Anabde nie
lubiła tracić kontroli nad sytuacją. Nad samą sobą. Uniosła wysoko brodę i
spojrzała z niezadowoleniem na kapiące z krawędzi dachu krople deszczu.
Naciągnęła kaptur na głowę, nabrała głębokiego wdechu i ruszyła wąską, niemalże
pustą ulicą, chowając dłonie w kieszeniach płaszcza.
Nie lubiła
tracić kontroli nad sytuacją. Nie miała lepszego pomysłu na jej odzyskanie, jak
przekonanie samej siebie, że nadal jest panią własnego losu. Że może wybierać,
decydować i czuć się wolna od zobowiązań wobec innych. Zwłaszcza kiedy ci inni
najwyraźniej tych zobowiązań nie chcieli.
Prychnęła pod
nosem, pokręciła niezadowolona głową, po chwili zagarnęła za ucho niesforny,
mokry już od deszczu kosmyk włosów. Głupia. Jakie zobowiązania, o czym ona w
ogóle myślała – nie powinna niczego od niego oczekiwać. I chyba nie oczekiwała.
Może tylko
powrotu do tego, co było – bo było całkiem przyjemne, takie... niezobowiązujące
właśnie. To ją irytowało? Że została taktownie zignorowana, jakby nigdy nic
między nimi nie było?
Nie, to
bardziej strach. Bała się, bo chciałaby, żeby między nimi było więcej. To
nienaturalne i zaskakujące, a na dodatek – zupełnie poronione. W końcu to Sheridan,
łowca dusz.
Zmrużyła oczy,
ominęła błotnistą kałużę i skręciła w ulicę prowadzącą do bogatszych dzielnic
miasta. Wybrała pierwszą z brzegu karczmę – wyglądającą o niebo lepiej od tej,
w której zatrzymała się cała grupa (i ona też), ale o to nietrudno – i weszła
do niej. Było ją na to stać, nadal przyjmowała własne zlecenia, zarabiała na
życie jako nekromantka. Złote monety ukryte w sakiewce w jednej z kieszeni
płaszcza przyjemnie ciążyły. Szkoda, że na sercu coś ciążyło dużo mniej
przyjemnie; dziś się tego pozbędzie. Taki był plan.
Podeszła do
szynku, wydała jedną z monet na kieliszek dobrego wina, po czym zabrała swoje
zamówienie i siadła przy pierwszym lepszym stoliku. Choć ewidentnie wzbudziła
zainteresowanie gości przybytku, starali się tego nie okazywać – nikt nie
wlepił w nią nachalnego spojrzenia, co tak irytowało u bywalców gorszych oberży
– zerkali na nią ukradkowo, kontynuując swoje rozmowy.
Anabde zdawała
się ich nie zauważać. Zsunęła z ramion płaszcz, zaczesała na plecy gęste,
błyszczące od kropel deszczu włosy i upiła pierwszy łyk wina, przymykając z
zadowoleniem oczy.
Znowu
uciekała. Uchyliła powieki, oblizała wargi z alkoholu i zabębniła palcami w
blat, zdenerwowana. Tak, musiała to przyznać, znowu uciekała, tylko
nieskutecznie – na chwilkę. Dlaczego czuła się źle z tym, jak została
potraktowana? Miała wrażenie, że coś w niej zmieniło się bez udziału jej
świadomości; to było przerażające, jakby zaraz mogła stracić nad wszystkim
kontrolę i popełnić błąd swojego życia.
Przywiązać się
do kogoś.
Po raz kolejny
uniosła kieliszek wina, teraz poświęcając chwilę na rozejrzenie się po gościach
karczmy. Jej zaciekawione, choć nieco niepokojące spojrzenie ucieszyło jednego
czy drugiego, skrępowało paru innych i wzbudziło irytację nielicznych kobiet.
Słusznie.
Jej myśli
ciągle jednak błądziły wokół samopoczucia i prób zrozumienia tego, co się z nią
dzieje, dlatego nie zauważyła czyjegoś nadejścia. Drgnęła, gdy postać
zatrzymała się koło jej stolika; poczuła na sobie intensywne spojrzenie.
Przymrużyła powieki i uniosła wysoko brodę, natrafiając wzrokiem na
ciemnobrązowe oczy.
– Witaj,
Anabde – usłyszała niski, męski, znajomo brzmiący głos.
Przechyliła
głowę, obserwując, jak człowiek stawia kieliszek wina na jej stoliku, a potem
wiesza płaszcz na jednym z krzeseł.
– Pamiętasz
mnie?
Pobłądziła
wzrokiem po jego twarzy i starała się odszukać w pamięci podobne rysy. Po
chwili uniosła kącik ust w zadowolonym uśmiechu, kiwając mężczyźnie głową.
– Aenas Lestir
– mruknęła, na co on uśmiechnął się, usatysfakcjonowany.
Pamiętała go.
Dość wysoki, starszy o ponad dziesięć lat blondyn o czekoladowych oczach i
ostrych rysach twarzy, a na dodatek ładnych, silnych dłoniach.
Poznali się
kilka lat wcześniej, gdy pobierała nauki u mistrza Hefrena – był jego poprzednim
uczniem i składał mu częste wizyty. Zawsze elegancki i wychowany, niebrzydki, z
pewnością inteligentny oraz oczytany. Nie brakowało mu grosza ani rozsądku; jak
usłyszała od ówczesnej sąsiadki – najlepsza partia w mieście.
Na to
wspomnienie uniosła wyżej kącik ust, to było ciekawe. Co ważniejsze, pamiętała,
że swego czasu dość mocno się nią interesował. Nigdy do niczego między nimi nie
doszło, jednak gdyby została u mistrza Hefrena dłużej – z pewnością by tak
było.
– Mogę się
dosiąść? – zapytał grzecznie, chociaż de
facto już to zrobił.
Tak, swego
czasu zwrócił jej uwagę właśnie tą nietypową, niewymuszoną pewnością siebie.
Przyjrzała się mu uważnie, dziwnie zaciekawiona – czyżby los obdarzył ją
odpowiednią osobą do udowadniania sobie, że nikt jej od siebie nie uzależnił?
Zachciała w to uwierzyć.
Zgodziła się.
Im dłużej rozmawiali, tym więcej sobie przypominała – że zawsze dysponował
ciekawymi spostrzeżeniami, był dość zabawny, łączyła ich wspólna profesja.
Rozmowa okazała się lekka, choć nie nudna, dotyczyła głównie zagadnień
nekromancji, wspólnych znajomych i tego, co robili, odkąd ostatni raz się
widzieli.
Gdy wypili
pierwsze kieliszki wina, Aenas zainwestował w całą butelkę, konsekwentnie
odmawiając podzielenia się kosztami. Później przypomniała sobie jeszcze więcej:
dlaczego córka wójta była tak zakochana w czekoladowych oczach i jak to się
stało, że mistrz Hefren wygonił z domu swoją kuzynkę „w obronie jej
dziewictwa”.
I czuła się
coraz bardziej zrelaksowana, chociaż nadal na dnie świadomości czaiło się
poczucie, że nie jest całkiem niezależna.
Odpłynęła
nieco myślami, obracając w palcach kieliszek wina, gdy zadał zaskakujące, a
przy tym niezwykle celne pytanie:
– Przed kim
uciekasz? – mruknął jakby z troską, przypatrując się jej uważnie.
Drgnęła.
Otworzyła szeroko oczy i wlepiła w niego pozbawione zrozumienia, nieco
przestraszone spojrzenie. Skąd, jak, on wiedział?!
Uśmiechał się
ciepło, a widząc jej zaskoczenie, postanowił wyjaśnić:
– Co jakiś
czas zerkasz nerwowo w stronę drzwi – mruknął i zrobił stosowną przerwę na
wychylenie kieliszka. – Uciekasz przed mężczyzną. To do ciebie niepodobne.
Dlaczego?
Wyraźnie się
napięła; Aenas zmarszczył czoło, obserwując ją z typową dla siebie
wnikliwością. Wyglądała, jakby biła się z myślami, uciekła spojrzeniem w bok,
zacisnęła wargi. Długo trwała między nimi cisza, przerwana niespodziewanym
hałasem przy wejściu do karczmy.
