wtorek, 18 grudnia 2012

49. Zwabianie



Młodzieniec przystanął zdegustowany, marszcząc czoło. Opanował dreszcz obrzydzenia, który chciał wstrząsnąć jego ciałem, i rozejrzał się dokoła z niepokojem, szukając wzrokiem znajomej, jasnej czupryny. Nie miał pojęcia, co tu robili. Nie miał pojęcia, po co tu przyszli. I naprawdę wolał nie wiedzieć, w co właśnie wdepnął.
– Cador, to na pewno dobry pomysł? – jęknął nieco zbyt cienkim głosem, dlatego odchrząknął, nie chcąc dać aż tak po sobie znać niepokoju.
Nie to, żeby stronił od tego typu spelun, ale… chyba właśnie stronił. Nie czuł się najlepiej w tłumie spoconych, pijanych, brudnych mężczyzn, których jedyną rozrywką – prócz kufla piwa – było klepanie kelnerek po pośladkach bądź obijanie sobie nawzajem twarzy. Mordobicia chłopak także nie uskuteczniał, walczył tylko w razie konieczności.
Machnął ukradkiem ręką, starając się odgonić od siebie duszący dym, ale niezadowolone spojrzenie barczystego chłopa szybko go do tego zniechęciło. Przy nich wszystkich wyglądał jak malutki, chudziutki patyczek z czupryną czarnych włosów na czubku. Może jednak lepiej by było sprawdzić, czy nie ma go na zewnątrz.
– Zaraz ci zaserwuję pięćdziesiąt pompek – ostrzegł go pogodnie Cador, rozglądając się uważnie dookoła.
Nie zwracał uwagi na dym, smród i wątpliwą jakość serwowanych trunków, doskonała jakość serwowanych bijatyk również mało go obchodziła. Ale w spelunie przebywał tłum, to niedobrze. W tym tłumie nie był w stanie przyjrzeć się wszystkim gościom, niektórzy ukryli się po kątach z twarzami schowanymi pod kapturami. A którymś z tych gości mógł być ktoś ważny. Zacisnął niezadowolony usta i ruszył w stronę wolnej ławy.
Usiadł, sięgnął do kieszeni skórzanej kurtki i wyciągnął dwie miedziane monety; rzucił je w stronę Aidana, uśmiechając się kącikiem ust.
– Z radością przyniesiesz mi piwo – poinformował go, już na niego nie patrząc; błądził spojrzeniem po wnętrzu pomieszczenia, nadal nie porzucając nadziei, że kogoś tu spotka. – Spróbuj dogadać się z barmanem, to dobrze ci zrobi. Musisz nauczyć się obracać w każdym towarzystwie – wytłumaczył, co by nie było, że swojego ucznia bezczelnie wykorzystuje.
Wykorzystywał, ale chciał mieć przykrywkę.
Musiał się skupić. Przeczucie mówiło mu, że tego dnia wydarzy się coś ważnego. Przeczucie nigdy go nie zawodziło.
– Lecę w podskokach – westchnął ciężko Aidan, nieszczęsny uczeń obecnego tu obrońcy, pokiwał głową niczym skazaniec kierujący się na szubienicę, po czym ruszył do lady, rozpoczynając mozolne przedzieranie się przez tłum.
Szło mu nadzwyczaj dobrze. Z tym szczegółem, że rośli mężczyźni niewiele robili sobie z jego nieśmiałych „przepraszam” bądź „mogę przejść?”. Wreszcie przepchnął się aż pod sam bar, a dotarł tam w kondycji nie najlepszej – jakby przebiegł co najmniej kilka kilometrów sprintem.
Niemalże zwalił się na ladę, łapiąc z trudem oddech. Przynajmniej przesiąkł już zapachem potu zebranych, lepiej się będzie maskował.
– Przepraszam! – zawołał do barmana, który z bliżej nieznanych chłopakowi przyczyn nie zwracał na niego uwagi.
Właściwie nie zwracał uwagi na nikogo, tylko groził komuś w tłumie pięścią i wrzeszczał, żeby ten ktoś natychmiast postawił krzesło. Aidan sapnął ostatni raz i z żywym zainteresowaniem obrócił się, by zobaczyć, co się z krzesłem stanie.
Mebel roztrzaskał się na czerepie jednego z największych mężczyzn w karczmie. Dokoła zapadła cisza jak nożem uciął, wszyscy spojrzeli na zakapturzonego, niezbyt dużego śmiałka, który właśnie popełnił w przenośni samobójstwo. Gdyby działo się to w naszych czasach, najpewniej nieszczęśnik otrzymałby nagrodę Darwina za najgłupszą śmierć świata.
Osiłek podniósł się i Aidan nawet z takiej odległości poczuł się mały i niewiele znaczący niczym to źdźbło trawy chłostane dzikim wiatrem. Przełknął ślinę, patrząc, jak mężczyzna góruje nad swoją przyszłą ofiarą.
Ofiara musiała zadrzeć głowę, żeby patrzeć olbrzymowi nadal w twarz, przez co kaptur zjechał z jej włosów. Aidan aż się zakrztusił, widząc tu… dziewczynę.
Ogniście rude włosy mocno kontrastowały z całą karczmą, ciemne oczy dodawały twarzy bladości – twarzy, na której malował się taki upór oraz zabójcza pewność siebie, jakich młodzieniec jeszcze nie widział.
– I co się, kurwa, gapisz, góro mięsa? – warknęło dziewczę w tej przerażającej ciszy.
Aidan przetarł oczy z niedowierzaniem.
Mężczyzna natomiast zarechotał i spróbował pchełkę złapać za kołnierz, by podnieść jak niesfornego szczeniaka i wynieść. Chłopak prawie dostał zawału, kiedy nieznajoma przyłożyła celnie z prawego sierpowego, złapała jednego z gości karczmy za fraki i cisnęła nim w swojego przeciwnika.
Bez zastanowienia ruszył na ratunek, zapominając o dobrym wychowaniu. Zresztą temu stołowi było już chyba obojętne.
Choć Cador nie widział przyczyny zbiegowiska, jakie zgromadziło się koło lady, nietrudno było się jej domyślić – bójka. W takich miejscach ludzie bez przerwy obijali sobie nawzajem pyski, jednak tym razem obrońca postanowił bliżej zainteresować się sprawą. Ze względu na szczerą nadzieję, że jego udany uczeń nie jest w centrum zdarzenia.
Podniósł się, odchrząknął, przechylił głowę najpierw w jedną stronę, później w drugą, aż strzeliło mu w karku, i ruszył w stronę gęstego tłumu. Zmarszczył czoło, zastanawiając się, jak przebrnąć przez tych spoconych osiłków, gdy droga została mu oczyszczona. Dlaczego?
Mężczyźni posłusznie odsunęli się, by nie wpadł na nich chłopaczek, który ledwie chwilę temu został podniesiony za fraki i rzucony na bok. Chłopaczek z głuchym stęknięciem upadł na stół, zrzucając z niego kilka pustych kufli po piwie. Cador zatrzymał się nad meblem, pochylił nieco i przekrzywił głowę.
– O, Aidan – mruknął mało zachwycony, przyglądając się swojemu uczniowi z wyraźną dezaprobatą.
Tak coś czuł.
Poczuł jeszcze coś. Przeczucie nagle wezbrało na sile, a jego szósty zmysł rozwrzeszczał się, aż obrońcy zaczęło ćmić w skroniach. Przymrużył oczy, zastanowił się chwilę i szybko rozejrzał po karczmie.
To nie było ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem, poczułby to. To było...
– Aithne? – szepnął niedowierzająco, wpatrując się w swoją dawną podopieczną.
Właśnie rzucała wymyślnymi epitetami w stronę osiłka, który miał wyraźny zamiar rozbić jej głowę o ladę.
Aidan sturlał się ze stołu, mamrocząc pod nosem nadzwyczaj bełkotliwie, potrząsnął łepetyną i podniósł się z podłogi z wyraźnym uporem wymalowanym na twarzy. Nie ustąpi, musi pomóc damie w opałach! Oto, czego go uczono, nie zamierzał się wycofać nawet przy przewadze liczebnej wroga.
Kiedy ruszył do rudowłosego dziewczęcia rozpoznanego przez Cadora – o czym biedny Aidan nie wiedział, to mogłoby uratować mu życie – osiłek zatoczył się w tył, zaskoczony tym solidnym kopnięciem, jakie otrzymał w brzuch. Młodzieniec złapał mężczyznę za łokcie, a potem parsknął, zirytowany swoją chęcią niesienia pomocy, i delikwenta w te pędy puścił.
Za późno. Został zaliczony do obozu wroga.
Wytrzeszczył oczy, widząc mknącą w jego stronę pięść, następnie świat eksplodował tysiącem białych iskierek. Znowu zwalił się na najbliższy stół, mając wrażenie, że ktoś pozbawił go bez znieczulenia żuchwy.
Usłyszał nad głową przeciągły, niski warkot i kiedy odważył się otworzyć oczy (krzywiąc się przy tym niemiłosiernie), ujrzał kolejnego szybującego gościa karczmy. Rudowłosa otrzepała ręce z kurzu, łokciem znokautowała mężczyznę, który chciał ją zajść od tyłu, jeszcze dwóch zdzieliła w szczękę – Aidan prawie dostał oczopląsu, obserwując tę błyskawiczną walkę – po czym… dostrzegł, że jego nauczyciel próbuje złapać nieznajomą za ramię. Aż się skrzywił, zastanawiając się, co ona z nim zrobi.
Prawdopodobnie biedny Cador planował nawet coś powiedzieć, otworzył w tym celu usta, ale dziewczę odwróciło się, przymierzyło, a potem wyprowadziło cios nokautujący. Nieszczęsny obrońca wsparł się na najbliższym krześle, wyraźnie zdumiony.
I, co zabawniejsze, równie zdumiona była jego przeciwniczka.
– O w mordę – wydusiła, patrząc przez chwilę na Cadora, zerknęła zaraz na swoją zaciśniętą w pięść dłoń, następnie znów na obrońcę.
