niedziela, 23 grudnia 2012

52. Starzy adoratorzy



Anabde nie lubiła tracić kontroli nad sytuacją. Nad samą sobą. Uniosła wysoko brodę i spojrzała z niezadowoleniem na kapiące z krawędzi dachu krople deszczu. Naciągnęła kaptur na głowę, nabrała głębokiego wdechu i ruszyła wąską, niemalże pustą ulicą, chowając dłonie w kieszeniach płaszcza.
Nie lubiła tracić kontroli nad sytuacją. Nie miała lepszego pomysłu na jej odzyskanie, jak przekonanie samej siebie, że nadal jest panią własnego losu. Że może wybierać, decydować i czuć się wolna od zobowiązań wobec innych. Zwłaszcza kiedy ci inni najwyraźniej tych zobowiązań nie chcieli.
Prychnęła pod nosem, pokręciła niezadowolona głową, po chwili zagarnęła za ucho niesforny, mokry już od deszczu kosmyk włosów. Głupia. Jakie zobowiązania, o czym ona w ogóle myślała – nie powinna niczego od niego oczekiwać. I chyba nie oczekiwała.
Może tylko powrotu do tego, co było – bo było całkiem przyjemne, takie... niezobowiązujące właśnie. To ją irytowało? Że została taktownie zignorowana, jakby nigdy nic między nimi nie było?
Nie, to bardziej strach. Bała się, bo chciałaby, żeby między nimi było więcej. To nienaturalne i zaskakujące, a na dodatek – zupełnie poronione. W końcu to Sheridan, łowca dusz.
Zmrużyła oczy, ominęła błotnistą kałużę i skręciła w ulicę prowadzącą do bogatszych dzielnic miasta. Wybrała pierwszą z brzegu karczmę – wyglądającą o niebo lepiej od tej, w której zatrzymała się cała grupa (i ona też), ale o to nietrudno – i weszła do niej. Było ją na to stać, nadal przyjmowała własne zlecenia, zarabiała na życie jako nekromantka. Złote monety ukryte w sakiewce w jednej z kieszeni płaszcza przyjemnie ciążyły. Szkoda, że na sercu coś ciążyło dużo mniej przyjemnie; dziś się tego pozbędzie. Taki był plan.
Podeszła do szynku, wydała jedną z monet na kieliszek dobrego wina, po czym zabrała swoje zamówienie i siadła przy pierwszym lepszym stoliku. Choć ewidentnie wzbudziła zainteresowanie gości przybytku, starali się tego nie okazywać – nikt nie wlepił w nią nachalnego spojrzenia, co tak irytowało u bywalców gorszych oberży – zerkali na nią ukradkowo, kontynuując swoje rozmowy.
Anabde zdawała się ich nie zauważać. Zsunęła z ramion płaszcz, zaczesała na plecy gęste, błyszczące od kropel deszczu włosy i upiła pierwszy łyk wina, przymykając z zadowoleniem oczy.
Znowu uciekała. Uchyliła powieki, oblizała wargi z alkoholu i zabębniła palcami w blat, zdenerwowana. Tak, musiała to przyznać, znowu uciekała, tylko nieskutecznie – na chwilkę. Dlaczego czuła się źle z tym, jak została potraktowana? Miała wrażenie, że coś w niej zmieniło się bez udziału jej świadomości; to było przerażające, jakby zaraz mogła stracić nad wszystkim kontrolę i popełnić błąd swojego życia.
Przywiązać się do kogoś.
Po raz kolejny uniosła kieliszek wina, teraz poświęcając chwilę na rozejrzenie się po gościach karczmy. Jej zaciekawione, choć nieco niepokojące spojrzenie ucieszyło jednego czy drugiego, skrępowało paru innych i wzbudziło irytację nielicznych kobiet. Słusznie.
Jej myśli ciągle jednak błądziły wokół samopoczucia i prób zrozumienia tego, co się z nią dzieje, dlatego nie zauważyła czyjegoś nadejścia. Drgnęła, gdy postać zatrzymała się koło jej stolika; poczuła na sobie intensywne spojrzenie. Przymrużyła powieki i uniosła wysoko brodę, natrafiając wzrokiem na ciemnobrązowe oczy.
– Witaj, Anabde – usłyszała niski, męski, znajomo brzmiący głos.
Przechyliła głowę, obserwując, jak człowiek stawia kieliszek wina na jej stoliku, a potem wiesza płaszcz na jednym z krzeseł.
– Pamiętasz mnie?
Pobłądziła wzrokiem po jego twarzy i starała się odszukać w pamięci podobne rysy. Po chwili uniosła kącik ust w zadowolonym uśmiechu, kiwając mężczyźnie głową.
– Aenas Lestir – mruknęła, na co on uśmiechnął się, usatysfakcjonowany.
Pamiętała go. Dość wysoki, starszy o ponad dziesięć lat blondyn o czekoladowych oczach i ostrych rysach twarzy, a na dodatek ładnych, silnych dłoniach. 
Poznali się kilka lat wcześniej, gdy pobierała nauki u mistrza Hefrena – był jego poprzednim uczniem i składał mu częste wizyty. Zawsze elegancki i wychowany, niebrzydki, z pewnością inteligentny oraz oczytany. Nie brakowało mu grosza ani rozsądku; jak usłyszała od ówczesnej sąsiadki – najlepsza partia w mieście.
Na to wspomnienie uniosła wyżej kącik ust, to było ciekawe. Co ważniejsze, pamiętała, że swego czasu dość mocno się nią interesował. Nigdy do niczego między nimi nie doszło, jednak gdyby została u mistrza Hefrena dłużej – z pewnością by tak było.
– Mogę się dosiąść? – zapytał grzecznie, chociaż de facto już to zrobił.
Tak, swego czasu zwrócił jej uwagę właśnie tą nietypową, niewymuszoną pewnością siebie. Przyjrzała się mu uważnie, dziwnie zaciekawiona – czyżby los obdarzył ją odpowiednią osobą do udowadniania sobie, że nikt jej od siebie nie uzależnił? Zachciała w to uwierzyć.
Zgodziła się. Im dłużej rozmawiali, tym więcej sobie przypominała – że zawsze dysponował ciekawymi spostrzeżeniami, był dość zabawny, łączyła ich wspólna profesja. Rozmowa okazała się lekka, choć nie nudna, dotyczyła głównie zagadnień nekromancji, wspólnych znajomych i tego, co robili, odkąd ostatni raz się widzieli.
Gdy wypili pierwsze kieliszki wina, Aenas zainwestował w całą butelkę, konsekwentnie odmawiając podzielenia się kosztami. Później przypomniała sobie jeszcze więcej: dlaczego córka wójta była tak zakochana w czekoladowych oczach i jak to się stało, że mistrz Hefren wygonił z domu swoją kuzynkę „w obronie jej dziewictwa”.
I czuła się coraz bardziej zrelaksowana, chociaż nadal na dnie świadomości czaiło się poczucie, że nie jest całkiem niezależna.
Odpłynęła nieco myślami, obracając w palcach kieliszek wina, gdy zadał zaskakujące, a przy tym niezwykle celne pytanie:
– Przed kim uciekasz? – mruknął jakby z troską, przypatrując się jej uważnie.
Drgnęła. Otworzyła szeroko oczy i wlepiła w niego pozbawione zrozumienia, nieco przestraszone spojrzenie. Skąd, jak, on wiedział?!
Uśmiechał się ciepło, a widząc jej zaskoczenie, postanowił wyjaśnić:
– Co jakiś czas zerkasz nerwowo w stronę drzwi – mruknął i zrobił stosowną przerwę na wychylenie kieliszka. – Uciekasz przed mężczyzną. To do ciebie niepodobne. Dlaczego?
Wyraźnie się napięła; Aenas zmarszczył czoło, obserwując ją z typową dla siebie wnikliwością. Wyglądała, jakby biła się z myślami, uciekła spojrzeniem w bok, zacisnęła wargi. Długo trwała między nimi cisza, przerwana niespodziewanym hałasem przy wejściu do karczmy.