Nekromanta
zerknął w tamtą stronę, by dostrzec grupę kilku mężczyzn, stałych bywalców
karczmy. Byli już mocno podpici; upijanie się do nieprzytomności i ogólne
hałasowanie w tym miejscu chyba należało do ich tradycji, a właściciel
przybytku, nie wiedzieć czemu, ich nie wyganiał. Aenas stawiał na to, że to
ważni radni w mieście.
To nie była
sprzyjająca okoliczność, nauczył się już, że kiedy ci panowie wchodzą, żądni
spokoju ludzie opuszczają pomieszczenie. Należał do nich.
– Nieważne –
uznał, wracając zainteresowaniem do swojej rozmówczyni.
Fascynującej
rozmówczyni, warto zauważyć.
Przyjęła jego
słowa z pewną ulgą, co jeszcze bardziej go zaniepokoiło, ale postanowił zająć
się tym później. Kiwnął głową w stronę nowoprzybyłych.
– Chyba długo
tu nie posiedzimy. Mam tutaj pokój, może dokończymy butelkę wina u mnie? –
rzucił i uśmiechnął się przy tym przyjaźnie, chcąc ją uspokoić.
Była
zdenerwowana, to on ją zdenerwował, trzeba odkupić winy.
Przechyliła
głowę, przypatrując się mu w ten swój nietypowy sposób, jakby wszystko
dogłębnie analizowała. W swoich słowach ukrył inne pytanie, ale nie musiała
odpowiadać na nie od razu. Mogła faktycznie wyjść, kiedy już dokończą butelkę
wina, prawda? Nie zobowiązywała się do zostania na noc; to było ważne, bo cały
czas się wahała.
Nie dlatego,
że nie chciała – wprawdzie nie planowała takiego obrotu spraw tego wieczoru,
ale spotkanie Aenasa należało raczej do tych milszych niespodzianek – lecz
dlatego, że czuła wyrzuty sumienia. Te wyrzuty sumienia były nieuzasadnione, a
mimo tego sprawiały, że coś ściskało ją w sercu.
Wreszcie
uniosła głowę, a jej spojrzenie zmieniło charakter, stało się jakby bardziej
wyzywające.
– Dobrze –
powiedziała wreszcie, wstając.
Krótkotrwały
błysk w jego oku mile połechtał jej ego: ta decyzja wyraźnie sprawiła mu
radość.
Podał jej
napełniony kieliszek wina i uśmiechnął się; miała wrażenie, że nie przestawał
się uśmiechać. W odpowiedzi uniosła kącik ust, podziękowała kiwnięciem głowy i
upiła łyk alkoholu. Zaproponował jej, by usiadła, lecz ona zamiast tego zaczęła
chadzać po pokoju, przyglądając się wyposażeniu i jego rzeczom.
Pierwsze, co
zauważyła, to porządek – wszystko miał poukładane, równo złożone, zadbane, aż
do przesady. Od niechcenia sięgnęła po leżącą na szafce książkę, przesunęła
opuszkiem palca po okładce i przeczytała tytuł. Necromanticon, trudno było zdobyć tę lekturę.
– Oryginał –
przyznał z wyczuwalną dumą, odwieszając ich płaszcze i zerkając na nią przez
ramię.
Zauważyła, że
przygładził materiał okryć, by wisiały równo – tak, jego pedantyzm zaczynał ją
powoli bawić. Postanowiła jednak tego nie skomentować, zainteresowała się za to
jego słowami.
– Skąd to masz?
– zapytała, unosząc wzrok znad książki i zerkając na niego z ciekawością.
Kiedy do niej
podchodził, po drodze zgarnął ze stolika swój kieliszek wina. Stanął
naprzeciwko niej, odszukał spojrzeniem jej oczy i stuknął naczynkiem o jej
kieliszek, znowu się uśmiechając.
Naprawdę
często to robił.
– Twoje
zdrowie – wzniósł toast, tymczasowo ignorując jej pytanie.
Uniósł
kieliszek do ust, z upiciem łyku czekając, aż ona zrobi to samo. Czerwone wino
przyjemnie szumiało w głowie, trzeba zresztą przyznać, że potrafił dobrać
gatunek trunku.
– Kontakty.
Spotkałem się z pewnym zaprzyjaźnionym nekromantą jakiś czas po jego śmierci i
wytłumaczyłem mu, że skoro i tak mu się Necromanticon
w zaświatach nie przyda, mógłby wyświadczyć mi przysługę. Po krótkich namowach
wyjawił mi, gdzie ukrył księgę. Nie było łatwo tam dotrzeć, ale nie narzekam,
opłacało się – wyjaśnił dopiero po chwili.
Odstawił
kieliszek i wyjął jej księgę z rąk, oczywiście za jej przyzwoleniem.
Przekartkował Necromanticon i otworzył na jednym
rozdziale, po czym odwrócił lekturę w jej stronę, wskazując palcem na
skomplikowany rysunek.
– Przeczytaj –
zaproponował.
Gdy w szarych
oczach kobiety błysnęła ciekawość, uśmiechnął się wyjątkowo usatysfakcjonowany.
Dał jej chwilę na zapoznanie się z treścią rozdziału; ten czas poświęcił na
popijanie wina i przyglądanie się jej z wyraźną fascynacją.
Nie widzieli
się ponad rok, a on pamiętał każdy szczegół jej twarzy. Ładne rysy, choć nie
można było odmówić im ostrości, pełne, malinowe usta, zgrabny nosek, a przede
wszystkim niesamowite oczy, którymi potrafiła przejrzeć człowieka na wylot.
Ogniście czerwone włosy układały się w fale; ledwie powstrzymał się od
przeczesania ich palcami, nie chcąc zakłócić jej lektury.
Gdy wreszcie
przeczytała podany fragment, spojrzała na niego – wtedy musiał przyznać, że
była niesamowita, jej wzrok rozkładał go na łopatki. Była dokładnie taka, jaką
ją zapamiętał.
Natychmiast
przypomniał sobie tę wściekłość, która ogarnęła go ponad rok temu na wieść o
jej wyjeździe. Uśmiechnął się sam do siebie, uznając, że nie ma co płakać nad
rozlanym mlekiem, skoro i tak w końcu na siebie trafili. Jakimś cudem.
– Sprawdzałeś
to? Działa? – zapytała, wytrącając go z rozmyślań na temat jej osoby.
Odświeżył
pamięć, zorientował się, jaki rozdział dał jej do przeczytania, i zastanowił
się nad jej pytaniem, by wreszcie pokręcić głową.
– Nie
sprawdzałem. Trudno mi było zdobyć jedno z podanych tam ziół – wyjaśnił.
Anabde
zerknęła jeszcze raz w spis, zmarszczyła brwi, by w następnej chwili uśmiechnąć
się zwycięsko.
– Ja nie
potrzebowałabym tego zioła.
Tak, to też
było w niej niesamowite. Nekromantka z urodzenia, potrafiła wiele rzeczy ot
tak, nie potrzebowała skomplikowanych rytuałów. Wspomagała się nimi, używała
różnych ziół, by podnieść swoje moce, ale wiele zaklęć miała po prostu we krwi.
Dlatego czasami miał wrażenie, że była nie z tej ziemi; trudno mu uwierzyć, że
Anabde Sasare to zwyczajny człowiek.
Zaśmiał się
lekko, czekoladowe oczy błysnęły.
– Jak chcesz,
mogę ci to pożyczyć – uznał w końcu, choć z ciężkim sercem, wskazując ruchem
brody na książkę.
Ona oderwała
się od lektury i spojrzała na niego zaskoczona, unosząc wysoko brwi. Potem
pogłaskała okładkę książki z dziwną czułością. Chwilę nic nie mówiła, a on
przypatrywał jej się, jak odkładała Necromanticon,
sięgała po kieliszek wina, upijała kilka łyków. Wreszcie oparła się o szafkę i
zapatrzyła przed siebie, zamyślona.
– Nie miałbyś
gwarancji, że będę miała okazję ci to oddać – powiedziała w końcu, spoglądając
na niego poważnymi oczyma.
Poczuł, że
niespodziewanie bardzo się od niego oddaliła, chociaż była na wyciągnięcie
ręki.
To mu się nie
spodobało, nawet trochę go przestraszyło – bo on chciał być w jej świecie. Dał
ponieść się tej potrzebie; w pierwszej chwili drgnął nerwowo, w drugiej
podszedł do niej i sięgnął dłonią jej twarzy.