Mężczyzna przyłożył dłoń do policzka i poruszył żuchwą, sprawdzając, jak bardzo go kochana Aithne uszkodziła. Na szczęście nie pokazała tym ciosem pełni swoich możliwości; kości zdawały się być całe.
– Rany, Aithne – mruknął ze zrezygnowaniem, masując obolałe miejsce.
W spelunie nastała idealna cisza. Dwumetrowy osiłek właśnie zbierał się z podłogi, zastanawiając się, czy kontynuowanie walki ma sens. Przegrywanie z kobietą nie przystoi, ale z drugiej strony – mordowanie drobnych panienek również. Rozpoczął intensywne rozmyślania na ten temat, a że używanie umysłu nie było jego najmocniejszą stroną, zapowiadało się na dłuższą przerwę.
Reszta bywalców zapatrzyła się w wyraźnym szoku na rudowłosą, zastanawiając się, skąd u takiego dziewczątka tyle siły. Jej zawahanie jeszcze bardziej ich zaskoczyło – nie robili nic, tylko przecierali oczy i zamykali rozwarte w zdziwieniu gęby.
– Gorzej niż Ariene – skomentował Cador sam do siebie.
Wyprostował się, porzucił rozmasowywanie obitej szczęki (będzie siniak jak nic!) i uśmiechnął się z dziwnym zadowoleniem.
Połowa obecnych uznała go w tej chwili za obłąkanego.
– Młody, żyjesz? – rzucił do swojego ucznia, odszukując go wzrokiem i oceniając w myślach jego stan zdrowotny.
Wyglądało na to, że był mniej więcej cały. Jak tylko sprawa rozejdzie się po kościach, udzieli mu małego wykładu na temat mieszania się w bijatyki. Na razie było coś ważniejszego, poczochrana dziewczyna o granatowych oczach, wpatrująca się w niego w osłupieniu.
Uśmiechnął się do niej. Podszedł o dwa kroki bliżej, przechylił głowę, przyjrzał się uważnie jej twarzy; w jego oczach pojawiło się coś dziwnego, to trudne do określenia uczucie towarzyszące nam, gdy spełniają się nasze nadzieje. Wiedział, że kogoś znajdzie!
– Mogłaś chociaż się pożegnać – poinformował ją z udawanym wyrzutem.
Aithne stała nieruchomo, wpatrując się w Cadora w głębokim osłupieniu. Nie zwracała uwagi dosłownie na nic, żadni goście karczmy, żadne osiłki, nikt, jakby widziała już tylko obrońcę. W jej oczach malowało się zdumienie – bo jak to, uciekała tak długo, tak bardzo się starała, z takim oddaniem walczyła sama ze sobą, a on… po prostu wpada jej pod pięść, kiedy urządza burdę w pierwszej lepszej karczmie?
Gdy szok zaczął mijać, jej umysł zalały tysiące pytań. Czy wie, co z pozostałymi? Chyba wspominał coś o Ariene, skoro głupia wiedźma żyje, to może i reszta? A Larkin? Został z nimi, odszedł, bardzo był zły? Anabde? Nie wierzyła w Silthe, ale teraz zwróciła się do niego z błaganiem, by nekromantka miała się dobrze. By nie nienawidziła jej tak bardzo, jak Aithne na początku sobie życzyła, aby się stało. Na koniec natomiast…
Zadrżała, zaciskając dłonie w pięści i napinając ramiona. W gardle pojawiła się trudna do przełknięcia gula, poczucie winy wróciło, po raz tysięczny, patrząc w jasnozielone oczy obrońcy, zadała sobie pytanie: i po co ci to właściwie było?
– Jesteś bezczelnym, głupim, niezdarnym dupkiem! – krzyknęła wściekle, potrząsnęła rudą czupryną, bez przekonania uderzyła go pięścią w ramię… a potem oparła czoło o jego tors, zamykając oczy.
– Nic mi… – mruczał w tym czasie Aidan, otrzepując się z kurzu, ale na ten widok urwał, zastygając.
No nie, Cador jako zaklinacz dzikich bestii, czy co?
Młodzieniec wytrzeszczył oczy, poważnie się zastanawiając, o co tu chodzi. Jak i większa część karczmy, prawdę mówiąc, oni jednak bali się spytać.
Umówmy się, Aidan też wolał milczeć, jeszcze lubił swoje zęby.
Cador sam był zdziwiony. Poniekąd. Nie dał jednak tego po sobie poznać – obdarzył rudą czuprynę pełnym rozczulenia spojrzeniem, a potem zwyczajnie objął upadłą i przytulił.
Dobrze, że nic jej nie było. I dzięki Silthe, że w końcu się znalazła. Mała, bo mała, drobna, bo drobna, a przy tym niespodziewanie jazgotliwa i upierdliwa, ale bez niej było jakoś pusto.
– Wcale nie jestem taki niezdarny – burknął mało przekonany, a za to dość rozbawiony.
A może to nie było rozbawienie, tylko zwykłe szczęście, uzupełnione trudną do określenia ulgą?
Ciągle jednak byli w centrum zainteresowania i po chwili zapomnienia Cador musiał sobie o tym przypomnieć. Nadal obejmując Aithne, rozejrzał się po zebranych chłodno, oceniając w myślach ewentualne zagrożenie kolejnej bójki. Westchnął, a kiedy ruda odsunęła się już od niego, obdarzył ją pogodnym spojrzeniem i pchnął przodem.
– Proponuję się rozejść – mruknął do ogółu, pilnując, by Aithne kierowała się do wyjścia.
Wyglądało na to, że lepiej będzie zmienić lokal.
Zerknął przez ramię na Aidana i skinął na niego głową, po czym znów wpatrzył się w maszerującą przed nim rudą.
Niesamowite.
Wydostali się na zewnątrz bez problemu. Nikt ich nie zatrzymywał, ktoś raz się poruszył, gdy opuszczali przybytek, ale wystarczyło ciche warknięcie Aithne, by zastygł w bezruchu, udając wieszak. Aidan natomiast wodził nieprzytomnym wzrokiem od rudego rozczochranego do swojego nauczyciela i z powrotem, niemalże nie rejestrując tego, że idzie posłusznie za nimi jak piesek na smyczy.
Aithne odetchnęła głęboko wieczornym powietrzem i przeszła kawałek dalej na ulicę. Chociaż można było pomyśleć, że zaraz zwyczajnie da nogę, to obróciła się do Cadora oraz jego ucznia. Zmierzyła ich uważnym, czujnym spojrzeniem, podpierając się pod boki, przez co wyglądała naprawdę groźnie.
Przez chwilę zastanawiała się, czy zadać najbardziej nękające ją pytania, ale z natury była przekorna. Nawet wobec samej siebie. Dlatego nie, bo nie.
– Co to za gówniarz? – zainteresowała się i wskazała ruchem brody biednego Aidana. – Lekki jak piórko – dodała krytycznie.
– Mnie też miło poznać – bąknął pod nosem młodzieniec, spoglądając na Aithne z niejakim przestrachem.
Cador zaśmiał się wesoło, chociaż krytyka jego ucznia powinna zostać odebrana przez niego dość osobiście. Mimo tego sięgnął dłonią do czupryny Aithne i rozczochrał jej włosy – przez to straciła nieco na groźności wizerunku, ale może w ten sposób Aidanowi będzie łatwiej się do niej przekonać. Jeszcze o tym nie wiedział, biedny chłopak, ale ta jędza zostanie z nimi na dłużej.
– Mój uczeń, Aidan. Aidan, masz wątpliwą przyjemność poznać Aithne, moją ostatnią – i najtrudniejszą – podopieczną – przedstawił ich sobie mało przyjaźnie, chociaż głos przesycony był pozytywnymi uczuciami.
Aidan skinął niepewnie głową, przyglądając się, jak Aithne kuli się pod ręką Cadora i warczy wściekle na niego, a obrońca nic sobie z tego nie robi. Jakim cudem?
– Dziwnych uczniów sobie zgarniasz. Podług takich kryteriów nawet ten głupi mag by się nadawał – warknęła od razu, koniecznie chcąc jakoś dopiec przyjacielowi, ale, niestety, nieświadomie uderzyła w samą siebie.
Zorientowała się po fakcie, na chwilę zesztywniała, po czym zawarczała jeszcze głośniej i pacnęła Cadora po dłoni, odsuwając się od niego na bezpieczną odległość. Wzrok utkwiła w ziemi, zirytowana.
– I co zamierzacie ze mną zrobić? – burknęła, jakby stała tu w charakterze więźnia, jeńca oraz zakładnika w jednym.
Tak się czuła, zupełnie jak uprowadzona przez życie, od którego próbowała uciec.
Cador łatwo wychwycił drobną zmianę, jaka w niej zaszła; postanowił nie kopać leżącego i porzucił temat, uśmiechnął się tylko z pewnym rozczuleniem. Trochę była biedna, taka zagubiona, jakby bała się tego, co było między nią i „głupim magiem”.
Westchnął ciężko, nadal uważnie ją obserwując.
– Na początek znajdźmy jakiś nocleg. Tego dość zgrabnie nas pozbawiłaś – uznał spokojnie.
Nie chciał, by czuła się jak jego więzień; z drugiej strony nie miał zamiaru dopuścić do jej kolejnej ucieczki. Najlepiej było więc zachować neutralność i zająć się najbardziej podstawowymi sprawami.
– Może jakiś bardziej cywilizowany – zaproponował nieśmiało Aidan, powoli zaczynając wierzyć w to, że ta dziewczyna nie morduje za samo oddychanie.
– Jak jesteście ze mną, w żadnej karczmie nic wam nie grozi – skwitowała niedbale i wzruszyła ramionami, poprawiając rude włosy, które jeszcze pewien czas temu były związane w kitkę, ale im się odwidziało. – Konie zostawiliście w miejskiej? – zainteresowała się jeszcze i ruszyła swobodnym krokiem przed siebie.
– Eee, tak – przytaknął zdumiony Aidan i zerknął nerwowo na Cadora.
Co to za dziewczyna, do cholery?
– No to nie obijać się, idziemy kimać – postanowiła, zarzucając kaptur na głowę.