Nekromanta zerknął w tamtą stronę, by dostrzec grupę kilku mężczyzn, stałych bywalców karczmy. Byli już mocno podpici; upijanie się do nieprzytomności i ogólne hałasowanie w tym miejscu chyba należało do ich tradycji, a właściciel przybytku, nie wiedzieć czemu, ich nie wyganiał. Aenas stawiał na to, że to ważni radni w mieście.
To nie była sprzyjająca okoliczność, nauczył się już, że kiedy ci panowie wchodzą, żądni spokoju ludzie opuszczają pomieszczenie. Należał do nich.
– Nieważne – uznał, wracając zainteresowaniem do swojej rozmówczyni.
Fascynującej rozmówczyni, warto zauważyć.
Przyjęła jego słowa z pewną ulgą, co jeszcze bardziej go zaniepokoiło, ale postanowił zająć się tym później. Kiwnął głową w stronę nowoprzybyłych.
– Chyba długo tu nie posiedzimy. Mam tutaj pokój, może dokończymy butelkę wina u mnie? – rzucił i uśmiechnął się przy tym przyjaźnie, chcąc ją uspokoić.
Była zdenerwowana, to on ją zdenerwował, trzeba odkupić winy.
Przechyliła głowę, przypatrując się mu w ten swój nietypowy sposób, jakby wszystko dogłębnie analizowała. W swoich słowach ukrył inne pytanie, ale nie musiała odpowiadać na nie od razu. Mogła faktycznie wyjść, kiedy już dokończą butelkę wina, prawda? Nie zobowiązywała się do zostania na noc; to było ważne, bo cały czas się wahała.
Nie dlatego, że nie chciała – wprawdzie nie planowała takiego obrotu spraw tego wieczoru, ale spotkanie Aenasa należało raczej do tych milszych niespodzianek – lecz dlatego, że czuła wyrzuty sumienia. Te wyrzuty sumienia były nieuzasadnione, a mimo tego sprawiały, że coś ściskało ją w sercu.
Wreszcie uniosła głowę, a jej spojrzenie zmieniło charakter, stało się jakby bardziej wyzywające.
– Dobrze – powiedziała wreszcie, wstając.
Krótkotrwały błysk w jego oku mile połechtał jej ego: ta decyzja wyraźnie sprawiła mu radość.

Podał jej napełniony kieliszek wina i uśmiechnął się; miała wrażenie, że nie przestawał się uśmiechać. W odpowiedzi uniosła kącik ust, podziękowała kiwnięciem głowy i upiła łyk alkoholu. Zaproponował jej, by usiadła, lecz ona zamiast tego zaczęła chadzać po pokoju, przyglądając się wyposażeniu i jego rzeczom.
Pierwsze, co zauważyła, to porządek – wszystko miał poukładane, równo złożone, zadbane, aż do przesady. Od niechcenia sięgnęła po leżącą na szafce książkę, przesunęła opuszkiem palca po okładce i przeczytała tytuł. Necromanticon, trudno było zdobyć tę lekturę.
– Oryginał – przyznał z wyczuwalną dumą, odwieszając ich płaszcze i zerkając na nią przez ramię.
Zauważyła, że przygładził materiał okryć, by wisiały równo – tak, jego pedantyzm zaczynał ją powoli bawić. Postanowiła jednak tego nie skomentować, zainteresowała się za to jego słowami.
– Skąd to masz? – zapytała, unosząc wzrok znad książki i zerkając na niego z ciekawością.
Kiedy do niej podchodził, po drodze zgarnął ze stolika swój kieliszek wina. Stanął naprzeciwko niej, odszukał spojrzeniem jej oczy i stuknął naczynkiem o jej kieliszek, znowu się uśmiechając.
Naprawdę często to robił.
– Twoje zdrowie – wzniósł toast, tymczasowo ignorując jej pytanie.
Uniósł kieliszek do ust, z upiciem łyku czekając, aż ona zrobi to samo. Czerwone wino przyjemnie szumiało w głowie, trzeba zresztą przyznać, że potrafił dobrać gatunek trunku.
– Kontakty. Spotkałem się z pewnym zaprzyjaźnionym nekromantą jakiś czas po jego śmierci i wytłumaczyłem mu, że skoro i tak mu się Necromanticon w zaświatach nie przyda, mógłby wyświadczyć mi przysługę. Po krótkich namowach wyjawił mi, gdzie ukrył księgę. Nie było łatwo tam dotrzeć, ale nie narzekam, opłacało się – wyjaśnił dopiero po chwili.
Odstawił kieliszek i wyjął jej księgę z rąk, oczywiście za jej przyzwoleniem.
Przekartkował Necromanticon i otworzył na jednym rozdziale, po czym odwrócił lekturę w jej stronę, wskazując palcem na skomplikowany rysunek.
– Przeczytaj – zaproponował.
Gdy w szarych oczach kobiety błysnęła ciekawość, uśmiechnął się wyjątkowo usatysfakcjonowany. Dał jej chwilę na zapoznanie się z treścią rozdziału; ten czas poświęcił na popijanie wina i przyglądanie się jej z wyraźną fascynacją.
Nie widzieli się ponad rok, a on pamiętał każdy szczegół jej twarzy. Ładne rysy, choć nie można było odmówić im ostrości, pełne, malinowe usta, zgrabny nosek, a przede wszystkim niesamowite oczy, którymi potrafiła przejrzeć człowieka na wylot. Ogniście czerwone włosy układały się w fale; ledwie powstrzymał się od przeczesania ich palcami, nie chcąc zakłócić jej lektury.
Gdy wreszcie przeczytała podany fragment, spojrzała na niego – wtedy musiał przyznać, że była niesamowita, jej wzrok rozkładał go na łopatki. Była dokładnie taka, jaką ją zapamiętał.
Natychmiast przypomniał sobie tę wściekłość, która ogarnęła go ponad rok temu na wieść o jej wyjeździe. Uśmiechnął się sam do siebie, uznając, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, skoro i tak w końcu na siebie trafili. Jakimś cudem.
– Sprawdzałeś to? Działa? – zapytała, wytrącając go z rozmyślań na temat jej osoby.
Odświeżył pamięć, zorientował się, jaki rozdział dał jej do przeczytania, i zastanowił się nad jej pytaniem, by wreszcie pokręcić głową.
– Nie sprawdzałem. Trudno mi było zdobyć jedno z podanych tam ziół – wyjaśnił.
Anabde zerknęła jeszcze raz w spis, zmarszczyła brwi, by w następnej chwili uśmiechnąć się zwycięsko.
– Ja nie potrzebowałabym tego zioła.
Tak, to też było w niej niesamowite. Nekromantka z urodzenia, potrafiła wiele rzeczy ot tak, nie potrzebowała skomplikowanych rytuałów. Wspomagała się nimi, używała różnych ziół, by podnieść swoje moce, ale wiele zaklęć miała po prostu we krwi. Dlatego czasami miał wrażenie, że była nie z tej ziemi; trudno mu uwierzyć, że Anabde Sasare to zwyczajny człowiek.
Zaśmiał się lekko, czekoladowe oczy błysnęły.
– Jak chcesz, mogę ci to pożyczyć – uznał w końcu, choć z ciężkim sercem, wskazując ruchem brody na książkę.
Ona oderwała się od lektury i spojrzała na niego zaskoczona, unosząc wysoko brwi. Potem pogłaskała okładkę książki z dziwną czułością. Chwilę nic nie mówiła, a on przypatrywał jej się, jak odkładała Necromanticon, sięgała po kieliszek wina, upijała kilka łyków. Wreszcie oparła się o szafkę i zapatrzyła przed siebie, zamyślona.
– Nie miałbyś gwarancji, że będę miała okazję ci to oddać – powiedziała w końcu, spoglądając na niego poważnymi oczyma.
Poczuł, że niespodziewanie bardzo się od niego oddaliła, chociaż była na wyciągnięcie ręki.
