdołała mu pomóc. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby się nie udało.
Obrońca w
pokoju prawie ani na chwilę nie zostawał sam. Ariene, choć trzeciego dnia
zaczęła się już dość wyraźnie słaniać na nogach, nadal pilnowała Cadora i
niemalże od niego nie wychodziła, jakby się bała, że wtedy coś się stanie.
Równie często zaglądał do pokoju Caleb – nadzwyczaj małomówny mężczyzna. Inna
sprawa, że sytuacja nie sprzyjała częstym rozmowom, bo jak tu gadać z Larkinem,
jedyna w miarę normalna osoba przypominała już powoli na wpół martwą.
Prośby i
groźby jednak na wiedźmę nie działały, jeśli ktoś zbyt wyraźnie sugerował, że
miałaby gdziekolwiek odpocząć, przypominała, co komu gdzie dałoby radę przy
czym urwać, ewentualnie wyrzucała z pokoju, żeby nie niepokoili rannego.
Te kilka dni
okazało się naprawdę długie, jakby minęły całe lata. Ariene coraz trudniej było
walczyć ze zmęczeniem, zwłaszcza kiedy zapadała noc. Gdy skończyła krzątanie
się po pokoju, zbieranie zmienionych bandaży i zmiatanie rozsypanych
składników, usiadła na stołku i westchnęła, przecierając oczy. Powieki ciążyły,
ale nie zamierzała pozwolić, by z jej winy znowu coś się stało.
Nie dała
jednak rady. Kilkanaście minut później ułożyła głowę na skraju łóżka, podłożyła
pod nią ręce i zamknęła na chwilę oczy. Tylko chwilę. Wiedziała, że najmniejszy
podejrzany szmer, mimo wyczerpania, ją obudzi. Na pewno.
Nie było
idealnie cicho. Ale dźwięk, który usłyszał, wcale go nie irytował. Zdawał się
być taki... taki na miejscu, taki idealny, jakby to był ten zagubiony odgłos,
który od tej chwili miał brzmieć przy każdym jego przebudzeniu.
To był czyjś
oddech.
Tak brzmiała
jego pierwsza myśl. Dopiero druga była błyskotliwym uświadomieniem sobie, że
coś wraca, wraca świadomość. Nie czuł własnego ciała, co bardzo go przeraziło,
ale po kilku minutach udało mu się zmobilizować do uniesienia powiek. Przez ten
czas wyzbył się strachu; to ten oddech, zdawało mu się, że czuł osobę
znajdującą się przy nim. I to go uspokajało.
Gdzie był? Nie
mógł się ruszyć, więc zwyczajnie wpatrywał się w to, co znajdowało się nad nim.
Wyglądało na to, że to pomieszczenie – dziwne, przecież chyba przebywał w
lesie, prawda? To jest – ostatnim jego wspomnieniem był las. Może umarł? Może
znalazł się w niebie? Nie mógł nawet ujrzeć twarzy tej śpiącej osoby,
irytujące.
Wykorzystał
więc wszystkie siły, jakie w sobie odnalazł, by dźwignąć się nieco na łóżku
(bo, co zaskakujące, na nim właśnie leżał!). Zamarł na chwilę, mając trudności
ze złapaniem oddechu, ale w końcu udało się mu opanować zawroty głowy,
zaczerpnąć łyku świeżego powietrza i dojrzeć swego strażnika.
Chyba
faktycznie umarł, a Silthe udzielił mu wstępu do raju.
Anioł. Nie
było innego wyjaśnienia. Wpatrywał się oszołomiony w piękną kobietę, która
spała, oparta głową o skraj jego łóżka. Jasnozielone oczy zaszły dziwną
mgiełką, a po chwili pojawił się w nich wyraz najcieplejszych uczuć. Jeżeli tak
miało wyglądać bycie martwym, to dlaczego tak długo zwlekał ze śmiercią?
A wtedy
uzyskał pełnię świadomości i uderzył w niego niewyobrażalny ból. Przymknął
powieki, znów tracąc oddech; byłby wpadł w panikę, nie mogąc złapać tchu, miał
wrażenie, jakby ktoś zrzucił mu na klatkę piersiową kilkutonową masę. Lata
treningu pozwoliły mu jednak zachować spokój, a przy kolejnej próbie znów
odzyskać oddech. Płytki, bo głębsze wdechy niemiłosiernie bolały, ale
przynajmniej już się nie dusił. Wszystko go bolało, po prostu wszystko – czegóż
by nie dał, by znów zapaść w błogi sen.
Ariene
drgnęła, kiedy usłyszała cięższy oddech. W pierwszej chwili miała ochotę
nawrzeszczeć na samą siebie za brak czujności, w drugiej trochę spanikowała, w
trzeciej już analizowała, co się mogło stać i jak Cadorowi pomóc, by udrożnić
drogi oddechowe. Wyprostowała się trochę zbyt gwałtownie, przez co zachwiała
się na stołku, ale szybko odzyskała równowagę i zawiesiła spojrzenie na swoim
pacjencie.