Nagle przestał
się uśmiechać, uniósł jej brodę i spojrzał w szare oczy śmiertelnie poważny,
pełen napięcia. Drgnęła nerwowo, ale nie pozwolił jej się odsunąć, wpatrzył się
w nią, by mieć pewność, że uwierzy w jego słowa.
– Zostań ze
mną – poprosił cicho, przesuwając kciukiem po skórze jej policzka.
Była taka
delikatna, a przy tym taka blada; na jego słowa zareagowała tak, jakby właśnie
zagroził jej śmiercią. Nie chciał się jednak wycofywać, bo bał się, że nagle mu
zniknie.
– Zaopiekuję
się tobą – dodał, już prawie wychrypiał.
W jej oczach
zobaczył, że kobieta natychmiast odrzuci jego propozycję, ucieknie, gdy tylko
wypuści ją z rąk. Tak, te deklaracje były głupie, naiwne i nawet godne
pożałowania, ale cóż mógł zrobić? Była ulotna, a on chciał ją mieć na dłużej.
Dlatego chwycił się ostatniej deski ratunku.
– Nie będziesz
musiała przed nim uciekać.
Te słowa
odbiły się echem w jej głowie. Otworzyła szeroko oczy, spoglądając na niego z
mieszaniną strachu i niedowierzania; tak bardzo zapragnęła uwierzyć w jego
słowa.
Obiecywał jej
wolność i, choć była to obietnica bez pokrycia, chciała wziąć ją na serio.
Miała wrażenie, że sama nie da rady się uratować, że potrzebuje czyjegoś
wsparcia. Czy rzeczywiście mógł skrywać w sobie wystarczająco dużo siły? Czy
otoczyłby ją taką opieką, że usunąłby z niej tę nieznośną potrzebę bycia przy
Sheridanie?
Nie miała
czasu odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo oto przyciągnął ją do siebie i
pocałował tak, jakby zaprzysiągł się na swoje życie. Tak, by mogła zrozumieć,
że zrobi wszystko co w jego mocy w celu uwolnienia jej.
Zaufała.
Przesunęła
opuszkami palców po jego karku, by w następnej chwili objąć go pewniej za
szyję. Odwzajemniony pocałunek spuścił z niego wszystkie obawy, uzbroił za to w
nowe pokłady pożądania, których nie był już w stanie opanować. Kiedy
zorientował się, że nie uciekła, że nadal tutaj jest, tak naprawdę, zapragnął
poczuć ją bardziej.
Naparł na nią,
aż przytrzymała się szafki w strachu przed upadkiem; nie pozwoliłby na to, zbyt
silnie ją obejmował. Pogłębił pocałunek, pozwalając jednej dłoni zsunąć się
nieco niżej; druga potrzebna była do podciągnięcia jej bluzki, której wkrótce
wspólnymi siłami się pozbyli.
Nie dawał jej
chwili wytchnienia, nie pozwalał na nabranie głębszego wdechu, bał się, że
wtedy ona zacznie wątpić. Dlatego całował ją zapamiętale, aż zakręciło jej się
w głowie. Przesunął dłońmi po nagim ciele, zafascynowany tym, jak blisko było
jej do idealności.
Takie szybkie
tempo nawet jej odpowiadało, myśli faktycznie okazały się w tym momencie
zbędne. W pewnej chwili obrócił ją tak, że nie mogła się już opierać o mebel.
To nieco zbiło ją z tropu, ale zorientowała się w sytuacji, gdy wziął ją na
ręce, zrobił dwa kroki, a po chwili ułożył na miękkim materacu. Szepnął jej
imię, zsuwając się pocałunkami niżej.
Nie udało mu
się odkryć podatności Anabde na pocałunki w szyję, przesunął tylko po niej
wargami, zaraz interesując się innymi częściami ciała nekromantki. Sam
zdecydował się ściągnąć swoją koszulę; nieco ją to rozbawiło, gdy spostrzegła,
że nawet ich ubrania rzuca mniej więcej w konkretne miejsce – jej na lewo, jego
na prawo. Aż miała ochotę wyśmiać go, by jeszcze złożył je w kostkę i
wyprasował, ale nie zdążyła – on przypomniał sobie o jej ustach.
Znów zabrakło
jej tchu, każdy pocałunek był pewniejszy, każdy dotyk śmielszy. Nie pozostawała
mu dłużna, z wrodzoną ciekawością poznawała jego ciało centymetr po centymetrze.
W pewnej chwili podniosła się i popchnęła go lekko; zaskoczony, poddał się jej
sugestii i już po chwili leżał na plecach.
Usiadła na nim
okrakiem i przesunęła dłońmi po jego torsie, nie pozwoliła sobie jednak na
zadrapanie skóry. Poznała ją także wargami, choć z ciężkim sercem musiała
przyznać, że jego klata ustępowała paru innym. Gdy jej dłonie przesunęły się
niżej, przez jego brzuch aż na krocze, westchnął cicho. Wyprostowała się i
przechyliła głowę, pozwalając włosom opaść na prawe ramię, spojrzała mu w oczy
i uśmiechnęła się dziko. Tak, to przyniosło efekt, ekhm, większy od spodziewanego.
Wplótł palce w
jej włosy i przyciągnął do siebie, pozwoliła mu jednak tylko na krótki
pocałunek; miała inny cel, a było nim ściągnięcie jego spodni. Do realizowania
zadania przystąpiła niemalże od razu, a doświadczenie pozwoliło jej na
poradzenie sobie z wyzwaniem stosunkowo szybko, choć nie bez typowego dla niej
droczenia – ot, trochę się ociągała, trochę bawiła. Nie chciała jednak za
bardzo przeciągać sytuacji, no bo... no.
Znów
podciągnęła się do góry, by zawiesić usta kilka centymetrów nad jego wargami;
udało jej się go sprowokować (trzeba przyznać, że wysilać nie musiała się
wcale). Przesunął dłońmi po jej plecach, zatrzymał je na biodrach i po chwili
przewrócił na bok, znów nad nią górując. Spostrzegła, jak zabłysnęły jego
czekoladowe oczy; tak, wyraźnie miał zamiar przejść do konkretów. Wyjątkowo
szybko.
Najpierw
przesunął dłonią po jej udzie, potem uniósł nieznacznie jej biodra, bo tak
łatwiej było mu ściągnąć z niej spodnie do kompletu z bielizną. Pochylił się
nad nią i musnął ustami jej płaski brzuch, później schodząc pocałunkami niżej;
przygryzła wargę, wstrzymując na chwilę oddech.
Ta przyjemność
nie trwała jednak długo, Aenas był wyraźnie pokonany przez pożądanie. W końcu
mu się poddał i nie przedłużał już więcej; chciał ją mieć, właśnie w tej
chwili, i życzenie swoje spełnił.
Na początku
spojrzał jej w oczy i pocałował ją w kącik ust; zdziwiło ją to, że był naprawdę
delikatny. Nie niepewny, ale pełen wyczucia; wprawdzie brakowało jej trochę
dzikości, jednak zdecydowała mu się poddać, poczuć go takim, jakim naprawdę
był.
W gruncie
rzeczy miał sporo doświadczenia, co dało swoje efekty, już wkrótce zapomniała o
bożym świecie, zaaferowana wyłącznie nim. Przymknęła oczy i przestała się
kontrolować – to był błąd, bo jej myśli od razu znalazły odpowiadający im tor.
Zacisnęła palce na jego ramionach i odchyliła głowę, z jej gardła wydobył się
cichy jęk.
Zapomniała o
tym, gdzie była, z kim była, o co w tym wszystkim chodziło; zapomniała się
zupełnie. W takich chwilach odzywają się w nas prawdziwe pragnienia – problem
był taki, że jej pragnienie nie do końca tak wyglądało. Podświadomość
postanowiła jej o tym przypomnieć, gdy przez jej ciało przeszedł kolejny
dreszcz przyjemności.
– Sheridan –
jęknęła.
Rzeczywistość
uderzyła w nią sekundę później.
Aenas zamarł;
trudno było tego nie usłyszeć, trudno było wziąć to za przesłyszenie. W
pierwszej chwili poczuł się zwyczajnie ogłupiały, w takich chwilach nie był w
stanie racjonalnie myśleć i skojarzyć fakty.