To mu się nie spodobało, nawet trochę go przestraszyło – bo on chciał być w jej świecie. Dał ponieść się tej potrzebie; w pierwszej chwili drgnął nerwowo, w drugiej podszedł do niej i sięgnął dłonią jej twarzy.
Nagle przestał się uśmiechać, uniósł jej brodę i spojrzał w szare oczy śmiertelnie poważny, pełen napięcia. Drgnęła nerwowo, ale nie pozwolił jej się odsunąć, wpatrzył się w nią, by mieć pewność, że uwierzy w jego słowa.
– Zostań ze mną – poprosił cicho, przesuwając kciukiem po skórze jej policzka.
Była taka delikatna, a przy tym taka blada; na jego słowa zareagowała tak, jakby właśnie zagroził jej śmiercią. Nie chciał się jednak wycofywać, bo bał się, że nagle mu zniknie.
– Zaopiekuję się tobą – dodał, już prawie wychrypiał.
W jej oczach zobaczył, że kobieta natychmiast odrzuci jego propozycję, ucieknie, gdy tylko wypuści ją z rąk. Tak, te deklaracje były głupie, naiwne i nawet godne pożałowania, ale cóż mógł zrobić? Była ulotna, a on chciał ją mieć na dłużej. Dlatego chwycił się ostatniej deski ratunku.
– Nie będziesz musiała przed nim uciekać.
Te słowa odbiły się echem w jej głowie. Otworzyła szeroko oczy, spoglądając na niego z mieszaniną strachu i niedowierzania; tak bardzo zapragnęła uwierzyć w jego słowa.
Obiecywał jej wolność i, choć była to obietnica bez pokrycia, chciała wziąć ją na serio. Miała wrażenie, że sama nie da rady się uratować, że potrzebuje czyjegoś wsparcia. Czy rzeczywiście mógł skrywać w sobie wystarczająco dużo siły? Czy otoczyłby ją taką opieką, że usunąłby z niej tę nieznośną potrzebę bycia przy Sheridanie?
Nie miała czasu odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo oto przyciągnął ją do siebie i pocałował tak, jakby zaprzysiągł się na swoje życie. Tak, by mogła zrozumieć, że zrobi wszystko co w jego mocy w celu uwolnienia jej.
Zaufała.
Przesunęła opuszkami palców po jego karku, by w następnej chwili objąć go pewniej za szyję. Odwzajemniony pocałunek spuścił z niego wszystkie obawy, uzbroił za to w nowe pokłady pożądania, których nie był już w stanie opanować. Kiedy zorientował się, że nie uciekła, że nadal tutaj jest, tak naprawdę, zapragnął poczuć ją bardziej.
Naparł na nią, aż przytrzymała się szafki w strachu przed upadkiem; nie pozwoliłby na to, zbyt silnie ją obejmował. Pogłębił pocałunek, pozwalając jednej dłoni zsunąć się nieco niżej; druga potrzebna była do podciągnięcia jej bluzki, której wkrótce wspólnymi siłami się pozbyli.
Nie dawał jej chwili wytchnienia, nie pozwalał na nabranie głębszego wdechu, bał się, że wtedy ona zacznie wątpić. Dlatego całował ją zapamiętale, aż zakręciło jej się w głowie. Przesunął dłońmi po nagim ciele, zafascynowany tym, jak blisko było jej do idealności.
Takie szybkie tempo nawet jej odpowiadało, myśli faktycznie okazały się w tym momencie zbędne. W pewnej chwili obrócił ją tak, że nie mogła się już opierać o mebel. To nieco zbiło ją z tropu, ale zorientowała się w sytuacji, gdy wziął ją na ręce, zrobił dwa kroki, a po chwili ułożył na miękkim materacu. Szepnął jej imię, zsuwając się pocałunkami niżej.
Nie udało mu się odkryć podatności Anabde na pocałunki w szyję, przesunął tylko po niej wargami, zaraz interesując się innymi częściami ciała nekromantki. Sam zdecydował się ściągnąć swoją koszulę; nieco ją to rozbawiło, gdy spostrzegła, że nawet ich ubrania rzuca mniej więcej w konkretne miejsce – jej na lewo, jego na prawo. Aż miała ochotę wyśmiać go, by jeszcze złożył je w kostkę i wyprasował, ale nie zdążyła – on przypomniał sobie o jej ustach.
Znów zabrakło jej tchu, każdy pocałunek był pewniejszy, każdy dotyk śmielszy. Nie pozostawała mu dłużna, z wrodzoną ciekawością poznawała jego ciało centymetr po centymetrze. W pewnej chwili podniosła się i popchnęła go lekko; zaskoczony, poddał się jej sugestii i już po chwili leżał na plecach.
Usiadła na nim okrakiem i przesunęła dłońmi po jego torsie, nie pozwoliła sobie jednak na zadrapanie skóry. Poznała ją także wargami, choć z ciężkim sercem musiała przyznać, że jego klata ustępowała paru innym. Gdy jej dłonie przesunęły się niżej, przez jego brzuch aż na krocze, westchnął cicho. Wyprostowała się i przechyliła głowę, pozwalając włosom opaść na prawe ramię, spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się dziko. Tak, to przyniosło efekt, ekhm, większy od spodziewanego.
Wplótł palce w jej włosy i przyciągnął do siebie, pozwoliła mu jednak tylko na krótki pocałunek; miała inny cel, a było nim ściągnięcie jego spodni. Do realizowania zadania przystąpiła niemalże od razu, a doświadczenie pozwoliło jej na poradzenie sobie z wyzwaniem stosunkowo szybko, choć nie bez typowego dla niej droczenia – ot, trochę się ociągała, trochę bawiła. Nie chciała jednak za bardzo przeciągać sytuacji, no bo... no.
Znów podciągnęła się do góry, by zawiesić usta kilka centymetrów nad jego wargami; udało jej się go sprowokować (trzeba przyznać, że wysilać nie musiała się wcale). Przesunął dłońmi po jej plecach, zatrzymał je na biodrach i po chwili przewrócił na bok, znów nad nią górując. Spostrzegła, jak zabłysnęły jego czekoladowe oczy; tak, wyraźnie miał zamiar przejść do konkretów. Wyjątkowo szybko.
Najpierw przesunął dłonią po jej udzie, potem uniósł nieznacznie jej biodra, bo tak łatwiej było mu ściągnąć z niej spodnie do kompletu z bielizną. Pochylił się nad nią i musnął ustami jej płaski brzuch, później schodząc pocałunkami niżej; przygryzła wargę, wstrzymując na chwilę oddech.
Ta przyjemność nie trwała jednak długo, Aenas był wyraźnie pokonany przez pożądanie. W końcu mu się poddał i nie przedłużał już więcej; chciał ją mieć, właśnie w tej chwili, i życzenie swoje spełnił.
Na początku spojrzał jej w oczy i pocałował ją w kącik ust; zdziwiło ją to, że był naprawdę delikatny. Nie niepewny, ale pełen wyczucia; wprawdzie brakowało jej trochę dzikości, jednak zdecydowała mu się poddać, poczuć go takim, jakim naprawdę był.
W gruncie rzeczy miał sporo doświadczenia, co dało swoje efekty, już wkrótce zapomniała o bożym świecie, zaaferowana wyłącznie nim. Przymknęła oczy i przestała się kontrolować – to był błąd, bo jej myśli od razu znalazły odpowiadający im tor. Zacisnęła palce na jego ramionach i odchyliła głowę, z jej gardła wydobył się cichy jęk.
Zapomniała o tym, gdzie była, z kim była, o co w tym wszystkim chodziło; zapomniała się zupełnie. W takich chwilach odzywają się w nas prawdziwe pragnienia – problem był taki, że jej pragnienie nie do końca tak wyglądało. Podświadomość postanowiła jej o tym przypomnieć, gdy przez jej ciało przeszedł kolejny dreszcz przyjemności.
– Sheridan – jęknęła.
Rzeczywistość uderzyła w nią sekundę później.
Aenas zamarł; trudno było tego nie usłyszeć, trudno było wziąć to za przesłyszenie. W pierwszej chwili poczuł się zwyczajnie ogłupiały, w takich chwilach nie był w stanie racjonalnie myśleć i skojarzyć fakty.