Karczma była... hm. Na pewno prezentowała się ociupinkę lepiej od speluny, w której mieli wątpliwą przyjemność gościć tego dnia.
Ten przybytek wypełniali osobnicy podobnego pochodzenia, wydzielający podobne ilości smrodu, pokoje znajdowały się jednak w osobnym skrzydle budynku, dzięki czemu w części noclegowej było cicho i dość przyjemnie.
Aidan, chcąc nie chcąc, musiał przystać na taki wybór, jednak z jego inicjatywy (i prawdopodobnie dlatego, że Aithne wykazywała tego dnia ogromne skłonności do mordów, a Cador nie miał ochoty na kolejne bijatyki) rozeszli się do pokoi szybko po zjedzeniu skromnego posiłku.
Na pewno mieli sobie wiele do powiedzenia – Cador i Aithne. Obrońca postanowił jednak zostawić to na następny poranek, uznając, że wystarczy wrażeń jak na jeden dzień. Dodatkowo Aithne wykazywała zainteresowanie losami reszty grupy, wobec tego na pewno nie opuści ich, dopóki nie otrzyma od obrońcy informacji. Mógł więc mieć pewność, że zostanie z nimi chociaż do następnego dnia – do tego czasu powinien przekonać ją, że warto towarzyszyć im dłużej.
Ostatnim, jednak chyba najważniejszym argumentem okazało się to, że bez przerwy ziewał. To było wysoce nieprzyjemne, zważywszy na obitą szczękę.
Spał jednak niespokojnie. Prawdopodobnie podświadomie bał się, że upadła ich opuści, a on nie usłyszy jej ucieczki. Dlatego budził się mniej więcej w równych odstępach czasu, by nasłuchiwać kilka minut. Dopiero upewniwszy się, że nie zbudziły go żadne niepokojące hałasy, był w stanie znów zapaść w krótki sen.

Znowu ciemno. Znowu cicho. Czerń otulała, dusiła, ukrywała, była wrogiem. Oddychała urywanie, z trudem, starając się zwalczyć świszczenie płuc. Czuła krew. W ustach, na swoim ciele, na skrzydłach – czy ona jeszcze miała skrzydła? – chyba nawet zalewała jej oczy. Nic nie widziała. Co można ujrzeć w takich ciemnościach?
Usłyszała śmiech. Niski, gardłowy, rozległ się świst. Drgnęła, chciała się uchylić, ale cios chyba sięgnął kogoś innego. Jęknęła, z trudem otaczając się ramionami i kuląc się przed nimi, przed jej prześladowcami. Była myśliwym, w ciągu kilku godzin stała się zwierzyną. Stała się nią na kilka długich lat.
Dokoła poniósł się nieludzki skowyt i uświadomiła sobie, że to ona wyje. Przez ból, który znowu eksplodował w jej ciele. Nie miała siły walczyć, nie miała siły się sprzeciwiać, poddawała się na nowo i na nowo, coraz bardziej i bardziej. Głosy przestały wołać. Był tylko szloch, odległy, cichy szloch.
Bała się nawet płakać.
Zamrugała, dostrzegłszy prześwitujący przez ciemność promień światła. Niepewnie uniosła się, powoli, ostrożnie, odetchnęła przesiąkniętym zapachem żywicy powietrzem. Znowu las. Znowu znalazła się w lesie – udało się jej uciec.
Usłyszała huk. Serce zatłukło się w piersi.
Zawróciła i pobiegła, nie zważając na nic. Tym razem oczy zalewały łzy, pierś rwała z braku powietrza, ale nie zwalniała. Musiała, musiała, musiała! Może zdąży, może do nich dobiegnie, może wyciągnie ze zgliszczy! Mamo, tato!, chciała krzyczeć, ale nie mogła, zatem tylko przyspieszała, potykając się o korzenie i gałęzie. Szybciej, Aithne, szybciej.
Zatrzymała się nad zgliszczami. Ogień jeszcze tańczył, strzelając dokoła iskrami, sięgając swymi jęzorami do rozciągającego się nad nim ciemnego nieba. Przesunęła przerażonym spojrzeniem po tym, co zostało z jej domu, nie potrafiąc oddychać. Mamo, tato?
Obok przebiegł zwiewny, srebrny obłok. Dopiero kiedy powiodła za nim spojrzeniem, zrozumiała, że to był koń, siwy koń, ale bardzo eteryczny. Zajrzała w ciemne oczy, rozpaczliwie próbując sobie przypomnieć, jakie było imię zwierzęcia. Nie mogła oderwać od niego spojrzenia, jakby to stało się najważniejsze.
Wtedy dostrzegła słabo unoszącą się pod zgliszczami rękę, częściowo zwęgloną, częściowo spaloną. Rękę umierającego, który woła o ratunek.
Wrzasnęła rozdzierająco, chwytając się za głowę i kuląc się, a ziemia rozpękła się pod jej nogami. Pochłonęła ją ciemność.
Stała na lśniącej czarnej posadzce. Kafelki były gładkie, widziała w nich swoje odbicie, ale nie chciała na nie patrzeć. Odwróciła wzrok i rozejrzała się dokoła, natrafiając na kogoś, kto jeszcze w ciemności stał. Zastygła, czując, jak na całe jej ciało rozlewa się odrętwiające przerażenie.
Białowłosy młodzieniec przyjrzał się jej uważnie, bez strachu, lekko zaciekawiony, ale bardzo wnikliwy, jakby się nad czymś zastanawiał. Po chwili w jego błękitnych oczach pojawił się pogodny blask, uśmiechnął się do niej ciepło i wyciągnął w jej stronę rękę. Nic nie trzymał, jego dłoń była pusta. Nie ruszyła się, jakby sparaliżowana.
Ktoś do niego podszedł. Zatrzymał się tuż za nim, dziwnie znajomy, ale ona nie mogła skonkretyzować jego tożsamości. Uniósł sztylet i przytknął go do gardła młodzieńca, błyskając ponad jego ramieniem triumfalnym spojrzeniem. Errian!, zawołała w myślach, przypominając sobie, jak miał na imię. Uciekaj!, dodała, nadal nie potrafiąc się ruszyć.
To ci odpowiada, Aithne?, rozbrzmiało w jej głowie.
Znała ten dialog na pamięć. Zadrżała.
Będziesz patrzeć, jak go zabijają?, rozległo się znów.
Otworzyła usta, zwalczając odrętwienie.
Ostrze nacisnęło na gardło nadal uśmiechniętego młodzieńca, a ona wreszcie rozpoznała tego, kto chciał go zabić. Darren.
Czemu on?
Czyli będziesz patrzeć…, wydało się, jakby ktoś westchnął.
NIE!, wrzasnęła wtedy, roztrzaskując swoim głosem ciszę.
Odepchnęła się od posadzki i skoczyła, w momencie, kiedy Darren przeciągnął sztyletem po gardle ofiary.
Czy zdąży?
           
Zerwała się przerażona z łóżka, z jej gardła wydobył się rozdzierający wrzask. Zaraz, spanikowana, wcisnęła sobie do ust pięść, kuląc się pod kocem i zamykając mocno oczy. Łzy nadal staczały się po twarzy, ale teraz przynajmniej będzie histeryzowała ciszej.
Zakołysała się w przód i w tył, na razie będąc w stanie tylko odganiać od siebie obrazy koszmaru, walczyć z łkaniem i zaklinać o ratunek.
Nie mogła pozbyć się z myśli błyszczących łagodnie, błękitnych oczu i tego ciepłego, kojącego uśmiechu. Czuła się, jakby to ona go zabiła.