Gdy uchyliła
powieki, ujrzał w nich prawdziwe, trudne do opisania przerażenie. Nie zdążył
zareagować; w jednej chwili zepchnęła go z siebie, wykazując się dość sporą
siłą, uciekła spod niego i sięgnęła po swoje ubrania, zakładając je w
ekspresowym tempie.
Nadal
wpatrywał się w nią w osłupieniu, otrzeźwiał dopiero wtedy, gdy zapięła spodnie
i zabrała się za wciąganie bluzki przez głowę.
– Anabde! –
zawołał, sięgając w jej stronę.
Wplótł dłoń w
jej włosy i przytrzymał ją silnie, może trochę boleśnie, zmuszając do
spojrzenia mu w oczy. Nie chciał jej skrzywdzić, po prostu nie mógł pozwolić,
by my uciekła. Po prostu nie. Zawsze uciekała, dlaczego, do kurwy nędzy.
– Anabde,
poczekaj, posłuchaj mnie – poprosił, ale jej spojrzenie zmusiło go do
milczenia.
Była naprawdę
przerażona. Nigdy nie widział tak śmiertelnie wystraszonej Anabde, nigdy nie
widział w takim stanie żadnej kobiety, a już na pewno nie wypuszczał takiej z
łóżka. Myśl, że ktoś miał nad nią taką władzę, wywróciła jego świat do góry
nogami – przecież to była Anabde, silna, niezależna, odważna i buntownicza.
Spojrzała na
niego tymi okrągłymi, sarnimi oczyma, blada jak trup; czuł, jak się trzęsła.
– Przepraszam
– szepnęła.
W następnej
chwili wyrwała mu się, ubrała bluzkę, porwała z wieszaka płaszcz i wybiegła z
pokoju. Musiał ją zatrzymać.
Zaklął głośno,
sięgnął po spodnie i wciągnął je na siebie; nie zapiął nawet paska, tylko
dopadł drzwi i otworzył je, spoglądając z nadzieją w korytarz. Ale jej już nie
było, dało się słyszeć tylko dobiegające od strony schodów tupanie.
Warknął pod
nosem, uznał, że nie może za nią polecieć nieubrany, bo jeszcze posądzą go o
gwałt, po czym wrócił do pokoju po płaszcz. Coś go tknęło, stanął przy
parapecie i wyjrzał na zewnątrz – w odpowiedniej chwili, by zobaczyć wychodzącą
z karczmy szybkim, nerwowym krokiem kobietę. Wystarczyła chwila, by, schowawszy
ogniste włosy pod czarnym kapturem, zmieszała się z przechodzącą akurat grupą
ludzi. Już jej nie znajdzie.
– Kurwa mać –
zaklął, opierając się czołem o zimną szybę. – Kurwa mać – powtórzył, porwał z
parapetu świecznik i cisnął nim przez pokój.
Potem siadł na
łóżku, pochylił głowę i zadrżał; znowu mu uciekła.
Co się stało.
Jak to się stało. Dlaczego? Nie rozumiała, niczego już nie rozumiała. Wiedziała
tylko, że się boi – i że straciła kontrolę nad własnym życiem. Czuła się
głupio, ogarniało ją ogromne poczucie winy; jak mogła zrobić Aenasowi coś
takiego? Ale nie potrafiła go posłuchać, zostać u niego, nie byłaby w stanie
spojrzeć mu w twarz. To było... to był istny koszmar.
Gdy dotarła
pod drzwi gospody, w której zatrzymali się całą grupą, nadal trzęsła się z
przerażenia. Była śmiertelnie blada, pozlepiane kroplami deszczu włosy opadały
smętnie na jej twarz, a przerażone oczy wpatrywały się intensywnie w wejście.
Nie chciała tam wchodzić, ale gdzie miała się udać? Zagryzła wargę, napięła się
i wreszcie pchnęła drzwi, przekraczając próg.
Musiała
przedstawiać sobą naprawdę marny widok. Karczmarz obdarzył ją zaniepokojonym
spojrzeniem; na szczęście w środku nie było nikogo więcej, tylko nieznany jej
pijaczek pod ścianą. Zamknęła za sobą drzwi i pochyliła głowę, maszerując przez
pomieszczenie sztywnym krokiem. Zostawiała za sobą ślady ubłoconych butów i
spadających z płaszcza oraz włosów kropelek; brakowało tylko łez, ale te
udawało jej się powstrzymać. Nigdy nie płakała.
Wreszcie
dotarła do schodów – jej jedynym marzeniem stał się powrót do pokoju, schowanie
się pod kocem i liczenie na to, że świt nie nadejdzie. Tak byłoby najlepiej.
Nabrała głębokiego wdechu i zaczęła szybko wspinać się po stopniach, by jak
najprędzej móc ukryć się przed światem. Gdy stanęła na szczycie schodów,
postawiła jeszcze jeden krok i wpadła w kogoś. Zamarła, napięła wszystkie
mięśnie i, nim uniosła głowę, poprosiła bogów o łaskę.
Niestety –
bogowie chyba jej nie lubili.
Na jej drodze,
zupełnym przypadkiem oraz okrutnym zrządzeniem losu, stanął sam łowca dusz.
Przelotnie, jakby odruchowo, chwycił jej ramię, żeby zachowała równowagę, potem
cofnął się pół kroku, zwiększając między nimi dystans do odpowiedniego w
zaistniałej sytuacji.
W zaistniałej
sytuacji. Jaka to sytuacja? Nie myślał o tym ani przez chwilę, od kiedy znów
się spotkali. Może czasami. Może krótko. Jednak panował nad swoim umysłem,
posiadł niewyobrażalną samokontrolę, potrafił rozerwać na strzępy każde,
jakiekolwiek, uczucie, wdeptać je w ziemię, a potem uśmiechnąć się do nich
szyderczo.
Łowcy dusz
bowiem byli sami sobie władcami i nikt ani nic nie mogło stać się dla nich
cenne. Wszystko powinni wykorzystywać dla siebie samych.
Uniósł brew,
przeszywając Anabde spojrzeniem. Pewniej chwycił trzymaną butelkę, która
nieznacznie mu się wyślizgnęła przy zderzeniu, potem zmrużył lekko oczy, nie
odrywając od nekromantki wzroku. Twarz miał – jak ciągle ostatnimi czasy
zresztą – nieprzeniknioną, jakby patrzył na kogoś obcego. Zielone oczy zdawały
się sięgać aż do samej duszy i nawet nie przenikać, a właśnie rozrywać, bez
skrępowania poznając każdą tajemnicę.
Jakby
wiedział. Jakby się o wszystkim dowiedział.
Milczał
jednak, jeszcze chwilę się jej przyglądając. Potem popatrzył ponad jej
ramieniem na schody, zastanawiając się, czy Errian już zszedł. Chciał się
przejść godzinę temu, następnie wymyślił studiowanie zachowania broni pod
wpływem poszczególnych żywiołów, później jeszcze próbował wyciągnąć łowcę na
zwiad terenu, by przebadać go pod kątem użycia zaklęć defensywnych oraz
ofensywnych w kontekście użytkownika maga bojowego o średnim poziomie
doświadczenia.
Sheridan nie
chciał tego przyznawać, ale już naprawdę lepiej by było, gdyby się Errian z
rudym rozczochranym dogadali, bo inaczej nieszczęsny łowca z gówniarzem oszaleje.
Z bliżej niewiadomych przyczyn nie podzielał jego ambicji naukowych – które
ujawniały się tylko wtedy, kiedy młodego maga rozsadzały niepokojące myśli. Co
on z nim przeżywał, zanim przyszedł list od Ariene! Jak wyruszyli, to
przynajmniej skupiał się dzieciak na tym, żeby z konia nie fiknąć.
I chociaż jego
rozmyślania nie dotyczyły późnych wycieczek Anabde ani też jej stanu ogólnego –
może jedna; albo dwie; ale naprawdę niewiele! – to nie odrywał od niej tego
przerażającego wręcz wzroku. Spojrzenia, które wiedziało.
Zamarła,
wstrzymała oddech. Słyszała tylko przesadnie głośne bicie własnego serca,
wpatrzona w jego oczy, przerażona. Skuliła się w sobie, zadrżała mocniej i, o
ile to w ogóle możliwe, pobladła jeszcze bardziej; dlaczego?
