piątek, 28 grudnia 2012

57. Wieści o organizacji



Słońce chyba zamierzało zabić wszystkich mieszkańców tej strony karczmy. Świeciło niemiłosiernie, na niebie żadnej chmurki, a promienie od ładnych kilku godzin nagrzewały szyby w oknach i rozgrzewały deski podłogi oraz pościel na zaścielonych łóżkach. Nie było dokąd uciekać – na zewnątrz duszno, w pokoju nie lepiej, a strach cokolwiek uchylić, by żar nie buchnął w twarz. Katastrofa.
– Zaraz zaczniesz się rozkładać – mruknął spokojnie Caleb, z precyzją odcinając niezbędny do nowego elementu stroju kawałek materiału; szmatka była nader szmatława, jakby psu z gardła wyciągnięta, i o to właśnie chodziło. – Wtedy zaczniesz śmierdzieć, a ja nie będę miał gdzie pracować.
– Och, biedny ty – westchnęła Ariene, dosłownie rozwalona na łóżku w sposób, w jaki żadna dobra panienka ze szlachty rozwalać na łóżku się nie powinna.
A już na pewno nie przy młodym mężczyźnie, nawet zaręczonym.
 – Chyba nie jest mi cię aż tak bardzo żal.
– Właściwie w jakim celu… przyjęłaś tę, ehem, pozycję? – spytał, rzuciwszy na towarzyszkę okiem, by zaraz wrócić do szycia, żeby żaden szew nie był krzywy czy nieregularny; wszystko musiało wyjść idealnie, nawet jeśli robił ubranie dla stajennego, który był kobietą.
– A co, chętny? – stęknęła, obracając się z pleców na brzuch.
Nie sprawiło to, że zaczęła wyglądać bardziej grzecznie.
– Nie, przerażony.
– Spadaj – prychnęła zaraz, ale to też nie zmotywowało ją do ruszenia swego konającego ciałka. – Zwiększam powierzchnię parowania – odpowiedziała na pierwsze pytanie, zamykając z rozpaczliwym jękiem oczy.
Czy mógłby lunąć deszcz? Byłaby wdzięczna. Z radości chyba wyskoczyłaby przez okno, a co, nie takie rzeczy się robiło. Albo może Caleb poszedłby po coś dobrego dla ochłody, cokolwiek. Zastanowiła się, czy jest na tyle bezwstydna, by tego zapracowanego człowieka podle wykorzystać.
– To wyparuj mi po nitki do mojego pokoju – zaproponował, szybko dostrzegłszy w aktualnej sytuacji plusy. – Albo poczekaj. Mogłabyś parować w pionie? – zmienił koncepcję, na chwilę odłożywszy robótkę ręczną.
Ariene zaśmiała się bardzo niepokojąco, co skupiło uwagę myśliwego na rozweselonej wiedźmie. Uniósł brew, sięgając po centymetr.
– Jak to zabrzmiało – mruknęła i znowu zachichotała.
– W twoim przypadku nieszkodliwie – odparł, kręcąc głową; przywykł już jednak do tego, że Ariene daleko było do damy. – Chodź tu, zmierzę twoje walory – rozkazał, rozwijając tasiemkę z zadowolonym uśmiechem.
– Nie da się na leżąco? – jęknęła zrozpaczona.
– Dałoby się, ale nie chcę stracić życia, gdyby pewien ktoś tu wszedł. Ktoś z płową czupryną. Ruszaj zadek, podła wiedźmo – powtórzył nieugięcie Caleb.
– No już – poddała się, sturlała się z łóżka i kiedy myśliwy już chciał doskakiwać, by uratować ją od gruchnięcia na podłogę, podparła się w ostatniej chwili ręką.
Udało się jej wstać, otrzepać się z nieistniejącego kurzu, a potem ustawić się przed ich aktualnym krawcem, spoglądając na niego pytająco. Caleb obszedł Ariene dokoła, rozważając coś w myślach, po czym machnął dłonią.
– Ręce do góry, to napad – rzucił niedbale.
Wiedźma wywróciła oczami i spełniła polecenie, z ciekawością przyglądając się temu, czego wymiary będzie myśliwy brał.
Zaczął od bioder; pokiwał głową, westchnął, odszedł, zanotował coś na skrawku papieru i wrócił do niej. Potem skupił się na ramionach, przedramiona sobie darował. Następnie przyszedł czas na obwód barków. Za każdym razem cofał się do stolika, pisał szybko dane i wracał do ofiary. Na samym końcu zmierzył klatkę piersiową Ariene i z pewną rezygnacją pokiwał głową.
– Coś nie pasuje? – zainteresowała się uprzejmie, śledząc myśliwego wzrokiem.
– Nie no, wszystko świetnie, ale zabraknie mi na ciebie materiału – jęknął zdruzgotany i popatrzył z przerażeniem na jej biust.
– Nienawidzę cię! – parsknęła, złapała pierwszą lepszą poduszkę i rzuciła nią w Caleba, dodatkowo jeszcze mordując towarzysza wzrokiem, a co.
Myśliwy zachichotał cicho, osłoniwszy się ramieniem, i z powrotem przysiadł na zajmowanym przed chwilą łóżku, wracając do przerwanej pracy. Wiedźma zmrużyła groźnie oczy, szybko jednak zainteresowała się czymś innym – na stoliku prócz kartki z wymiarami leżały także szkice.
Zbliżyła się do blatu i przesunęła papier dłonią, przyglądając się rysunkom. Na dobry początek musiała stwierdzić, że Caleb ma talent. Uniosła brwi, śledząc wzrokiem precyzyjnie nakreślone linie, które łączyły się w nadzwyczaj zgrabny oraz realistyczny szkic konceptu.