Nie spał – a przynamniej nie do końca. Był na skraju snu i jawy, gdy przeraźliwy wrzask rozbrzmiał w jego uszach. Otworzył z przerażeniem oczy, w pierwszej chwili nie rozumiejąc, co się dzieje. Zagrożenie? Nie, nie było żadnego zagrożenia.
W kilka sekund przypomniał sobie kim jest, gdzie jest i co dokładnie zdarzyło się tego dnia, by w następnej chwili zerwać się z przerażeniem z łóżka. Po drodze chwycił tylko koszulę i narzucił ją na siebie (miał ładny – bądź też nieładny – zwyczaj spania bez), porwał krótki sztylet, który leżał pod poduszką, i wybiegł z pokoju.
Aithne. Co się dzieje?
Nie słyszał nic. Żadnych odgłosów walki, tylko jej wrzask nadal dzwonił mu w uszach. A może w tle rozbrzmiewało ciche łkanie? Nie zastanawiał się nad tym, tak samo, jak nie wpadło mu do głowy zapukać. Zwyczajnie, i nieco niekulturalnie, pchnął drzwi od jej pokoju i stanął w progu.
Zmrużył oczy – w środku było ciemno, świeca zgasła, tylko słaba poświata księżyca pozwalała rozpoznać kształty i zorientować się w pomieszczeniu. Nic się nie działo, nie było niebezpieczeństwa. Zawiesił zaniepokojone spojrzenie na charakterystycznie wybrzuszonym kocu; widać było, że skrywająca się pod nim postać drżała nerwowo. I łkanie – tak, teraz z pewnością je słyszał.
– Aithne... – szepnął, odkładając sztylet na szafkę i ruszając w stronę jej łóżka.
Stanął przy nim i przechylił głowę, zastanawiając się, co może zrobić. Nie chciał jej przestraszyć, nie chciał się narzucać. Ale ona płakała. Nie mógł... nie mógł jej tak po prostu zostawić.
– Aithne – powtórzył więc cicho, ale teraz jakby z prośbą o zwrócenie na niego uwagi.
Miał miękki, kojący głos, a spojrzenie jasnozielonych oczu wyrażało tylko troskę.
Przysiadł na skraju łóżka i wyciągnął dłoń w jej stronę, niepewny, czy rozsądnym byłoby ją dotknąć.
Upadła wyplątała się nerwowo spod koca, jakby nagle pomyślała, że nadszedł ratunek. W słabym świetle księżyca ukazała się zalana łzami twarz, w oczach nadal czaiło się przerażenie, ale jednocześnie zdawało się, że nie do końca wie, co się wokół niej dzieje. Na ułamek sekundy skuliła się, przytłoczona panującą ciemnością, po czym zmarszczyła czoło, sięgając nerwowo do jego twarzy.
– Errian? – wyszeptała z niemalże bolesną nadzieją, jakby bardzo chciała, żeby ten cały czas od tamtej pamiętnej nocy okazał się zwyczajnie wymazany z jej życia.
Nie istniały takie cuda, o czym sobie właśnie przypomniała, cofając gwałtownie rękę.
– Nie – mruknęła zachrypnięta, odwracając głowę, spłoszona tym, że ktoś inny widział ją taką słabą. – Przepraszam. Ca… Cador – wydusiła, przypominając sobie wszystko, co się tego wieczoru działo.
Chwilę milczała. A potem rozpłakała się jak małe dziecko.
W pierwszej chwili poczuł zwyczajny strach. W kolejnej – ujrzał przerażenie w zazwyczaj wojowniczo błyszczących oczach i pomyślał, że ten pieprzony mag faktycznie powinien tutaj być. Pojawił się w nim nawet cień wyrzutu, że Errian pozwolił jej wtedy niepostrzeżenie uciec, uczucie to jednak szybko się rozwiało – przypomniał sobie, że przecież to nie jego wina.
Gdy się rozpłakała, coś go zabolało, jakby sam był tego powodem. Wyciągnął ramiona w stronę Aithne i objął ją, pozwalając jej schować twarz w jego częściowo niedopiętej koszuli. Usiadł wygodniej, tak, by mogła się na nim oprzeć; przytulił policzek do jej włosów i pozwolił płakać.
– Cicho, Aithne, już spokojnie, nic się dzieje – mruczał uspokajająco, wiedząc, że nic więcej nie może zrobić.
W tej chwili.
Nie sprowadzi Erriana pstryknięciem palców, nie zniszczy jej koszmarów, może po prostu być. I po cichu liczyć na cud: już spotkanie jej było cudem, dlaczego więc nie miałby się przytrafić następny, uosobiony w postaci chuderlawego maga?
Nie było łatwo się opanować. Z jednej strony obrazy ze snu nadal napierały na jej umysł, z drugiej całkowicie przegrała z tęsknotą za Errianem. Do tej pory potrafiła z nią walczyć, odsuwać ją od siebie i przypominać sobie, że zrobiła dobrze, najlepiej jak tylko mogła. Ale teraz naprawdę, naprawdę chciała, żeby tu był. Poczuła się tak, jakby jedynie on potrafił to wszystko zrozumieć i uspokoić, chociaż przecież prawie nic nie wiedział. Nawet nie mogła na niego nakrzyczeć, że znowu się nad nią lituje, kiedy nie trzeba.
Wreszcie strach przeważył. Na miejscu Erriana zawsze był Darren, to na jego śmierć patrzyła – i nie reagowała. Czy ta zmiana ról mogła coś oznaczać? Czy w pewien sposób coś przewidziała, a może dowiedziała się o czymś, co już się stało?
Ta myśl sprawiła, że załkała głośniej, ale szybko wstrzymała oddech, zmuszając się do jakiegokolwiek uspokojenia.
– On żyje, prawda? – wychrypiała słabo, nie potrafiąc się odsunąć od Cadora.
Chciała, jednak nie potrafiła. Cieszyła się, że przyszedł, i tym razem nawet nie panikowała nad tym, co będzie potem. Nic nie będzie.
Chciała do Erriana.
– Błagam, niech nic mu nie będzie – szepnęła bardziej do siebie, mocniej jeszcze się kuląc, choć zdawałoby się, że to niemożliwe.
To twoja wina, Aithne. I doskonale o tym wiesz, dlatego robisz z siebie ofiarę.
Odchylił głowę, by móc obdarzyć ją badawczym spojrzeniem; nie był w stanie odgadnąć jej myśli, więc tylko zmarszczył z niepokojem czoło. Potem westchnął lekko i przeczesał jej włosy palcami, w myślach ważąc słowa, które miał wypowiedzieć.
Chciał dodać jej otuchy, z drugiej strony nie chciał jej oszukiwać. Nie mógł dać jej żadnej gwarancji.
– Nie wiem – przyznał wreszcie, obejmując ją mocniej, kiedy się skuliła.
Aithne, dlaczego wtedy uciekłaś, skoro teraz tak cierpisz? To nie był jednak odpowiedni moment na zadanie tego pytania.
– Ale on nie da się zabić, dopóki cię nie odnajdzie – dodał, cały czas używając szeptu.
I naprawdę wierzył w to, co mówił. Tego dnia po ucieczce Aithne Errian dał im pokaz prawdziwej determinacji; Cador zrozumiał, że kiedy magowi naprawdę na czymś zależy, nic nie jest w stanie go powstrzymać. A nie było nikogo, na kim zależałoby Souenowi bardziej, niż na upadłej.
– Nakrzyczałam na niego w Perrianie. Ciągle na niego krzyczałam. Uderzyłam go. Czemu miałby mnie szukać? – wychrypiała, stopniowo się uspokajając.
