Młodzieniec
przystanął zdegustowany, marszcząc czoło. Opanował dreszcz obrzydzenia, który
chciał wstrząsnąć jego ciałem, i rozejrzał się dokoła z niepokojem, szukając
wzrokiem znajomej, jasnej czupryny. Nie miał pojęcia, co tu robili. Nie miał
pojęcia, po co tu przyszli. I naprawdę wolał nie wiedzieć, w co właśnie
wdepnął.
– Cador, to na
pewno dobry pomysł? – jęknął nieco zbyt cienkim głosem, dlatego odchrząknął,
nie chcąc dać aż tak po sobie znać niepokoju.
Nie to, żeby
stronił od tego typu spelun, ale… chyba właśnie stronił. Nie czuł się najlepiej
w tłumie spoconych, pijanych, brudnych mężczyzn, których jedyną rozrywką –
prócz kufla piwa – było klepanie kelnerek po pośladkach bądź obijanie sobie
nawzajem twarzy. Mordobicia chłopak także nie uskuteczniał, walczył tylko w
razie konieczności.
Machnął
ukradkiem ręką, starając się odgonić od siebie duszący dym, ale niezadowolone
spojrzenie barczystego chłopa szybko go do tego zniechęciło. Przy nich
wszystkich wyglądał jak malutki, chudziutki patyczek z czupryną czarnych włosów
na czubku. Może jednak lepiej by było sprawdzić, czy nie ma go na zewnątrz.
– Zaraz ci
zaserwuję pięćdziesiąt pompek – ostrzegł go pogodnie Cador, rozglądając się
uważnie dookoła.
Nie zwracał
uwagi na dym, smród i wątpliwą jakość serwowanych trunków, doskonała jakość
serwowanych bijatyk również mało go obchodziła. Ale w spelunie przebywał tłum,
to niedobrze. W tym tłumie nie był w stanie przyjrzeć się wszystkim gościom,
niektórzy ukryli się po kątach z twarzami schowanymi pod kapturami. A którymś z
tych gości mógł być ktoś ważny. Zacisnął niezadowolony usta i ruszył w stronę
wolnej ławy.
Usiadł,
sięgnął do kieszeni skórzanej kurtki i wyciągnął dwie miedziane monety; rzucił
je w stronę Aidana, uśmiechając się kącikiem ust.
– Z radością przyniesiesz
mi piwo – poinformował go, już na niego nie patrząc; błądził spojrzeniem po
wnętrzu pomieszczenia, nadal nie porzucając nadziei, że kogoś tu spotka. –
Spróbuj dogadać się z barmanem, to dobrze ci zrobi. Musisz nauczyć się obracać
w każdym towarzystwie – wytłumaczył, co by nie było, że swojego ucznia
bezczelnie wykorzystuje.
Wykorzystywał,
ale chciał mieć przykrywkę.
Musiał się
skupić. Przeczucie mówiło mu, że tego dnia wydarzy się coś ważnego. Przeczucie
nigdy go nie zawodziło.
– Lecę w podskokach
– westchnął ciężko Aidan, nieszczęsny uczeń obecnego tu obrońcy, pokiwał głową
niczym skazaniec kierujący się na szubienicę, po czym ruszył do lady,
rozpoczynając mozolne przedzieranie się przez tłum.
Szło mu
nadzwyczaj dobrze. Z tym szczegółem, że rośli mężczyźni niewiele robili sobie z
jego nieśmiałych „przepraszam” bądź „mogę przejść?”. Wreszcie przepchnął się aż
pod sam bar, a dotarł tam w kondycji nie najlepszej – jakby przebiegł co
najmniej kilka kilometrów sprintem.
Niemalże
zwalił się na ladę, łapiąc z trudem oddech. Przynajmniej przesiąkł już zapachem
potu zebranych, lepiej się będzie maskował.
– Przepraszam!
– zawołał do barmana, który z bliżej nieznanych chłopakowi przyczyn nie zwracał
na niego uwagi.
Właściwie nie
zwracał uwagi na nikogo, tylko groził komuś w tłumie pięścią i wrzeszczał, żeby
ten ktoś natychmiast postawił krzesło. Aidan sapnął ostatni raz i z żywym
zainteresowaniem obrócił się, by zobaczyć, co się z krzesłem stanie.
Mebel
roztrzaskał się na czerepie jednego z największych mężczyzn w karczmie. Dokoła
zapadła cisza jak nożem uciął, wszyscy spojrzeli na zakapturzonego, niezbyt
dużego śmiałka, który właśnie popełnił w przenośni samobójstwo. Gdyby działo
się to w naszych czasach, najpewniej nieszczęśnik otrzymałby nagrodę Darwina za
najgłupszą śmierć świata.
Osiłek
podniósł się i Aidan nawet z takiej odległości poczuł się mały i niewiele
znaczący niczym to źdźbło trawy chłostane dzikim wiatrem. Przełknął ślinę,
patrząc, jak mężczyzna góruje nad swoją przyszłą ofiarą.
Ofiara musiała
zadrzeć głowę, żeby patrzeć olbrzymowi nadal w twarz, przez co kaptur zjechał z
jej włosów. Aidan aż się zakrztusił, widząc tu… dziewczynę.
Ogniście rude
włosy mocno kontrastowały z całą karczmą, ciemne oczy dodawały twarzy bladości
– twarzy, na której malował się taki upór oraz zabójcza pewność siebie, jakich
młodzieniec jeszcze nie widział.
– I co się,
kurwa, gapisz, góro mięsa? – warknęło dziewczę w tej przerażającej ciszy.
Aidan przetarł
oczy z niedowierzaniem.
Mężczyzna
natomiast zarechotał i spróbował pchełkę złapać za kołnierz, by podnieść jak
niesfornego szczeniaka i wynieść. Chłopak prawie dostał zawału, kiedy
nieznajoma przyłożyła celnie z prawego sierpowego, złapała jednego z gości
karczmy za fraki i cisnęła nim w swojego przeciwnika.
Bez
zastanowienia ruszył na ratunek, zapominając o dobrym wychowaniu. Zresztą temu
stołowi było już chyba obojętne.
Choć Cador nie
widział przyczyny zbiegowiska, jakie zgromadziło się koło lady, nietrudno było
się jej domyślić – bójka. W takich miejscach ludzie bez przerwy obijali sobie
nawzajem pyski, jednak tym razem obrońca postanowił bliżej zainteresować się
sprawą. Ze względu na szczerą nadzieję, że jego udany uczeń nie jest w centrum
zdarzenia.
Podniósł się,
odchrząknął, przechylił głowę najpierw w jedną stronę, później w drugą, aż
strzeliło mu w karku, i ruszył w stronę gęstego tłumu. Zmarszczył czoło,
zastanawiając się, jak przebrnąć przez tych spoconych osiłków, gdy droga
została mu oczyszczona. Dlaczego?
Mężczyźni
posłusznie odsunęli się, by nie wpadł na nich chłopaczek, który ledwie chwilę
temu został podniesiony za fraki i rzucony na bok. Chłopaczek z głuchym
stęknięciem upadł na stół, zrzucając z niego kilka pustych kufli po piwie.
Cador zatrzymał się nad meblem, pochylił nieco i przekrzywił głowę.
– O, Aidan –
mruknął mało zachwycony, przyglądając się swojemu uczniowi z wyraźną
dezaprobatą.
Tak coś czuł.
Poczuł jeszcze
coś. Przeczucie nagle wezbrało na sile, a jego szósty zmysł rozwrzeszczał się,
aż obrońcy zaczęło ćmić w skroniach. Przymrużył oczy, zastanowił się chwilę i
szybko rozejrzał po karczmie.
To nie było
ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem, poczułby to. To było...
– Aithne? –
szepnął niedowierzająco, wpatrując się w swoją dawną podopieczną.
Właśnie
rzucała wymyślnymi epitetami w stronę osiłka, który miał wyraźny zamiar rozbić
jej głowę o ladę.
Aidan sturlał
się ze stołu, mamrocząc pod nosem nadzwyczaj bełkotliwie, potrząsnął łepetyną i
podniósł się z podłogi z wyraźnym uporem wymalowanym na twarzy. Nie ustąpi,
musi pomóc damie w opałach! Oto, czego go uczono, nie zamierzał się wycofać
nawet przy przewadze liczebnej wroga.
Kiedy ruszył
do rudowłosego dziewczęcia rozpoznanego przez Cadora – o czym biedny Aidan nie
wiedział, to mogłoby uratować mu życie – osiłek zatoczył się w tył, zaskoczony
tym solidnym kopnięciem, jakie otrzymał w brzuch. Młodzieniec złapał mężczyznę
za łokcie, a potem parsknął, zirytowany swoją chęcią niesienia pomocy, i
delikwenta w te pędy puścił.
Za późno.
Został zaliczony do obozu wroga.
Wytrzeszczył
oczy, widząc mknącą w jego stronę pięść, następnie świat eksplodował tysiącem
białych iskierek. Znowu zwalił się na najbliższy stół, mając wrażenie, że ktoś
pozbawił go bez znieczulenia żuchwy.
Usłyszał nad
głową przeciągły, niski warkot i kiedy odważył się otworzyć oczy (krzywiąc się
przy tym niemiłosiernie), ujrzał kolejnego szybującego gościa karczmy.
Rudowłosa otrzepała ręce z kurzu, łokciem znokautowała mężczyznę, który chciał
ją zajść od tyłu, jeszcze dwóch zdzieliła w szczękę – Aidan prawie dostał
oczopląsu, obserwując tę błyskawiczną walkę – po czym… dostrzegł, że jego
nauczyciel próbuje złapać nieznajomą za ramię. Aż się skrzywił, zastanawiając
się, co ona z nim zrobi.