Potem jednak
przypomniała sobie kim jest, przymrużyła powieki, zacisnęła wargi i wyminęła
go, nie mogąc powstrzymać się przed krótkim, acz dosadnym „kurwa mać”. Starała
się zachować twarz i udawać, że w sumie nic ją nie obchodzi – można powiedzieć,
że całkiem jej to wyszło. Mogło ją zdradzić tylko tych pierwszych kilka sekund
szoku, ale tym się nie przejmowała.
Dopadła drzwi
pokoju dziewczyn, otworzyła je prędko i ukryła się za nimi, nawet nie oglądając
się na łowcę. Potem, gdy nie mógł jej już zobaczyć, oparła się plecami o drewno
drzwi i zacisnęła powieki.
– Spokojnie –
wymruczała sama do siebie, odchylając głowę i robiąc głęboki wdech.
Potem zjechała
po płycie drzwi na podłogę; podciągnęła kolana pod brzuch i objęła je
ramionami, starając się powstrzymać drżenie ciała. Kurwa mać, dlaczego?
Leanelle
uchyliła powieki i napięła się, wsłuchując się w nocne odgłosy. Zapatrzona w
sufit, w strachu czekała na rozwój wydarzeń – przypomniała sobie jednak, że
Anabde nie było w pokoju, gdy zasypiała.
Przechyliła
głowę i zerknęła na skuloną pod drzwiami postać – gdy ją ujrzała, coś ścisnęło
ją w sercu. Miała ochotę podejść do niej i... zrobić cokolwiek, nie wiedziała
co, ale spróbować ją pocieszyć.
W tej samej
chwili Anabde uniosła głowę i spojrzała jej prosto w fiołkowe tęczówki. Nigdy
nie widziała u nekromantki tak dużo bólu i strachu; otworzyła szerzej oczy,
zamarłszy.
Dłuższą chwilę
tak trwały, w końcu Anabde wstała i ruszyła do swojego łóżka, by po chwili
zakryć się kołdrą. Leanelle przegryzła wargę, nie do końca przekonana, czy
powinna tak to zostawić.
– Anabde? –
zapytała cichuteńko, nie chcąc zbudzić reszty towarzyszek.
Odpowiedziała
jej cisza.
Aithne
przeciągnęła dłonią po twarzy i spróbowała nie zaryć nosem w blat stołu.
Zadanie było trudne, dlatego dodatkowo uszczypnęła się w policzek i westchnęła,
przymykając mimo wszystko powieki.
Nie wyspała
się. Szlag by to, od dwóch dni pozostawała w ciągłym napięciu, co chwila
otwierała oczy i sprawdzała, czy wszystko w porządku, czy może jednak powinna
natychmiast się wynosić.
Ale już nie
umiała uciec. To było upokarzające.
– Gdzie ten
gówniarz? – zainteresowała się uprzejmie, uznawszy, że porządne śniadanie
powinno jej przywrócić energię do życia.
– On ma imię –
przypomniała rozbawiona Ariene, zasłaniając ziewnięcie dłonią; zły humor
potwora już, na szczęście, odszedł, znów była normalną, podłą wiedźmą. – O ile go
po drodze nie unicestwią, to chyba będzie w okolicach lady – dodała, odchylając
się, by sprawdzić, czy widzi znajomą czarną czuprynę.
– Nie
interesuje mnie, czy ma imię, tylko czy ma nasze śniadanie – doprecyzowała
upadła, prychnąwszy gniewnie na ulubioną członkinię grupy.
Errian
westchnął i uniósł się, podnosząc z krzesła, by lepiej widzieć ponad głowami
zebranych już w karczmie gości. Aithne momentalnie odwróciła wzrok i zgarbiła
ramiona, bardzo chcąc zniknąć.
Nadal nękało
ją poczucie winy i wyrzuty sumienia, nadal uważała, że tamtej nocy zdradziła
oraz oszukała Anabde, a przy okazji wykorzystała młodego maga. Dlatego naprawdę
nie powinna tu być, z nimi, jakby nigdy nic.
– Dyskutuje z
karczmarzem – oznajmił tymczasem Errian, zajmując znów miejsce.
– Dobra mina
do złej gry? – zagadnął w tym momencie dość leniwie Sheridan, znacząco
rozmasowując skroń i uśmiechając się z przekąsem.
– Tu mu nie
dokuczysz – zgasiła entuzjazm łowcy Ariene i pogroziła Przeklętemu palcem. –
Wyleczyłam go z kaca. Powinniście pić mniej, skoro potem wyglądacie jak trupy –
dodała krytycznie, krzywiąc się wymownie.
– Kto wygląda,
ten wygląda – podsumował Sheridan, wzruszając niedbale ramionami.
– Chyba się
dogadał – mruknął w tym momencie Caleb, oderwawszy wzrok od okna, przez które
od piętnastu minut wytrwale wyglądał.
– Kto? –
zdziwiła się Aithne i spojrzała na myśliwego jak na wariata.
– Aidan. Czeka
na zamówienie – uściślił niezrażony, ograniczając się jedynie do informacji
niezbędnych dla zachowania sensu wypowiedzi.
– Aha. To
dobranoc – postanowiła upadła i ułożyła wygodnie głowę na blacie, uznając, że
nie ma zamiaru czekać bezczynnie, może się chociaż zdrzemnąć.
– Okropnie
wolno mu to idzie – skrytykowała w tym momencie Leanelle, obejmując się za
brzuch.
Była tak
straszliwie głodna, że jej żołądek był bliski strawienia samego siebie. Żeby
jej nie zaburczało w brzuchu, żeby... Zaburczało.
– Bardzo wolno
– dodała niezadowolona, marszcząc nosek.
Anabde
dotychczas ignorowała jej jojczenie, co było dość zaskakujące, ale wreszcie nie
wytrzymała. Obróciła głowę, spiorunowała podopieczną spojrzeniem i zrobiła się
groźna.
– Skończ
marudzić – warknęła.
Leanelle
najpierw spojrzała na towarzyszkę z przestrachem, nie do końca rozumiejąc, co
rudą ugryzło, potem tylko szczelniej objęła się ramionami i zamknęła jadaczkę.
Ale była głodna.
A Anabde taka
wkurzona. Cador przypatrzył jej się uważnie, zaniepokojony tak wrogim
nastawieniem nekromantki; zerknął kontrolnie na Sheridana, zastanawiając się,
czy to jego wina, ale nie znalazł u łowcy odpowiedzi.
– Nie gryź –
poprosił koleżankę spokojnie, ale został obdarzony tak nienawistnym
spojrzeniem, że postanowił więcej się nie wtrącać.
Uniósł ręce w
obronnym geście i dla bezpieczeństwa przysunął się bliżej Caleba.
– Myślisz, że
ja nie będę gryzł? – spytał rozbawiony myśliwy, patrząc na Cadora z pewnym
pobłażaniem; wielki obrońca, no naprawdę!
– Jesteś
potulny jak baranek – postanowiła mu uzmysłowić Ariene, wzruszając ramionami.
– W porównaniu
do ciebie? Potulny i błyskotliwy – poprawił wiedźmę, uśmiechając się kącikiem
ust.
Ariene sapnęła
zirytowana i zmrużyła niezadowolona oczy, przez co wyglądała, jakby obmyślała,
w jaki sposób skrzywdzić Caleba nieodwracalnie. Aithne obróciła głowę tak, by
leżeć na stole drugim policzkiem i mruknęła coś o przyssanym do kręgosłupa
żołądku, ale zaraz dodała, żeby się nie przejmowali, bo po co.
– Zaraziłaś
się od Lei? – zainteresował się Errian, spoglądając na rudą głowę z
rozbawieniem i czułością jednocześnie; nie widziała, więc mógł sobie pozwolić.
– Nie, jestem
głodna i zmęczona, jeszcze jakieś pytania? – warknęła rozeźlona.
– Czemu jesteś
w dodatku głupia? – westchnął od razu Sheridan, wznosząc oczy do sufitu w
niemym wyrzucie kierowanym do wielkiego Silthe, który, zdaniem łowcy,
spartaczył robotę w przypadku rudego rozczochranego.