Gdy uchyliła powieki, ujrzał w nich prawdziwe, trudne do opisania przerażenie. Nie zdążył zareagować; w jednej chwili zepchnęła go z siebie, wykazując się dość sporą siłą, uciekła spod niego i sięgnęła po swoje ubrania, zakładając je w ekspresowym tempie.
Nadal wpatrywał się w nią w osłupieniu, otrzeźwiał dopiero wtedy, gdy zapięła spodnie i zabrała się za wciąganie bluzki przez głowę.
– Anabde! – zawołał, sięgając w jej stronę.
Wplótł dłoń w jej włosy i przytrzymał ją silnie, może trochę boleśnie, zmuszając do spojrzenia mu w oczy. Nie chciał jej skrzywdzić, po prostu nie mógł pozwolić, by my uciekła. Po prostu nie. Zawsze uciekała, dlaczego, do kurwy nędzy.
– Anabde, poczekaj, posłuchaj mnie – poprosił, ale jej spojrzenie zmusiło go do milczenia.
Była naprawdę przerażona. Nigdy nie widział tak śmiertelnie wystraszonej Anabde, nigdy nie widział w takim stanie żadnej kobiety, a już na pewno nie wypuszczał takiej z łóżka. Myśl, że ktoś miał nad nią taką władzę, wywróciła jego świat do góry nogami – przecież to była Anabde, silna, niezależna, odważna i buntownicza.
Spojrzała na niego tymi okrągłymi, sarnimi oczyma, blada jak trup; czuł, jak się trzęsła.
– Przepraszam – szepnęła.
W następnej chwili wyrwała mu się, ubrała bluzkę, porwała z wieszaka płaszcz i wybiegła z pokoju. Musiał ją zatrzymać.
Zaklął głośno, sięgnął po spodnie i wciągnął je na siebie; nie zapiął nawet paska, tylko dopadł drzwi i otworzył je, spoglądając z nadzieją w korytarz. Ale jej już nie było, dało się słyszeć tylko dobiegające od strony schodów tupanie.
Warknął pod nosem, uznał, że nie może za nią polecieć nieubrany, bo jeszcze posądzą go o gwałt, po czym wrócił do pokoju po płaszcz. Coś go tknęło, stanął przy parapecie i wyjrzał na zewnątrz – w odpowiedniej chwili, by zobaczyć wychodzącą z karczmy szybkim, nerwowym krokiem kobietę. Wystarczyła chwila, by, schowawszy ogniste włosy pod czarnym kapturem, zmieszała się z przechodzącą akurat grupą ludzi. Już jej nie znajdzie.
– Kurwa mać – zaklął, opierając się czołem o zimną szybę. – Kurwa mać – powtórzył, porwał z parapetu świecznik i cisnął nim przez pokój.
Potem siadł na łóżku, pochylił głowę i zadrżał; znowu mu uciekła.

Co się stało. Jak to się stało. Dlaczego? Nie rozumiała, niczego już nie rozumiała. Wiedziała tylko, że się boi – i że straciła kontrolę nad własnym życiem. Czuła się głupio, ogarniało ją ogromne poczucie winy; jak mogła zrobić Aenasowi coś takiego? Ale nie potrafiła go posłuchać, zostać u niego, nie byłaby w stanie spojrzeć mu w twarz. To było... to był istny koszmar.
Gdy dotarła pod drzwi gospody, w której zatrzymali się całą grupą, nadal trzęsła się z przerażenia. Była śmiertelnie blada, pozlepiane kroplami deszczu włosy opadały smętnie na jej twarz, a przerażone oczy wpatrywały się intensywnie w wejście. Nie chciała tam wchodzić, ale gdzie miała się udać? Zagryzła wargę, napięła się i wreszcie pchnęła drzwi, przekraczając próg.
Musiała przedstawiać sobą naprawdę marny widok. Karczmarz obdarzył ją zaniepokojonym spojrzeniem; na szczęście w środku nie było nikogo więcej, tylko nieznany jej pijaczek pod ścianą. Zamknęła za sobą drzwi i pochyliła głowę, maszerując przez pomieszczenie sztywnym krokiem. Zostawiała za sobą ślady ubłoconych butów i spadających z płaszcza oraz włosów kropelek; brakowało tylko łez, ale te udawało jej się powstrzymać. Nigdy nie płakała.
Wreszcie dotarła do schodów – jej jedynym marzeniem stał się powrót do pokoju, schowanie się pod kocem i liczenie na to, że świt nie nadejdzie. Tak byłoby najlepiej. Nabrała głębokiego wdechu i zaczęła szybko wspinać się po stopniach, by jak najprędzej móc ukryć się przed światem. Gdy stanęła na szczycie schodów, postawiła jeszcze jeden krok i wpadła w kogoś. Zamarła, napięła wszystkie mięśnie i, nim uniosła głowę, poprosiła bogów o łaskę.
Niestety – bogowie chyba jej nie lubili.
Na jej drodze, zupełnym przypadkiem oraz okrutnym zrządzeniem losu, stanął sam łowca dusz. Przelotnie, jakby odruchowo, chwycił jej ramię, żeby zachowała równowagę, potem cofnął się pół kroku, zwiększając między nimi dystans do odpowiedniego w zaistniałej sytuacji.
W zaistniałej sytuacji. Jaka to sytuacja? Nie myślał o tym ani przez chwilę, od kiedy znów się spotkali. Może czasami. Może krótko. Jednak panował nad swoim umysłem, posiadł niewyobrażalną samokontrolę, potrafił rozerwać na strzępy każde, jakiekolwiek, uczucie, wdeptać je w ziemię, a potem uśmiechnąć się do nich szyderczo.
Łowcy dusz bowiem byli sami sobie władcami i nikt ani nic nie mogło stać się dla nich cenne. Wszystko powinni wykorzystywać dla siebie samych.
Uniósł brew, przeszywając Anabde spojrzeniem. Pewniej chwycił trzymaną butelkę, która nieznacznie mu się wyślizgnęła przy zderzeniu, potem zmrużył lekko oczy, nie odrywając od nekromantki wzroku. Twarz miał – jak ciągle ostatnimi czasy zresztą – nieprzeniknioną, jakby patrzył na kogoś obcego. Zielone oczy zdawały się sięgać aż do samej duszy i nawet nie przenikać, a właśnie rozrywać, bez skrępowania poznając każdą tajemnicę.
Jakby wiedział. Jakby się o wszystkim dowiedział.
Milczał jednak, jeszcze chwilę się jej przyglądając. Potem popatrzył ponad jej ramieniem na schody, zastanawiając się, czy Errian już zszedł. Chciał się przejść godzinę temu, następnie wymyślił studiowanie zachowania broni pod wpływem poszczególnych żywiołów, później jeszcze próbował wyciągnąć łowcę na zwiad terenu, by przebadać go pod kątem użycia zaklęć defensywnych oraz ofensywnych w kontekście użytkownika maga bojowego o średnim poziomie doświadczenia.
Sheridan nie chciał tego przyznawać, ale już naprawdę lepiej by było, gdyby się Errian z rudym rozczochranym dogadali, bo inaczej nieszczęsny łowca z gówniarzem oszaleje. Z bliżej niewiadomych przyczyn nie podzielał jego ambicji naukowych – które ujawniały się tylko wtedy, kiedy młodego maga rozsadzały niepokojące myśli. Co on z nim przeżywał, zanim przyszedł list od Ariene! Jak wyruszyli, to przynajmniej skupiał się dzieciak na tym, żeby z konia nie fiknąć.
I chociaż jego rozmyślania nie dotyczyły późnych wycieczek Anabde ani też jej stanu ogólnego – może jedna; albo dwie; ale naprawdę niewiele! – to nie odrywał od niej tego przerażającego wręcz wzroku. Spojrzenia, które wiedziało.