Prawdopodobnie
biedny Cador planował nawet coś powiedzieć, otworzył w tym celu usta, ale
dziewczę odwróciło się, przymierzyło, a potem wyprowadziło cios nokautujący.
Nieszczęsny obrońca wsparł się na najbliższym krześle, wyraźnie zdumiony.
I, co
zabawniejsze, równie zdumiona była jego przeciwniczka.
– O w mordę –
wydusiła, patrząc przez chwilę na Cadora, zerknęła zaraz na swoją zaciśniętą w
pięść dłoń, następnie znów na obrońcę.
Mężczyzna
przyłożył dłoń do policzka i poruszył żuchwą, sprawdzając, jak bardzo go
kochana Aithne uszkodziła. Na szczęście nie pokazała tym ciosem pełni swoich
możliwości; kości zdawały się być całe.
– Rany, Aithne
– mruknął ze zrezygnowaniem, masując obolałe miejsce.
W spelunie
nastała idealna cisza. Dwumetrowy osiłek właśnie zbierał się z podłogi,
zastanawiając się, czy kontynuowanie walki ma sens. Przegrywanie z kobietą nie
przystoi, ale z drugiej strony – mordowanie drobnych panienek również.
Rozpoczął intensywne rozmyślania na ten temat, a że używanie umysłu nie było
jego najmocniejszą stroną, zapowiadało się na dłuższą przerwę.
Reszta
bywalców zapatrzyła się w wyraźnym szoku na rudowłosą, zastanawiając się, skąd
u takiego dziewczątka tyle siły. Jej zawahanie jeszcze bardziej ich zaskoczyło
– nie robili nic, tylko przecierali oczy i zamykali rozwarte w zdziwieniu gęby.
– Gorzej niż
Ariene – skomentował Cador sam do siebie.
Wyprostował
się, porzucił rozmasowywanie obitej szczęki (będzie siniak jak nic!) i
uśmiechnął się z dziwnym zadowoleniem.
Połowa
obecnych uznała go w tej chwili za obłąkanego.
– Młody,
żyjesz? – rzucił do swojego ucznia, odszukując go wzrokiem i oceniając w
myślach jego stan zdrowotny.
Wyglądało na
to, że był mniej więcej cały. Jak tylko sprawa rozejdzie się po kościach,
udzieli mu małego wykładu na temat mieszania się w bijatyki. Na razie było coś
ważniejszego, poczochrana dziewczyna o granatowych oczach, wpatrująca się w
niego w osłupieniu.
Uśmiechnął się
do niej. Podszedł o dwa kroki bliżej, przechylił głowę, przyjrzał się uważnie
jej twarzy; w jego oczach pojawiło się coś dziwnego, to trudne do określenia
uczucie towarzyszące nam, gdy spełniają się nasze nadzieje. Wiedział, że kogoś
znajdzie!
– Mogłaś
chociaż się pożegnać – poinformował ją z udawanym wyrzutem.
Aithne stała
nieruchomo, wpatrując się w Cadora w głębokim osłupieniu. Nie zwracała uwagi
dosłownie na nic, żadni goście karczmy, żadne osiłki, nikt, jakby widziała już
tylko obrońcę. W jej oczach malowało się zdumienie – bo jak to, uciekała tak
długo, tak bardzo się starała, z takim oddaniem walczyła sama ze sobą, a on… po
prostu wpada jej pod pięść, kiedy urządza burdę w pierwszej lepszej karczmie?
Gdy szok
zaczął mijać, jej umysł zalały tysiące pytań. Czy wie, co z pozostałymi? Chyba
wspominał coś o Ariene, skoro głupia wiedźma żyje, to może i reszta? A Larkin?
Został z nimi, odszedł, bardzo był zły? Anabde? Nie wierzyła w Silthe, ale
teraz zwróciła się do niego z błaganiem, by nekromantka miała się dobrze. By
nie nienawidziła jej tak bardzo, jak Aithne na początku sobie życzyła, aby się
stało. Na koniec natomiast…
Zadrżała,
zaciskając dłonie w pięści i napinając ramiona. W gardle pojawiła się trudna do
przełknięcia gula, poczucie winy wróciło, po raz tysięczny, patrząc w
jasnozielone oczy obrońcy, zadała sobie pytanie: i po co ci to właściwie było?
– Jesteś
bezczelnym, głupim, niezdarnym dupkiem! – krzyknęła wściekle, potrząsnęła rudą
czupryną, bez przekonania uderzyła go pięścią w ramię… a potem oparła czoło o
jego tors, zamykając oczy.
– Nic mi… –
mruczał w tym czasie Aidan, otrzepując się z kurzu, ale na ten widok urwał,
zastygając.
No nie, Cador
jako zaklinacz dzikich bestii, czy co?
Młodzieniec
wytrzeszczył oczy, poważnie się zastanawiając, o co tu chodzi. Jak i większa
część karczmy, prawdę mówiąc, oni jednak bali się spytać.
Umówmy się,
Aidan też wolał milczeć, jeszcze lubił swoje zęby.
Cador sam był
zdziwiony. Poniekąd. Nie dał jednak tego po sobie poznać – obdarzył rudą
czuprynę pełnym rozczulenia spojrzeniem, a potem zwyczajnie objął upadłą i
przytulił.
Dobrze, że nic
jej nie było. I dzięki Silthe, że w końcu się znalazła. Mała, bo mała, drobna,
bo drobna, a przy tym niespodziewanie jazgotliwa i upierdliwa, ale bez niej
było jakoś pusto.
– Wcale nie
jestem taki niezdarny – burknął mało przekonany, a za to dość rozbawiony.
A może to nie
było rozbawienie, tylko zwykłe szczęście, uzupełnione trudną do określenia
ulgą?
Ciągle jednak
byli w centrum zainteresowania i po chwili zapomnienia Cador musiał sobie o tym
przypomnieć. Nadal obejmując Aithne, rozejrzał się po zebranych chłodno,
oceniając w myślach ewentualne zagrożenie kolejnej bójki. Westchnął, a kiedy
ruda odsunęła się już od niego, obdarzył ją pogodnym spojrzeniem i pchnął
przodem.
– Proponuję
się rozejść – mruknął do ogółu, pilnując, by Aithne kierowała się do wyjścia.
Wyglądało na
to, że lepiej będzie zmienić lokal.
Zerknął przez
ramię na Aidana i skinął na niego głową, po czym znów wpatrzył się w
maszerującą przed nim rudą.
Niesamowite.
Wydostali się
na zewnątrz bez problemu. Nikt ich nie zatrzymywał, ktoś raz się poruszył, gdy
opuszczali przybytek, ale wystarczyło ciche warknięcie Aithne, by zastygł w
bezruchu, udając wieszak. Aidan natomiast wodził nieprzytomnym wzrokiem od
rudego rozczochranego do swojego nauczyciela i z powrotem, niemalże nie
rejestrując tego, że idzie posłusznie za nimi jak piesek na smyczy.
Aithne
odetchnęła głęboko wieczornym powietrzem i przeszła kawałek dalej na ulicę.
Chociaż można było pomyśleć, że zaraz zwyczajnie da nogę, to obróciła się do
Cadora oraz jego ucznia. Zmierzyła ich uważnym, czujnym spojrzeniem,
podpierając się pod boki, przez co wyglądała naprawdę groźnie.
Przez chwilę zastanawiała
się, czy zadać najbardziej nękające ją pytania, ale z natury była przekorna.
Nawet wobec samej siebie. Dlatego nie, bo nie.
– Co to za
gówniarz? – zainteresowała się i wskazała ruchem brody biednego Aidana. – Lekki
jak piórko – dodała krytycznie.
– Mnie też
miło poznać – bąknął pod nosem młodzieniec, spoglądając na Aithne z niejakim
przestrachem.
Cador zaśmiał
się wesoło, chociaż krytyka jego ucznia powinna zostać odebrana przez niego
dość osobiście. Mimo tego sięgnął dłonią do czupryny Aithne i rozczochrał jej
włosy – przez to straciła nieco na groźności wizerunku, ale może w ten sposób
Aidanowi będzie łatwiej się do niej przekonać. Jeszcze o tym nie wiedział,
biedny chłopak, ale ta jędza zostanie z nimi na dłużej.
– Mój uczeń,
Aidan. Aidan, masz wątpliwą przyjemność poznać Aithne, moją ostatnią – i
najtrudniejszą – podopieczną – przedstawił ich sobie mało przyjaźnie, chociaż
głos przesycony był pozytywnymi uczuciami.
Aidan skinął
niepewnie głową, przyglądając się, jak Aithne kuli się pod ręką Cadora i warczy
wściekle na niego, a obrońca nic sobie z tego nie robi. Jakim cudem?
– Dziwnych
uczniów sobie zgarniasz. Podług takich kryteriów nawet ten głupi mag by się
nadawał – warknęła od razu, koniecznie chcąc jakoś dopiec przyjacielowi, ale,
niestety, nieświadomie uderzyła w samą siebie.
Zorientowała
się po fakcie, na chwilę zesztywniała, po czym zawarczała jeszcze głośniej i
pacnęła Cadora po dłoni, odsuwając się od niego na bezpieczną odległość. Wzrok
utkwiła w ziemi, zirytowana.
– I co
zamierzacie ze mną zrobić? – burknęła, jakby stała tu w charakterze więźnia,
jeńca oraz zakładnika w jednym.
Tak się czuła,
zupełnie jak uprowadzona przez życie, od którego próbowała uciec.
Cador łatwo
wychwycił drobną zmianę, jaka w niej zaszła; postanowił nie kopać leżącego i
porzucił temat, uśmiechnął się tylko z pewnym rozczuleniem. Trochę była biedna,
taka zagubiona, jakby bała się tego, co było między nią i „głupim magiem”.
Westchnął
ciężko, nadal uważnie ją obserwując.