Ta pełna buntu część jej samej wróciła, nadal osłabiona, ale zdeterminowana, by bronić podjętej decyzji. I znowu rozpoczęła się walka, jedna strona szeptała słabo, że tęskni, druga powtarzała, że trzeba być silnym, że dobrze wybrała.
– I to nie jest ważne – fuknęła zaraz, strosząc się na siebie samą. – Chcę, żeby był bezpieczny. Szczęśliwy. To jest ważne – zmieniła zdanie, nieznacznie się od Cadora odsuwając, jakby chciała sprawdzić, ile sił odzyskała.
Rozejrzała się po ciemnym pokoju i zadrżała, otwierając szerzej oczy. Nienawidziła nocy. Zawsze się jej bała, a teraz strach był jeszcze potężniejszy. Może dlatego, że stała się trochę bardziej pusta w środku.
Przygryzła wargę.
Nie przytrzymywał jej, pozwolił jej się odsunąć, nadal jednak przyglądał się jej uważnie. Nie był w stanie przewidzieć, co upadła za chwilę zrobi.
– Nie będzie szczęśliwy – oznajmił jej spokojnie.
Zamilkł na chwilę, by mogła przetrawić tę informację, nim dodał kluczową część wypowiedzi:
– Nie bez ciebie.
Czekał teraz na salwę kontrargumentów; widział, że chciała usprawiedliwić swoją decyzję i wyprzeć się tego cichego głosiku, który mówił jej, że zrobiła błąd. Obrońca nie miał zamiaru do tego dopuścić – nie wiedziała tego, ale krzywdziła nie tylko siebie, ktoś musiał jej to uświadomić.
Coś ścisnęło ją boleśnie w żołądku, wykręcając przy okazji wszystkie wnętrzności. Podświadomie bała się, że usłyszy coś takiego, z drugiej strony trochę jakby wiedziała, że ten argument padnie. Nie przygotowywała się na odparcie go. Zwyczajnie z góry potraktowała go za uwagę poronioną i pozbawioną odniesień do rzeczywistości.
Widziała siebie przez pryzmat dokonanych mordów, przelanej krwi, złamanej cudzej broni. Nie istniała w żadnym innym życiu i próby odnalezienia swego miejsca gdzie indziej musiały skończyć się źle. Nie chciała, by to kończenie się źle jakkolwiek dotknęło Erriana. Sama potrzeba chronienia go powinna być zakazana, tak samo jak w przypadku Anabde czy Larkina. Ale tym razem było jeszcze gorzej.
Spokojnie pokręciła głową, jakby Cador nie wstrząsnął nią w żaden sposób.
– Ja nie daję szczęścia.
Obrońca uśmiechnął się lekko. Głupi argument.
– Powiedz to jemu – rzucił swobodnie, wspomniawszy to zadowolone, rozczulone spojrzenie, jakim Errian obdarzał upadłą na każdym kroku.
Później przypomniał sobie coś jeszcze.
– Nie widziałaś go tego ranka, gdy zniknęłaś – przypomniał jej, a rozbawienie natychmiast zniknęło z jego twarzy.
Wpatrywał się w nią z powagą, by uwierzyła, że ani trochę nie przesadza.
– Jego furię trudno opisać jednym słowem, ale na pewno dużo w niej było bólu. I rozgoryczenia.
Znów urwał; zastanawiał się czy możliwe jest lepsze ubranie w słowa tego, jak Errian prezentował się po ucieczce Aithne. To trzeba było zobaczyć, wszystko zawierało się w tym nieprzyjemnym, przywołującym jednocześnie strach i współczucie spojrzeniu jasnoniebieskich oczu.
Milczała jeszcze chwilę, jakby szukała kolejnych argumentów. Tak naprawdę nie zamierzała podejmować dyskusji, dyskutowanie z nim o czymś, o czym właściwie nic nie wiedział, mijało się z celem. On będzie się zarzekał, że magowi byłoby najlepiej tylko z nią, ona będzie miała w pamięci to, kim jest – i żadna ze stron zdania nie zmieni.
Odwróciła głowę, unikając jego spojrzenia, sięgnęła po koc i przyciągnęła go do siebie; biedne, skopane okrycie. Cholerne koszmary, wszystko przez nie, gdyby jej się te głupoty po nocach nie śniły, byłoby w porządku, nie podejmowałaby bezsensownych, w dodatku żałosnych tematów.
– Idź spać, nie wstaniesz rano – mruknęła napiętym głosem, wycofując się na swoje miejsce na łóżku.
Jakoś zaśnie. Może koszmar nie wróci. Niczego od Cadora nie chciała, to źle, że go obudziła. Głupie koszmary. Głupie wszystko.
Zawahał się. Mógł jej powiedzieć tyle rzeczy, przypomnieć tyle sytuacji z przeszłości, tyle jej udowodnić. Ale po co? Erriana tu nie było, biedny mag szlajał się nie wiadomo gdzie; po co uświadamiać jej błąd, skoro nie ma jak go naprawić?
Bo był całkowicie przekonany, że popełniła błąd. I widział, że ona również nie miała pewności co do słuszności swojej decyzji, w jej oczach od czasu do czasu mógł wyczytać mnóstwo wątpliwości.
Westchnął ciężko i sięgnął ręką, by jeszcze raz pogłaskać ją po głowie; nie do końca wiedział, czy chce ją teraz zostawiać. Czy powinien.
– Znajdzie się. On cały czas cię szuka – mruknął cicho, chociaż nie był pewien, czy powinna to słyszeć.
I jeszcze na chwilę się zawahał; może niech ona najpierw zaśnie? Wyjdzie, gdy upewni się, że już się uspokoiła – tak, to chyba dobry plan.
Wzruszyła z irytacją ramionami, unikając jego spojrzenia. Przecież nic jej to nie obchodziło. Nie powinno obchodzić. Głupi obrońca, głupi mag, głupi wszyscy.
– To niech sobie szuka – warknęła przez ściśnięte gardło i położyła się z powrotem, obracając się plecami do Cadora.
Wtuliła mocno twarz w poduszkę, obejmując ją ramionami, podkuliła pod siebie nogi i spróbowała sobie wytłumaczyć, że tak powinno być od początku. Może z wyjątkiem sterczącego nad jej łóżkiem faceta, ale poza tym – tak właśnie powinno być. Sama, tylko z czekającą na zewnątrz Faryale.
W co ty się wpakowałaś?
Nic nie odpowiedział, uniósł tylko kącik ust w subtelnym uśmiechu.
Siedział u niej jeszcze długo, uważnie wpatrując się w jej sylwetkę. Dopiero gdy nieco się rozluźniła i wszystkie objawy świadczyły o tym, że już zasnęła, podniósł się z łóżka. Spojrzał na nią z góry, zastanawiając się, dlaczego tak ze sobą walczyła. Po co?
Pokręcił głową, gdy w myślach uformowało mu się kilka odpowiedzi – wszystkie dotyczyły kruchej i trudnej do zrozumienia psychiki dziewczyny. Westchnął.
– Nic mu nie jest. Kiedyś sama się o tym przekonasz, jak już cię znajdzie – szepnął, prawdopodobnie bardziej dla własnego spokoju; w końcu liczył na to, że już spała.
Odczekał jeszcze chwilę, ale chyba się nie obudziła – albo bardzo dobrze udawała sen.
Wychodząc, prosił Silthe o to, by jego ostatnie słowa okazały się być prawdziwe.