Zamarła, wstrzymała oddech. Słyszała tylko przesadnie głośne bicie własnego serca, wpatrzona w jego oczy, przerażona. Skuliła się w sobie, zadrżała mocniej i, o ile to w ogóle możliwe, pobladła jeszcze bardziej; dlaczego?
Potem jednak przypomniała sobie kim jest, przymrużyła powieki, zacisnęła wargi i wyminęła go, nie mogąc powstrzymać się przed krótkim, acz dosadnym „kurwa mać”. Starała się zachować twarz i udawać, że w sumie nic ją nie obchodzi – można powiedzieć, że całkiem jej to wyszło. Mogło ją zdradzić tylko tych pierwszych kilka sekund szoku, ale tym się nie przejmowała.
Dopadła drzwi pokoju dziewczyn, otworzyła je prędko i ukryła się za nimi, nawet nie oglądając się na łowcę. Potem, gdy nie mógł jej już zobaczyć, oparła się plecami o drewno drzwi i zacisnęła powieki.
– Spokojnie – wymruczała sama do siebie, odchylając głowę i robiąc głęboki wdech.
Potem zjechała po płycie drzwi na podłogę; podciągnęła kolana pod brzuch i objęła je ramionami, starając się powstrzymać drżenie ciała. Kurwa mać, dlaczego?
Leanelle uchyliła powieki i napięła się, wsłuchując się w nocne odgłosy. Zapatrzona w sufit, w strachu czekała na rozwój wydarzeń – przypomniała sobie jednak, że Anabde nie było w pokoju, gdy zasypiała.
Przechyliła głowę i zerknęła na skuloną pod drzwiami postać – gdy ją ujrzała, coś ścisnęło ją w sercu. Miała ochotę podejść do niej i... zrobić cokolwiek, nie wiedziała co, ale spróbować ją pocieszyć.
W tej samej chwili Anabde uniosła głowę i spojrzała jej prosto w fiołkowe tęczówki. Nigdy nie widziała u nekromantki tak dużo bólu i strachu; otworzyła szerzej oczy, zamarłszy.
Dłuższą chwilę tak trwały, w końcu Anabde wstała i ruszyła do swojego łóżka, by po chwili zakryć się kołdrą. Leanelle przegryzła wargę, nie do końca przekonana, czy powinna tak to zostawić.
– Anabde? – zapytała cichuteńko, nie chcąc zbudzić reszty towarzyszek.
Odpowiedziała jej cisza.

Aithne przeciągnęła dłonią po twarzy i spróbowała nie zaryć nosem w blat stołu. Zadanie było trudne, dlatego dodatkowo uszczypnęła się w policzek i westchnęła, przymykając mimo wszystko powieki.
Nie wyspała się. Szlag by to, od dwóch dni pozostawała w ciągłym napięciu, co chwila otwierała oczy i sprawdzała, czy wszystko w porządku, czy może jednak powinna natychmiast się wynosić.
Ale już nie umiała uciec. To było upokarzające.
– Gdzie ten gówniarz? – zainteresowała się uprzejmie, uznawszy, że porządne śniadanie powinno jej przywrócić energię do życia.
– On ma imię – przypomniała rozbawiona Ariene, zasłaniając ziewnięcie dłonią; zły humor potwora już, na szczęście, odszedł, znów była normalną, podłą wiedźmą. – O ile go po drodze nie unicestwią, to chyba będzie w okolicach lady – dodała, odchylając się, by sprawdzić, czy widzi znajomą czarną czuprynę.
– Nie interesuje mnie, czy ma imię, tylko czy ma nasze śniadanie – doprecyzowała upadła, prychnąwszy gniewnie na ulubioną członkinię grupy.
Errian westchnął i uniósł się, podnosząc z krzesła, by lepiej widzieć ponad głowami zebranych już w karczmie gości. Aithne momentalnie odwróciła wzrok i zgarbiła ramiona, bardzo chcąc zniknąć.
Nadal nękało ją poczucie winy i wyrzuty sumienia, nadal uważała, że tamtej nocy zdradziła oraz oszukała Anabde, a przy okazji wykorzystała młodego maga. Dlatego naprawdę nie powinna tu być, z nimi, jakby nigdy nic.
– Dyskutuje z karczmarzem – oznajmił tymczasem Errian, zajmując znów miejsce.
– Dobra mina do złej gry? – zagadnął w tym momencie dość leniwie Sheridan, znacząco rozmasowując skroń i uśmiechając się z przekąsem.
– Tu mu nie dokuczysz – zgasiła entuzjazm łowcy Ariene i pogroziła Przeklętemu palcem. – Wyleczyłam go z kaca. Powinniście pić mniej, skoro potem wyglądacie jak trupy – dodała krytycznie, krzywiąc się wymownie.
– Kto wygląda, ten wygląda – podsumował Sheridan, wzruszając niedbale ramionami.
– Chyba się dogadał – mruknął w tym momencie Caleb, oderwawszy wzrok od okna, przez które od piętnastu minut wytrwale wyglądał.
– Kto? – zdziwiła się Aithne i spojrzała na myśliwego jak na wariata.
– Aidan. Czeka na zamówienie – uściślił niezrażony, ograniczając się jedynie do informacji niezbędnych dla zachowania sensu wypowiedzi.
– Aha. To dobranoc – postanowiła upadła i ułożyła wygodnie głowę na blacie, uznając, że nie ma zamiaru czekać bezczynnie, może się chociaż zdrzemnąć.
– Okropnie wolno mu to idzie – skrytykowała w tym momencie Leanelle, obejmując się za brzuch.
Była tak straszliwie głodna, że jej żołądek był bliski strawienia samego siebie. Żeby jej nie zaburczało w brzuchu, żeby... Zaburczało.
– Bardzo wolno – dodała niezadowolona, marszcząc nosek.
Anabde dotychczas ignorowała jej jojczenie, co było dość zaskakujące, ale wreszcie nie wytrzymała. Obróciła głowę, spiorunowała podopieczną spojrzeniem i zrobiła się groźna.
– Skończ marudzić – warknęła.
Leanelle najpierw spojrzała na towarzyszkę z przestrachem, nie do końca rozumiejąc, co rudą ugryzło, potem tylko szczelniej objęła się ramionami i zamknęła jadaczkę. Ale była głodna.
A Anabde taka wkurzona. Cador przypatrzył jej się uważnie, zaniepokojony tak wrogim nastawieniem nekromantki; zerknął kontrolnie na Sheridana, zastanawiając się, czy to jego wina, ale nie znalazł u łowcy odpowiedzi.
– Nie gryź – poprosił koleżankę spokojnie, ale został obdarzony tak nienawistnym spojrzeniem, że postanowił więcej się nie wtrącać.
Uniósł ręce w obronnym geście i dla bezpieczeństwa przysunął się bliżej Caleba.
– Myślisz, że ja nie będę gryzł? – spytał rozbawiony myśliwy, patrząc na Cadora z pewnym pobłażaniem; wielki obrońca, no naprawdę!
– Jesteś potulny jak baranek – postanowiła mu uzmysłowić Ariene, wzruszając ramionami.
– W porównaniu do ciebie? Potulny i błyskotliwy – poprawił wiedźmę, uśmiechając się kącikiem ust.
Ariene sapnęła zirytowana i zmrużyła niezadowolona oczy, przez co wyglądała, jakby obmyślała, w jaki sposób skrzywdzić Caleba nieodwracalnie. Aithne obróciła głowę tak, by leżeć na stole drugim policzkiem i mruknęła coś o przyssanym do kręgosłupa żołądku, ale zaraz dodała, żeby się nie przejmowali, bo po co.
– Zaraziłaś się od Lei? – zainteresował się Errian, spoglądając na rudą głowę z rozbawieniem i czułością jednocześnie; nie widziała, więc mógł sobie pozwolić.
– Nie, jestem głodna i zmęczona, jeszcze jakieś pytania? – warknęła rozeźlona.
– Czemu jesteś w dodatku głupia? – westchnął od razu Sheridan, wznosząc oczy do sufitu w niemym wyrzucie kierowanym do wielkiego Silthe, który, zdaniem łowcy, spartaczył robotę w przypadku rudego rozczochranego.