– Na początek
znajdźmy jakiś nocleg. Tego dość zgrabnie nas pozbawiłaś – uznał spokojnie.
Nie chciał, by
czuła się jak jego więzień; z drugiej strony nie miał zamiaru dopuścić do jej
kolejnej ucieczki. Najlepiej było więc zachować neutralność i zająć się
najbardziej podstawowymi sprawami.
– Może jakiś
bardziej cywilizowany – zaproponował nieśmiało Aidan, powoli zaczynając wierzyć
w to, że ta dziewczyna nie morduje za samo oddychanie.
– Jak
jesteście ze mną, w żadnej karczmie nic wam nie grozi – skwitowała niedbale i
wzruszyła ramionami, poprawiając rude włosy, które jeszcze pewien czas temu
były związane w kitkę, ale im się odwidziało. – Konie zostawiliście w
miejskiej? – zainteresowała się jeszcze i ruszyła swobodnym krokiem przed
siebie.
– Eee, tak –
przytaknął zdumiony Aidan i zerknął nerwowo na Cadora.
Co to za
dziewczyna, do cholery?
– No to nie
obijać się, idziemy kimać – postanowiła, zarzucając kaptur na głowę.
Karczma
była... hm. Na pewno prezentowała się ociupinkę lepiej od speluny, w której
mieli wątpliwą przyjemność gościć tego dnia.
Ten przybytek
wypełniali osobnicy podobnego pochodzenia, wydzielający podobne ilości smrodu,
pokoje znajdowały się jednak w osobnym skrzydle budynku, dzięki czemu w części
noclegowej było cicho i dość przyjemnie.
Aidan, chcąc
nie chcąc, musiał przystać na taki wybór, jednak z jego inicjatywy (i
prawdopodobnie dlatego, że Aithne wykazywała tego dnia ogromne skłonności do
mordów, a Cador nie miał ochoty na kolejne bijatyki) rozeszli się do pokoi
szybko po zjedzeniu skromnego posiłku.
Na pewno mieli
sobie wiele do powiedzenia – Cador i Aithne. Obrońca postanowił jednak zostawić
to na następny poranek, uznając, że wystarczy wrażeń jak na jeden dzień.
Dodatkowo Aithne wykazywała zainteresowanie losami reszty grupy, wobec tego na
pewno nie opuści ich, dopóki nie otrzyma od obrońcy informacji. Mógł więc mieć
pewność, że zostanie z nimi chociaż do następnego dnia – do tego czasu powinien
przekonać ją, że warto towarzyszyć im dłużej.
Ostatnim,
jednak chyba najważniejszym argumentem okazało się to, że bez przerwy ziewał.
To było wysoce nieprzyjemne, zważywszy na obitą szczękę.
Spał jednak
niespokojnie. Prawdopodobnie podświadomie bał się, że upadła ich opuści, a on
nie usłyszy jej ucieczki. Dlatego budził się mniej więcej w równych odstępach
czasu, by nasłuchiwać kilka minut. Dopiero upewniwszy się, że nie zbudziły go
żadne niepokojące hałasy, był w stanie znów zapaść w krótki sen.
Znowu ciemno. Znowu cicho. Czerń otulała,
dusiła, ukrywała, była wrogiem. Oddychała urywanie, z trudem, starając się
zwalczyć świszczenie płuc. Czuła krew. W ustach, na swoim ciele, na skrzydłach
– czy ona jeszcze miała skrzydła? – chyba nawet zalewała jej oczy. Nic nie
widziała. Co można ujrzeć w takich ciemnościach?
Usłyszała śmiech. Niski, gardłowy, rozległ
się świst. Drgnęła, chciała się uchylić, ale cios chyba sięgnął kogoś innego.
Jęknęła, z trudem otaczając się ramionami i kuląc się przed nimi, przed jej
prześladowcami. Była myśliwym, w ciągu kilku godzin stała się zwierzyną. Stała
się nią na kilka długich lat.
Dokoła poniósł się nieludzki skowyt i
uświadomiła sobie, że to ona wyje. Przez ból, który znowu eksplodował w jej
ciele. Nie miała siły walczyć, nie miała siły się sprzeciwiać, poddawała się na
nowo i na nowo, coraz bardziej i bardziej. Głosy przestały wołać. Był tylko
szloch, odległy, cichy szloch.
Bała się nawet płakać.
Zamrugała, dostrzegłszy prześwitujący przez
ciemność promień światła. Niepewnie uniosła się, powoli, ostrożnie, odetchnęła
przesiąkniętym zapachem żywicy powietrzem. Znowu las. Znowu znalazła się w
lesie – udało się jej uciec.
Usłyszała huk. Serce zatłukło się w piersi.
Zawróciła i pobiegła, nie zważając na nic.
Tym razem oczy zalewały łzy, pierś rwała z braku powietrza, ale nie zwalniała.
Musiała, musiała, musiała! Może zdąży, może do nich dobiegnie, może wyciągnie
ze zgliszczy! Mamo, tato!, chciała
krzyczeć, ale nie mogła, zatem tylko przyspieszała, potykając się o korzenie i
gałęzie. Szybciej, Aithne, szybciej.
Zatrzymała się nad zgliszczami. Ogień
jeszcze tańczył, strzelając dokoła iskrami, sięgając swymi jęzorami do
rozciągającego się nad nim ciemnego nieba. Przesunęła przerażonym spojrzeniem
po tym, co zostało z jej domu, nie potrafiąc oddychać. Mamo, tato?
Obok przebiegł zwiewny, srebrny obłok.
Dopiero kiedy powiodła za nim spojrzeniem, zrozumiała, że to był koń, siwy koń,
ale bardzo eteryczny. Zajrzała w ciemne oczy, rozpaczliwie próbując sobie
przypomnieć, jakie było imię zwierzęcia. Nie mogła oderwać od niego spojrzenia,
jakby to stało się najważniejsze.
Wtedy dostrzegła słabo unoszącą się pod
zgliszczami rękę, częściowo zwęgloną, częściowo spaloną. Rękę umierającego,
który woła o ratunek.
Wrzasnęła rozdzierająco, chwytając się za
głowę i kuląc się, a ziemia rozpękła się pod jej nogami. Pochłonęła ją
ciemność.
Stała na lśniącej czarnej posadzce. Kafelki
były gładkie, widziała w nich swoje odbicie, ale nie chciała na nie patrzeć.
Odwróciła wzrok i rozejrzała się dokoła, natrafiając na kogoś, kto jeszcze w
ciemności stał. Zastygła, czując, jak na całe jej ciało rozlewa się
odrętwiające przerażenie.
Białowłosy młodzieniec przyjrzał się jej
uważnie, bez strachu, lekko zaciekawiony, ale bardzo wnikliwy, jakby się nad
czymś zastanawiał. Po chwili w jego błękitnych oczach pojawił się pogodny
blask, uśmiechnął się do niej ciepło i wyciągnął w jej stronę rękę. Nic nie
trzymał, jego dłoń była pusta. Nie ruszyła się, jakby sparaliżowana.
Ktoś do niego podszedł. Zatrzymał się tuż za
nim, dziwnie znajomy, ale ona nie mogła skonkretyzować jego tożsamości. Uniósł
sztylet i przytknął go do gardła młodzieńca, błyskając ponad jego ramieniem
triumfalnym spojrzeniem. Errian!,
zawołała w myślach, przypominając sobie, jak miał na imię. Uciekaj!, dodała, nadal nie potrafiąc się ruszyć.
To ci
odpowiada, Aithne?, rozbrzmiało w jej
głowie.
Znała ten dialog na pamięć. Zadrżała.
Będziesz patrzeć,
jak go zabijają?, rozległo się znów.
Otworzyła usta, zwalczając odrętwienie.
Ostrze nacisnęło na gardło nadal
uśmiechniętego młodzieńca, a ona wreszcie rozpoznała tego, kto chciał go zabić.
Darren.
Czemu on?
Czyli będziesz
patrzeć…, wydało się, jakby ktoś
westchnął.
NIE!, wrzasnęła wtedy, roztrzaskując swoim
głosem ciszę.
Odepchnęła się od posadzki i skoczyła, w
momencie, kiedy Darren przeciągnął sztyletem po gardle ofiary.
Czy zdąży?
Zerwała się
przerażona z łóżka, z jej gardła wydobył się rozdzierający wrzask. Zaraz,
spanikowana, wcisnęła sobie do ust pięść, kuląc się pod kocem i zamykając mocno
oczy. Łzy nadal staczały się po twarzy, ale teraz przynajmniej będzie
histeryzowała ciszej.
Zakołysała się
w przód i w tył, na razie będąc w stanie tylko odganiać od siebie obrazy
koszmaru, walczyć z łkaniem i zaklinać o ratunek.
Nie mogła
pozbyć się z myśli błyszczących łagodnie, błękitnych oczu i tego ciepłego,
kojącego uśmiechu. Czuła się, jakby to ona go zabiła.
Nie spał – a
przynamniej nie do końca. Był na skraju snu i jawy, gdy przeraźliwy wrzask
rozbrzmiał w jego uszach. Otworzył z przerażeniem oczy, w pierwszej chwili nie
rozumiejąc, co się dzieje. Zagrożenie? Nie, nie było żadnego zagrożenia.
W kilka sekund
przypomniał sobie kim jest, gdzie jest i co dokładnie zdarzyło się tego dnia,
by w następnej chwili zerwać się z przerażeniem z łóżka. Po drodze chwycił
tylko koszulę i narzucił ją na siebie (miał ładny – bądź też nieładny – zwyczaj
spania bez), porwał krótki sztylet, który leżał pod poduszką, i wybiegł z
pokoju.
Aithne. Co się
dzieje?