Zastygła,
całkowicie zszokowana. Ile to było dni? Pięć? Jeśli dobrze liczyła, a pewnie
nie, bo wszystko już się zlewało. W każdym razie – leżał jak kłoda na tym łóżku
tak cholernie długo, jedyną oznaką tego, że żył, stał się płytki oddech, a
teraz siedział na materacu, rozglądając się dokoła zamglonym wzrokiem. Znów nie
wiedziała, co zrobić, bo zupełnie się nie przygotowała na taką sytuację.
– Silthe
najmilszy – wychrypiała, zaraz zrywając się z miejsca, bo wreszcie oprzytomniała
na tyle, by postanowić coś zrobić. – Połóż się – dodała łagodnie, kładąc ręce
na jego ramionach i delikatnie zmuszając go, by wykonał jej polecenie. – Powoli
– poprosiła, z powrotem przysiadając na swoim miejscu, tym razem jednak na
samym skraju stołka, jakby chciała być w gotowości do szybkiej reakcji.
Postanowiła
chwilę odczekać, zanim zada jakiekolwiek pytanie. Cador pewnie nie wiedział,
gdzie się znajduje i co się dzieje, niech rozezna się w sytuacji.
Za dużo się
ruszała, zaczęła się mu troić w oczach. Skrzywił się nieładnie, nie zdążył
zareagować, gdy zmusiła go do położenia się, po czym wlepił bezmyślne
spojrzenie w sufit.
Kilka sekund.
Tylko kilka sekund. Oddychanie nie może być takie trudne, no i nie może tak
cholernie boleć.
– Wystarczy Cador
– wychrypiał, unosząc kącik ust w słabym uśmiechu, gdy tylko wezwała stwórcę.
Słowa z trudem
przeszły mu przez gardło, były ledwo słyszalne, a na dodatek zaraz po ich
wypowiedzeniu kaszlnął, czując nieprzyjemne drapanie w przełyku. Właśnie
dlatego postanowił, że na razie zamilknie.
Panował nad
własną ręką. To odkrycie bardzo go zadowoliło, bo w sumie ręka mu się przyda.
O, na przykład teraz.
Wyciągnął ją
ku górze i położył dłoń na policzku pochylonej nad nim kobiety, patrząc jej
prosto w oczy. Przesunął kciukiem po jej miękkiej skórze, po czym, dokonawszy
paru spostrzeżeń, zmarszczył czoło.
– Jak... –
urwał.
Spróbujemy
jeszcze raz.
– Jak długo tu
siedzisz? – Na koniec zdania głos się mu trochę załamał, ale udało się.
Ariene
uśmiechnęła się, w pierwszym odruchu dotykając jego ręki. Zaraz jednak
otrząsnęła się i sięgnęła po dzban oraz swoją szklankę. Nalała do niej trochę
wody, nie za dużo, żeby obrońca się nie oblał, i przysiadła na brzegu jego
łóżka, wyciągając do niego naczynie.
– Napij się.
Pomóc ci? – mruknęła cicho, bojąc się, że jeśli odezwie się głośniej, może go
jeszcze rozboleć głowa.
Kiedy tylko
dojdą do ładu ze wszelkimi okolicznikami czasu oraz miejsca, musi sprawdzić
jego bandaże. I upewnić się, że kości zostały na swoim miejscu. Najchętniej,
skoro już zaczął się ruszać, unieruchomiłaby go jakoś, byle tylko się bardziej
nie poranił.
„Złotą klatkę
sprawię ci, będę karmić owocami, a do nogi przymocuję złotą kulę z diamentami”,
co, Ariene? No co, jak zaczął się ruszać, to trzeba unieruchomić. Od razu pałką
przez łeb, wtedy na pewno się nie ruszy!
Dobrze, że nie
słyszał jej myśli, bo jeszcze by uciekł z krzykiem. Tak tylko uśmiechnął się
lekko i uniósł się znów na łóżku, sięgając po wyciągniętą w jego stronę
szklankę. Objął ją niepewnie palcami, przymrużył powieki, starając się zmusić
mięśnie dłoni do mocniejszego uchwytu, po czym uniósł naczynie i przystawił do
ust.
Nigdy w życiu
nie pił tak dobrej wody.
Chęć
unieruchomienia wynikała tylko z troski o pogruchotane żebra, zmiażdżony mostek
i inne atrakcje, ale co kto woli i takie tam.
Ariene zaczęła
się zastanawiać, czy przypadkiem nie obudził się za szybko, bo może powinien
jeszcze odleżeć kilka dni, nabrać sił, poczekać, aż kości się do końca zrosną.
Westchnęła i odstawiła szklankę, kiedy wypił jej zawartość.
– Byłeś
nieprzytomny jakieś pięć dni. Tyle chyba tu siedzę – odparła zgodnie z prawdą,
nie chcąc, żeby pomyślał, że go zignorowała. – Jeszcze wody? – spytała, od razu
chwytając rączkę od dzbana, i zawiesiła na Cadorze wyczekujące, pełne troski
spojrzenie.
Oj no, ja
wiem, tak się droczę. Bo mi się skojarzyło. Ale w sumie jej się nie dziwię, ten
facet nie jest normalny; powinna go unieruchomić, bo inaczej za godzinę on
wpadnie na genialny pomysł pójścia na spacer. Albo zrobienia sobie treningu,
przecież całe pięć dni się obijał! No, ale dobra, już wracam do tematu.