Ariene uśmiechnęła się szeroko z rozbawieniem, jednak nie zdążyła nic więcej zrobić, kiedy nagle tuż nad jej ramieniem, czubem w stronę blatu, przemknął sztylet. Zastygła, lekko napinając leżącą na stole dłoń, a ostrze wbiło się między jej palcami, dotykając skóry. Na twarzy wiedźmy nie pojawiły się niemalże żadne uczucia, tylko przez ułamek sekundy w oczach gościło zaskoczenie.
Zaraz potem poczuła na szyi gorący oddech i zerknęła w tę stronę, nie obracała jednak głowy, trwając nieruchomo niczym posąg.
– Witaj, czarodziejko – zamruczał pochylający się nad Ariene młodzieniec; na jego przystojnej twarzy wykwitł zadowolony, pełen dziwnego wyrazu uśmiech. – Od kiedy to zadajesz się z takim towarzystwem? – dodał, unosząc wzrok orzechowych oczu na pozostałych zebranych przy stoliku.
– Derek, kopę lat – skwitowała zwięźle, również się uśmiechając.
Aithne aż podniosła głowę ze stołu, zapominając o tym, że miała zamordować Sheridana. Zamrugała i wytrzeszczyła oczy, przyglądając się nieznajomemu podejrzliwie.
Hessan wydał z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, który miał wyrazić jego wrogość wobec nowoprzybyłego. Nie zdążył jednak go dziabnąć, jak to zamierzał, bo Leanelle zamknęła mu pysk dłońmi. Smok zaczął burczeć cichutko, machając na boki ogonem.
Jednak pseudo-warknięcie Hessana nie zawierało w sobie tylu negatywnych uczuć, co jedno krótkie spojrzenie Cadora.
Kiedy nieznajomy pochylił się nad Ariene, obrońca w myślach zdążył przypalić go żywcem, poćwiartować i rzucić jego szczątki głodnym paniom na pożarcie. Tylko wprawny obserwator byłby w stanie zauważyć, jak mężczyzna napiął się, ledwie powstrzymując się od gwałtownej reakcji – czytaj, tylko Caleb zorientował się, że Cador był o krok od przywalenia Derekowi w tę ładną buźkę. Za dużo nerwów ostatnio, za dużo.
Jednak zamiast prezentować swoje umiejętności w walce wręcz, Cador uśmiechnął się pogodnie i sięgnął po wbity w blat stolika sztylet nieznajomego. Bez wysiłku wyjął broń, podrzucił w powietrzu i złapał za ostrze, podając Derekowi rękojeść.
– Niezbyt ostry – rzucił lekko, ot tak, osobista uwaga.
Jasne.
Ale jakoś nikt się nie dał sprowokować komentarzem nieznajomego. Anabde tylko przeszyła mężczyznę wzrokiem, a potem uznała, że gra nie jest warta świeczki.
Derek uśmiechnął się w taki sposób, że większości kobiet prawdopodobnie nogi by się ugięły, gdyby go teraz zobaczyły, i odebrał swoją własność, przyglądając się Cadorowi ze spokojem, jakby nie uznawał go za jakkolwiek ciekawego czy groźnego.
– Nie chciałbym przecież skrzywdzić naszego kwiatuszka, prawda? – odparł na to, z tym samym uśmiechem przenosząc wzrok na Ariene; niedbałym ruchem odgarnął jej włosy za uszy, jakby robił to codziennie. – W końcu mogła stracić swój niebywały refleks.
Wiedźma uśmiechnęła się w odpowiedzi i ze stoickim spokojem poprawiła odgarnięte przez Dereka włosy, układając je znowu tam, gdzie były. Dopiero wtedy przekręciła się trochę na krześle, by widzieć młodzieńca lepiej.
– Co tu robisz? – spytała po prostu, unosząc brew. – Myślałam, że miałeś dużą robotę w Funnahu – dodała sceptycznie.
– Tęskniłem za tobą! – odparł święcie oburzony, po czym zaprezentował w szerokim uśmiechu białe zęby. – Fucha się sypnęła, kontakt próbował nas wrobić. Przekierowano mnie tu i kazano zająć się czymś, żebym nie wyszedł z wprawy – stwierdził.
– Dlatego spacerujesz od stolika do stolika i wbijasz napotkanym kobietom sztylet między palce. Logiczne – odparł Caleb, również przyglądając się Derekowi z pewną niechęcią; czyżby zaraził się od Cadora?
– Nie słyszałeś? To z troski. Sprawdza ich refleks, żeby nie dały się skrzywdzić komuś lepszemu w ostrzeniu sztyletów. Jesteśmy pod wrażeniem – burknęła w tym momencie, dość niespodziewanie, Leanelle.
Przelotnie zerknęła na nieznajomego i z miejsca uznała, że go nie lubi. Dlaczego? W sumie nie miała konkretnego powodu: ot, wpieprzył się z buciorami i irytował ludzi. Głodna Leanelle to zła Leanelle, taka prawda.
Hessan przestał się wyrywać i zamruczał cichutko, bardzo dumny ze swej pańci. Pewnie zaraz zostanie zripostowana, ale wystarczy malutkie zaklęcie...
Cador poczuł nagły przypływ wdzięczności wobec swojego przyjaciela i sympatii dla Leanelle, jednak nadal grał spokojnego, przyjaznego i w ogóle do rany przyłóż.
– Wątpisz w nią? – zasugerował z rozbawieniem.
Został zignorowany, bo gość już zajął się szczerzeniem zębów do Ariene; przyjął to mężnie, chociaż ręka zaczęła go świerzbić.
Caleb parsknął śmiechem. To było do niego niezbyt podobne, bo w gruncie rzeczy śmiał się rzadko i dość cicho, ale tym razem nie wytrzymał.
Bawiło go lekko zirytowane zachowanie Ariene, mocno zirytowane zachowanie Cadora, a na koniec Leanelle… no właśnie.
– Szach i mat – stwierdził bardzo rozweselony.
– Tylko o co się tu rozchodzi? – zainteresowała się zdegustowana Aithne, zmarszczywszy z dezaprobatą czoło. – Chcesz ją podziurawić tą wykałaczką czy przelecieć w końcu? – dodała, szukając pomocy u zebranych.
Tym razem to Sheridan cicho parsknął, na co dostał w ramię od Erriana. Niestety młody mag nie mógł dosięgnąć do Aithne, dlatego ograniczył się do dość karcącego spojrzenia. Derek natomiast rudym rozczochranym się zainteresował.
– No cóż, nie wyglądasz na kogoś, kto znałby się na przelatywaniu kogokolwiek – skwitował wtedy z tym swoim firmowym uśmieszkiem.
Nim Aithne zdążyła znajomemu Ariene wyznać, co mu zrobi z czym i kiedy, i w jaki sposób, a potem to zademonstrować, z krzesła podniósł się Errian. Podniósł się, powyglądał groźnie kilka sekund, po czym został szarpnięty przez Sheridana i siłą posadzony z powrotem. Łowca rzucił magowi pełne dezaprobaty spojrzenie.
– Goguś, zaopiekuj się swoim kwiatuszkiem, tego potwora mogę obrażać tylko ja – ostrzegł uprzejmie i uśmiechnął się, szczerząc ostrzejsze zęby.
– Starczy – rzuciła coraz bardziej zirytowana Ariene, przeciągnąwszy dłonią po twarzy.
– Ari, pozwól na chwilę, chciałbym z tobą pogadać. Dawno się nie widzieliśmy – zwrócił się do wiedźmy Derek, przyjrzawszy się Sheridanowi sceptycznie, jakby oceniał, czy warto jest reagować na jego słowa.
Najwyraźniej nie.
Wyprostował się, przesuwając lekko dłonią po ramieniu Ariene, po czym odwrócił się i odszedł energicznym krokiem w stronę stolika, który najwyraźniej do niedawna zajmował. Wiedźma zabębniła palcami w blat, marszcząc lekko czoło – wyglądała, jakby nad czymś intensywnie rozmyślała, i Caleb uświadomił sobie, że wie, o co chodzi.