Każdy element miał swoją adnotację, niektóre nawet otrzymały osobne miejsce na kartkach, by dokładniej omówić niuanse. Pomysły były cztery, z czego na dwóch postawiono gruby, czarny wykrzyknik. Ariene przestudiowała to wzrokiem.
– Skąd tak dobrze znasz budowę tradycyjnego gorsetu? – nie wytrzymała, unosząc na myśliwego wzrok.
– Z doświadczenia życiowego oraz zawodowego – odparł bez mrugnięcia okiem. – Plany mogą być?
– Nie chcę wiedzieć, po co ci był w twoim zawodzie gorset – mruknęła pod nosem, jeszcze chwilę śledząc spojrzeniem linie. – Jak dla mnie bomba. W życiu bym na to nie wpadła, szczerze mówiąc – przyznała grzecznie, unosząc brwi.
– To wyparuj po te nitki, kończę strój stajennego, muszę zmienić kolory – stwierdził, nie odrywając wzroku od pracy.
– Dopiero?
– Mundury już zrobione, także ubranie dla woźnicy, garnitury dla Sheridana i Erriana w trakcie – zakomunikował grzecznie.
– O w mordę – wyrwało się zaskoczonej wiedźmie.
– No, więc idź… Aithne! – ucieszył się niespodziewanie, widząc upadłą w progu.
Przeklęta popatrzyła po zebranych podejrzliwie, zmarszczyła czoło, a potem obróciła się w miejscu i stanowczo ruszyła w drogę powrotną, uznawszy, że ona się nie pisze na siedzenie w jednym pokoju z tymi szaleńcami.
Nie zdążyła jednak uciec, bo myśliwy doskoczył do niej, złapał za nadgarstek i wciągnął do środka, dokładnie zamykając za nimi drzwi. Zaprowadził warczącą upadłą do swojego stanowiska i wręczył jej kawałek szmatki.
– Twój strój. Przymierz. A klatkę piersiową na bal zabandażujesz, najwyżej poprosisz kogoś o pomoc – polecił, machnąwszy niedbale ręką.
Aithne popatrzyła na niego tak, że Ariene uznała, iż, mimo że będzie to cudowne przedstawienie, to ona się woli natychmiast stąd zmyć.
– Miłego – pożyczyła koledze, uśmiechnęła się brzydko i opuściła pole bitwy, by zdobyć tak upragnione przez Caleba nitki.
O ile na cokolwiek mu się przydadzą, kiedy upadła już z nim skończy.

Najpierw zapukała – w końcu tego wymagała grzeczność. Podejrzewała jednak, że nikogo w pokoju nie będzie, nie o tej przedpołudniowej godzinie. Nie czekała dlatego zbyt długo, po prostu chwyciła klamkę i ją nacisnęła, od razu wchodząc do pokoju.
Przypomniało jej się, że zna kogoś, kto robił dokładnie to samo, i uśmiechnęła się z rozbawieniem. Ale pudełko z nićmi było ważniejsze niż dobre wychowanie, przynajmniej tak wnioskowała po minie Caleba, kiedy ją prosił, by je przyniosła.
Przekroczyła próg i od razu rozejrzała się dokoła, wychwytując w pomieszczeniu… Cadora. Mimowolnie przystanęła, trochę zaskoczona, ale zaraz posłała mu pogodny uśmiech i znów przeczesała okolicę wzrokiem.
– Widziałeś gdzieś nitki tego irytującego człowieka? – spytała, podparłszy się pod boki, ale prawie od razu ruszyła w stronę łóżka myśliwego, bo może tam je zostawił.
Trochę wątpiła w to, czy szycie strojów na zadanie powinno spoczywać tylko na barkach Caleba. Nie była nawet pewna, czy ubiór będzie przypominał to, co ma przypominać, ale z drugiej strony brakowało im pieniędzy. Musiała zaufać mężczyźnie, chociaż nie do końca tego chciała. Trudno. Najwyżej coś wymyśli, w ostateczności wszystko ukradnie, nie takie rzeczy się już przecież robiło.
Kiedy twoje myśli krążą wokół jakiejś osoby, naprawdę trudno zachować spokój, gdy ta osoba nagle wchodzi do pokoju. Cador spojrzał na Ariene z niejakim popłochem, za który zaraz się zganił; przecież wiedźma nie mogła czytać w myślach. A nawet jeśliby czytała, nie miał się czym martwić – w tym momencie już dawno by się zdradził.
Uśmiechnął się do niej lekko, odkładając sztylet i obracając przodem do kobiety. Oparł się o szafkę i skrzyżował ramiona na torsie, przyglądając się Ariene z pewnym rozbawieniem.
– Twoje uczucia względem Caleba są prawie tak gorące, jak Aithne względem Sheridana – uznał, bo tak mu się jakoś skojarzyło.
Zaznaczmy, że prawie robi wielką różnicę, bo Ariene i Caleb tak naprawdę się dogadywali. Ich specyficzna relacja niezmiennie śmieszyła Cadora.
– Tak, z pewnością bym za niego wyszła, gdyby nie był zajęty – mruknęła trochę na odczepnego, dopadając do łóżka myśliwego i bezpardonowo odrzucając z niego kołdrę. – Nie tu – oznajmiła, jakby to Cadora interesowało, po czym raczyła paść na podłogę, by zajrzeć pod mebel. – Tu też nie – westchnęła, podnosząc się.
Wyprostowała się, odgarnęła lekko potargane włosy z twarzy, po czym kichnęła serdecznie, dochodząc do wniosku, że było tam dużo kurzu. Potarła nos, przenosząc wzrok nieco załzawionych oczu na Cadora.
– Jakim cudem ty się z nim przyjaźnisz? – zainteresowała się jeszcze, by skierować się od razu do niedużej szafki nocnej, gdzie mógł myśliwy schować te przeklęte nitki.