Uniósł na nią
dość wymowne spojrzenie; nawet nie musiał pytać, wiedział, że przez te pięć dni
siedziała tu bez przerwy. Pokręcił tylko głową, za co natychmiast się skarcił,
bo rozbolała na nowo, tym razem uciskiem w skroniach.
Ten gest,
oprócz osobistego podsumowania zachowania kochanej wiedźmy, posłużył mu też za
odpowiedź – poczuł, że kolejna szklanka wody mogłaby być za dużym szokiem dla
niepracującego od kilku dni żołądka.
Zsunął się
nieco, znów kładąc się w łóżku. Był przytomny od minuty, może dwóch, a już się
tym zmęczył.
Ariene
uśmiechnęła się do niego lekko, trochę zdziwiona, że całe zmęczenie
niespodziewanie minęło. Przyglądała się mu z troską, szukając jakichkolwiek
oznak pogarszającego się stanu zdrowia, jednak wydało się jej, że obrońca czuje
się, jak na swoje aktualne możliwości, całkiem dobrze. To z jednej strony
poprawiło nastrój wiedźmy, coś ciężkiego spadło z serca, ale z drugiej...
Przygryzła wargę, opuszczając wzrok na materac.
Nie chciała na
razie męczyć go kontrolowaniem opatrunku, w końcu niedawno go zmieniła, dlatego
położyła ręce na swoich nogach, nie wiedząc, co z nimi zrobić. Zsunęła się z
materaca, na którym siedziała, i wróciła z powrotem na stołek, żeby Cadorowi
było wygodniej. Odgarnęła zaraz włosy za uszy, potarła nos, rozejrzała się
trochę bezradnie dokoła.
– Przepraszam
– szepnęła w końcu, czując, że jeśli tego zaraz nie powie, oszaleje z poczucia
winy.
Otworzył
szeroko już przymykające się oczy, znów uniósł się do pozycji półsiedzącej,
opierając się plecami o ścianę. Nagle zaczął wyglądać na poirytowanego;
spojrzał na kobietę ostro, co zupełnie nie pasowało do codziennego wizerunku
Cadora Reamonna.
Przy okazji
nieco się skrzywił, gdy znów poczuł ból w klatce piersiowej. Zignorował go,
przecież to nie było takie ważne. Odchrząknął; tym razem głos nie mógł mu się
załamać.
– Nawet nie
próbuj mnie przepraszać – powiedział, wprawdzie nadal cicho, ale już stanowczo
i bez pauz.
Zgarbiła się
pod jego spojrzeniem i mimowolnie pokiwała potulnie głową, najwyraźniej nie
mając siły z nim dyskutować. Ale świadomość, że gdyby pozostała czujna, gdyby
zignorowała cholernego Larkina, gdyby zachowała się na tysiąc sposobów inaczej,
że wtedy Cadorowi nic by się nie stało… Nie mogła się tego pozbyć ze swojej
głowy, powinna obwiniać tylko siebie, nikogo więcej.
– Znasz
jakiegoś Caleba? – spytała wreszcie, wiedząc, że brnięcie w ten temat mogłoby
się źle skończyć.
I dla niej, i
dla niego, prawdę mówiąc.
Trochę...
trochę jakby z niej czytał. Nigdy nie miał problemów ze zgadywaniem ludzkich
emocji i myśli, ale w jej przypadku to było właściwie instynktowne. Po prostu
patrzył na nią i rozumiał. To, co wyczytał z jej twarzy tym razem,
niespecjalnie mu się spodobało.
Odetchnął
nieco głębiej; bolało, ale jednocześnie dawało mu pewną siłę.
– Ariene. –
Zabrzmiało to tak, jakby przywoływał ją do porządku, jakby informował ją, by
nie ważyła się zmienić temat.
Odchrząknął
raz jeszcze, czując nieprzyjemne drapanie w gardle, ale po chwili kontynuował:
– Nie musiałem
się pod ciebie podkładać. To była moja decyzja i byłem świadomy jej
konsekwencji. Nie obwiniaj się za to. – Między każdym zdaniem robił chwilę
przerwy, by odetchnąć, by nabrać siły na wymawianie kolejnych słów, ale
wypowiedź była nawet dość płynna.
– W porządku –
rzuciła szybko, może trochę za szybko, dlatego odchrząknęła i odczekała chwilę,
nim się znowu odezwała. – Rozumiem. I jako twoja uzdrowicielka z notorycznie
podważanymi kompetencjami żądam, żebyś już tyle nie mówił – dodała jakby
karcąco, jednak uśmiechnęła się do niego lekko. – Na rano przygotuję ci coś do
jedzenia, siły powinieneś odzyskać za kilka dni, ale nawet nie myśl o
wychodzeniu z pokoju. W ostateczności urwę ci nogi przy samej dupie – zagroziła
lojalnie.
Kiedy znowu
zamilkła, przebiegła wzrokiem po całym pokoju, zawiesiła spojrzenie na
pobliskim oknie. Uznawszy, że zrobił się lekki zaduch, podniosła się i je
otworzyła, świeże powietrze powinno ułatwić Cadorowi oddychanie, zresztą ona
nagle też potrzebowała chłodu nocy, by otrzeźwić własne myśli.