Z niepokojem patrzył, jak kobieta podnosi się z miejsca, uśmiecha się zdawkowo do zebranych i rusza śladem Dereka, zostawiając przyjaciół.
I zabijając biednego obrońcę.
Jeszcze liczył na to, że wiedźma nie przyjmie zaproszenia; wyraźnie się wahała, dając mu większą nadzieję. Kiedy wstała, przez krótki moment wyglądał jak zbity szczeniak. Potem jednak przypomniał sobie, jak powinien się zachować, i znów założył maskę spokojnego, opanowanego Cadora. Tylko dziwnie mu się dłoń w pięść zacisnęła, ale schował ją pod stołem, więc nikt nie widział.
Jedynym komentarzem Anabde było uniesienie brwi, kiedy odprowadzała Ariene spojrzeniem. No proszę.
Leanelle za to znów zainteresowała się swoim domagającym się jedzenia brzuchem; aż się skuliła w nadziei, że to powstrzyma burczenie. Miała jednak minimalne wyczucie sytuacji i zorientowała się, że to nie jest odpowiednia chwila na marudzenie. Zerknęła tylko w stronę lady; następnym razem to ona pójdzie po żarcie, jak nafuczy na karczmarza, to dostaną obiad w pięć minut.
Albo nie dostaną wcale, ale zawsze można pogrozić smokiem. Nie jest może bardzo okazały, trudno jednak zaprzeczyć jego złośliwości.
Potem zerknęła kontrolnie na Cadora z nadzieją, że facet wytrzyma presję.
Caleb zarejestrował, że Aidan płaci za przyniesioną tacę z jedzeniem, potem jednak przyjrzał się Ariene, marszcząc czoło. Nie spodziewał się tego po niej. Wydawało mu się, że poznał ją wystarczająco dobrze, a tu… niespodzianka. Nie skomentował tego jednak w żaden sposób, nie chcąc dobijać przyjaciela.
Derek odsunął Ariene krzesło, widać było, że wywróciła oczami. Usiadła ledwie na brzegu, zaraz założyła nogę na nogę i spojrzała na młodzieńca wyczekująco, kiedy ten zajmował miejsce. Nie wyglądała na zadowoloną z rozwoju wydarzeń – a może krępowało ją to, że nadal pozostawała w zasięgu ich wzroku? Caleb przymrużył oczy.
Derek przysunął się bliżej blatu i pochylił się w stronę wiedźmy, uśmiechając się w bardzo jednoznaczny sposób, co myśliwego niezwykle zniesmaczyło. Nie odrywał jednak od nich wzroku, zauważywszy, że Aidan tułacze się w ich stronę.
– Pomóż ktoś młodemu – rzucił w przestrzeń, obserwując.
Widział więcej niż wszyscy, ale nadal nie wiedział, czemu Ariene tam poszła. Zupełnie mu to do niej nie pasowało.
Errian bez słowa podniósł się z miejsca i poszedł na pomoc Aidanowi, który miał wyraźne problemy z przedarciem się do stolika. Caleb tymczasem oparł brodę na splecionych dłoniach, analizując.
Derek nie spuszczał spojrzenia z Ariene, nie kryjąc się z tym, jak przyjemnie mu się na nią patrzyło. Widać jednak było, że nie jest dla niego żadną tajemnicą czy nowością – czyżby mieli wspólną, ale przeszłą już, zażyłość? Całkiem możliwe, jak wywnioskował Caleb, chociaż wiedźma nadal wydawała się trochę spięta. I nieco wyniosła, kiedy słuchała mówiącego do niej młodzieńca.
Przy tych wnikliwych analizach i rozbudowanych przemyśleniach przyjaciela Cador wychodził dość blado. Jego jedyną, ale za to bardzo głośną myślą było „KURWA MAĆ”. Przekleństwo to dość zgrabnie ukrywało się pod osłonką sympatycznego uśmiechu.
Swojego biednego ucznia nawet nie zauważył, tak samo jak jedzenia, które zostało mu podstawione pod nos. Odchylony na krześle, ze zdenerwowaniem przypatrywał się gawędzącej niedaleko parze. Niech no tylko ten goguś spróbuje coś zrobić.
Innego zdania na temat jedzenia była Leanelle, która, zobaczywszy parujący talerz żarcia, uśmiechnęła się szeroko. Uśmiechem tym obdarowała nawet, wprawdzie zupełnie nieświadomie, Aidana, kiedy odbierała od niego swoją porcję. Gdy tylko postawiła naczynie na stole, zabrała się do jedzenia, pochłaniając śniadanie w zastraszającym tempie. Porcja nie była mała, ale wyglądało na to, że jej braknie.
Anabde tego dnia wszystko odbierała z niechęcią. Podziękowała Errianowi krótkim mruknięciem, gdy ten postawił przed nią śniadanie; wzięła sztuciec i zaczęła dziabać nim porcję, nie do końca przekonana, czy jest w stanie cokolwiek przełknąć. Tocząc taką walkę z własną porcją, od czasu do czasu rzucała okiem na Ariene i Dereka; przyglądała im się dość nieprzychylnie, ale co tam, nie jej interes.
Aidan zastygł na krótką chwilę, dostrzegłszy uśmiech Leanelle, po czym sam też, bardzo niepewnie, się uśmiechnął, choć już tego nie widziała. Wrócił na swoje miejsce i ukradkiem zajął się posiłkiem, nadal wyraźnie oszołomiony i z nieco nieobecnym spojrzeniem. Nikt nie zwrócił jednak na jego rozanielenie uwagi, a przynajmniej nikt z tych, którzy to zauważyli.
Zagadką nie jest, że Caleb widział wszystko, nawet jeśli nie patrzył akurat w tę stronę. Dostrzegł zachowanie Aidana, ale głównym celem obserwacji nie był ten rozmarzony uśmiech chłopaka, tylko Ariene oraz Derek. Jak większość straciła nimi zainteresowanie – oburzona Aithne bardzo się ucieszyła na jedzenie i zapomniała o zniewadze – tak Caleb, solidarnie z biednym Cadorem, wytrwale kontrolował sytuację.
W pewnym momencie na twarzy Ariene pojawiło się zdumienie, przysunęła się bliżej stolika i pochyliła do Dereka, wyraźnie chcąc dokładnie wszystko usłyszeć, co mówił. To wywołało wyraz triumfu na obliczu młodzieńca, jednak spróbował nie dać tego po sobie poznać i opowiadał dalej, błądząc wzrokiem po wiedźmie.
Wreszcie kobieta stanowczo mu przerwała, ale cała rezerwa, z jaką do niego podchodziła, momentalnie minęła, co Caleba zastanowiło. Wiedźma zdecydowanie się rozmową zainteresowała i bardzo energicznie wyraziła swoje zdanie – to nadal zaskakiwało myśliwego. Wtedy Derek uniósł wysoko brwi i roześmiał się z niedowierzaniem, które Caleb usłyszał nawet z tej odległości.
Ariene ucięła to krótko, nadal stanowcza, i podniosła się, dając jednak towarzyszowi czas na dopowiedzenie czegoś. Młodzieniec natychmiast także się podniósł, mówiąc jeszcze, po czym uśmiechnął się po swojemu, bardzo znacząco, i pochylił się nad wiedźmą. Kobieta obróciła od razu twarz, przez co jego usta ledwie musnęły jej policzek; już odsuwała krzesło i odchodziła, oglądając się przez ramię i mówiąc coś uspokajająco do Dereka, bo unosiła w charakterystycznym geście dłoń.
Wracała, jak zawyrokował Caleb, przyglądając się idącej do nich Ariene.
I dobrze, że wracała, bo tylko to powstrzymało Cadora przez okazaniem swojego niezadowolenia w bardzo konkretny sposób. JAK ON ŚMIAŁ. Pocałował ją w policzek, w policzek tylko dzięki interwencji wiedźmy, wydaje mu się, że kim jest?