Nie słyszał
nic. Żadnych odgłosów walki, tylko jej wrzask nadal dzwonił mu w uszach. A może
w tle rozbrzmiewało ciche łkanie? Nie zastanawiał się nad tym, tak samo, jak
nie wpadło mu do głowy zapukać. Zwyczajnie, i nieco niekulturalnie, pchnął
drzwi od jej pokoju i stanął w progu.
Zmrużył oczy –
w środku było ciemno, świeca zgasła, tylko słaba poświata księżyca pozwalała
rozpoznać kształty i zorientować się w pomieszczeniu. Nic się nie działo, nie
było niebezpieczeństwa. Zawiesił zaniepokojone spojrzenie na charakterystycznie
wybrzuszonym kocu; widać było, że skrywająca się pod nim postać drżała nerwowo.
I łkanie – tak, teraz z pewnością je słyszał.
– Aithne... –
szepnął, odkładając sztylet na szafkę i ruszając w stronę jej łóżka.
Stanął przy
nim i przechylił głowę, zastanawiając się, co może zrobić. Nie chciał jej
przestraszyć, nie chciał się narzucać. Ale ona płakała. Nie mógł... nie mógł
jej tak po prostu zostawić.
– Aithne –
powtórzył więc cicho, ale teraz jakby z prośbą o zwrócenie na niego uwagi.
Miał miękki,
kojący głos, a spojrzenie jasnozielonych oczu wyrażało tylko troskę.
Przysiadł na
skraju łóżka i wyciągnął dłoń w jej stronę, niepewny, czy rozsądnym byłoby ją
dotknąć.
Upadła
wyplątała się nerwowo spod koca, jakby nagle pomyślała, że nadszedł ratunek. W
słabym świetle księżyca ukazała się zalana łzami twarz, w oczach nadal czaiło
się przerażenie, ale jednocześnie zdawało się, że nie do końca wie, co się
wokół niej dzieje. Na ułamek sekundy skuliła się, przytłoczona panującą
ciemnością, po czym zmarszczyła czoło, sięgając nerwowo do jego twarzy.
– Errian? –
wyszeptała z niemalże bolesną nadzieją, jakby bardzo chciała, żeby ten cały
czas od tamtej pamiętnej nocy okazał się zwyczajnie wymazany z jej życia.
Nie istniały
takie cuda, o czym sobie właśnie przypomniała, cofając gwałtownie rękę.
– Nie –
mruknęła zachrypnięta, odwracając głowę, spłoszona tym, że ktoś inny widział ją
taką słabą. – Przepraszam. Ca… Cador – wydusiła, przypominając sobie wszystko,
co się tego wieczoru działo.
Chwilę
milczała. A potem rozpłakała się jak małe dziecko.
W pierwszej
chwili poczuł zwyczajny strach. W kolejnej – ujrzał przerażenie w zazwyczaj
wojowniczo błyszczących oczach i pomyślał, że ten pieprzony mag faktycznie
powinien tutaj być. Pojawił się w nim nawet cień wyrzutu, że Errian pozwolił
jej wtedy niepostrzeżenie uciec, uczucie to jednak szybko się rozwiało –
przypomniał sobie, że przecież to nie jego wina.
Gdy się
rozpłakała, coś go zabolało, jakby sam był tego powodem. Wyciągnął ramiona w
stronę Aithne i objął ją, pozwalając jej schować twarz w jego częściowo
niedopiętej koszuli. Usiadł wygodniej, tak, by mogła się na nim oprzeć;
przytulił policzek do jej włosów i pozwolił płakać.
– Cicho,
Aithne, już spokojnie, nic się dzieje – mruczał uspokajająco, wiedząc, że nic
więcej nie może zrobić.
W tej chwili.
Nie sprowadzi
Erriana pstryknięciem palców, nie zniszczy jej koszmarów, może po prostu być. I
po cichu liczyć na cud: już spotkanie jej było cudem, dlaczego więc nie miałby
się przytrafić następny, uosobiony w postaci chuderlawego maga?
Nie było łatwo
się opanować. Z jednej strony obrazy ze snu nadal napierały na jej umysł, z
drugiej całkowicie przegrała z tęsknotą za Errianem. Do tej pory potrafiła z
nią walczyć, odsuwać ją od siebie i przypominać sobie, że zrobiła dobrze,
najlepiej jak tylko mogła. Ale teraz naprawdę, naprawdę chciała, żeby tu był.
Poczuła się tak, jakby jedynie on potrafił to wszystko zrozumieć i uspokoić,
chociaż przecież prawie nic nie wiedział. Nawet nie mogła na niego nakrzyczeć,
że znowu się nad nią lituje, kiedy nie trzeba.
Wreszcie
strach przeważył. Na miejscu Erriana zawsze był Darren, to na jego śmierć
patrzyła – i nie reagowała. Czy ta zmiana ról mogła coś oznaczać? Czy w pewien sposób
coś przewidziała, a może dowiedziała się o czymś, co już się stało?
Ta myśl
sprawiła, że załkała głośniej, ale szybko wstrzymała oddech, zmuszając się do
jakiegokolwiek uspokojenia.
– On żyje,
prawda? – wychrypiała słabo, nie potrafiąc się odsunąć od Cadora.
Chciała,
jednak nie potrafiła. Cieszyła się, że przyszedł, i tym razem nawet nie
panikowała nad tym, co będzie potem. Nic nie będzie.
Chciała do
Erriana.
– Błagam,
niech nic mu nie będzie – szepnęła bardziej do siebie, mocniej jeszcze się
kuląc, choć zdawałoby się, że to niemożliwe.
To twoja wina,
Aithne. I doskonale o tym wiesz, dlatego robisz z siebie ofiarę.
Odchylił
głowę, by móc obdarzyć ją badawczym spojrzeniem; nie był w stanie odgadnąć jej
myśli, więc tylko zmarszczył z niepokojem czoło. Potem westchnął lekko i
przeczesał jej włosy palcami, w myślach ważąc słowa, które miał wypowiedzieć.
Chciał dodać
jej otuchy, z drugiej strony nie chciał jej oszukiwać. Nie mógł dać jej żadnej
gwarancji.
– Nie wiem –
przyznał wreszcie, obejmując ją mocniej, kiedy się skuliła.
Aithne, dlaczego wtedy uciekłaś, skoro teraz
tak cierpisz? To nie był jednak odpowiedni moment na zadanie tego pytania.
– Ale on nie
da się zabić, dopóki cię nie odnajdzie – dodał, cały czas używając szeptu.
I naprawdę
wierzył w to, co mówił. Tego dnia po ucieczce Aithne Errian dał im pokaz
prawdziwej determinacji; Cador zrozumiał, że kiedy magowi naprawdę na czymś
zależy, nic nie jest w stanie go powstrzymać. A nie było nikogo, na kim
zależałoby Souenowi bardziej, niż na upadłej.
– Nakrzyczałam
na niego w Perrianie. Ciągle na niego krzyczałam. Uderzyłam go. Czemu miałby
mnie szukać? – wychrypiała, stopniowo się uspokajając.
Ta pełna buntu
część jej samej wróciła, nadal osłabiona, ale zdeterminowana, by bronić
podjętej decyzji. I znowu rozpoczęła się walka, jedna strona szeptała słabo, że
tęskni, druga powtarzała, że trzeba być silnym, że dobrze wybrała.
– I to nie
jest ważne – fuknęła zaraz, strosząc się na siebie samą. – Chcę, żeby był
bezpieczny. Szczęśliwy. To jest ważne – zmieniła zdanie, nieznacznie się od
Cadora odsuwając, jakby chciała sprawdzić, ile sił odzyskała.
Rozejrzała się
po ciemnym pokoju i zadrżała, otwierając szerzej oczy. Nienawidziła nocy.
Zawsze się jej bała, a teraz strach był jeszcze potężniejszy. Może dlatego, że
stała się trochę bardziej pusta w środku.
Przygryzła
wargę.
Nie
przytrzymywał jej, pozwolił jej się odsunąć, nadal jednak przyglądał się jej
uważnie. Nie był w stanie przewidzieć, co upadła za chwilę zrobi.
– Nie będzie
szczęśliwy – oznajmił jej spokojnie.
Zamilkł na
chwilę, by mogła przetrawić tę informację, nim dodał kluczową część wypowiedzi:
– Nie bez
ciebie.
Czekał teraz
na salwę kontrargumentów; widział, że chciała usprawiedliwić swoją decyzję i
wyprzeć się tego cichego głosiku, który mówił jej, że zrobiła błąd. Obrońca nie
miał zamiaru do tego dopuścić – nie wiedziała tego, ale krzywdziła nie tylko
siebie, ktoś musiał jej to uświadomić.
Coś ścisnęło
ją boleśnie w żołądku, wykręcając przy okazji wszystkie wnętrzności.
Podświadomie bała się, że usłyszy coś takiego, z drugiej strony trochę jakby
wiedziała, że ten argument padnie. Nie przygotowywała się na odparcie go.
Zwyczajnie z góry potraktowała go za uwagę poronioną i pozbawioną odniesień do
rzeczywistości.
Widziała
siebie przez pryzmat dokonanych mordów, przelanej krwi, złamanej cudzej broni.
Nie istniała w żadnym innym życiu i próby odnalezienia swego miejsca gdzie
indziej musiały skończyć się źle. Nie chciała, by to kończenie się źle
jakkolwiek dotknęło Erriana. Sama potrzeba chronienia go powinna być zakazana,
tak samo jak w przypadku Anabde czy Larkina. Ale tym razem było jeszcze gorzej.
Spokojnie
pokręciła głową, jakby Cador nie wstrząsnął nią w żaden sposób.
– Ja nie daję
szczęścia.
Obrońca
uśmiechnął się lekko. Głupi argument.
– Powiedz to
jemu – rzucił swobodnie, wspomniawszy to zadowolone, rozczulone spojrzenie,
jakim Errian obdarzał upadłą na każdym kroku.