– Po prostu
jestem wściekła, że straciłam koncentrację – przyznała wreszcie, domyśliwszy
się, że obrońca tak łatwo nie odpuści, a w jego stanie przemęczanie się było
nierozsądne. – To się więcej nie powtórzy, ale złość musi sama przejść – dodała
z pewnym rozbawieniem, obejmując się ramionami.
Ładny był
widok z tego okna, wcześniej nawet nie zauważyła. I miasteczko całkiem
urokliwe, pięć dni temu przypominało ponure wybawienie, teraz nie wyglądało aż
tak źle.
Obserwował ją
cały czas. To nie wymagało żadnego wysiłku, a było całkiem przyjemne; nawet
głowa przestała tak boleć. Wreszcie uniósł kącik ust w delikatnym uśmiechu,
usatysfakcjonowany takim rozwiązaniem sprawy – postanowił jednak nie
komentować, zgodnie z rozkazem pani pielęgniarki.
Mimo tego nie
chciał zamilknąć, bo do nadal ospałego i niezbyt przytomnego umysłu wreszcie
coś dotarło. Zmarszczył czoło, zastanowił się dłuższą chwilę nad tą ciekawą
kwestią, po czym uniósł brew.
– Czemu pytasz
o Caleba? – zapytał, nie ogarniając rzeczywistości.
Nie widział
swojego przyjaciela ładnych kilka lat, o co chodzi?
– Prawie
poderżnęłam mu gardło pięć dni temu – odparła uczciwie, obracając się przodem
do Cadora i uśmiechając się do niego. – W końcu jednak udało nam się dojść do
pewnego porozumienia, od tego czasu nieustannie się kłócimy i na siebie
warczymy. Pomyślałam, że możesz go znać, bo przedstawił się jako twoja matka –
dodała, wracając na swoje poprzednie miejsce, ponieważ stanie w otwartym oknie
zaowocowało gęsią skórką.
– Szkoda, że
tego nie zrobiłaś – odparł bez mrugnięcia okiem, uśmiechając się do kobiety
szerzej.
Nie ma to jak
przyjaźń! Swoją drogą, spojrzał na nią pod nieco innym kątem; bo jak to tak,
udało jej się dojść z Calebem do porozumienia? To w ogóle jest możliwe dla osób
postronnych?
– Nadal tutaj
jest? – zainteresował się zaraz.
Musiał być;
Cador za dobrze znał przyjaciela, na pewno wciąż tkwił w karczmie, oberży czy
gdzie oni się znajdowali.
– I pozwolił
ci siedzieć tu bez przerwy pięć dni? – dodał jeszcze, mrużąc oczy.
Oho, chyba
ktoś tu dostanie opierdol.
– Też żałuję –
zgodziła się pod nosem wiedźma, zaraz jednak skupiła się na następnych
pytaniach obrońcy, nie mogąc powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu.
Przyjemnie się
patrzyło, jak odżył na wzmiankę o Calebie, musieli się przyjaźnić. Inna sprawa,
że Ariene nie wyobrażała sobie jakichkolwiek cieplejszych relacji z tą osobą,
cóż.
– Nadal tutaj
jest. Nie miał wyboru, sama sobie pozwoliłam. Larkinowi też się nie udało mnie
wyciągnąć. Pierwszy raz Caleb zrezygnował po tym, jak dokładnie opisałam mu, co
się z nim stanie, kiedy już wyrzucę go przez okno. Potem tylko uparcie
sugerował, ale bez większych skutków. Zawołać go? – dodała, oglądając się przez
ramię na drzwi.
– To nie jest
wytłumaczenie – burknął pod nosem.
No co z nich
za faceci, że nawet jedną wiedźmą nie potrafią się zaopiekować? I wyperswadować
jej głupie pomysły? Po chwili skinął głową, nie będąc w stanie odpowiedzieć
werbalnie; już zrozumiał, dlaczego Ariene zabroniła mu tyle mówić.
Ucisk w klatce
piersiowej był coraz bardziej bolesny, chciał, by Ariene wyszła choć na chwilę.
Musiał złapać oddech, trochę odreagować – jeżeli przy niej da oznakę słabości,
ona zaraz wpadnie w panikę. Na przekór samopoczuciu uśmiechnął się lekko.
Już miała się
obrócić, by wyjść, ale zatrzymała się w pół kroku, zamierając. Kiedy znów
spojrzała na obrońcę, przeszyła go czujnym, uważnym wzrokiem, ostatecznie
zawieszając go na wysokości jego klatki piersiowej. Obserwowała ją te pięć dni
co i rusz, dlatego nauczyła się prawidłowości oraz zaburzeń z powodu obrażeń
niemal na pamięć.
– Rozluźnij
się – poprosiła, zawracając do Cadora i przysiadając na jego łóżku.
W karczmie na
dole zostawiono dla niej kilka mikstur, które będą w stanie zregenerować
energię magiczną w jej ciele, dlatego nie zamierzała się oszczędzać. Barman
podobno miał jeszcze kilka korzeni palowca, zresztą Caleb twierdził, że da się
je znaleźć w pobliskich lasach i w drodze wyjątku mógłby to zrobić. Co prawda
Ariene nie do końca mu ufała i nie do końca wierzyła w jego możliwości, ale dla
świętego spokoju przytaknęła.