– Zazwyczaj wszystko zabiera ze sobą – zdecydował się poinformować ją obrońca, przypatrując się wysiłkom Ariene z jeszcze większym rozbawieniem.
Była urocza, naprawdę urocza; no, może nie wtedy, kiedy rzucała człowiekiem o ścianę, ale zdarzało jej się.
Na jej słowa roześmiał się lekko, odpychając od szafki i stając na środku pokoju, by rozejrzeć się dookoła bystrym spojrzeniem. Czego ona szukała? Ach tak, nitek. Nitki. Chyba Caleb naprawdę zabrał je ze sobą, ale zobaczmy.
– Myślę, że sama doskonale mnie rozumiesz, tylko nie chcesz tego przyznać – uznał spokojnie, chociaż wiedział, że za takie słowa prawdopodobnie usłyszy warknięcie lub nieprzystającą damie obelgę.
Sugerował, że doceniała Caleba, bezczelny!
Potem zmrużył jasnozielone oczy, uznając, że szukanie nitek jest bez sensu. Potrafił odnaleźć ukryte przejścia, pułapki, zasadzki i inne takie, ale znajdowanie nitek było beznadziejne.
I rzeczywiście, wiedźma warknęła na obrońcę, zabiła go niezadowolonym spojrzeniem, po czym prychnęła i wydęła z dezaprobatą usta.
– Sam mnie tu wysłał! – żachnęła się z wyrzutem, patrząc na Cadora tak, jakby to wszystko było jego winą i przez niego nie dostała lizaka. – Jak mnie zrobił w konia, to urwę mu łeb przy samej dupie – dodała warkliwym tonem i kopnęła zdenerwowana szafkę.
Coś w niej zagrzechotało, więc pospiesznie złapała za szufladę i spróbowała ją wysunąć. Nic z tego, uparty mebel. Ariene szarpnęła mocniej, krzywiąc się z irytacją. Cały świat przeciwko niej, pewnie!
– Chciej! – prychnęła i pomogła sobie nogą.
Niniejszym szuflada wyskoczyła trochę za daleko i wypadła z szafki prosto na podłogę. Wiedźma w ostatniej chwili się cofnęła, by nie dostać w stopy, i spojrzała na poczynione zniszczenia nieco skonsternowana.
– Pierdolone nitki – zawyrokowała, widząc, że w szufladzie jest tylko stara, zardzewiała śruba.
Cador zaczął rozglądać się uważniej, uznając, że skoro Caleb ją wysłał, to z pewnością gdzieś nitki zostawił. Usłyszał w tle niepokojące dźwięki towarzyszące przeklinaniu Ariene, mruknął więc wesoło:
– Tylko nic sobie nie zrób.
Drgnął, gdy w następnej chwili rozległ się huk. Już miał przekląć, że zapeszył, ale gdy odwrócił się w stronę wiedźmy, okazało się, że nie ucierpiała. To zdecydowanie go uspokoiło.
Westchnął i podszedł bliżej, by podnieść szufladę i włożyć ją na miejsce. Trochę to, co prawda, zajęło, ale on zamiast się szarpać, wykazał się spokojem, precyzją i cierpliwością. Wreszcie udało mu się naprawić szafkę, wyprostował się więc i spojrzał na Ariene; teraz było lepiej, bo bliżej. Mógł się jej przyjrzeć, a korzystał z każdej okazji, by to uczynić.
Już miał coś powiedzieć, gdy jego uwagę przykuło coś powyżej jej ramienia. Przymrużył powieki, a jego oczy nabrały dziwnego wyrazu, jakby zaczął patrzeć inaczej niż przeciętny człowiek, tak... bardziej.
Potem uśmiechnął się kącikiem ust i wyminął Ariene, by przejść na drugi koniec pokoju, do niedużego stołu. Uniósł pozostawioną przez kogoś książkę – prawdopodobnie przez Erriana, coś tam ostatnio studiował – i sięgnął po coś.
– Tego szukasz? – zapytał, zerkając na wiedźmę z satysfakcją.
Nitki!
Ariene przyjrzała się uważnie pudełeczku, jakie trzymał obrońca, przeniosła wzrok na jego twarz, znów na znalezisko. A potem sapnęła oburzona, bardzo niezadowolona z faktu, że potrzebowała jego pomocy, by sobie z takim czymś poradzić.
– Tak – mruknęła jakby nieco obrażona, wydęła usta, po czym przemaszerowała cały pokój; zatrzymała się przed Cadorem i wyciągnęła dłoń, chcąc zgubę odzyskać. – Zaniosę mu je i zrobię przy ich pomocy bolesną lewatywę – postanowiła, mordując spojrzeniem pudełeczko nitek, przez które zachowywała się przez kilka minut jak kretynka.
Nagle zrobiło się jej głupio, uciekła wzrokiem w bok i westchnęła, mając nadzieję, że los przynajmniej oszczędził jej kurzu na twarzy. Wziąć pudełko i sobie szybko pójść, bo pewnie mu też w czymś przeszkodziła. Cholera jasna, Ariene, czemu zawsze musisz tak późno myśleć?
Zniecierpliwiona sięgnęła po drobiazg i spróbowała sama go sobie wziąć, nadal bardziej zafascynowana podłogą niż istotą całego zamieszania. Szlag by to. Znowu to samo, zrobiło się jej dziwnie.
O. Trochę go zaskoczyło, gdy nagle zeszła z niej para. Przechylił głowę, starając się odnaleźć jej oczy, ale ona wwiercała się spojrzeniem w podłogę. Niespodziewanie uśmiechnął się czule; potrafiła być naprawdę urocza. Zwłaszcza kiedy ją tak nagle nie wiadomo czym zbijał z tropu, to było dość zabawne.