Ariene
uśmiechnęła się szeroko z rozbawieniem, jednak nie zdążyła nic więcej zrobić,
kiedy nagle tuż nad jej ramieniem, czubem w stronę blatu, przemknął sztylet.
Zastygła, lekko napinając leżącą na stole dłoń, a ostrze wbiło się między jej
palcami, dotykając skóry. Na twarzy wiedźmy nie pojawiły się niemalże żadne
uczucia, tylko przez ułamek sekundy w oczach gościło zaskoczenie.
Zaraz potem
poczuła na szyi gorący oddech i zerknęła w tę stronę, nie obracała jednak
głowy, trwając nieruchomo niczym posąg.
– Witaj,
czarodziejko – zamruczał pochylający się nad Ariene młodzieniec; na jego
przystojnej twarzy wykwitł zadowolony, pełen dziwnego wyrazu uśmiech. – Od
kiedy to zadajesz się z takim towarzystwem? – dodał, unosząc wzrok orzechowych
oczu na pozostałych zebranych przy stoliku.
– Derek, kopę
lat – skwitowała zwięźle, również się uśmiechając.
Aithne aż
podniosła głowę ze stołu, zapominając o tym, że miała zamordować Sheridana.
Zamrugała i wytrzeszczyła oczy, przyglądając się nieznajomemu podejrzliwie.
Hessan wydał z
siebie bliżej nieokreślony dźwięk, który miał wyrazić jego wrogość wobec
nowoprzybyłego. Nie zdążył jednak go dziabnąć, jak to zamierzał, bo Leanelle
zamknęła mu pysk dłońmi. Smok zaczął burczeć cichutko, machając na boki ogonem.
Jednak
pseudo-warknięcie Hessana nie zawierało w sobie tylu negatywnych uczuć, co
jedno krótkie spojrzenie Cadora.
Kiedy
nieznajomy pochylił się nad Ariene, obrońca w myślach zdążył przypalić go
żywcem, poćwiartować i rzucić jego szczątki głodnym paniom na pożarcie. Tylko
wprawny obserwator byłby w stanie zauważyć, jak mężczyzna napiął się, ledwie
powstrzymując się od gwałtownej reakcji – czytaj, tylko Caleb zorientował się,
że Cador był o krok od przywalenia Derekowi w tę ładną buźkę. Za dużo nerwów
ostatnio, za dużo.
Jednak zamiast
prezentować swoje umiejętności w walce wręcz, Cador uśmiechnął się pogodnie i
sięgnął po wbity w blat stolika sztylet nieznajomego. Bez wysiłku wyjął broń,
podrzucił w powietrzu i złapał za ostrze, podając Derekowi rękojeść.
– Niezbyt
ostry – rzucił lekko, ot tak, osobista uwaga.
Jasne.
Ale jakoś nikt
się nie dał sprowokować komentarzem nieznajomego. Anabde tylko przeszyła
mężczyznę wzrokiem, a potem uznała, że gra nie jest warta świeczki.
Derek
uśmiechnął się w taki sposób, że większości kobiet prawdopodobnie nogi by się
ugięły, gdyby go teraz zobaczyły, i odebrał swoją własność, przyglądając się
Cadorowi ze spokojem, jakby nie uznawał go za jakkolwiek ciekawego czy
groźnego.
– Nie
chciałbym przecież skrzywdzić naszego kwiatuszka, prawda? – odparł na to, z tym
samym uśmiechem przenosząc wzrok na Ariene; niedbałym ruchem odgarnął jej włosy
za uszy, jakby robił to codziennie. – W końcu mogła stracić swój niebywały
refleks.
Wiedźma
uśmiechnęła się w odpowiedzi i ze stoickim spokojem poprawiła odgarnięte przez
Dereka włosy, układając je znowu tam, gdzie były. Dopiero wtedy przekręciła się
trochę na krześle, by widzieć młodzieńca lepiej.
– Co tu
robisz? – spytała po prostu, unosząc brew. – Myślałam, że miałeś dużą robotę w
Funnahu – dodała sceptycznie.
– Tęskniłem za
tobą! – odparł święcie oburzony, po czym zaprezentował w szerokim uśmiechu
białe zęby. – Fucha się sypnęła, kontakt próbował nas wrobić. Przekierowano
mnie tu i kazano zająć się czymś, żebym nie wyszedł z wprawy – stwierdził.
– Dlatego
spacerujesz od stolika do stolika i wbijasz napotkanym kobietom sztylet między
palce. Logiczne – odparł Caleb, również przyglądając się Derekowi z pewną
niechęcią; czyżby zaraził się od Cadora?
– Nie
słyszałeś? To z troski. Sprawdza ich refleks, żeby nie dały się skrzywdzić
komuś lepszemu w ostrzeniu sztyletów. Jesteśmy pod wrażeniem – burknęła w tym
momencie, dość niespodziewanie, Leanelle.
Przelotnie
zerknęła na nieznajomego i z miejsca uznała, że go nie lubi. Dlaczego? W sumie
nie miała konkretnego powodu: ot, wpieprzył się z buciorami i irytował ludzi.
Głodna Leanelle to zła Leanelle, taka prawda.
Hessan
przestał się wyrywać i zamruczał cichutko, bardzo dumny ze swej pańci. Pewnie
zaraz zostanie zripostowana, ale wystarczy malutkie zaklęcie...
Cador poczuł
nagły przypływ wdzięczności wobec swojego przyjaciela i sympatii dla Leanelle,
jednak nadal grał spokojnego, przyjaznego i w ogóle do rany przyłóż.
– Wątpisz w
nią? – zasugerował z rozbawieniem.
Został
zignorowany, bo gość już zajął się szczerzeniem zębów do Ariene; przyjął to
mężnie, chociaż ręka zaczęła go świerzbić.
Caleb parsknął
śmiechem. To było do niego niezbyt podobne, bo w gruncie rzeczy śmiał się
rzadko i dość cicho, ale tym razem nie wytrzymał.
Bawiło go
lekko zirytowane zachowanie Ariene, mocno zirytowane zachowanie Cadora, a na
koniec Leanelle… no właśnie.
– Szach i mat
– stwierdził bardzo rozweselony.
– Tylko o co
się tu rozchodzi? – zainteresowała się zdegustowana Aithne, zmarszczywszy z
dezaprobatą czoło. – Chcesz ją podziurawić tą wykałaczką czy przelecieć w
końcu? – dodała, szukając pomocy u zebranych.
Tym razem to
Sheridan cicho parsknął, na co dostał w ramię od Erriana. Niestety młody mag
nie mógł dosięgnąć do Aithne, dlatego ograniczył się do dość karcącego
spojrzenia. Derek natomiast rudym rozczochranym się zainteresował.
– No cóż, nie
wyglądasz na kogoś, kto znałby się na przelatywaniu kogokolwiek – skwitował
wtedy z tym swoim firmowym uśmieszkiem.
Nim Aithne
zdążyła znajomemu Ariene wyznać, co mu zrobi z czym i kiedy, i w jaki sposób, a
potem to zademonstrować, z krzesła podniósł się Errian. Podniósł się,
powyglądał groźnie kilka sekund, po czym został szarpnięty przez Sheridana i
siłą posadzony z powrotem. Łowca rzucił magowi pełne dezaprobaty spojrzenie.
– Goguś,
zaopiekuj się swoim kwiatuszkiem, tego potwora mogę obrażać tylko ja – ostrzegł
uprzejmie i uśmiechnął się, szczerząc ostrzejsze zęby.
– Starczy –
rzuciła coraz bardziej zirytowana Ariene, przeciągnąwszy dłonią po twarzy.
– Ari, pozwól
na chwilę, chciałbym z tobą pogadać. Dawno się nie widzieliśmy – zwrócił się do
wiedźmy Derek, przyjrzawszy się Sheridanowi sceptycznie, jakby oceniał, czy
warto jest reagować na jego słowa.
Najwyraźniej
nie.
Wyprostował
się, przesuwając lekko dłonią po ramieniu Ariene, po czym odwrócił się i
odszedł energicznym krokiem w stronę stolika, który najwyraźniej do niedawna
zajmował. Wiedźma zabębniła palcami w blat, marszcząc lekko czoło – wyglądała,
jakby nad czymś intensywnie rozmyślała, i Caleb uświadomił sobie, że wie, o co
chodzi.