Teraz
przyłożyła dłoń do klatki piersiowej Cadora, skupiając się na zaklęciu, jakiego
chciała użyć. Srebrzysta poświata otoczyła jej rękę, delikatnie wnikając w
obrońcę, wiedźma spróbowała zrobić to z maksymalnym wyczuciem, nie wiedziała,
czy ingerencja do tej pory była jakkolwiek bolesna. Póki pozostawał
nieprzytomny, nie mogła tego sprawdzić.
Zmarszczył
czoło, wlepiając w Ariene spojrzenie mocno zdziwione. Jak...?
Oczywiście,
nie był wyjątkowym aktorem, ale umiejętności starczało mu na tyle, że nie
powinna była zauważyć gorszego samopoczucia. Przemyślał to sobie dokładnie; z
drugiej strony on też widział w niej wszystko, nawet to, co starannie usiłowała
ukryć.
Wniosek
sprawił, że mężczyzna uśmiechnął się ciepło, przyglądając się twarzy skupionej
na zaklęciu wiedźmy.
Ariene przez
chwilę zdawała się nie zauważać ani nie czuć jego spojrzenia, chcąc się
upewnić, że cały czar zostanie spleciony poprawnie i przypadkiem nie wyrządzi
większych szkód. Kiedy jednak utworzyła już kompletną sieć, mogła się trochę
rozluźnić.
Odpowiedziała
na jego spojrzenie, zwyczajnie nie potrafiąc go dłużej ignorować. Wyraz twarzy
Cadora z początku ją lekko zaskoczył, ale zaraz obdarzyła go równie ciepłym,
łagodnym i nieco troskliwym uśmiechem; w pierwszej chwili nawet nie poczuła
wpełzającego na policzki rumieńca, trochę jakby… się zdekoncentrowała, cała jej
uwaga była skupiona na obrońcy – na leczeniu go i patrzeniu na niego. W końcu
tu nikt mu łba nie mógł urąbać, mogła się dekoncentrować.
Najpierw,
rzecz jasna, rozległo się pukanie – nietrudno było zgadnąć, kto będzie nowym
gościem w pokoju, zważywszy na fakt, że swoim zwyczajem nie czekał na „proszę”.
Larkin otworzył drzwi; miał zamiar po raz setny poprosić Ariene, żeby trochę
odpoczęła. Nie spodziewał się jednak tego, co zastał w wynajętym pokoju.
Zatrzymał się
w progu i przymrużył powieki, przyglądając się Ariene i Cadorowi. Poczuł się...
nie na miejscu, chciał nawet wyjść, ale w tym momencie obrońca go zauważył.
Niemniej jednak ta kilkusekundowa scenka wystarczyła, by Larkin upewnił się w
przekonaniu, którego zalążek zrodził się w jego głowie już podczas zranienia
Reamonna.
Oni byli w
sobie zakochani. Nie zauroczeni, to nie było błahe, nietrwałe ludzkie uczucie.
Ariene trwała przy jego boku przez cały czas, kierowana irracjonalnym strachem
o jego bezpieczeństwo – bo przecież cóż mogłoby mu się stać w oberży, kiedy
byłby pilnowany przez upadłego albo Caleba? Pomimo tego nie chciała odpuścić. A
teraz... Znał to spojrzenie. Nie z osobistego doświadczenia, ale widział w
swoim życiu już wiele – i zrozumiał.
Że trzeba się
poddać. Wycofać z walki, bo tak będzie lepiej. Ariene mu się podobała, musiał
to przyznać, ale Cador był w niej zakochany po uszy – w porównaniu tych dwóch
uczuć Larkin wypadał dość blado. I, co najważniejsze, wiedźma odwzajemniała
jego uczucie.
A on i tak
miał związane ręce, chociaż oni o tym nie wiedzieli. Niedawno jego pan
zasugerował mu, że lepiej by było, gdyby stawił się w jego rezydencji. Nie
brzmiało to jeszcze jak żądanie nie do podważenia, ale próba uświadomienia, że
upadły nie może żyć po swojemu. Że zawsze musi być gotowy do powrotu. Wychodzi
na to, że rzeczywiście trzeba się dostosować.
Uśmiechnął się
krzywo, wkraczając do pokoju. Nie czuł się pokonany czy odrzucony; ot,
zrozumiał sytuację. Wcisnął dłonie do kieszeni spodni i zgarbił nieco ramiona,
stając w tej samej, doskonale znanej wszystkim nonszalanckiej pozie.
– Witaj wśród
żywych, Cador – przywitał się ładnie.
Obrońca
przechylił lekko głowę, przypatrując się upadłemu uważnie. Zauważył nieznaczną
zmianę w jego nastawieniu, w jego postawie – zastanawiał się, co było jej
powodem, ale nie wymyślił wystarczająco silnego argumentu. Odpuścił więc i
tylko uśmiechnął się pogodnie.
– Nie wierzę,
że to powiem, ale miło cię widzieć, Larkin – odpowiedział.
– Jeszcze na
nogach? – spytała Ariene, jak tylko przerwała zaklęcie i odsunęła rękę od
Cadora, jednocześnie oglądając się przez ramię.