Bardzo mu się to wszystko nie podobało, stracił apetyt i radość życia, siedział tak z założonymi rękami i przypatrywał się Ariene intensywnie. Zerknął jeszcze w stronę Dereka; ten nie patrzył na niego, więc Cador przestał się sztucznie uśmiechać.
Jasna cholera, upadły zniknął, to się kolejny pajac pojawił. Szlag by to. Kurwa.
Anabde przestała udawać, że cokolwiek zje; odłożyła sztućce i odsunęła talerz. Zainteresowała się za to Ariene – zawiesiła na niej intensywne spojrzenie, czekając.
– Jest robota! – oznajmiła śpiewnym głosem wiedźma, przysiadając na swoim poprzednim miejscu jak na szpilkach.
– Radosna jak skowronek – pozwolił sobie podsumować Caleb, zmiażdżywszy kobietę znaczącym, niezadowolonym spojrzeniem.
Ariene przyjrzała się mu zdumiona, unosząc brwi, po czym zainteresowała się znowu pozostałymi, uśmiechając się szeroko.
– Za dwa tygodnie jest organizowany tu bal. Wszystko ładnie i pięknie, ale pewnemu nadzianemu gościowi naprzykrzył się organizator tego przedsięwzięcia, szlachcic z wyższych sfer, nazwisko de Reiss. Ma tego wieczora wyzionąć ducha – przedstawiła sytuację, uśmiechając się znacząco. – Płacą. Dobrze. Trzy razy lepiej niż za Perrian – dodała i przeniosła wzrok na Erriana.
– Jesteśmy ubogą szlachtą – mruknął rozbawiony młodzieniec.
– Jasne, a jak niby wejdziemy na ten bal? – zainteresowała się sceptycznie Aithne. – I jak kropniemy kolesia w tłumie gości, o ucieczce nie wspominając?
– Zostaw to mi, do wieczora opracuję plan. Najbardziej martwiłabym się charakteryzacją – przyznała wiedźma, nieco markotniejąc.
– Dajcie mi materiał, a zrobię wam co tylko wymyślicie – postanowił uspokoić ją Caleb, z niezadowoleniem zarejestrowawszy, że Derek przygląda się Ariene wyczekująco.
– Świetnie – ucieszyła się od razu, znów uśmiechając się szeroko. – To jak, wchodzimy w to? – spytała, unosząc się lekko, jakby gdzieś już się jej spieszyło.
Cador miał ogromną ochotę powiedzieć „nie, kurwa, skoro propozycja wyszła od tego pajaca”. Nie chciał jednak wyjść na zazdrośnika – którym, jak się okazało, był – więc milczał, nawet nie spoglądając na pozostałych. Róbta co chceta.
Leanelle uznała, że jej głos się nie liczy, bo nie spełnia w grupie jakiejkolwiek roli. Dodatkowo jedzenie było ważniejsze od durnego zlecenia, dlatego nie odpowiedziała na pytanie, zajęta wpychaniem sobie do buzi kolejnego kęsa.
Anabde chwilę rozmyślała nad sprawą. Koniec końców uznała, że to nie miejsce na sentymenty (wybacz, Cador), a pieniądze są potrzebne. Dlatego, spojrzawszy Ariene w oczy, kiwnęła lekko głową.
Większość opowiedziała się po stronie nekromantki, zatem organizatorka przedsięwzięcia po chwili pochylała się nad talerzem ze swoim śniadaniem, porywała z niego kilka kęsów i jednocześnie unosiła dłoń, gest kierując do Dereka.
Młodzieniec skinął głową jej plecom, sięgnął do płaszcza i wyciągnął stamtąd kopertę, ale Ariene już nie zwracała na niego uwagi.
– Dobra, ogarnijcie formalności, ja się zmywam – postanowiła, z trudem przełknąwszy to, co napchała sobie do ust.
– Dokąd? – spytał od razu Caleb, uznawszy, że Cador znajduje się w takim stanie, iż prędzej by wiedźmę uwięził w zamku w najwyższej wieży niż po ludzku dowiedział się, gdzie też kobieta zmierza.
– Załatwić kilka spraw – odparła z uśmiechem, sprawnymi ruchami wiążąc włosy w wysoką kitkę. – Wrócę najpóźniej wieczorem, do tego czasu, Anabde, zastanów się, czy miałabyś skąd zdobyć tkaniny. Do potem! – zawołała jeszcze i ruszyła do wyjścia, dezorientując idącego do stolika Dereka.
Młodzieniec jednak szybko przybrał zwyczajową minę, zbliżył się do zebranych i rzucił kopertę na stół. Uśmiechnął się przy tym dziwnie, mierząc ich wzrokiem.
– Są tam potrzebne wam informacje o celu oraz okolicznościach zdarzenia – oznajmił, przymrużając oczy.
Stary, zachowuj się. Jesteś dojrzałym, odpowiedzialnym człowiekiem, nie będziesz wszczynał kolejnej bijatyki.
Kilka wdechów i Cador już mógł, opanowany, uśmiechnąć się do Dereka serdecznie i wziąć do ręki rzuconą przez młodzieńca kopertę.
– Świetnie – mruknął, chociaż w myślach dopowiedział, że świetnie to byłoby mu zostawić szpecącą bliznę na twarzy.
Tak, ta wizja była na tyle przyjemna, że aż uśmiech wyszedł naprawdę wiarygodnie.
Leanelle nie do końca ogarniała zachowanie Ariene – odprowadziła ją spojrzeniem szeroko otwartych ocząt. Gdy wiedźma wyszła, szatynka wzruszyła ramionami i wróciła do pałaszowania, to jest dojadania tego, co jeszcze się na talerzu uchowało.
Z tejże przyczyny nie mogła poprosić Dereka, by spierdalał – miała pełną buzię. Ale to właśnie chodziło jej po głowie, gdy spoglądała na niego nieprzychylnie, mrużąc fiołkowe oczy. Hessan podzielał zdanie swojej pańci; warknął, szczerząc ostre ząbki i kołysząc końcówką ogona.
Derek nie zamierzał zabawić u nich długo, bo skinął Cadorowi głową, zawrócił i najwyraźniej postanowił założyć, że tych państwa nigdy nie spotkał. Pewnie do momentu, w którym wróci Ariene.
Caleb westchnął ciężko.
– No, stary, powodzenia – skwitował i ze spokojem przesunął porcję Ariene w stronę Leanelle. – Nasza wiedźma chyba nie będzie kończyć – stwierdził i zajął się własnym śniadaniem, uznawszy, że Cador jest biedny.
– Zaraz cię skrzywdzę – poinformował Caleba przyjaciel, zgrzytając zębami.
Odprowadził Dereka wyjątkowo poirytowanym spojrzeniem, a gdy ten zniknął mu z pola widzenia, przestał ukrywać się ze swoimi emocjami.
Emocji było bardzo dużo. Nie były pozytywne.
Leanelle za to pisnęła z radością, gdy Caleb podsunął jej kolejną porcję. Uśmiechnęła się przeszczęśliwa i zabrała do pochłaniania zawartości talerza – nagle jej życie zrobiło się piękne.
– Jesteś świetny – postanowiła poinformować myśliwego w przypływie radości.
Anabde spojrzała na nią krytycznie, westchnęła ciężko i podsunęła jej również swój talerz, uznając, że ona zdecydowanie nic nie przełknie.
Leanelle nie wyglądała na przerażoną czekającą na nią ilością jedzenia, wręcz przeciwnie.
– Ty też jesteś świetna – oznajmiła jej, gdy przełknęła aktualnie przeżuwany kęs.
Hessan zaskomlił cichutko, więc z ciężkim sercem oddała mu kawałek mięsa.
Tę to naprawdę nietrudno jest uszczęśliwić.

4 komentarze:

  1. Dżizas, dlaczego ja nie umiem znaleźć słów na komentarz? _-_ ŚWIĘTA >.<

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Em... na razie trzy XD Sirastril, od bohaterki opowiadania. Siostra Mniejsza, od Sirastril, czyli bohaterki opowiadania i Dazzler, bohaterka komiksowa XDD

      Usuń