Ułożył pudełeczko na wyprostowanej dłoni, by po chwili objąć je palcami i cofnąć rękę. Nic nie powiedział, tylko uniósł brew, czekając na jej reakcję. Mogła to potraktować tak, jakby się droczył i życzył usłyszenia „dziękuję, Cador” albo „proszę, oddaj mi to”. Tak naprawdę chodziło mu tylko o to, by spojrzała mu w oczy. Po prostu.
– Nie wątpię, że będzie zachwycony – mruknął w odpowiedzi na jej groźbę, szczerząc ząbki w dość wyzywającym uśmiechu.
Z całkowitym zaskoczeniem zacisnęła dłoń na samym powietrzu, przez co uniosła wysoko brwi i odszukała spojrzeniem pudełeczko, nie wierząc, że jej uciekło. Nawet ono nie chciało być jej przyjacielem!
– Hej – rzuciła od niechcenia, co chyba w założeniu miało zabrzmieć karcąco; powstrzymała rozbawiony uśmiech, samej nie wiedząc, do czego dokładnie się odnosiła.
Znów spróbowała rzecz odzyskać, tym razem jednak została zmuszona do chwycenia jego dłoni. Zmarszczyła czoło, odkrywając, że zacisnął ją na nitkach dość solidnie, dlatego przymrużyła oczy i zabrała się do odginania jego palców.
Ale, głupiutka, przez cały ten czas nie wpadła na to, by na niego spojrzeć, skupiła się tylko na pudełku.
– Ja chcę – oznajmiła na wszelki wypadek, siłując się z jego palcem wskazującym.
Otworzył szeroko oczy, zastanawiając się, kto i kiedy przeniósł ich w czasie. No dałby sobie rękę uciąć, że stała przed nim nie wiedźma Ariene Tenshi, a mała dziewczynka, której niedobry kolega zabrał zabawkę. Ta myśl wywołała u niego pewne rozczulenie; przyjrzał się kobiecie w taki trochę inny sposób, dostrzegając cały jej urok.
A potem sobie przypomniał, że rzeczywiście mogłaby go poprosić, a nie. Nie trzymała jego dłoni dostatecznie pewnie, by nie mógł jej unieść poza zasięg jej palców. Wykorzystał to, że był wyższy, i wyprostował ramię ku górze – tym samym sprawiając, że pudełeczko stało się dla Ariene nieosiągalne.
– Przekonaj mnie, żebym ci oddał – zaproponował swobodnie.
Uśmiech, który jej posłał, zdecydowanie nie pasował do dorosłego, dojrzałego mężczyzny. Znów odezwał się w nim łobuz; co się działo, najpierw się bije, a teraz zachowuje jak dzieciak. Ech, chłopie.
Ariene aż się zachłysnęła.
– No wiesz? – fuknęła oburzona, marszcząc czoło i spoglądając z tęsknotą za nitkami. – To nie dla mnie, tylko dla Caleba, od tego… to kwestia życia i śmierci, panie Reamonn. Nie bądź wiśnia – jęknęła na koniec i podeszła te dwa kroki bliżej.
Już by się mogło zdawać, że zacznie go przekonywać – po tej przewrotnej kobiecie nie można się było niczego konkretnego spodziewać – kiedy oparła się na jego ramieniu, stanęła na palcach i spróbowała rzecz odebrać siłą, szturmem i prawie gwałtem. Przez chwilę nawet rozważała zrobienie sobie z niego drabiny, to by mogło śmiesznie wyglądać.
– Cador – rzuciła zirytowana, przekonawszy się, że bez podwyższenia to jest przerąbane w kwestii odzyskiwania pudełka. – Jesteś okropny.
– Stwierdzasz oczywistości, mała wiedźmo – poinformował ją z rozbrajającym uśmiechem, niespecjalnie przejmując się tym, że się go uwiesiła.
Nawet mu to było na rękę, że tak powiem.
Jedno ramię już mu ścierpło, wyciągnął więc w górę drugie i przełożył pudełeczko nad głową. Ariene nadal była uczepiona tego, które właśnie opuścił, więc bezczelnie to wykorzystał. Przytulił dłoń do jej twarzy, pochylił się nieco i mruknął z zadowoleniem:
  Nie wychodzi ci.
Kobieta wstrzymała oddech, mocniej chwyciwszy jego ramię, jakby się bała, że niniejszym straci równowagę i upadnie. Bo poniekąd zakręciło się jej w głowie, kiedy wreszcie została zmuszona do spojrzenia mu w oczy i odkryła, że był blisko.
Miała coś powiedzieć, dlatego otworzyła usta, ale się zająknęła i szybko je zamknęła. Nagle ogarnęła ją irytacja – która pojawiła się oraz pozostawała jakkolwiek widoczna tylko bardzo głęboko w niej, spojrzenie nie przejawiało ochoty goszczenia jej w sobie – że potrafił ją tak sprawnie rozbroić i pozbawić jakichkolwiek argumentów. Sprawić, że, cholera jasna, przestawała zupełnie myśleć. Znowu na pewno wyglądała jak kretynka.
Skrzypnęły cicho drzwi i na podłodze rozległ się odgłos stawianych kroków.
– Caleb pyta, co z tymi… – zaczął pogodnie Errian, by urwać gwałtownie; cofnął się z zaskoczeniem, po czym spojrzał na framugę, która akurat znajdowała się po jego boku. – Szlag, przepraszam – mruknął, taktycznie zmieniając powoli pozycję. – Nitki. Prosił, bym pomógł z nitkami, ale tego.
Ariene drgnęła i nerwowo wyplątała się z objęć Cadora, jak i Cadora z własnych, czując, że teraz to dopiero kręci się jej w głowie. Wycofała się, nie wiedząc, gdzie oczy podziać, zupełnie jakby zrobiła coś bardzo złego.
– Nitki – powtórzyła. – Właśnie. Nitki. Zły człowieku – wydukała i podrapała się w szyję, próbując zwalczyć zakłopotanie.