To było trochę
za dużo, zakręciło się jej w głowie i musiała się oprzeć na łóżku obrońcy,
przymykając oczy. W porządku, głęboki oddech, wyrecytowanie krótkiego wierszyka
i wszystko pod kontrolą.
Chwilę potem
wyprostowała się i posłała obu panom uśmiech, tak na wszelki wypadek.
– Powinnam iść
po ten korzeń palowca. Tylko strach was zostawić samych – stwierdziła, patrząc
to na jednego, to na drugiego.
Larkin odpowiedział
rozbawionym uśmiechem, by następnie zatrzymać wiedźmę uniesieniem dłoni.
– Ja tylko na
chwilę. Chciałem się pożegnać – mruknął.
Powiódł
spokojnym wzrokiem od Ariene do obrońcy, ciekaw ich reakcji.
Cador
zmarszczył czoło, odpowiadając na spojrzenie upadłego. Chciał zapytać o powód
wyjazdu, ale coś podpowiedziało mu, by tego nie robił. Zawsze słuchał swojego
instynktu, więc tylko skinął głową.
Ariene aż się
zakrztusiła, znów zawieszając wzrok na Larkinie. Na jej twarzy wymalowało się
zdumienie, poczuła się trochę nieswojo, ale zaraz również przytaknęła, na
powrót się uspokoiwszy. Choć najpierw sprawiał wrażenie, jakby planował z nimi
zostać, to od początku zakładała, że postanowi zniknąć jak pozostali.
Przynajmniej uprzedzał.
– To miło, że
tym razem się żegnasz – stwierdziła, uśmiechając się do niego lekko. – Dość
nagle, ale… no, tak czy siak nie daj się zabić – zmieniła koncepcję, opierając
się mocniej na materacu, by jednak wstać.
Nie znosiła
tej mikstury, jednak niespodziewanie wizja zażycia jej zaczęła być dla wiedźmy
bardzo pokrzepiająca. Nie chciała się słaniać na nogach, pewnie będzie
potrzebna jeszcze przez dwa dni… czyli przydałoby się kilka dodatkowych
specyfików.
– Jest na dole
Caleb? – spytała zaraz, chcąc skorzystać z obecności Larkina, skoro wciąż nie
wyszedł. – Przydałby mi się, o zgrozo – mruknęła nieco ciszej.
– Powiem mu,
żeby ci przyniósł trochę tej mikstury – potwierdził upadły, przyglądając się
przemęczonej wiedźmie dość krytycznie.
Postanowił
jednak nie wszczynać kolejnej kłótni na do widzenia; zamiast tego uśmiechnął
się, jak na niego dość przyjaźnie.
– W takim
razie... do zobaczenia – mruknął optymistycznie.
– Do
zobaczenia, Larkin – odpowiedział mu Cador, nim upadły zawrócił i wyszedł z
pokoju.
Gdy już go nie
było, obrońca zmarszczył czoło; czemu tak nagle?
Ariene jeszcze
chwilę wpatrywała się w drzwi, za którymi zniknął Larkin, po czym westchnęła
cicho. Nie myśl, po prostu nie myśl, masz na głowie rannego i jego chorego na
mózg przyjaciela, w co ty się wpakowałaś.
– Tak to się
kończy – podsumowała niedbale, zsuwając się z łóżka na taborecik.
Biedny
taborecik, wymęczyła go przez te kilka dni.
Nie musieli
długo czekać, jak w progu stanął Caleb. Drzwi otworzył z rozmachem, potem
znieruchomiał, w jednej dłoni trzymając niedużą fiolkę. Jego oczy rozszerzyły
się ze zdumienia, zerknął krótko na Ariene, potem znów zapatrzył się na Cadora,
najwyraźniej nie wierząc, że obrońca żyje.
– A jednak
żona – parsknęła wiedźma, przypominając o sobie.
Tęskniła do
swojej mikstury.
– Dawaj mi mój
napój, to pozwolę wam poromansować – dodała uprzejmie.
– Jak chcesz,
możesz popatrzeć – mruknął wreszcie Caleb, otrząsnąwszy się z tego
oszołomienia, na jego twarz powrócił spokój.
Zamknął drzwi,
przeszedł do łóżka Cadora i wepchnął Ariene do ręki fiolkę, posyłając
przyjacielowi uśmiech. Zanim jednak się do niego odezwał, popatrzył z góry na
wiedźmę.
– Wiesz, że
długotrwałe zażywanie korzenia palowca w takich ilościach przy twoim aktualnym
stanie może prowadzić do uszkodzeń wątroby? – postanowił ją uświadomić.
– Wiesz, że
wystarczy jedno moje kiwnięcie palcem, żebyś w podskokach wylądował z powrotem
na parterze, widowiskowo hamując na swojej mordzie? – odparła, łypnąwszy na
niego groźnie, po czym odkorkowała fiolkę i wypiła jej zawartość.
– Wreszcie ożyłeś,
oszaleję z tą babą – zwrócił się wtedy do Cadora Caleb, uśmiechając się
szeroko, czego do tej pory ani razu nie zrobił.
Właściwie nie
uśmiechał się przez cały pobyt w karczmie.