Z niepokojem
patrzył, jak kobieta podnosi się z miejsca, uśmiecha się zdawkowo do zebranych
i rusza śladem Dereka, zostawiając przyjaciół.
I zabijając
biednego obrońcę.
Jeszcze liczył
na to, że wiedźma nie przyjmie zaproszenia; wyraźnie się wahała, dając mu
większą nadzieję. Kiedy wstała, przez krótki moment wyglądał jak zbity
szczeniak. Potem jednak przypomniał sobie, jak powinien się zachować, i znów
założył maskę spokojnego, opanowanego Cadora. Tylko dziwnie mu się dłoń w pięść
zacisnęła, ale schował ją pod stołem, więc nikt nie widział.
Jedynym
komentarzem Anabde było uniesienie brwi, kiedy odprowadzała Ariene spojrzeniem.
No proszę.
Leanelle za to
znów zainteresowała się swoim domagającym się jedzenia brzuchem; aż się skuliła
w nadziei, że to powstrzyma burczenie. Miała jednak minimalne wyczucie sytuacji
i zorientowała się, że to nie jest odpowiednia chwila na marudzenie. Zerknęła
tylko w stronę lady; następnym razem to ona pójdzie po żarcie, jak nafuczy na
karczmarza, to dostaną obiad w pięć minut.
Albo nie
dostaną wcale, ale zawsze można pogrozić smokiem. Nie jest może bardzo okazały,
trudno jednak zaprzeczyć jego złośliwości.
Potem zerknęła
kontrolnie na Cadora z nadzieją, że facet wytrzyma presję.
Caleb
zarejestrował, że Aidan płaci za przyniesioną tacę z jedzeniem, potem jednak
przyjrzał się Ariene, marszcząc czoło. Nie spodziewał się tego po niej.
Wydawało mu się, że poznał ją wystarczająco dobrze, a tu… niespodzianka. Nie
skomentował tego jednak w żaden sposób, nie chcąc dobijać przyjaciela.
Derek odsunął
Ariene krzesło, widać było, że wywróciła oczami. Usiadła ledwie na brzegu,
zaraz założyła nogę na nogę i spojrzała na młodzieńca wyczekująco, kiedy ten
zajmował miejsce. Nie wyglądała na zadowoloną z rozwoju wydarzeń – a może
krępowało ją to, że nadal pozostawała w zasięgu ich wzroku? Caleb przymrużył
oczy.
Derek
przysunął się bliżej blatu i pochylił się w stronę wiedźmy, uśmiechając się w
bardzo jednoznaczny sposób, co myśliwego niezwykle zniesmaczyło. Nie odrywał
jednak od nich wzroku, zauważywszy, że Aidan tułacze się w ich stronę.
– Pomóż ktoś
młodemu – rzucił w przestrzeń, obserwując.
Widział więcej
niż wszyscy, ale nadal nie wiedział, czemu Ariene tam poszła. Zupełnie mu to do
niej nie pasowało.
Errian bez
słowa podniósł się z miejsca i poszedł na pomoc Aidanowi, który miał wyraźne
problemy z przedarciem się do stolika. Caleb tymczasem oparł brodę na
splecionych dłoniach, analizując.
Derek nie
spuszczał spojrzenia z Ariene, nie kryjąc się z tym, jak przyjemnie mu się na
nią patrzyło. Widać jednak było, że nie jest dla niego żadną tajemnicą czy
nowością – czyżby mieli wspólną, ale przeszłą już, zażyłość? Całkiem możliwe,
jak wywnioskował Caleb, chociaż wiedźma nadal wydawała się trochę spięta. I
nieco wyniosła, kiedy słuchała mówiącego do niej młodzieńca.
Przy tych
wnikliwych analizach i rozbudowanych przemyśleniach przyjaciela Cador wychodził
dość blado. Jego jedyną, ale za to bardzo głośną myślą było „KURWA MAĆ”.
Przekleństwo to dość zgrabnie ukrywało się pod osłonką sympatycznego uśmiechu.
Swojego
biednego ucznia nawet nie zauważył, tak samo jak jedzenia, które zostało mu
podstawione pod nos. Odchylony na krześle, ze zdenerwowaniem przypatrywał się
gawędzącej niedaleko parze. Niech no tylko ten goguś spróbuje coś zrobić.
Innego zdania
na temat jedzenia była Leanelle, która, zobaczywszy parujący talerz żarcia,
uśmiechnęła się szeroko. Uśmiechem tym obdarowała nawet, wprawdzie zupełnie
nieświadomie, Aidana, kiedy odbierała od niego swoją porcję. Gdy tylko
postawiła naczynie na stole, zabrała się do jedzenia, pochłaniając śniadanie w
zastraszającym tempie. Porcja nie była mała, ale wyglądało na to, że jej
braknie.
Anabde tego
dnia wszystko odbierała z niechęcią. Podziękowała Errianowi krótkim
mruknięciem, gdy ten postawił przed nią śniadanie; wzięła sztuciec i zaczęła
dziabać nim porcję, nie do końca przekonana, czy jest w stanie cokolwiek
przełknąć. Tocząc taką walkę z własną porcją, od czasu do czasu rzucała okiem
na Ariene i Dereka; przyglądała im się dość nieprzychylnie, ale co tam, nie jej
interes.
Aidan zastygł
na krótką chwilę, dostrzegłszy uśmiech Leanelle, po czym sam też, bardzo
niepewnie, się uśmiechnął, choć już tego nie widziała. Wrócił na swoje miejsce
i ukradkiem zajął się posiłkiem, nadal wyraźnie oszołomiony i z nieco
nieobecnym spojrzeniem. Nikt nie zwrócił jednak na jego rozanielenie uwagi, a
przynajmniej nikt z tych, którzy to zauważyli.
Zagadką nie
jest, że Caleb widział wszystko, nawet jeśli nie patrzył akurat w tę stronę.
Dostrzegł zachowanie Aidana, ale głównym celem obserwacji nie był ten
rozmarzony uśmiech chłopaka, tylko Ariene oraz Derek. Jak większość straciła nimi
zainteresowanie – oburzona Aithne bardzo się ucieszyła na jedzenie i zapomniała
o zniewadze – tak Caleb, solidarnie z biednym Cadorem, wytrwale kontrolował
sytuację.
W pewnym
momencie na twarzy Ariene pojawiło się zdumienie, przysunęła się bliżej stolika
i pochyliła do Dereka, wyraźnie chcąc dokładnie wszystko usłyszeć, co mówił. To
wywołało wyraz triumfu na obliczu młodzieńca, jednak spróbował nie dać tego po
sobie poznać i opowiadał dalej, błądząc wzrokiem po wiedźmie.
Wreszcie
kobieta stanowczo mu przerwała, ale cała rezerwa, z jaką do niego podchodziła,
momentalnie minęła, co Caleba zastanowiło. Wiedźma zdecydowanie się rozmową
zainteresowała i bardzo energicznie wyraziła swoje zdanie – to nadal
zaskakiwało myśliwego. Wtedy Derek uniósł wysoko brwi i roześmiał się z
niedowierzaniem, które Caleb usłyszał nawet z tej odległości.
Ariene ucięła
to krótko, nadal stanowcza, i podniosła się, dając jednak towarzyszowi czas na
dopowiedzenie czegoś. Młodzieniec natychmiast także się podniósł, mówiąc
jeszcze, po czym uśmiechnął się po swojemu, bardzo znacząco, i pochylił się nad
wiedźmą. Kobieta obróciła od razu twarz, przez co jego usta ledwie musnęły jej
policzek; już odsuwała krzesło i odchodziła, oglądając się przez ramię i mówiąc
coś uspokajająco do Dereka, bo unosiła w charakterystycznym geście dłoń.
Wracała, jak
zawyrokował Caleb, przyglądając się idącej do nich Ariene.
I dobrze, że
wracała, bo tylko to powstrzymało Cadora przez okazaniem swojego niezadowolenia
w bardzo konkretny sposób. JAK ON ŚMIAŁ. Pocałował ją w policzek, w policzek
tylko dzięki interwencji wiedźmy, wydaje mu się, że kim jest?