Dotychczas Cador miał w głowie mnóstwo myśli, ale w tej chwili – zwłaszcza po usłyszeniu „przepraszam” – jego umysł pogrążył się w ciszy, od czasu do czasu przerywanej graniem świerszcza. Możliwe, że dopiero po reakcji Erriana zorientował się, jak blisko stali z Ariene i w czym właściwie mag im przerwał.
Kiedy to do niego dotarło, trochę się zirytował. Dlaczego, do jasnej cholery, Errian nie mógł przyjść za kwadrans? No czy coś by mu się stało?! Beznadzieja.
– Masz – mruknął z ciężkim westchnieniem, podając kobiecie pudełko.
Wygrała, trochę niesprawiedliwie, ale wygrała.
A Cador czuł się bardzo rozczarowany.
– Nie mogliśmy znaleźć tych nitek, trzeba było patrzeć, na czym się kładzie książki – poinformował lekko i beztrosko Erriana, jakby ta sytuacja była jednym wielkim nieporozumieniem.
Ariene wyglądała na bardzo zakłopotaną, obrońca uznał więc, że wypadałoby to odkręcić.
– Przepraszam – powtórzył młody mag z taką miną, że było widać, iż nie ma już pojęcia, za co ich dokładnie przeprasza.
– Nie no, nic się nie stało – stwierdziła szybko wiedźma, zamknąwszy pudełeczko w dłoni i uśmiechnąwszy się do Erriana. – Ale w akcie skruchy możesz pościelić Calebowi łóżko, mi się nie chce – dodała po krótkim zastanowieniu.
Zapadła cisza. Młody mag sterczał w progu z poczuciem winy, przyglądając się meblowi, o którym mówiła Ariene, wiedźma wpatrywała się w rękę trzymającą nitki, Cador nadal robił dobrą minę do złej gry. Wreszcie jedyna pani w całym towarzystwie oprzytomniała trochę.
– To ja pójdę je zanieść, pewnie mu są potrzebne – uznała i pospiesznie opuściła pokój, jakby podłoga zaczęła ją nieznośnie parzyć w stopy.
Errian westchnął i przeciągnął dłonią po twarzy, jak tylko Ariene zniknęła z pola widzenia oraz z zasięgu słuchu.
– Stary, naprawdę przepraszam. Nie wpadłbym na to – stwierdził, przenosząc na Cadora trochę zbolały wzrok. – Pościelę to łóżko – postanowił jeszcze bohatersko, ruszając do obranego chwilę temu celu.
Cador odprowadził Ariene spojrzeniem, a gdy wyszła z pokoju, długo wpatrywał się w drzwi, za którymi zniknęła.
To wszystko wyszło tak niespodziewanie, że aż go zaskoczyło; najtrudniejszy do zrozumienia był jednak fakt, że nie zorientował się w sytuacji aż do przyjścia Erriana. Jakby mu ktoś wyłączył myślenie, nigdy wcześniej nie czuł czegoś podobnego.
Usłyszawszy słowa maga, zerknął na niego z nieco gorzkim uśmiechem. Choć był rozczarowany, z pewnością nie czuł do Erriana żalu; to nie było trudne do przewidzenia, że ktoś im przeszkodzi, kiedy to wszystko wyszło tak... właśnie tak.
– Ja też bym na to nie wpadł – przyznał spokojnie, zdradzając, że trochę ich poniosło.
Schował dłonie w kieszeniach i nieco przygarbił ramiona, podchodząc do okna i wyglądając przez szybę na brudną ulicę miasta.
Przypomniał sobie jej oczy, szafirowe oczy, w których byłby zatonął, gdyby Errian nie wszedł do pokoju. Wiedział, że jeszcze nadarzy się okazja do nadrobienia strat; ba, miał zamiar tego dopilnować. Zdał sobie sprawę z jednej prostej rzeczy, która wywołała na jego ustach nostalgiczny uśmiech.
Zależało mu na niej.

Od kiedy Aithne wyznała mu prawdę o swojej przeszłości, nie sypiał najlepiej. Prawie wcale. Przekręcał się z boku na bok, martwiąc się, czy ciemność jej nie przeszkadza, kiedy tak leżała w łóżku kilka pokoi dalej, czy przypadkiem koszmar znowu jej nie nękał.
I zastanawiał się też, czy to jedno jedyne piekło, jakie przeszła, na pewno było tym ostatnim. Czy naprawdę zabiła wszystkich, którzy ją tak bestialsko skrzywdzili. Rozmyślania potęgowały jego złość, chęć zadość uczynienia okrucieństwu, jakie przeżyła, ale boleśnie zdawał sobie sprawę z tego, jak niewiele może. Na jakiejkolwiek płaszczyźnie.
Nie wiedział, jak ją pocieszać, jak przy niej być, bo mimo że znów znajdowali się blisko, to jednak dziwnie daleko. Nie chciała, by ktokolwiek zauważył zażyłość między nimi, choć wszyscy o niej wiedzieli – ale nie zamierzał się narzucać. Wystarczało mu, gdy się otwierała i rozluźniała, jeśli zdarzyło się tak, że znaleźli się gdzieś sami.
Nie wiedział także, jak mógłby pomścić jej ból, jak mógłby zwalczyć koszmary, skoro był tylko człowiekiem. Czasami nawet wątpił, czy jest dla niej wystarczająco silny, czy nie powinna otrzymać wsparcia od kogoś lepszego od niego.
Potem jednak ktoś, z kim siedzieli przy stole w karczmie, podnosił się, by przynieść zamówienie, a ona opierała na tę chwilę głowę na jego ramieniu i oddychała głęboko, uśmiechając się z półprzymkniętymi oczami. Zaraz zapominał, obserwując ją z czułością i modląc się, by karczmarz zapomniał o tym, co miał przygotować, przez co nikt nie wróciłby za szybko do stolika.