Cador jednak
ciągle wpatrywał się w trzymaną przez Ariene fiolkę, najwyraźniej nie do końca
zadowolony z tego, co o niej usłyszał.
– Ariene, ja
wiem, że on na to nie wygląda, ale czasami zdarza mu się mówić mądre rzeczy –
zauważył, obdarowując miksturę nieprzychylnym spojrzeniem.
Po chwili
uniósł je na niebieskie tęczówki wiedźmy, mając nadzieję, że zdziała cokolwiek.
Zdecydował się
wreszcie zainteresować dawno nie widzianym przyjacielem; obrócił głowę w jego
stronę i przyjrzał się mu uważnie, mrużąc jasnozielone oczy.
– Jak... –
zaczął, ale zorientował się, że jego pytanie byłoby co najmniej głupie.
Dał sobie więc
spokój, zgadzając się z tym, że w tym świecie zdarzają się niesamowite zbiegi
okoliczności.
– Ta baba
siedziała tu przez pięć dni bez przerwy, bo nikt nie był w stanie zmusić jej do
odpoczynku. Wytłumacz mi się z tego – zaproponował swobodnie, unosząc kącik
ust.
Tak, już
zauważył. Ariene i Caleb wyjątkowo się polubili.
– Wiem, że
korzeń palowca jest toksyczny, po coś przecież dodawałam płatki śnieżyczki –
burknęła Ariene, łypnąwszy z niezadowoleniem na obrońcę.
– Śnieżyczka
neutralizuje wpływ mikstury na twoją magię, dlatego dodawałaś tylko pół
potrzebnej do całkowitego zneutralizowania toksyn dawki – wytknął jej bez
mrugnięcia okiem Caleb, uniósłszy brew.
– Nie
potrzebuję narkotyku, potrzebuję wspomagacza. Dodaję też o połowę mniej
korzenia niż powinnam – warknęła, wyraźnie niezadowolona z tego ciągłego
wytykania jej wszelkich niedociągnięć zielarskich.
– Właśnie
dlatego zrobiłem to – postanowił dobić leżącego Caleb, podając Ariene jeszcze
jedną fiolkę. – Nie będę wymieniał całego składu, bo zajmie to piętnaście
minut, ale jeśli to zażyjesz i się prześpisz, może przestaniesz mieć objawy
napięcia przedmiesiączkowego – dodał, najwyraźniej nie mogąc się powstrzymać.
Ariene
zgrzytnęła zębami, chwilę sztyletując Caleba spojrzeniem, ale ostatecznie
wzięła od mężczyzny fiolkę, najwyraźniej zaufawszy wcześniejszemu stwierdzeniu
Cadora. Przyjrzała się miksturze niechętnie, marszcząc czoło.
Caleb
natomiast popatrzył na przyjaciela, zerknął krótko na wiedźmę, znów na obrońcę,
a potem wzruszył niedbale ramionami. Zdawało się, że zaraz wsadzi jeszcze ręce
do kieszeni, ale aż tak bezczelny nie był.
– Po pierwszym
spotkaniu zostałem przekonany, że nie wolno mi się do ciebie zbliżać. Drugie
spotkanie nie okazało się wiele przyjemniejsze, każda próba wyciągnięcia jej z
twojego pokoju groziła utratą życia albo wylądowaniem na ścianie. Jak chcesz
wiedzieć, to ostatnie jest mało przyjemne – dodał niezadowolony, skrzywiwszy
się lekko.
Ariene
zachichotała, przez co trochę straciła równowagę na taborecie i kiwnęła się w
tył. Szybko usiadła z powrotem prosto.
– Uwierz mi,
wie – skwitowała krótko.
Cador
uśmiechnął się krzywo, posyłając Ariene dość wymowne spojrzenie. Oj tak, jego
plecy jeszcze to pamiętają.
– To cię nie
tłumaczy, ofermo – zauważył spokojnie, wracając zainteresowaniem do przyjaciela
i uśmiechając się do niego szeroko.
No naprawdę,
on wiedział, że Ariene to trudny przypadek, ale bez przesady, tak?
Oparł się
wygodniej o ścianę i przymknął na chwilę powieki, nabierając powolnego wdechu.
Przyjemne, wieczorne powietrze nieco go otrzeźwiło.
– Dzięki –
mruknął po dłuższej chwili, znów zerkając na Caleba.
Powinien
wiedzieć, za co mu dziękuje. Już chociażby za tę miksturę, którą przygotował
dla wiedźmy.
Caleb
uśmiechnął się lekko, przekrzywiając głowę. Chwilę jakby się nad czymś
zastanawiał, potem przytaknął, zaczynając się rozglądać za czymś, na czym
mógłby spocząć. Uznał ostatecznie, że szafka też się nadaje, dlatego przesunął
bandaże i inne podejrzane fiolki na bok, żeby móc się wygodnie oprzeć.
– Zrzuć coś
tylko – ostrzegła lojalnie Ariene, warknąwszy cicho.
– Masz to
wypić – przypomniał na wszelki wypadek mężczyzna, jeszcze nie przejmując się
niezadowoleniem wiedźmy. – Jak chcesz, możesz się zdrzemnąć w moim pokoju, dla
siebie niczego nie wynajęłaś, prawda?