Później
przypomniał sobie coś jeszcze.
– Nie
widziałaś go tego ranka, gdy zniknęłaś – przypomniał jej, a rozbawienie
natychmiast zniknęło z jego twarzy.
Wpatrywał się
w nią z powagą, by uwierzyła, że ani trochę nie przesadza.
– Jego furię
trudno opisać jednym słowem, ale na pewno dużo w niej było bólu. I
rozgoryczenia.
Znów urwał;
zastanawiał się czy możliwe jest lepsze ubranie w słowa tego, jak Errian
prezentował się po ucieczce Aithne. To trzeba było zobaczyć, wszystko zawierało
się w tym nieprzyjemnym, przywołującym jednocześnie strach i współczucie
spojrzeniu jasnoniebieskich oczu.
Milczała
jeszcze chwilę, jakby szukała kolejnych argumentów. Tak naprawdę nie zamierzała
podejmować dyskusji, dyskutowanie z nim o czymś, o czym właściwie nic nie
wiedział, mijało się z celem. On będzie się zarzekał, że magowi byłoby
najlepiej tylko z nią, ona będzie miała w pamięci to, kim jest – i żadna ze
stron zdania nie zmieni.
Odwróciła
głowę, unikając jego spojrzenia, sięgnęła po koc i przyciągnęła go do siebie;
biedne, skopane okrycie. Cholerne koszmary, wszystko przez nie, gdyby jej się
te głupoty po nocach nie śniły, byłoby w porządku, nie podejmowałaby
bezsensownych, w dodatku żałosnych tematów.
– Idź spać,
nie wstaniesz rano – mruknęła napiętym głosem, wycofując się na swoje miejsce
na łóżku.
Jakoś zaśnie.
Może koszmar nie wróci. Niczego od Cadora nie chciała, to źle, że go obudziła.
Głupie koszmary. Głupie wszystko.
Zawahał się.
Mógł jej powiedzieć tyle rzeczy, przypomnieć tyle sytuacji z przeszłości, tyle
jej udowodnić. Ale po co? Erriana tu nie było, biedny mag szlajał się nie
wiadomo gdzie; po co uświadamiać jej błąd, skoro nie ma jak go naprawić?
Bo był
całkowicie przekonany, że popełniła błąd. I widział, że ona również nie miała
pewności co do słuszności swojej decyzji, w jej oczach od czasu do czasu mógł
wyczytać mnóstwo wątpliwości.
Westchnął
ciężko i sięgnął ręką, by jeszcze raz pogłaskać ją po głowie; nie do końca
wiedział, czy chce ją teraz zostawiać. Czy powinien.
– Znajdzie
się. On cały czas cię szuka – mruknął cicho, chociaż nie był pewien, czy
powinna to słyszeć.
I jeszcze na
chwilę się zawahał; może niech ona najpierw zaśnie? Wyjdzie, gdy upewni się, że
już się uspokoiła – tak, to chyba dobry plan.
Wzruszyła z
irytacją ramionami, unikając jego spojrzenia. Przecież nic jej to nie
obchodziło. Nie powinno obchodzić. Głupi obrońca, głupi mag, głupi wszyscy.
– To niech
sobie szuka – warknęła przez ściśnięte gardło i położyła się z powrotem,
obracając się plecami do Cadora.
Wtuliła mocno
twarz w poduszkę, obejmując ją ramionami, podkuliła pod siebie nogi i
spróbowała sobie wytłumaczyć, że tak powinno być od początku. Może z wyjątkiem
sterczącego nad jej łóżkiem faceta, ale poza tym – tak właśnie powinno być.
Sama, tylko z czekającą na zewnątrz Faryale.
W co ty się
wpakowałaś?
Nic nie
odpowiedział, uniósł tylko kącik ust w subtelnym uśmiechu.
Siedział u
niej jeszcze długo, uważnie wpatrując się w jej sylwetkę. Dopiero gdy nieco się
rozluźniła i wszystkie objawy świadczyły o tym, że już zasnęła, podniósł się z łóżka.
Spojrzał na nią z góry, zastanawiając się, dlaczego tak ze sobą walczyła. Po
co?
Pokręcił
głową, gdy w myślach uformowało mu się kilka odpowiedzi – wszystkie dotyczyły
kruchej i trudnej do zrozumienia psychiki dziewczyny. Westchnął.
– Nic mu nie
jest. Kiedyś sama się o tym przekonasz, jak już cię znajdzie – szepnął,
prawdopodobnie bardziej dla własnego spokoju; w końcu liczył na to, że już
spała.
Odczekał
jeszcze chwilę, ale chyba się nie obudziła – albo bardzo dobrze udawała sen.
Wychodząc,
prosił Silthe o to, by jego ostatnie słowa okazały się być prawdziwe.
Był późny
wieczór, kiedy uznała, że nie wysiedzi za długo w swoim pokoju. Albo rozmyślała
nad tym, co u Cadora, czy zdołał Aithne przekonać do zostania, albo głowiła
się, jak pomóc Errianowi upadłą odszukać, jednocześnie zachowując element
zaskoczenia.
Wstępny plan
już miała, planowała wykorzystać Sheridana – łowca wielokrotnie wykorzystywał
wszystko, co żywe, zatem ten jeden raz mógł być pożyteczny. Uśmiechnęła się
zadowolona, postanawiając później naskrobać list z odpowiedzią. Musiała obrońcę
wtajemniczyć w plan i upewnić się, że pozostanie w odpowiednim mieście z Aithne
oraz swoim uczniem. Powinno się udać.
Trzeba było
jeszcze dopilnować, żeby nie rozdzielać się z Anabde. Ariene uśmiechnęła się
pod nosem dość niepokojąco, podnosząc się z miejsca i ruszając do drzwi.
Po pierwsze,
musi udawać, że niewiele wie o kimkolwiek. Po drugie, musi wybadać nastroje. Po
trzecie… musi działać jak zawodowa skrytobójczyni szukająca się do morderstwa.
Dla niej –
bułka z masłem.
Zatrzymała się
przed pokojem Anabde, odetchnęła, przymykając oczy, po czym bez problemu ubrała
subtelną, trudną do przejrzenia maskę. Nie była ona sztuczna, właściwie
wpisywała się poniekąd w jej nastroje, zatem nekromantka powinna dać się
nabrać.
Zapukała do
drzwi, zapatrując się w deski wyczekująco. No, Ariene, czeka cię
najsubtelniejsze zadanie w całej twojej karierze półświatka przestępczego.
Kiedy Anabde
otworzyła, nie wyglądała na zaskoczoną. Uniosła kąciki ust w wyjątkowo subtelnym
uśmiechu, zmierzyła wiedźmę intensywnym spojrzeniem i uchyliła szerzej drzwi,
wpuszczając ją do środka. Nic nie mówiła, ale to nie było zdumiewające – panna
Sasare nie należała do zbyt wylewnych.
Dobrze, że to
najście było naturalne i na miejscu – zwykłe pogaduszki po długim rozstaniu. O
tyle zadanie zdawało się łatwiejsze.
Ariene weszła
do środka i zamknęła za sobą drzwi, jednocześnie obserwując, jak Anabde
podchodzi do jednej z półek i po coś sięga.
– Wina? –
padło pytanie, a wypadło ono na tyle dla rudej typowo, że trudno było się nie
uśmiechnąć.
Kobieta
postawiła na stoliku dwa kieliszki i butelkę trunku (różowego, co by iść na
kompromis), po czym obróciła się przodem do wiedźmy i spojrzała na nią znacząco.
Wyraźnie czekała, aż Ariene zacznie temat, z jakim tu przyszła.
Wiedźma
skinęła głową, uśmiechając się trochę szerzej, i bez skrępowania usiadła przy
stoliku, odruchowo rozglądając się po pomieszczeniu. Nie spieszyło się jej z
zaczęciem tematu, w końcu przyszła tu tylko na niezobowiązującą pogawędkę, nie
będzie zbawiała świata.
No, nie
całego. Zamierzała zbawić świat pewnego maga, pewnej upadłej, a może i pewnej
nekromantki, jak się wszystko uda. Ale jesteś podła, panienko Tenshi.
Założyła nogę
na nogę i zawiesiła spojrzenie na Anabde, przymrużając pogodnie oczy.
– Obie
nałapałyśmy niespodziewanych towarzyszy podróży, a po reszcie ani śladu –
rzuciła z rozbawieniem nawiązując do obecności Caleba (niech go szlag) oraz
małomównej Leanelle.
Anabde najpierw
zajęła się nalewaniem wina, jakby czynność ta wymagała tyle skupienia, by nie
mogła zainteresować się czymkolwiek innym. Tak naprawdę jak zwykle dała sobie
czas do namysłu.
Z wypowiedzi
wywnioskowała – błędnie, ale gry Ariene nie dało się przejrzeć – że wiedźma nic
nie wie na temat reszty. Z jednej strony – ze strony Aithne – to niedobrze,
nekromantka każdego dnia martwiła się, czy z jej przyjaciółką wszystko w
porządku. Z drugiej strony...
– Nie licząc
twojego kontaktu z Cadorem – przypomniała spokojnie, odstawiając butelkę i
siadając przy stole.
Zawiesiła na
towarzyszce to swoje typowe, przenikliwe spojrzenie, które było dość
nieprzyjemne dla osób usiłujących coś ukryć. Sprawiało wrażenie, jakby Anabde o
wszystkim wiedziała – chociaż to nieprawda.
Delikatny
uśmiech sugerował, że chętnie usłyszałaby coś więcej o obrońcy.
Spojrzenie
nekromantki wiedźmy nie speszyło. Przynajmniej nie zewnętrznie. W środku Ariene
poczuła nieprzyjemny ucisk, ale nie dała tego po sobie poznać – w końcu jest
niewinna jako ta łza krystaliczna na dziewiczym policzku czy inne tego typu
poezje.