Ostatecznie postanowił, że będzie z tym walczył tak, jak potrafił. Zatem musiał się odpowiednio uzbroić – przyniósł do pokoju kilka książek na tematy, które go interesowały, i rozpoczął uważne studiowanie. Zdobył także nowy notatnik, bo stary zniszczył się w podróży, i powrócił do robienia dokładnych notatek, chcąc usystematyzować wiedzę oraz mieć pewność, że Aithne jest już bezpieczna.
W większości pozycji nie znalazł niczego wyjątkowo odkrywczego czy druzgoczącego, tylko same ogólniki. Ale nie poddawał się, dzielnie szperając, doczytując, dowiadując się, tłumacząc ze starych języków.
Aż wreszcie natrafił na opór nie do przebycia. Dialekt, w którym zapisano pewną zniszczoną, ale zachęcającą książkę, zdecydowanie wyszedł z użycia. Errian, choć przecież był osobą dobrze wykształconą oraz inteligentną, nie potrafił nazwać tego, z czym się spotkał – gramatyka, słowa, składnia, wszystko było mu obce, a litery pozostawały ciągiem dziwnych znaków niemal nie do odszyfrowania.
Po kolejnym dniu walki ze swoją niewiedzą postanowił odwiedzić bibliotekę miejską raz jeszcze i przewertować wszystkie słowniki, jakie tylko posiadali w katalogu. Może w którymś będzie choćby wzmianka o tym wymarłym języku.
Po zejściu do karczmy rozejrzał się dokoła, jakby miał nadzieję, że ktoś mu pomoże. Tak naprawdę bał się, że dostrzeże Aithne, która odprowadzi go do wyjścia czujnym spojrzeniem i zacznie się w duchu martwić, choć nie da tego po sobie poznać za żadne skarby. Upadłej jednak nie zauważył, natrafił natomiast na Sheridana siedzącego przy jednym ze stolików i obserwującego w ostatnio typowym dla niego zamyśleniu widoki za oknem.
Errian już wcześniej domyślił się, że chodziło o nie do końca rozwiązaną sprawę z Anabde, jednak nie chciał przyjaciela męczyć rozmową. Wiedział, że jeśli łowca naprawdę będzie potrzebował wsparcia, w ten czy inny sposób da o tym znać.
Tymczasem młody mag przycisnął trzymaną książkę do piersi i zastanowił się, czy Sheridan byłby w stanie mu pomóc. Przestąpił z nogi na nogę, zawahał się, po czym westchnął, pokręcił głową i ruszył do przyjaciela, pokrzepiony nadzieją na wsparcie.
W końcu łowca żył już te swoje lata w Lostarze, mógł się z takim językiem gdzieś spotkać. Determinacja w Errianie rosła z każdym stawianym do Sheridana krokiem, kiedy jednak stanął tuż za jego plecami, roztrzaskała się na drobne kawałki i zostawiła nieszczęśnika na pastwę losu.
Młodzieniec przełknął ślinę, zaciskając palce na tomie.
– O, Sher – rzucił wreszcie, wiedząc, że musi jakoś zwrócić na siebie uwagę łowcy, inaczej będzie tak stać bezradnie, a mężczyzna patrzeć na ulicę za oknem.
Przeklęty obrócił lekko głowę i obdarzył Erriana spokojnym spojrzeniem, unosząc lekko brew. Dopiero po chwili młody mag zorientował się, że łowca musiał zauważyć jego odbicie w szybie i doskonale wiedział o przybyciu przyjaciela.
– Hej! – wydusił nieco spanikowany, próbując brnąć w cokolwiek, nawet jeśli brnął we własną głupotę oraz spłoszenie realizowanym pomysłem.
Sheridan milczał jeszcze chwilę, przyglądając się towarzyszowi bardzo krytycznie, zielone oczy wyrażały głęboką dezaprobatę, ale także lekkie rozbawienie. W końcu zagościło w nich trochę zadowolenia, bo młody mag nie ugiął się pod naporem tego spojrzenia, mimo że każdy inny na jego miejscu przynajmniej by zadrżał.
– Widzieliśmy się już dziś, dzieciaku – przypomniał spokojnie i ostentacyjnie odwrócił głowę z powrotem do okna; tylko nieznacznym gestem ręki zaprosił przyjaciela, by zajął ostatnie wolne miejsce przy stoliku.
– A, no tak – bąknął młody mag i znów przestąpił z nogi na nogę w wyraźnym wahaniu, przyglądając się krzesłu trochę nieobecnie.
Wreszcie przeszedł dzielące go od mebla metry, złapał za oparcie i ustawił całość tak, by dobrze widzieć Sheridana. Siadając, położył książkę na blacie, przesunął dłonią po okładce, po czym szybko tom zabrał z powrotem w objęcia.
– Wybacz – dodał jeszcze i uśmiechnął się krzywo, co w jego przypadku było bardzo dziwne; zawsze uśmiechał się szczerze.
– Dobra, o co chodzi? – nie wytrzymał łowca i z ciężkim westchnieniem przeniósł przeszywający wzrok na przyjaciela, ponownie unosząc brew.
Palcami leżącej na blacie ręki charakterystycznie zabębnił w drewno, zdradzając swoje zniecierpliwienie. Wymigiwanie się i wykręcanie od istnienia problemu tylko by Przeklętego rozzłościło, ale na całe szczęście Errian należał do szczerych, dość otwartych osób, zwłaszcza w odniesieniu do przyjaciół.
Tak się niezwykle złożyło, że cały nadzwyczaj pogodny charakter młodego maga wcale Sheridana nie irytował, wręcz przeciwnie, prawdę mówiąc.
– Aż tak widać? – mruknął rozbawiony i uśmiechnął się, spuszczając wzrok na oddzielający ich stół.