– Poradzę
sobie – prychnęła zaraz, wyraźnie zdenerwowana.
– Nie wątpię.
Ale jak gruchniesz na podłogę, tracąc przytomność, nie licz, że ktoś cię
podniesie, Cador ledwie oddycha – zastrzegł krótko, przymrużając oczy.
Ariene, nie odrywając
pełnego dezaprobaty spojrzenia od przyjaciela obrońcy, odkorkowała fiolkę i
przysunęła ją do nosa, ostrożnie wąchając. Kilka składników rozpoznała, ale woń
była dość mocna, nie mogła jej określić. Inna sprawa, że dobrym zielarzem ani
alchemikiem nie sposób jej nazywać.
Cador
uśmiechnął się, wyjątkowo rozbawiony ich zachowaniem. Coś czuł, że ta
współpraca będzie sporym wyzwaniem.
– Ariene, on
ma rację. Naprawdę powinnaś odpocząć. Jak widać żyję, Caleb mnie przypilnuje –
mruknął troskliwie, przyglądając się brunetce.
Domyślił się,
że w ten sposób niewiele zdziała, dlatego po chwili milczenia dorzucił proste,
zwyczajne, ale trochę błagalne:
– Proszę.
Caleb z dużym
zainteresowaniem przyglądał się, jak wiedźma zaciska dłoń na fiolce i rzuca
jego przyjacielowi niezadowolone spojrzenie. Zastanawiał się, co też ciekawego
Cador w odpowiedzi usłyszy, ale, ku jego początkowemu zdumieniu, Ariene po
prostu wypiła przygotowaną dla niej miksturę i ostrożnie podniosła się z
taboretu.
– Jeśli coś
będzie nie tak, przyjdź po mnie – rozkazała nieznoszącym sprzeciwu głosem,
celując palcem w Caleba, po czym zawróciła i chwiejnym krokiem wyszła z pokoju,
cicho zamykając za sobą drzwi.
Oczywiście
dopiero po pewnej chwili je zamknęła, wcześniej prawdopodobnie dokładnie przemyślała
tę decyzję.
Kiedy mężczyzna
upewnił się, że wiedźma odeszła wystarczająco daleko, westchnął głęboko,
skrzyżował ręce na torsie i uśmiechnął się lekko, przymrużając oczy.
– O czym nie
wiem? – spytał po prostu, szczerze ciekawy.
Cador przez
chwilę nie odpowiadał; zamknął oczy, zajmując się pasjonującą – i jak się
okazało dość trudną – czynnością oddychania. Musiał ułożyć sobie wszystko w
głowie. W głowie, która już pękała od natłoku wrażeń.
– Że jesteś
cholernie mało domyślny – wychrypiał w odpowiedzi, nie otworzywszy oczu.
Caleb milczał
jeszcze chwilę, pozwoliwszy sobie słów przyjaciela nie komentować. Jego domysły
bądź ich brak na razie pozostawił dla siebie, przeniósł natomiast wzrok z drzwi
na Cadora, uśmiechając się z pewnym rozbawieniem.
– Chętnie bym
z tobą jeszcze trochę pogadał, ale pewna upierdliwa wiedźma z pewnością gdzieś
tu czuwa, więc lepiej spróbuj zasnąć. Chyba że chcesz, żeby rozerwała mnie na
strzępy – podsumował, stopą przysuwając sobie taborecik i zaraz na nim
siadając.
Cador nadal
nie otwierał oczu. Pokręcił tylko głową i zsunął się na łóżku; położył się i
uśmiechnął z zadowoleniem. Był przytomny kilkanaście minut, a już czuł się
wyczerpany.
– Oszczędzę
cię – mruknął dobrodusznie.
I nie
przejmując się wszelkimi zasadami dobrego wychowania (które i tak nie
obowiązują w tego typu przyjaźniach, więc nie ma to żadnego znaczenia)...
zasnął.
Kurde, zamierzałam zamieścić "Zazdrość" na prowizorycznej ścieżce dźwiękowej do jednego z opowiadań, teraz nie mam serca, bo będę miała przed oczami Cadora ilekroć tego posłucham XD
OdpowiedzUsuń... Ojej? xDD Już sama nie wiem, czy dobrze, czy źle xD
UsuńSłowem się nie zająknęłaś o Larkinie ani Calebie, jestem w szoku! xD
Reż nie wiem XD
UsuńCaleb ma coś w sobie, co mi się podoba [Czyj jest? Skoro Larkin odszedł, to Kaśkowy, żeby zachować równowagę? Zrobicie dla niego babkę, prawda? Tjjaaa, wiem że tak, prędzej czy później XD], Larkin... no to wiadomo i smutnam, że sobie poszedł i w ogóle... ten wątek z jego "panem" jest jakiś podejrzany ^^
Zadowolone? XD
Łehehehehe, NOPE, Caleb jest mój <3
UsuńNie zapomniałyśmy o Larkinie ^^ Ale żadnych pierwszych skrzypiec dla niego xD
Ja tak. Kasia ma raczej w nosie... xDD Ale ja lubię o takich rzeczach gadać <3
Dobrze że w nosie, a nie w dupie, bo czuję się pocieszna XD
Usuń