Dlatego
uśmiechnęła się, jednak nie do końca zapanowała nad tym uśmiechem i wypadł
bardziej zakłopotany niż chciała.
– To z
przyczyn zawodowych – stwierdziła z przekonaniem, w duchu zastanawiając się,
kogo ona właśnie oszukuje, siebie czy swój aktualny cel. – Tak jakoś wyszło –
skwitowała jeszcze i upiła łyk wina, mając nadzieję, że to trochę ogarnie jej
myśli.
Tak,
zawodowych, brawo, Ariene. Bardzo zawodowe te kontakty są, naprawdę, szlag by
to. Głupia jesteś, nie daj się podpuścić.
Anabde uniosła
brew, pozwalając na chwilę zapanować ciszy, podczas której obdarzyła wiedźmę
bardzo wymownym spojrzeniem. To milczenie musiało przekonać brunetkę, że w tym
względzie nekromantki nie oszuka.
– Zawodowych –
powtórzyła z rozbawieniem, przechylając głowę na bok.
Czy warto jest
kontynuować tę zabawę i trochę jeszcze wiedźmę pomęczyć?
Przyjrzała się
uważnie twarzy Ariene, a wychwyciwszy parę oznak zdenerwowania, podjęła
decyzję.
Warto.
– A na czym te
przyczyny zawodowe polegają? – zapytała bardzo zaciekawiona, ledwie
powstrzymując cisnący się na usta śmiech.
Ariene
zastanowiła się, czy warto byłoby się udławić tym winem.
Warto.
Z drugiej
strony to niekulturalne. I oznaczałoby, że Anabde może święcić triumfy, a
przecież to wiedźma miała dziś triumfować. Mistrzyni podchodów, kamuflażu i
wyciągania niepostrzeżenie informacji, psia mać. Zawodowe, palnie sobie kiedyś
w łeb.
– Był moim
pacjentem, ratowałam mu niedawno życie. Wolę wiedzieć, czy już się wykończył,
czy jednak wysilałam się dla wyższego celu – mruknęła, zdobywszy się na to, by
przybrać niedbałą, beztroską pozę oraz minę.
Tak lepiej.
Upiła łyk
wina, przymrużając oczy jak kot, który wypatrzył wreszcie mysz. Pytanie, czy
mysz okaże się tłusta.
– Zresztą nie
rozumiem zdumienia, twoje i pewnego łowcy kontakty, zdaje się, też były, ehem,
czysto zawodowe – skwitowała, już nawet nie zastanawiając się, czy dała Anabde
broń do ręki, czy nie.
Musiała
zachować opanowanie oraz inicjatywę. Spokojnie, Ariene, stawiałaś czoła
poważniejszym celom.
Chwila,
dlaczego traktujesz Anabde jak swoją ofiarę? Szlag by to.
Obracała
właśnie w ręku kieliszek wina, kiedy Ariene wyciągnęła asa z rękawa. Anabde się
to nie spodobało. Miała zwyczaj tłumienia swoich uczuć, a już na pewno nie
ujawniała ich w banalnych słowach – ale czasem wystarczyło jedno spojrzenie.
Wiedźma miała
okazję odczuć to na własnej skórze, gdy szare oczy nekromantki zalśniły
groźnie. Wzrok, jakim została obdarzona Ariene, nie należał do najprzyjemniejszych;
szczerze mówiąc, mógłby ciąć metal.
A jednak,
głęboki wdech umożliwił jej opanowanie emocji; na przekór wszystkiemu
uśmiechnęła się lekko, jakby komentarz wiedźmy wyjątkowo ją rozbawił. I uznała
to za wystarczającą odpowiedź, temat nie był na tyle ciekawy, by go drążyć.
Albo na tyle bezpieczny.
– Nie był
twoim jedynym pacjentem. Jakoś nie widziałam listów od Aithne czy Erriana, a ta
pierwsza z pewnością zawdzięcza ci więcej niż Cador – uznała, uśmiechnęła się
szerzej i upiła łyk wina.
Ariene
wytrzymała to spojrzenie bez mrugnięcia okiem. Nawet uniosła kącik ust, jakby
niniejszym triumfowała. Bo tak było, bo widziała, że uderzyła w słabszy punkt.
Teraz poczuła się bezpieczniej, wiedząc, że może się bronić atakiem bez
skrępowania, a że taktu jej nie brakowało, nie powinna przekroczyć żadnych granic.
Przekrzywiła
głowę z urokliwym uśmiechem.
– Errian był
ledwie draśnięty. Aithne uratował Arathain. Cador pozostawał w śpiączce przez
pięć dni, podczas których starałam się poskładać jego mostek oraz wnętrzności
do kupy, nie wspominając o żebrach. Po czym w trakcie leczenia dał nogę,
zostawiając mi nadbagaż. – Machnęła dłonią w kierunku drzwi, chyba mając na
myśli Caleba. – Próbuję dopilnować, żeby wrócił po tego dupka i zabrał go ze
sobą na drugi koniec Lostaru, byle dalej ode mnie – oznajmiła rozluźniona,
zadowolona oraz pewna siebie.
Ciekawe jak
długo, panienko Tenshi.
– Cador co? –
Odstawiła kieliszek na stół, wpatrując się w wiedźmę w wyraźnym szoku.
No cóż,
wygląda na to, że to wzajemne dogryzanie sobie musi poczekać; jak to w
śpiączce?
Z jej ust zniknął
ten rozbawiony uśmieszek, by ustąpić miejsca powadze. Skojarzyła parę faktów i
zacisnęła wargi; zastanawiała się, czy chce znać odpowiedzi na pytania, które
pragną zostać zadane.
– A co z
Larkinem? – dodała po chwili zawahania.
No proszę, jak
dużo wydarzyło się przez tych kilka miesięcy?
Ariene
przesunęła palcami po szkle swojego kieliszka, zastanawiając się, czy ta zmiana
tematu jej pasuje. Wreszcie westchnęła.
– Z walki
wyszedł bez najmniejszego choćby zadraśnięcia – uspokoiła ją, jednak nie uniosła
na nią wzroku, w jej oczach pojawił się cień; zupełnie jakby na nowo przeżywała
to, co wtedy się działo, co prawie doprowadziło ją na skraj szaleństwa. – Kiedy
Cador odzyskał przytomność, zakomunikował, że odjeżdża. Bez słowa wyjaśnienia,
odwrócił się, wyszedł i tyle go widziałam – dodała i wreszcie zdecydowała się
na upicie łyku wina.
Nie spojrzała
jednak na Anabde, nagle zafascynowana podłogą po przekątnej od miejsca, w
którym siedziała. Zatroskanie wróciło. Czy Cador na pewno czuje się tak dobrze,
jak zapewnia w listach? Nie powinien był wtedy wyjeżdżać, nie wrócił jeszcze do
pełni sił. Ale musiała go puścić, i ciągle czuła się z tym dziwnie.
Zresztą czemu
miałaby go zatrzymywać.
Wzrok Anabde
nieco się zmienił; przestał już być taki podejrzliwy i jakby... obcy. Spojrzała
na Ariene z czymś, co chyba można nazwać zrozumieniem – następne swoje myśli
popiła solidnym łykiem wina.
– Z Cadorem
wszystko w porządku? – zapytała, bo troska, jaka pojawiła się na twarzy
wiedźmy, wywołała u niej niepokojące myśli.
Ale
przecież... przecież wysyłał listy. Mówiła, że ma ją odnaleźć. To może być
równie dobrze to przesadne poczucie winy, jakie zawsze niezasadnie wywoływała u
siebie Ariene.
Anabde
przechyliła głowę, przymrużając oczy. Tak, panna Tenshi była wyjątkową aktorką,
ale w tej kwestii nie potrafiła oszukać nikogo.
Ariene
przeniosła na towarzyszkę spojrzenie i przywołała na usta niedbały, nieco zbyt
beztroski uśmiech. Zorientowała się, że przesadziła sekundę później, dlatego
szybko skorygowała błąd i wyglądała już bardziej przekonująco. Z trudem
rozluźniła zaciśnięte na nóżce kieliszka palce.
– Chyba nie
narzeka, skoro wsiadł na konia i pojechał – skwitowała całkiem żartobliwie i
wzruszyła ramionami. – Zresztą to duży chłopak, na pewno wiedział, co robi.
Kości były już zrośnięte, a klatka piersiowa tylko minimalnie wspomagana
zaklęciami, skoro jest w stanie trzymać pióro, to pewnie nie jest najgorzej.
Tylko wypuściłam go przed zakończeniem leczenia, ot – mruknęła i uniosła
kieliszek do ust, jednak nie napiła się wina.
Przytknęła
usta do krawędzi naczynia i tak zastygła, jakby nagle popadła w głębokie
zamyślenie. Zmarszczyła lekko czoło.
To rzadko
zdarzało się Anabde, ale tym razem uśmiechnęła się do rozmówczyni ciepło.
Biedna, zakochana Ariene, to widać było jak na dłoni. Z tego co nekromantka
zdążyła zauważyć, jej uczucie nie pozostawało nieodwzajemnione – to dobrze.
Pokrzepiona tą
myślą – bo potrafiła cieszyć się szczęściem przyjaciół – sięgnęła znów do
kieliszka, upijając kilka łyków ulubionego trunku.
– Wiesz mniej
więcej, kiedy się spotkacie? – zapytała już bardziej z ciekawości.
Świadomie nie
mówiąc „kiedy się z nim spotkamy”. Nigdy nic nie wiadomo.
Ariene
przeniosła na nią bardziej skupione spojrzenie, przekrzywiając głowę.
Uśmiechnęła się do nekromantki lekko i wreszcie zdecydowała się wypić trochę
wina, nie spuszczając zainteresowanego wzroku z Anabde.