– Mów – ponaglił go łowca, skinąwszy z pewnym politowaniem głową, jakby doskonale wiedział, o co mogło chodzić, i nie stanowiło to żadnego problemu.
Errian westchnął, przeczesał dłonią srebrne włosy, by wreszcie rozstać się z książką. Z największym spokojem przekartkował tom, odnalazł zaznaczoną zgięciem kartki stronę, a potem podsunął całość pod nos łowcy, palcem wskazując pogrubiony, wyrazisty nagłówek oznaczający nowy temat.
– Możesz to odczytać? – spytał z wyraźną nadzieją, obserwując pochylającego się nad treścią mężczyznę. – Próbowałem z kilkoma słownikami, ale żaden już tego języka nie zawiera. A ty… – urwał, szukając odpowiednich słów, by wyjaśnić swoje postępowanie. – No, jesteś Przeklętym – wybrnął wreszcie nie do końca zgrabnie i wzruszył ramionami.
– Chcesz powiedzieć, że jestem stary? – poprawił przyjaciela Sheridan, uśmiechając się z pewnym przekąsem, kiedy unosił spojrzenie na zatroskaną twarz młodzieńca.
Nie czekał jednak na odpowiedź, podniósł książkę i oparł ją grzbietem o kant stołu, by wygodnie było mu czytać. Przymrużył oczy i zagłębił się w lekturze, ignorując siedzącego przed nim młodego maga. Errian uniósł kąciki ust w zmęczonym uśmiechu, z głęboką ulgą wypuszczając powietrze z płuc.
– Dzięki – rzucił tylko, by zaraz oprzeć się wygodniej i z całą swoją cierpliwością poczekać, aż Sheridan skończy czytać.
O ile cokolwiek z tego rozumiał, co najbardziej młodzieńca niepokoiło. Nie chciał jednak przeszkadzać, dlatego tylko w napięciu obserwował.
– Hmm – mruknął wreszcie łowca i zerknął krótko na przyjaciela, unosząc brwi w wyrazie pewnego zdumienia. – Od kiedy interesują cię takie tematy? – spytał szczerze zainteresowany, obracając stronę i sprawdzając, czy dalej też jest ten tekst, czy już inny dział.
– Mam swoje powody – odparł wymijająco Errian, opierając się łokciami na blacie i pochylając się do Sheridana z niecierpliwością.
Przeklęty przyjrzał się młodemu magowi uważnie, a w jego oczach błysnęło niejakie rozbawienie. Obaj doskonale wiedzieli, jakie to powody mogły zmusić Erriana do zgłębiania wiedzy, która nie interesowała pospolitych zjadaczy chleba, tylko co najwyżej historyków.
– No więc? – nacisnął młodzieniec, wpatrując się w przyjaciela w napięciu.
Sheridan westchnął i delikatnie przesunął dłonią po zżółkniętej kartce, przygładzając ją z pewną czułością. Jeszcze chwilę milczał, kolejny raz przebiegając spojrzeniem po mniej jasnym fragmencie, po czym skinął głową.
– Pismo rzeczywiście jest stare, wyszło z użycia jakieś… pięćdziesiąt lat temu – oszacował wstępnie i zerknął na Erriana, sprawdzając, czy młody mag go słucha.
Przyjaciel niemalże pochłaniał to, co mówił łowca, a to tylko mężczyznę rozbawiło. Oszczędził jednak biedakowi kpiny i wymownych spojrzeń, skupiając się na swoim zadaniu.
– Potem pojawiało się coraz rzadziej, najczęściej w oficjalnych tekstach – dodał, unosząc lekko książkę; wydanie tego tomu datowało się na trzydzieści lat wstecz, dlatego wolał rozwiać możliwą wątpliwość. – Sama treść dotyczy upadku jednej z wielu organizacji w tamtych czasach, które próbowały wymordować Przeklętych – wrócił do sedna sprawy, opuszczając wzrok na litery, by wesprzeć się tekstem. – Ta tutaj odniosła całkowitą porażkę, zostali co do nogi wyrżnięci. Poza tą wzmianką masz same techniczne szczegóły, jak okres działalności, herb, preferowana broń, stopień rozwoju oraz osiągnięcia – zakończył z niedbałym wzruszeniem ramion.
Chwilę jeszcze wpatrywał się w tekst, szukając w nim podpowiedzi odnośnie tego, dlaczego Errian się tym zainteresował i jaki ma to związek z rudym rozczochranym.
Studiowanie treści pochłonęło go na tyle, że przypomniał sobie o przyjacielu dopiero wraz z jego kolejnym pytaniem:
– A te notatki na marginesach? – mruknął zgaszonym głosem, wskazując nabazgrane kiepskiej jakości ołówkiem komentarze po bokach kartek.
Sheridan dopiero teraz je zauważył i kiedy im się przyjrzał, aż lekko się skrzywił. Przebiegł wzrokiem kilka pierwszych linijek, przymknął oczy i z całym poświęceniem, na jakie było stać takiego egoistę, uzbroił się w cierpliwość.
– Daj mi chwilę – poprosił po prostu i rozsiadł się wygodniej, pogrążając się w trudnej, właściwie bolesnej lekturze.
Cisza się przedłużała. Errian siedział jak na szpilkach, milcząc niczym zaklęty i z największą cierpliwością czekając na werdykt, Sheridan natomiast krzywił się, marszczył czoło i poruszał bezgłośnie ustami, zmagając się z trudnym do odczytania tekstem nie tylko ze względu na jakość zapisu.
I kiedy młody mag zaczął już wątpić, zastanawiając się nad zafundowaniem sobie czegoś mocnego oraz wysoko procentowego, łowca odetchnął jednocześnie z ulgą oraz irytacją, prostując się.