Był późny wieczór, kiedy uznała, że nie wysiedzi za długo w swoim pokoju. Albo rozmyślała nad tym, co u Cadora, czy zdołał Aithne przekonać do zostania, albo głowiła się, jak pomóc Errianowi upadłą odszukać, jednocześnie zachowując element zaskoczenia.
Wstępny plan już miała, planowała wykorzystać Sheridana – łowca wielokrotnie wykorzystywał wszystko, co żywe, zatem ten jeden raz mógł być pożyteczny. Uśmiechnęła się zadowolona, postanawiając później naskrobać list z odpowiedzią. Musiała obrońcę wtajemniczyć w plan i upewnić się, że pozostanie w odpowiednim mieście z Aithne oraz swoim uczniem. Powinno się udać.
Trzeba było jeszcze dopilnować, żeby nie rozdzielać się z Anabde. Ariene uśmiechnęła się pod nosem dość niepokojąco, podnosząc się z miejsca i ruszając do drzwi.
Po pierwsze, musi udawać, że niewiele wie o kimkolwiek. Po drugie, musi wybadać nastroje. Po trzecie… musi działać jak zawodowa skrytobójczyni szukająca się do morderstwa.
Dla niej – bułka z masłem.
Zatrzymała się przed pokojem Anabde, odetchnęła, przymykając oczy, po czym bez problemu ubrała subtelną, trudną do przejrzenia maskę. Nie była ona sztuczna, właściwie wpisywała się poniekąd w jej nastroje, zatem nekromantka powinna dać się nabrać.
Zapukała do drzwi, zapatrując się w deski wyczekująco. No, Ariene, czeka cię najsubtelniejsze zadanie w całej twojej karierze półświatka przestępczego.
Kiedy Anabde otworzyła, nie wyglądała na zaskoczoną. Uniosła kąciki ust w wyjątkowo subtelnym uśmiechu, zmierzyła wiedźmę intensywnym spojrzeniem i uchyliła szerzej drzwi, wpuszczając ją do środka. Nic nie mówiła, ale to nie było zdumiewające – panna Sasare nie należała do zbyt wylewnych.
Dobrze, że to najście było naturalne i na miejscu – zwykłe pogaduszki po długim rozstaniu. O tyle zadanie zdawało się łatwiejsze.
Ariene weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi, jednocześnie obserwując, jak Anabde podchodzi do jednej z półek i po coś sięga.
– Wina? – padło pytanie, a wypadło ono na tyle dla rudej typowo, że trudno było się nie uśmiechnąć.
Kobieta postawiła na stoliku dwa kieliszki i butelkę trunku (różowego, co by iść na kompromis), po czym obróciła się przodem do wiedźmy i spojrzała na nią znacząco. Wyraźnie czekała, aż Ariene zacznie temat, z jakim tu przyszła.
Wiedźma skinęła głową, uśmiechając się trochę szerzej, i bez skrępowania usiadła przy stoliku, odruchowo rozglądając się po pomieszczeniu. Nie spieszyło się jej z zaczęciem tematu, w końcu przyszła tu tylko na niezobowiązującą pogawędkę, nie będzie zbawiała świata.
No, nie całego. Zamierzała zbawić świat pewnego maga, pewnej upadłej, a może i pewnej nekromantki, jak się wszystko uda. Ale jesteś podła, panienko Tenshi.
Założyła nogę na nogę i zawiesiła spojrzenie na Anabde, przymrużając pogodnie oczy.
– Obie nałapałyśmy niespodziewanych towarzyszy podróży, a po reszcie ani śladu – rzuciła z rozbawieniem nawiązując do obecności Caleba (niech go szlag) oraz małomównej Leanelle.
Anabde najpierw zajęła się nalewaniem wina, jakby czynność ta wymagała tyle skupienia, by nie mogła zainteresować się czymkolwiek innym. Tak naprawdę jak zwykle dała sobie czas do namysłu.
Z wypowiedzi wywnioskowała – błędnie, ale gry Ariene nie dało się przejrzeć – że wiedźma nic nie wie na temat reszty. Z jednej strony – ze strony Aithne – to niedobrze, nekromantka każdego dnia martwiła się, czy z jej przyjaciółką wszystko w porządku. Z drugiej strony...
– Nie licząc twojego kontaktu z Cadorem – przypomniała spokojnie, odstawiając butelkę i siadając przy stole.
Zawiesiła na towarzyszce to swoje typowe, przenikliwe spojrzenie, które było dość nieprzyjemne dla osób usiłujących coś ukryć. Sprawiało wrażenie, jakby Anabde o wszystkim wiedziała – chociaż to nieprawda.
Delikatny uśmiech sugerował, że chętnie usłyszałaby coś więcej o obrońcy.
Spojrzenie nekromantki wiedźmy nie speszyło. Przynajmniej nie zewnętrznie. W środku Ariene poczuła nieprzyjemny ucisk, ale nie dała tego po sobie poznać – w końcu jest niewinna jako ta łza krystaliczna na dziewiczym policzku czy inne tego typu poezje.
Dlatego uśmiechnęła się, jednak nie do końca zapanowała nad tym uśmiechem i wypadł bardziej zakłopotany niż chciała.
– To z przyczyn zawodowych – stwierdziła z przekonaniem, w duchu zastanawiając się, kogo ona właśnie oszukuje, siebie czy swój aktualny cel. – Tak jakoś wyszło – skwitowała jeszcze i upiła łyk wina, mając nadzieję, że to trochę ogarnie jej myśli.
Tak, zawodowych, brawo, Ariene. Bardzo zawodowe te kontakty są, naprawdę, szlag by to. Głupia jesteś, nie daj się podpuścić.
Anabde uniosła brew, pozwalając na chwilę zapanować ciszy, podczas której obdarzyła wiedźmę bardzo wymownym spojrzeniem. To milczenie musiało przekonać brunetkę, że w tym względzie nekromantki nie oszuka.
– Zawodowych – powtórzyła z rozbawieniem, przechylając głowę na bok.
Czy warto jest kontynuować tę zabawę i trochę jeszcze wiedźmę pomęczyć?
Przyjrzała się uważnie twarzy Ariene, a wychwyciwszy parę oznak zdenerwowania, podjęła decyzję.
Warto.
– A na czym te przyczyny zawodowe polegają? – zapytała bardzo zaciekawiona, ledwie powstrzymując cisnący się na usta śmiech.
Ariene zastanowiła się, czy warto byłoby się udławić tym winem.
Warto.
Z drugiej strony to niekulturalne. I oznaczałoby, że Anabde może święcić triumfy, a przecież to wiedźma miała dziś triumfować. Mistrzyni podchodów, kamuflażu i wyciągania niepostrzeżenie informacji, psia mać. Zawodowe, palnie sobie kiedyś w łeb.
– Był moim pacjentem, ratowałam mu niedawno życie. Wolę wiedzieć, czy już się wykończył, czy jednak wysilałam się dla wyższego celu – mruknęła, zdobywszy się na to, by przybrać niedbałą, beztroską pozę oraz minę.
Tak lepiej.
Upiła łyk wina, przymrużając oczy jak kot, który wypatrzył wreszcie mysz. Pytanie, czy mysz okaże się tłusta.
– Zresztą nie rozumiem zdumienia, twoje i pewnego łowcy kontakty, zdaje się, też były, ehem, czysto zawodowe – skwitowała, już nawet nie zastanawiając się, czy dała Anabde broń do ręki, czy nie.
Musiała zachować opanowanie oraz inicjatywę. Spokojnie, Ariene, stawiałaś czoła poważniejszym celom.
Chwila, dlaczego traktujesz Anabde jak swoją ofiarę? Szlag by to.
Obracała właśnie w ręku kieliszek wina, kiedy Ariene wyciągnęła asa z rękawa. Anabde się to nie spodobało. Miała zwyczaj tłumienia swoich uczuć, a już na pewno nie ujawniała ich w banalnych słowach – ale czasem wystarczyło jedno spojrzenie.
Wiedźma miała okazję odczuć to na własnej skórze, gdy szare oczy nekromantki zalśniły groźnie. Wzrok, jakim została obdarzona Ariene, nie należał do najprzyjemniejszych; szczerze mówiąc, mógłby ciąć metal.
A jednak, głęboki wdech umożliwił jej opanowanie emocji; na przekór wszystkiemu uśmiechnęła się lekko, jakby komentarz wiedźmy wyjątkowo ją rozbawił. I uznała to za wystarczającą odpowiedź, temat nie był na tyle ciekawy, by go drążyć. Albo na tyle bezpieczny.
– Nie był twoim jedynym pacjentem. Jakoś nie widziałam listów od Aithne czy Erriana, a ta pierwsza z pewnością zawdzięcza ci więcej niż Cador – uznała, uśmiechnęła się szerzej i upiła łyk wina.
Ariene wytrzymała to spojrzenie bez mrugnięcia okiem. Nawet uniosła kącik ust, jakby niniejszym triumfowała. Bo tak było, bo widziała, że uderzyła w słabszy punkt. Teraz poczuła się bezpieczniej, wiedząc, że może się bronić atakiem bez skrępowania, a że taktu jej nie brakowało, nie powinna przekroczyć żadnych granic.
Przekrzywiła głowę z urokliwym uśmiechem.
– Errian był ledwie draśnięty. Aithne uratował Arathain. Cador pozostawał w śpiączce przez pięć dni, podczas których starałam się poskładać jego mostek oraz wnętrzności do kupy, nie wspominając o żebrach. Po czym w trakcie leczenia dał nogę, zostawiając mi nadbagaż. – Machnęła dłonią w kierunku drzwi, chyba mając na myśli Caleba. – Próbuję dopilnować, żeby wrócił po tego dupka i zabrał go ze sobą na drugi koniec Lostaru, byle dalej ode mnie – oznajmiła rozluźniona, zadowolona oraz pewna siebie.
Ciekawe jak długo, panienko Tenshi.
– Cador co? – Odstawiła kieliszek na stół, wpatrując się w wiedźmę w wyraźnym szoku.
No cóż, wygląda na to, że to wzajemne dogryzanie sobie musi poczekać; jak to w śpiączce?
Z jej ust zniknął ten rozbawiony uśmieszek, by ustąpić miejsca powadze. Skojarzyła parę faktów i zacisnęła wargi; zastanawiała się, czy chce znać odpowiedzi na pytania, które pragną zostać zadane.
– A co z Larkinem? – dodała po chwili zawahania.
No proszę, jak dużo wydarzyło się przez tych kilka miesięcy?
Ariene przesunęła palcami po szkle swojego kieliszka, zastanawiając się, czy ta zmiana tematu jej pasuje. Wreszcie westchnęła.
– Z walki wyszedł bez najmniejszego choćby zadraśnięcia – uspokoiła ją, jednak nie uniosła na nią wzroku, w jej oczach pojawił się cień; zupełnie jakby na nowo przeżywała to, co wtedy się działo, co prawie doprowadziło ją na skraj szaleństwa. – Kiedy Cador odzyskał przytomność, zakomunikował, że odjeżdża. Bez słowa wyjaśnienia, odwrócił się, wyszedł i tyle go widziałam – dodała i wreszcie zdecydowała się na upicie łyku wina.
Nie spojrzała jednak na Anabde, nagle zafascynowana podłogą po przekątnej od miejsca, w którym siedziała. Zatroskanie wróciło. Czy Cador na pewno czuje się tak dobrze, jak zapewnia w listach? Nie powinien był wtedy wyjeżdżać, nie wrócił jeszcze do pełni sił. Ale musiała go puścić, i ciągle czuła się z tym dziwnie.
Zresztą czemu miałaby go zatrzymywać.
Wzrok Anabde nieco się zmienił; przestał już być taki podejrzliwy i jakby... obcy. Spojrzała na Ariene z czymś, co chyba można nazwać zrozumieniem – następne swoje myśli popiła solidnym łykiem wina.