– To nie
wybierasz się ze mną? – zdziwiła się dość smutno, znów marszcząc czoło. –
Pewnie masz plany razem z Leanelle, tak? – dodała dla pewności i westchnęła
ciężko, odstawiając kieliszek na blat.
Dobrze,
Ariene, a teraz znajdź argument, który zaraz przekona Anabde, by zostać z tobą.
Musisz go użyć dobrze, z rozmysłem. Skoro planujesz zwabić do Cadora najpierw
Erriana i Sheridana, kluczowym jest, by nekromantka o obecności łowcy nie
wiedziała. Natomiast o odnalezieniu Aithne… to byłaby dobra karta przetargowa.
Jednak zostanie użyta dopiero w ostateczności.
Rozmyślania
nie trwały więcej niż sekundę i w żaden sposób nie odbiły się w oczach wiedźmy.
Pojawiło się tam natomiast coś innego – powoli do niej docierało, że przecież w
końcu zobaczy tego problematycznego obrońcę. I zrozumiała, że nie wie, co
planuje z tym fantem zrobić.
Anabde odchyliła
nieznacznie głowę, przymrużając powieki. Ariene się zorientowała, że ich wspólne
kontynuowanie podróży nie jest pewne – niedobrze, nie miała się zorientować.
Zwłaszcza że Anabde nie wiedziała, co chce ze sobą zrobić, chyba po prostu
musiała mieć ewentualną drogę ucieczki. To dawało jej poczucie bezpieczeństwa,
przynajmniej znikome.
Westchnęła
ciężko i przesunęła opuszkiem palca po krawędzi kieliszka, wiedząc, że musi
podjąć decyzję.
– Nie, nie
mamy żadnych planów – przyznała po chwili wahania.
W sumie
dlaczego im nie towarzyszyć? Lubiła Ariene, lubiła Cadora, wyprawa do Perrianu
połączyła ich silną więzią. Ale przywoływali wspomnienia – a nie wszystko
chciała pamiętać. Zacisnęła niezadowolona wargi.
– Nie wiesz...
nie wiesz co z resztą, tak? – zapytała dla upewnienia.
Może coś
ukrywała. Może coś ważnego.
Teraz – przemknęło Ariene przez myśl. Uderzaj teraz, odsłoniła się!
Zanotowała w
pamięci, że jak tylko wróci do pokoju, pisze dwa listy. Jeśli szczęście jej
dopisze, wszystko potoczy się tak, jak zaplanowała, a to będzie bardzo dobrym
wyjściem z sytuacji. I tym razem nie będzie bawiła się w posłańców, musi użyć
magii – to ją porządnie wyczerpie, ale nikt nie zauważy, do rana wypocznie, po
przebudzeniu wypije miksturę. Tak, genialny plan. Ariene, tylko nie spierdol.
– Znaczy… mam…
dość niepewną informację – mruknęła pod nosem, garbiąc ramiona, jakby się bała
mówić o tym Anabde, bo skoro informacja niepewna, to może nie być prawdą, czyż
nie?
Obróciła
kieliszek w palcach, obserwując, jak znajdujące się w nim wino przelewa się
cichutko, zostawiając na szkle jasne krople.
Anabde zrobiła
duże oczy, ale zaraz opamiętała się, nabrała głębokiego wdechu i przybrała
nonszalanckiej postawy. Jakby nic nie mogło na niej zrobić dużego wrażenia – a
dwie osoby mogły zrobić diametralnie różne wrażenie.
Przymrużyła
zaniepokojona oczy; niech to będzie Aithne. Bo gdyby to był on... Na pewno nie
podróżowałaby dalej z Ariene. Prawdopodobnie uciekłaby jeszcze tej nocy.
– Jaką? –
zapytała sucho, skupiając na Ariene całą uwagę.
Wiedźma
spojrzała nekromantce prosto w oczy, na jej twarzy malował się spokój, jakby
chciała opanować nerwy Anabde, które rozszalały się w jej wnętrzu. Uniosła
kącik ust w niepewnym uśmiechu i po tej chwili kontaktu wzrokowego zerknęła w
bok. Upiła łyk wina, westchnęła; nie spieszyło się jej.
– Cador
napisał, że prawdopodobnie widział Aithne. Musi to jeszcze sprawdzić, ale
istnieje duża możliwość, w końcu… jest dość charakterystyczna – mruknęła
ciszej, zapatrując się w blat stołu. – Nie mówiłam wcześniej, bo nie chciałam
robić ci nadziei, ale chyba powinnaś wiedzieć – dodała bez najmniejszego
zająknięcia.
Potrafiła
kłamać jak z nut. Zwłaszcza kiedy wiedziała, że wykonuje ważne zadanie –
właśnie dlatego w ten sposób potraktowała tę rozmowę, żeby na pewno schwycić
Anabde w sieć. Plan godny stratega wojennego, naprawdę.
W istocie plan
idealnie na miarę oszustki, złodziejki oraz skrytobójczyni.
Anabde zacisnęła
mocniej palce na nóżce kieliszka; opamiętała się w ostatniej chwili i puściła
szkło, nim zdążyło pęknąć. Na chwilę przymrużyła oczy, intensywnie wpatrując
się w blat stołu.
Wahała się,
jak zwykle rozważała wszystkie za i przeciw. W końcu uznała, że nie ma co się
namyślać – czy Aithne tego chciała, czy nie, Anabde musiała ją znaleźć. Tak po
prostu. To było nieco przerażające, fakt, ale do obecności upadłej w swoim
życiu nekromantka zdążyła się już przekonać.
Zmarszczyła
czoło; coś jej nie pasowało, ale nie do końca wiedziała co. Ponieważ nigdy nie
polegała na swoim przeczuciu, opierając się na suchych faktach i konkretnych
argumentach, dała sobie spokój.
Uniosła kącik
ust w krzywym uśmiechu, uspokoiła nerwy i znów sięgnęła po kieliszek.
– Czyli
wygląda na to, że chwilę wam potowarzyszymy – przyznała w końcu, wracając
spojrzeniem do szafirowych oczu wiedźmy.
Ariene
uśmiechnęła się i dopiła swoje wino, w duchu aż klaszcząc z radości. Na
zewnątrz jednak zachowała odpowiedni umiar, pozwoliła sobie tylko na
rozpromienienie się oraz rozluźnienie. Dobrze ci idzie, wiedźmo, nie spapraj
tego.
– Cieszę się –
stwierdziła i tego nawet nie musiała udawać. – Czyli chyba jutro wyruszamy do
Illisu – mruknęła, oddychając głębiej. – Wypadałoby się wyspać, co? – dodała,
posyłając nekromantce kolejny, szerszy tym razem, uśmiech.
Zdawała się
być zamyślona. Niby ciągle patrzyła na Ariene, lecz jej oczy były nieobecne.
Otrząsnęła się dopiero po chwili; jak na nią, takie odpłynięcie myślami było
dość nietypowe. Drgnęła, potem rozejrzała się dookoła błędnym spojrzeniem, by
znów skupić swoją uwagę na wiedźmie.
– Tak, tak,
masz rację – mruknęła, dopijając kieliszek wina.
Uśmiechnęła
się blado i nie wiedziała, co jeszcze może powiedzieć. Była... trochę
oszołomiona, jakby dopiero teraz do niej dotarło, jak bardzo niemożliwe zdawało
się odnalezienie Aithne. A jednak.
Ariene skinęła
jej głową, zasunęła za sobą krzesło i po cichu opuściła pokój, nie chcąc Anabde
wyrywać z tych rozmyślań. Sama też miała jeszcze trochę do załatwienia –
nekromantka z pewnością nie rozgryzie fortelu, zatem wiedźma, przynajmniej na
tę noc, mogła być spokojna.
Jeszcze w
progu uśmiechnęła się do przyjaciółki, jakby chwilę się wahając, po czym wyszła
i zamknęła za sobą przejście. Skręciła w prawo, kierując się do swojego pokoju;
nadal była trochę oszołomiona, bo nie spodziewała się, że da radę wrobić Anabde
– bała się, że wyszła z wprawy, ale najwyraźniej obawy nie miały się urzeczywistnić.
To dobrze. No, Ariene, jesteś bliżej niż dalej celu.
Zamknęła za
sobą drzwi od pokoju i odetchnęła powoli, nadal nie wierząc, że to zrobiła.
Okłamała oraz oszukała swoją przyjaciółkę, żeby… ściągnąć ją do Aithne.
Przemilczała połowę istotnych informacji i teraz będzie trzymać kciuki, by
wszystko się udało i nic nie sypnęło po drodze. Pokręciła z niedowierzaniem
głową, odgarniając włosy za uszy, bo opadły na jej twarz. Szaleństwo.
Musiała jednak
iść za ciosem. Jeśli natychmiast nie wyśle listów, cały plan weźmie w łeb. A
ona ich jeszcze nawet nie napisała! Syknęła zirytowana pod nosem i ruszyła
energicznym krokiem do skromnego biurka, jakie łaskawie jej udostępniono w tym
pokoju. Przyciągnęła do niego taboret – jedyne miejsce siedzące poza łóżkiem –
wygrzebała z szuflady dwa pergaminy, wyjęła z torby pióro oraz szczelnie
zakręcony kałamarz, po czym wszystko rozstawiła przed sobą na blacie. Czas brać
się do pracy.
Rozwinęła
pierwszą stronę i zanurzyła pióro w atramencie, w głowie nerwowo formując treść
wiadomości. Tu będzie trudniej, musi uważać na słowa, bo pan łowca dusz bywa
nader podejrzliwy, mógłby wyczuć, że sprawa ma drugie dno.
Sheridanie!
Na początek mam do Ciebie gorącą prośbę.
Nie, to nie jest prośba. Nie dopuść do tego, by Errian ten list przeczytał. To
ważne.