Bardzo mu się
to wszystko nie podobało, stracił apetyt i radość życia, siedział tak z
założonymi rękami i przypatrywał się Ariene intensywnie. Zerknął jeszcze w
stronę Dereka; ten nie patrzył na niego, więc Cador przestał się sztucznie
uśmiechać.
Jasna cholera,
upadły zniknął, to się kolejny pajac pojawił. Szlag by to. Kurwa.
Anabde
przestała udawać, że cokolwiek zje; odłożyła sztućce i odsunęła talerz.
Zainteresowała się za to Ariene – zawiesiła na niej intensywne spojrzenie,
czekając.
– Jest robota!
– oznajmiła śpiewnym głosem wiedźma, przysiadając na swoim poprzednim miejscu
jak na szpilkach.
– Radosna jak
skowronek – pozwolił sobie podsumować Caleb, zmiażdżywszy kobietę znaczącym,
niezadowolonym spojrzeniem.
Ariene
przyjrzała się mu zdumiona, unosząc brwi, po czym zainteresowała się znowu
pozostałymi, uśmiechając się szeroko.
– Za dwa
tygodnie jest organizowany tu bal. Wszystko ładnie i pięknie, ale pewnemu
nadzianemu gościowi naprzykrzył się organizator tego przedsięwzięcia, szlachcic
z wyższych sfer, nazwisko de Reiss. Ma tego wieczora wyzionąć ducha –
przedstawiła sytuację, uśmiechając się znacząco. – Płacą. Dobrze. Trzy razy
lepiej niż za Perrian – dodała i przeniosła wzrok na Erriana.
– Jesteśmy
ubogą szlachtą – mruknął rozbawiony młodzieniec.
– Jasne, a jak
niby wejdziemy na ten bal? – zainteresowała się sceptycznie Aithne. – I jak
kropniemy kolesia w tłumie gości, o ucieczce nie wspominając?
– Zostaw to
mi, do wieczora opracuję plan. Najbardziej martwiłabym się charakteryzacją –
przyznała wiedźma, nieco markotniejąc.
– Dajcie mi
materiał, a zrobię wam co tylko wymyślicie – postanowił uspokoić ją Caleb, z niezadowoleniem
zarejestrowawszy, że Derek przygląda się Ariene wyczekująco.
– Świetnie –
ucieszyła się od razu, znów uśmiechając się szeroko. – To jak, wchodzimy w to?
– spytała, unosząc się lekko, jakby gdzieś już się jej spieszyło.
Cador miał
ogromną ochotę powiedzieć „nie, kurwa, skoro propozycja wyszła od tego pajaca”.
Nie chciał jednak wyjść na zazdrośnika – którym, jak się okazało, był – więc
milczał, nawet nie spoglądając na pozostałych. Róbta co chceta.
Leanelle
uznała, że jej głos się nie liczy, bo nie spełnia w grupie jakiejkolwiek roli.
Dodatkowo jedzenie było ważniejsze od durnego zlecenia, dlatego nie
odpowiedziała na pytanie, zajęta wpychaniem sobie do buzi kolejnego kęsa.
Anabde chwilę
rozmyślała nad sprawą. Koniec końców uznała, że to nie miejsce na sentymenty
(wybacz, Cador), a pieniądze są potrzebne. Dlatego, spojrzawszy Ariene w oczy,
kiwnęła lekko głową.
Większość
opowiedziała się po stronie nekromantki, zatem organizatorka przedsięwzięcia po
chwili pochylała się nad talerzem ze swoim śniadaniem, porywała z niego kilka
kęsów i jednocześnie unosiła dłoń, gest kierując do Dereka.
Młodzieniec
skinął głową jej plecom, sięgnął do płaszcza i wyciągnął stamtąd kopertę, ale
Ariene już nie zwracała na niego uwagi.
– Dobra,
ogarnijcie formalności, ja się zmywam – postanowiła, z trudem przełknąwszy to,
co napchała sobie do ust.
– Dokąd? –
spytał od razu Caleb, uznawszy, że Cador znajduje się w takim stanie, iż
prędzej by wiedźmę uwięził w zamku w najwyższej wieży niż po ludzku dowiedział
się, gdzie też kobieta zmierza.
– Załatwić
kilka spraw – odparła z uśmiechem, sprawnymi ruchami wiążąc włosy w wysoką
kitkę. – Wrócę najpóźniej wieczorem, do tego czasu, Anabde, zastanów się, czy
miałabyś skąd zdobyć tkaniny. Do potem! – zawołała jeszcze i ruszyła do
wyjścia, dezorientując idącego do stolika Dereka.
Młodzieniec
jednak szybko przybrał zwyczajową minę, zbliżył się do zebranych i rzucił
kopertę na stół. Uśmiechnął się przy tym dziwnie, mierząc ich wzrokiem.
– Są tam
potrzebne wam informacje o celu oraz okolicznościach zdarzenia – oznajmił, przymrużając
oczy.
Stary,
zachowuj się. Jesteś dojrzałym, odpowiedzialnym człowiekiem, nie będziesz
wszczynał kolejnej bijatyki.
Kilka wdechów
i Cador już mógł, opanowany, uśmiechnąć się do Dereka serdecznie i wziąć do
ręki rzuconą przez młodzieńca kopertę.
– Świetnie –
mruknął, chociaż w myślach dopowiedział, że świetnie to byłoby mu zostawić
szpecącą bliznę na twarzy.
Tak, ta wizja
była na tyle przyjemna, że aż uśmiech wyszedł naprawdę wiarygodnie.
Leanelle nie
do końca ogarniała zachowanie Ariene – odprowadziła ją spojrzeniem szeroko
otwartych ocząt. Gdy wiedźma wyszła, szatynka wzruszyła ramionami i wróciła do
pałaszowania, to jest dojadania tego, co jeszcze się na talerzu uchowało.
Z tejże
przyczyny nie mogła poprosić Dereka, by spierdalał – miała pełną buzię. Ale to
właśnie chodziło jej po głowie, gdy spoglądała na niego nieprzychylnie, mrużąc
fiołkowe oczy. Hessan podzielał zdanie swojej pańci; warknął, szczerząc ostre
ząbki i kołysząc końcówką ogona.
Derek nie
zamierzał zabawić u nich długo, bo skinął Cadorowi głową, zawrócił i
najwyraźniej postanowił założyć, że tych państwa nigdy nie spotkał. Pewnie do
momentu, w którym wróci Ariene.
Caleb
westchnął ciężko.
– No, stary,
powodzenia – skwitował i ze spokojem przesunął porcję Ariene w stronę Leanelle.
– Nasza wiedźma chyba nie będzie kończyć – stwierdził i zajął się własnym
śniadaniem, uznawszy, że Cador jest biedny.
– Zaraz cię
skrzywdzę – poinformował Caleba przyjaciel, zgrzytając zębami.
Odprowadził
Dereka wyjątkowo poirytowanym spojrzeniem, a gdy ten zniknął mu z pola
widzenia, przestał ukrywać się ze swoimi emocjami.
Emocji było
bardzo dużo. Nie były pozytywne.
Leanelle za to
pisnęła z radością, gdy Caleb podsunął jej kolejną porcję. Uśmiechnęła się
przeszczęśliwa i zabrała do pochłaniania zawartości talerza – nagle jej życie
zrobiło się piękne.
– Jesteś
świetny – postanowiła poinformować myśliwego w przypływie radości.
Anabde
spojrzała na nią krytycznie, westchnęła ciężko i podsunęła jej również swój
talerz, uznając, że ona zdecydowanie nic nie przełknie.
Leanelle nie
wyglądała na przerażoną czekającą na nią ilością jedzenia, wręcz przeciwnie.
– Ty też
jesteś świetna – oznajmiła jej, gdy przełknęła aktualnie przeżuwany kęs.
Hessan
zaskomlił cichutko, więc z ciężkim sercem oddała mu kawałek mięsa.
Tę to naprawdę
nietrudno jest uszczęśliwić.
Dżizas, dlaczego ja nie umiem znaleźć słów na komentarz? _-_ ŚWIĘTA >.<
OdpowiedzUsuńDobra. Ile ty masz nicków? xD
UsuńEm... na razie trzy XD Sirastril, od bohaterki opowiadania. Siostra Mniejsza, od Sirastril, czyli bohaterki opowiadania i Dazzler, bohaterka komiksowa XDD
Usuń. . . Ok... never mind xDDD
Usuń