– Z Cadorem wszystko w porządku? – zapytała, bo troska, jaka pojawiła się na twarzy wiedźmy, wywołała u niej niepokojące myśli.
Ale przecież... przecież wysyłał listy. Mówiła, że ma ją odnaleźć. To może być równie dobrze to przesadne poczucie winy, jakie zawsze niezasadnie wywoływała u siebie Ariene.
Anabde przechyliła głowę, przymrużając oczy. Tak, panna Tenshi była wyjątkową aktorką, ale w tej kwestii nie potrafiła oszukać nikogo.
Ariene przeniosła na towarzyszkę spojrzenie i przywołała na usta niedbały, nieco zbyt beztroski uśmiech. Zorientowała się, że przesadziła sekundę później, dlatego szybko skorygowała błąd i wyglądała już bardziej przekonująco. Z trudem rozluźniła zaciśnięte na nóżce kieliszka palce.
– Chyba nie narzeka, skoro wsiadł na konia i pojechał – skwitowała całkiem żartobliwie i wzruszyła ramionami. – Zresztą to duży chłopak, na pewno wiedział, co robi. Kości były już zrośnięte, a klatka piersiowa tylko minimalnie wspomagana zaklęciami, skoro jest w stanie trzymać pióro, to pewnie nie jest najgorzej. Tylko wypuściłam go przed zakończeniem leczenia, ot – mruknęła i uniosła kieliszek do ust, jednak nie napiła się wina.
Przytknęła usta do krawędzi naczynia i tak zastygła, jakby nagle popadła w głębokie zamyślenie. Zmarszczyła lekko czoło.
To rzadko zdarzało się Anabde, ale tym razem uśmiechnęła się do rozmówczyni ciepło. Biedna, zakochana Ariene, to widać było jak na dłoni. Z tego co nekromantka zdążyła zauważyć, jej uczucie nie pozostawało nieodwzajemnione – to dobrze.
Pokrzepiona tą myślą – bo potrafiła cieszyć się szczęściem przyjaciół – sięgnęła znów do kieliszka, upijając kilka łyków ulubionego trunku.
– Wiesz mniej więcej, kiedy się spotkacie? – zapytała już bardziej z ciekawości.
Świadomie nie mówiąc „kiedy się z nim spotkamy”. Nigdy nic nie wiadomo.
Ariene przeniosła na nią bardziej skupione spojrzenie, przekrzywiając głowę. Uśmiechnęła się do nekromantki lekko i wreszcie zdecydowała się wypić trochę wina, nie spuszczając zainteresowanego wzroku z Anabde.
– To nie wybierasz się ze mną? – zdziwiła się dość smutno, znów marszcząc czoło. – Pewnie masz plany razem z Leanelle, tak? – dodała dla pewności i westchnęła ciężko, odstawiając kieliszek na blat.
Dobrze, Ariene, a teraz znajdź argument, który zaraz przekona Anabde, by zostać z tobą. Musisz go użyć dobrze, z rozmysłem. Skoro planujesz zwabić do Cadora najpierw Erriana i Sheridana, kluczowym jest, by nekromantka o obecności łowcy nie wiedziała. Natomiast o odnalezieniu Aithne… to byłaby dobra karta przetargowa. Jednak zostanie użyta dopiero w ostateczności.
Rozmyślania nie trwały więcej niż sekundę i w żaden sposób nie odbiły się w oczach wiedźmy. Pojawiło się tam natomiast coś innego – powoli do niej docierało, że przecież w końcu zobaczy tego problematycznego obrońcę. I zrozumiała, że nie wie, co planuje z tym fantem zrobić.
Anabde odchyliła nieznacznie głowę, przymrużając powieki. Ariene się zorientowała, że ich wspólne kontynuowanie podróży nie jest pewne – niedobrze, nie miała się zorientować. Zwłaszcza że Anabde nie wiedziała, co chce ze sobą zrobić, chyba po prostu musiała mieć ewentualną drogę ucieczki. To dawało jej poczucie bezpieczeństwa, przynajmniej znikome.
Westchnęła ciężko i przesunęła opuszkiem palca po krawędzi kieliszka, wiedząc, że musi podjąć decyzję.
– Nie, nie mamy żadnych planów – przyznała po chwili wahania.
W sumie dlaczego im nie towarzyszyć? Lubiła Ariene, lubiła Cadora, wyprawa do Perrianu połączyła ich silną więzią. Ale przywoływali wspomnienia – a nie wszystko chciała pamiętać. Zacisnęła niezadowolona wargi.
– Nie wiesz... nie wiesz co z resztą, tak? – zapytała dla upewnienia.
Może coś ukrywała. Może coś ważnego.
Teraz – przemknęło Ariene przez myśl. Uderzaj teraz, odsłoniła się!
Zanotowała w pamięci, że jak tylko wróci do pokoju, pisze dwa listy. Jeśli szczęście jej dopisze, wszystko potoczy się tak, jak zaplanowała, a to będzie bardzo dobrym wyjściem z sytuacji. I tym razem nie będzie bawiła się w posłańców, musi użyć magii – to ją porządnie wyczerpie, ale nikt nie zauważy, do rana wypocznie, po przebudzeniu wypije miksturę. Tak, genialny plan. Ariene, tylko nie spierdol.
– Znaczy… mam… dość niepewną informację – mruknęła pod nosem, garbiąc ramiona, jakby się bała mówić o tym Anabde, bo skoro informacja niepewna, to może nie być prawdą, czyż nie?
Obróciła kieliszek w palcach, obserwując, jak znajdujące się w nim wino przelewa się cichutko, zostawiając na szkle jasne krople.
Anabde zrobiła duże oczy, ale zaraz opamiętała się, nabrała głębokiego wdechu i przybrała nonszalanckiej postawy. Jakby nic nie mogło na niej zrobić dużego wrażenia – a dwie osoby mogły zrobić diametralnie różne wrażenie.
Przymrużyła zaniepokojona oczy; niech to będzie Aithne. Bo gdyby to był on... Na pewno nie podróżowałaby dalej z Ariene. Prawdopodobnie uciekłaby jeszcze tej nocy.
– Jaką? – zapytała sucho, skupiając na Ariene całą uwagę.
Wiedźma spojrzała nekromantce prosto w oczy, na jej twarzy malował się spokój, jakby chciała opanować nerwy Anabde, które rozszalały się w jej wnętrzu. Uniosła kącik ust w niepewnym uśmiechu i po tej chwili kontaktu wzrokowego zerknęła w bok. Upiła łyk wina, westchnęła; nie spieszyło się jej.
– Cador napisał, że prawdopodobnie widział Aithne. Musi to jeszcze sprawdzić, ale istnieje duża możliwość, w końcu… jest dość charakterystyczna – mruknęła ciszej, zapatrując się w blat stołu. – Nie mówiłam wcześniej, bo nie chciałam robić ci nadziei, ale chyba powinnaś wiedzieć – dodała bez najmniejszego zająknięcia.
Potrafiła kłamać jak z nut. Zwłaszcza kiedy wiedziała, że wykonuje ważne zadanie – właśnie dlatego w ten sposób potraktowała tę rozmowę, żeby na pewno schwycić Anabde w sieć. Plan godny stratega wojennego, naprawdę.
W istocie plan idealnie na miarę oszustki, złodziejki oraz skrytobójczyni.
Anabde zacisnęła mocniej palce na nóżce kieliszka; opamiętała się w ostatniej chwili i puściła szkło, nim zdążyło pęknąć. Na chwilę przymrużyła oczy, intensywnie wpatrując się w blat stołu.
Wahała się, jak zwykle rozważała wszystkie za i przeciw. W końcu uznała, że nie ma co się namyślać – czy Aithne tego chciała, czy nie, Anabde musiała ją znaleźć. Tak po prostu. To było nieco przerażające, fakt, ale do obecności upadłej w swoim życiu nekromantka zdążyła się już przekonać.
Zmarszczyła czoło; coś jej nie pasowało, ale nie do końca wiedziała co. Ponieważ nigdy nie polegała na swoim przeczuciu, opierając się na suchych faktach i konkretnych argumentach, dała sobie spokój.
Uniosła kącik ust w krzywym uśmiechu, uspokoiła nerwy i znów sięgnęła po kieliszek.
– Czyli wygląda na to, że chwilę wam potowarzyszymy – przyznała w końcu, wracając spojrzeniem do szafirowych oczu wiedźmy.
Ariene uśmiechnęła się i dopiła swoje wino, w duchu aż klaszcząc z radości. Na zewnątrz jednak zachowała odpowiedni umiar, pozwoliła sobie tylko na rozpromienienie się oraz rozluźnienie. Dobrze ci idzie, wiedźmo, nie spapraj tego.
– Cieszę się – stwierdziła i tego nawet nie musiała udawać. – Czyli chyba jutro wyruszamy do Illisu – mruknęła, oddychając głębiej. – Wypadałoby się wyspać, co? – dodała, posyłając nekromantce kolejny, szerszy tym razem, uśmiech.
Zdawała się być zamyślona. Niby ciągle patrzyła na Ariene, lecz jej oczy były nieobecne. Otrząsnęła się dopiero po chwili; jak na nią, takie odpłynięcie myślami było dość nietypowe. Drgnęła, potem rozejrzała się dookoła błędnym spojrzeniem, by znów skupić swoją uwagę na wiedźmie.  
– Tak, tak, masz rację – mruknęła, dopijając kieliszek wina.
Uśmiechnęła się blado i nie wiedziała, co jeszcze może powiedzieć. Była... trochę oszołomiona, jakby dopiero teraz do niej dotarło, jak bardzo niemożliwe zdawało się odnalezienie Aithne. A jednak.
Ariene skinęła jej głową, zasunęła za sobą krzesło i po cichu opuściła pokój, nie chcąc Anabde wyrywać z tych rozmyślań. Sama też miała jeszcze trochę do załatwienia – nekromantka z pewnością nie rozgryzie fortelu, zatem wiedźma, przynajmniej na tę noc, mogła być spokojna.
Jeszcze w progu uśmiechnęła się do przyjaciółki, jakby chwilę się wahając, po czym wyszła i zamknęła za sobą przejście. Skręciła w prawo, kierując się do swojego pokoju; nadal była trochę oszołomiona, bo nie spodziewała się, że da radę wrobić Anabde – bała się, że wyszła z wprawy, ale najwyraźniej obawy nie miały się urzeczywistnić. To dobrze. No, Ariene, jesteś bliżej niż dalej celu.
Zamknęła za sobą drzwi od pokoju i odetchnęła powoli, nadal nie wierząc, że to zrobiła. Okłamała oraz oszukała swoją przyjaciółkę, żeby… ściągnąć ją do Aithne. Przemilczała połowę istotnych informacji i teraz będzie trzymać kciuki, by wszystko się udało i nic nie sypnęło po drodze. Pokręciła z niedowierzaniem głową, odgarniając włosy za uszy, bo opadły na jej twarz. Szaleństwo.
Musiała jednak iść za ciosem. Jeśli natychmiast nie wyśle listów, cały plan weźmie w łeb. A ona ich jeszcze nawet nie napisała! Syknęła zirytowana pod nosem i ruszyła energicznym krokiem do skromnego biurka, jakie łaskawie jej udostępniono w tym pokoju. Przyciągnęła do niego taboret – jedyne miejsce siedzące poza łóżkiem – wygrzebała z szuflady dwa pergaminy, wyjęła z torby pióro oraz szczelnie zakręcony kałamarz, po czym wszystko rozstawiła przed sobą na blacie. Czas brać się do pracy.
Rozwinęła pierwszą stronę i zanurzyła pióro w atramencie, w głowie nerwowo formując treść wiadomości. Tu będzie trudniej, musi uważać na słowa, bo pan łowca dusz bywa nader podejrzliwy, mógłby wyczuć, że sprawa ma drugie dno.
           