Cador odnalazł Aithne. Już widzę Twoją
radość, ale tu chodzi o tego biednego maga, prawda? Dlatego właśnie zwracam się
o pomoc do Ciebie, przydaj się chociaż raz. Zabierz Erriana do Illisu, gdzie
aktualnie przebywa Cador oraz Aithne. Nie mów mu, że czeka tam na niego upadła
– mógłby się pospieszyć i wszystko zepsuć, a ona mogłaby nawiać, jak tylko
wyczułaby zagrożenie.
Na miejscu czekaj na informacje od ucznia
Cadora. Chłopak nazywa się Aidan i wszystko Ci wytłumaczy, nic więcej nie mogę
Ci na razie powiedzieć.
Trzymaj się,
Ariene.
Przebiegła
wzrokiem krótką wiadomość, zmarszczyła czoło i na chwilę zadumała się nad tym,
czy powinna coś jeszcze dodać. Chyba nie. Dlatego odsunęła pergamin na bok,
robiąc miejsce dla drugiego arkusza, zanurzyła pióro w atramencie i zapatrzyła
się na pustą kartkę, przygryzając wargę.
Zawsze
zaczęcie listu do Cadora chwilę jej zabierało. Odpływała myślami, zastanawiała
się, co właściwie mu odpisać, martwiła się o niego i mnóstwo innych bzdet,
które były w tym momencie zdecydowanie nie na miejscu.
Przypomniała
sobie, dlaczego powinna się spieszyć, warknęła na samą siebie, po czym zabrała
się do pracy.
Cadorze!
Wybacz lakoniczny list, jednak gdybym
zapełniła większą ilość arkuszy, nie dałabym rady wysłać ich magicznie. W
każdym razie przejdę od razu do sedna sprawy, zanim cały misternie ułożony plan
mi się sypnie, co by mnie nie zdziwiło.
Mam Anabde. Nakierowałam już Sheridana oraz
Erriana na miasto, w którym przebywacie. Mój pomysł zakłada, że zwabimy ich do
jednego miejsca, podając tylko te informacje, które są im potrzebne do
szczęścia.
Właściwie tym zajęłam się już ja – Twoim
zadaniem będzie zaaranżować sytuację, w której Aithne i Errian wpadną na siebie
i nasza kochana ruda nie będzie miała dokąd uciekać. Już wtajemniczyłam
Sheridana na tyle, na ile musi być wtajemniczony, żeby nam się przydać,
pozwoliłam sobie również uczynić z Aidana pośrednika.
Liczę na Twoją pomysłowość, tymczasem muszę
pilnować, żeby się nie wkopać z kilkoma niewygodnymi informacjami, Anabde to
ciężki przeciwnik!
Trzymaj za mnie kciuki i uważaj na siebie,
Ariene.
Zgarnęła oba
pergaminy, ostrożnie je złożyła, a potem podeszła do okna i otworzyła je na
oścież. Do pokoju wpadło chłodne wieczorne powietrze, którym wiedźma przez
chwilę się rozkoszowała, stojąc z przymkniętymi oczami. Wreszcie zebrała się w
sobie, wygrzebała z pamięci odpowiednie zaklęcie i uwolniła moc.
Trwało to
chyba kilka minut, kiedy srebrne wiązki powoli oplatały oba listy, wsiąkały w
nie, aż wreszcie zaczęły kartki dematerializować. Na czole Ariene pojawiły się
krople potu, jednak utrzymała czar, oddychając przesadnie głęboko. Wysłanie
dwóch wiadomości w jedno miejsce byłoby łatwiejsze, tymczasem musiała je puścić
w prawie przeciwne strony, to wymagało maksymalnego skupienia oraz poświęcenia.
W końcu się
udało. Rozprostowała nieco sztywne palce, odetchnęła i zachwiała się
nieznacznie, czując, jak bardzo ją to osłabiło. Znów zaciągnęła się
orzeźwiającym wieczornym powietrzem, odchyliła głowę, pozwalając włosom uwolnić
się spod jarzma wstążki, po czym… roześmiała się. Trochę dziko i jakby groźnie,
ale wprost nie mogła uwierzyć w to, co właśnie zrobiła.
Nie ma to jak
zbudować intrygę stulecia, by zebrać w jednym miejscu swoich przyjaciół. Niedługo
będziesz, Ariene, snuła rozwlekłe plany, by zrobić zakupy, a w taką intrygę
wplączesz nawet żebraka z rogu.
– Tak sobie
myślę, że nie chcę wiedzieć, o co tu chodzi – usłyszała za sobą i obróciła się
błyskawicznie, zawieszając na stojącym w progu mężczyźnie spłoszone spojrzenie.
Caleb opierał
się o framugę, przyglądając się jej z dziwnym, niejako rozbawionym błyskiem w
bursztynowych oczach.
– Jak długo tu
stoisz? – spytała i potarła nerwowo ramiona, odwracając się do niego twarzą, bo
głupio tak plecami.
– Od połowy
zaklęcia. Nie chciałem przeszkadzać – skwitował, bez zaproszenia wchodząc do
pokoju, jakby był u siebie.
Zmierzając do
niej, pogrzebał w swojej skórzanej torbie i, zatrzymawszy się ramię w ramię z
Ariene, podał jej niedużą fiolkę.
– Zrobiłem
zapas, zakładając, że jeszcze kilka razy nierozsądnie rozporządzisz energią
magiczną i się przydadzą – oznajmił, uśmiechając się z przekąsem.
– Nie prosiłam
o niańkę – najeżyła się od razu, ale przyjęła miksturę, łypiąc na Caleba z
niezadowoleniem. – Po co przyszedłeś?
– Ot tak,
chyba pogadać. Ale widzę, że coś cię bardzo zmęczyło – mruknął, opierając się o
parapet okna i przesuwając spojrzeniem po linii horyzontu.
Srebrne
gwiazdy migotały radośnie na firmamencie, rozjaśniając bezksiężycową noc niczym
mistyczne drogowskazy. Ariene stanęła przy Calebie, również chwilę obserwując
urokliwy krajobraz.
– Czemu
właściwie za mną tak jeździsz? – spytała, szturchając myśliwego, żeby zrobił
dla niej miejsce na parapecie; sama się oparła. – Przecież mam kontakt z
Cadorem, lada dzień ruszam, by się z nim zobaczyć. Stare tłumaczenia nie
przejdą – zastrzegła.
Mężczyzna
milczał kilka minut, przyglądając się okolicy i pozwalając, by nocny wiatr
bawił się jego krótszymi, czarnymi włosami. Ariene nie spuszczała przez ten
czas spojrzenia z niego, naprawdę ciekawa.
– Nie masz
rodziny? – zaryzykowała wreszcie pytanie, unosząc brwi.
– Mam.
Narzeczoną – odparł i uśmiechnął się do niej.
W tym uśmiechu
dostrzegła pewne dziwne, nieuchwytne ciepło, i zrozumiała, że Caleb tę
narzeczoną musi niezwykle kochać. Tym bardziej przestała pojmować, z jakiego
powodu tłucze się z nią przez pół Lostaru.
– Ale wiesz,
czasami robimy rzeczy głupie i całkowicie bezsensowne, bo… tak po prostu. Albo
serce każe, albo ktoś coś powiedział, albo coś sobie ubzduraliśmy – stwierdził,
już na nią nie patrząc. – Mniej więcej tak jest ze mną.
– Ze mną też –
przyznała, uśmiechając się z pewnym przekąsem. – I ona gdzieś tam na ciebie
czeka, aż…? – urwała, nie bardzo wiedząc, jak określić to, co robi Caleb.
– Aż skończy
się sezon. Źle mi z tym, że tak często i na tak długo ją opuszczam, ale
Vivienne to rozumie. Wie, że nie potrafiłbym na dłuższy czas zostać w mieście.
To złota kobieta – uznał z niezachwianą pewnością.
– Musi za tobą
tęsknić – westchnęła, opierając brodę na dłoniach.
– Oby nie tak
bardzo, jak ja za nią, bo to aż boli – skwitował, prostując się z ciężkim
westchnieniem. – No dobrze, odpoczywaj, paskudna wiedźmo – postanowił, klepnął
ją w ramię i ruszył do drzwi.
– Dobranoc –
pożyczyła mu, nie odwracając się.
Jeszcze długo
po jego wyjściu stała w oknie, spoglądając z uśmiechem w niebo. Gwiazdy nadal
migotały, górując ponad ciemną linią lasu kołyszącą się w takt wiejącego
wiatru. Świat był cichy i spokojny, a przy tym niezwykle piękny.
Misterny plan Ariene <3
OdpowiedzUsuńHej hej, jedno pytanie, bo tragedyję wykrywam. Aithne jest nieśmiertelna, albo długowieczna. Errian to człowiek-mag, czyli tak w teorii śmiertelnik. I ona tak będzie patrzyła jak jej facet się starzeje w zastraszającym tempie? O_O
Te listy mi się podobają <3 U mnie Soleil wprawdzie też pisał, ale do osoby nieosiągalnej XD Zastanawiam się, jak ogarnąć to opowiadanie, żeby było zdatne do publikacji XD
A oprócz tego, Aidan jest słodziachny XD W zderzeniu z pięścią/temperamentem Aithne wypadł pociesznie ^^
Tak, Ariene skminiła to z Cadorem zacnie xD
UsuńHm... tak ^^ Aithne jest Przeklęta, wszyscy Przeklęci są długowieczni. Już ma o sto lat więcej od Erriana xD No cóż, LIFE IS BRUTAL :3
Och. No to nie, to u nas normalnie te listy pisali xD
Hahahaha, trochę nieporadny, ale nabierze więcej ogłady z biegiem czasu xD Dajmy mu tylko wziąć rozpęd! xD