Sheridanie!
           
Na początek mam do Ciebie gorącą prośbę. Nie, to nie jest prośba. Nie dopuść do tego, by Errian ten list przeczytał. To ważne.
Cador odnalazł Aithne. Już widzę Twoją radość, ale tu chodzi o tego biednego maga, prawda? Dlatego właśnie zwracam się o pomoc do Ciebie, przydaj się chociaż raz. Zabierz Erriana do Illisu, gdzie aktualnie przebywa Cador oraz Aithne. Nie mów mu, że czeka tam na niego upadła – mógłby się pospieszyć i wszystko zepsuć, a ona mogłaby nawiać, jak tylko wyczułaby zagrożenie.
Na miejscu czekaj na informacje od ucznia Cadora. Chłopak nazywa się Aidan i wszystko Ci wytłumaczy, nic więcej nie mogę Ci na razie powiedzieć.
Trzymaj się,

Ariene.

Przebiegła wzrokiem krótką wiadomość, zmarszczyła czoło i na chwilę zadumała się nad tym, czy powinna coś jeszcze dodać. Chyba nie. Dlatego odsunęła pergamin na bok, robiąc miejsce dla drugiego arkusza, zanurzyła pióro w atramencie i zapatrzyła się na pustą kartkę, przygryzając wargę.
Zawsze zaczęcie listu do Cadora chwilę jej zabierało. Odpływała myślami, zastanawiała się, co właściwie mu odpisać, martwiła się o niego i mnóstwo innych bzdet, które były w tym momencie zdecydowanie nie na miejscu.
Przypomniała sobie, dlaczego powinna się spieszyć, warknęła na samą siebie, po czym zabrała się do pracy.

Cadorze!

Wybacz lakoniczny list, jednak gdybym zapełniła większą ilość arkuszy, nie dałabym rady wysłać ich magicznie. W każdym razie przejdę od razu do sedna sprawy, zanim cały misternie ułożony plan mi się sypnie, co by mnie nie zdziwiło.
Mam Anabde. Nakierowałam już Sheridana oraz Erriana na miasto, w którym przebywacie. Mój pomysł zakłada, że zwabimy ich do jednego miejsca, podając tylko te informacje, które są im potrzebne do szczęścia.
Właściwie tym zajęłam się już ja – Twoim zadaniem będzie zaaranżować sytuację, w której Aithne i Errian wpadną na siebie i nasza kochana ruda nie będzie miała dokąd uciekać. Już wtajemniczyłam Sheridana na tyle, na ile musi być wtajemniczony, żeby nam się przydać, pozwoliłam sobie również uczynić z Aidana pośrednika.
Liczę na Twoją pomysłowość, tymczasem muszę pilnować, żeby się nie wkopać z kilkoma niewygodnymi informacjami, Anabde to ciężki przeciwnik!
Trzymaj za mnie kciuki i uważaj na siebie,

Ariene.

Zgarnęła oba pergaminy, ostrożnie je złożyła, a potem podeszła do okna i otworzyła je na oścież. Do pokoju wpadło chłodne wieczorne powietrze, którym wiedźma przez chwilę się rozkoszowała, stojąc z przymkniętymi oczami. Wreszcie zebrała się w sobie, wygrzebała z pamięci odpowiednie zaklęcie i uwolniła moc.
Trwało to chyba kilka minut, kiedy srebrne wiązki powoli oplatały oba listy, wsiąkały w nie, aż wreszcie zaczęły kartki dematerializować. Na czole Ariene pojawiły się krople potu, jednak utrzymała czar, oddychając przesadnie głęboko. Wysłanie dwóch wiadomości w jedno miejsce byłoby łatwiejsze, tymczasem musiała je puścić w prawie przeciwne strony, to wymagało maksymalnego skupienia oraz poświęcenia.
W końcu się udało. Rozprostowała nieco sztywne palce, odetchnęła i zachwiała się nieznacznie, czując, jak bardzo ją to osłabiło. Znów zaciągnęła się orzeźwiającym wieczornym powietrzem, odchyliła głowę, pozwalając włosom uwolnić się spod jarzma wstążki, po czym… roześmiała się. Trochę dziko i jakby groźnie, ale wprost nie mogła uwierzyć w to, co właśnie zrobiła.
Nie ma to jak zbudować intrygę stulecia, by zebrać w jednym miejscu swoich przyjaciół. Niedługo będziesz, Ariene, snuła rozwlekłe plany, by zrobić zakupy, a w taką intrygę wplączesz nawet żebraka z rogu.
– Tak sobie myślę, że nie chcę wiedzieć, o co tu chodzi – usłyszała za sobą i obróciła się błyskawicznie, zawieszając na stojącym w progu mężczyźnie spłoszone spojrzenie.
Caleb opierał się o framugę, przyglądając się jej z dziwnym, niejako rozbawionym błyskiem w bursztynowych oczach.
– Jak długo tu stoisz? – spytała i potarła nerwowo ramiona, odwracając się do niego twarzą, bo głupio tak plecami.
– Od połowy zaklęcia. Nie chciałem przeszkadzać – skwitował, bez zaproszenia wchodząc do pokoju, jakby był u siebie.
Zmierzając do niej, pogrzebał w swojej skórzanej torbie i, zatrzymawszy się ramię w ramię z Ariene, podał jej niedużą fiolkę.
– Zrobiłem zapas, zakładając, że jeszcze kilka razy nierozsądnie rozporządzisz energią magiczną i się przydadzą – oznajmił, uśmiechając się z przekąsem.
– Nie prosiłam o niańkę – najeżyła się od razu, ale przyjęła miksturę, łypiąc na Caleba z niezadowoleniem. – Po co przyszedłeś?
– Ot tak, chyba pogadać. Ale widzę, że coś cię bardzo zmęczyło – mruknął, opierając się o parapet okna i przesuwając spojrzeniem po linii horyzontu.
Srebrne gwiazdy migotały radośnie na firmamencie, rozjaśniając bezksiężycową noc niczym mistyczne drogowskazy. Ariene stanęła przy Calebie, również chwilę obserwując urokliwy krajobraz.
– Czemu właściwie za mną tak jeździsz? – spytała, szturchając myśliwego, żeby zrobił dla niej miejsce na parapecie; sama się oparła. – Przecież mam kontakt z Cadorem, lada dzień ruszam, by się z nim zobaczyć. Stare tłumaczenia nie przejdą – zastrzegła.
Mężczyzna milczał kilka minut, przyglądając się okolicy i pozwalając, by nocny wiatr bawił się jego krótszymi, czarnymi włosami. Ariene nie spuszczała przez ten czas spojrzenia z niego, naprawdę ciekawa.
– Nie masz rodziny? – zaryzykowała wreszcie pytanie, unosząc brwi.
– Mam. Narzeczoną – odparł i uśmiechnął się do niej.
W tym uśmiechu dostrzegła pewne dziwne, nieuchwytne ciepło, i zrozumiała, że Caleb tę narzeczoną musi niezwykle kochać. Tym bardziej przestała pojmować, z jakiego powodu tłucze się z nią przez pół Lostaru.
– Ale wiesz, czasami robimy rzeczy głupie i całkowicie bezsensowne, bo… tak po prostu. Albo serce każe, albo ktoś coś powiedział, albo coś sobie ubzduraliśmy – stwierdził, już na nią nie patrząc. – Mniej więcej tak jest ze mną.
– Ze mną też – przyznała, uśmiechając się z pewnym przekąsem. – I ona gdzieś tam na ciebie czeka, aż…? – urwała, nie bardzo wiedząc, jak określić to, co robi Caleb.
– Aż skończy się sezon. Źle mi z tym, że tak często i na tak długo ją opuszczam, ale Vivienne to rozumie. Wie, że nie potrafiłbym na dłuższy czas zostać w mieście. To złota kobieta – uznał z niezachwianą pewnością.
– Musi za tobą tęsknić – westchnęła, opierając brodę na dłoniach.
– Oby nie tak bardzo, jak ja za nią, bo to aż boli – skwitował, prostując się z ciężkim westchnieniem. – No dobrze, odpoczywaj, paskudna wiedźmo – postanowił, klepnął ją w ramię i ruszył do drzwi.
– Dobranoc – pożyczyła mu, nie odwracając się.
Jeszcze długo po jego wyjściu stała w oknie, spoglądając z uśmiechem w niebo. Gwiazdy nadal migotały, górując ponad ciemną linią lasu kołyszącą się w takt wiejącego wiatru. Świat był cichy i spokojny, a przy tym niezwykle piękny.

2 komentarze:

  1. Misterny plan Ariene <3
    Hej hej, jedno pytanie, bo tragedyję wykrywam. Aithne jest nieśmiertelna, albo długowieczna. Errian to człowiek-mag, czyli tak w teorii śmiertelnik. I ona tak będzie patrzyła jak jej facet się starzeje w zastraszającym tempie? O_O
    Te listy mi się podobają <3 U mnie Soleil wprawdzie też pisał, ale do osoby nieosiągalnej XD Zastanawiam się, jak ogarnąć to opowiadanie, żeby było zdatne do publikacji XD
    A oprócz tego, Aidan jest słodziachny XD W zderzeniu z pięścią/temperamentem Aithne wypadł pociesznie ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Ariene skminiła to z Cadorem zacnie xD
      Hm... tak ^^ Aithne jest Przeklęta, wszyscy Przeklęci są długowieczni. Już ma o sto lat więcej od Erriana xD No cóż, LIFE IS BRUTAL :3
      Och. No to nie, to u nas normalnie te listy pisali xD
      Hahahaha, trochę nieporadny, ale nabierze więcej ogłady z biegiem czasu xD Dajmy mu tylko wziąć rozpęd! xD

      Usuń