– To pismo jest jeszcze starsze – oznajmił na wstępie, przesuwając kciukiem po ołówkowych notatkach. – Przestano go używać jakieś sto lat temu, co widać po błędach gramatycznych w tym tekście – dodał z niesmakiem, znacząco zerkając na diabelski pomiot, który przysporzył jego zmysłowi literackiemu tyle cierpienia. – Notatki nie zostały sporządzone wcześniej niż piętnaście lat temu – zakomunikował jeszcze, nie raczył jednak wyznać, skąd  to wywnioskował.
Errian podniósł na niego pełne szczerego podziwu spojrzenie i pokiwał z uznaniem głową, pełen trudnej do opisania ulgi. Sheridan uniósł kącik ust, uznając, że poświecenie swojego cennego czasu było warte tej miny.
– Naprawdę jesteś stary – stwierdził wtedy młody mag z nieomal szacunkiem.
Łowca spojrzał na przyjaciela miażdżąco, przymrużając oczy, to jednak nie zmieszało młodzieńca ani go nie przestraszyło. Wytrzymał ten wzrok, nawet uśmiechnął się lekko, jak zawsze pogodnie, by na końcu wskazać ruchem brody nadal trzymaną przez mężczyznę książkę.
– No, więc co tam napisano? – przypomniał o najważniejszym.
– Wynurzenia kogoś emocjonalnie związanego z organizacją – podsumował całość, westchnąwszy ciężko. – Odgraża się, wścieka, obiecuje zemstę, pragnie wszystko odtworzyć w podziemiu. No i trochę przekleństw – wyliczył znudzonym głosem, na koniec wzruszając niedbale ramionami.
Dostrzegł, że wyraz oczu Erriana zmienił się, odniósł też wrażenie, że młodzieniec jakby lekko pobladł. Kiedy pochylił się mocniej do łowcy, zacisnął z ponurą determinacją usta, co Sheridana zastanowiło.
– Jest coś o tym odtwarzaniu organizacji? – spytał napiętym głosem, nie odrywając wzroku od oczu przyjaciela. – Udało się?
– Ani słowa – odparł zgodnie z prawdą Przeklęty i uniósł książkę, kartkując ją tuż przed nosem Erriana. – Tu są tylko plany – przypomniał z pewną pobłażliwością.
Zaraz po tym odłożył tom na stół, zamknął go dość ostrożnie i podniósł się z miejsca, wielkodusznie zasuwając za sobą krzesło. Zdumiony mag aż opadł z powrotem na siedzisko i przyjrzał się łowcy z dezorientacją, obserwując, jak mężczyzna zbiera się do wyjścia.
– Dokąd idziesz? – spytał wreszcie zszokowany, uniósłszy bardzo wysoko brwi w całkowitym niedowierzaniu.
– Do podziemia – odparł zwięźle Sheridan, zatrzymując się w pół kroku i obracając głowę do młodzieńca. – Zdobędę trochę informacji z pierwszej ręki – wyjaśnił dodatkowo i ruszył raźno do drzwi; nie musiał dodawać, że Erriana by tam rozszarpano na strzępy, obaj doskonale o tym wiedzieli.
Jak i o tym, że młody mag prędzej czy później spróbowałby tam pójść, żeby poznać dalsze losy organizacji.
Errian odprowadził przyjaciela zszokowanym spojrzeniem, a kiedy ten zniknął za drzwiami karczmy, zdołał się z niedowierzaniem uśmiechnąć. Przysunął do siebie książkę i pogłaskał jej okładkę, czując, jak ogarnia go trudna do opisania ulga.
– Dziękuję – szepnął, choć Sheridan nie mógł już tego usłyszeć.
Łowca zniknął na długo. Errian zdążył wrócić do pokoju i zabrać się za kolejną książkę, nim mężczyzna przekroczył próg z informacją, że nic nikomu o tym nie wiadomo. Mag pokiwał nieobecnie głową, nie odrywając wzroku od czytanej treści, ale Sheridan wiedział, że słuchał go bardzo uważnie.
Siadając na łóżku i przyglądając się przyjacielowi, dotarło do niego, że Errian w to nie uwierzył. Nie uwierzył, że to wszystko rozmyło się niczym niepokojący sen, który w każdej chwili mógł się stać koszmarem. Przeklęty był jednak przekonany, że chłopak przesadza.
Zakochani zawsze są niepoprawnie głupi.

7 komentarzy:

  1. Dobra, złe kobiety. Ostatecznie przekonałam się Ariene. Przynajmniej jedna zadowolona, nie? XD
    W ogóle, coś tak czuję, że moje nagłe zaabsorbowanie Pandakarą dobrze zrobi waszym zapasom ^^
    Ta organizacja jest/była jakaś podejrzana XD W ogóle, inny jakiś ten wątek. Że niby cała organizacja siedziała w jednym budynku? O.o Żadni członkowie nie byli w tym czasie (w którym Aithne "zadziałała") na jakiejś arcyważnoskifnej misji mającej na celu wybicie jakiejś następnej rodziny Przeklętych?*
    Hmm... jeżeli ktoś by przeżył, to jeszcze bardziej nienawidziłby Przeklętych... Dobrze myślę dzisiaj? O_o

    No, w każdym bądź razie ostatnie zdanie jest genialne <3

    Ktoś mi powie czyja jest Leanelle i po co ona tam? XD Znaczy, muszę sobie znaleźć nowy element wkurzający na miejsce Ariene XD
    [... oł maj gad.... oł maj gad. Nie dacie nigdy notki jedynie z perspektywy Leanelle i Aidana/Caleba** (Aidan jeszcze jest słodziachny ^^), prawda? Prawda? He-he... he... T_T]
    I nie lubię Was za nienapisanie karty Leanelle w Bohaterach -.- Czy ją ktoś zgwałcił? Serio pytam.

    * A Przeklęty może mieć dziecko z ludziem? O, tak mnie ciekawi... XD Wiem, że Ariene z Cadorem będzie miała córkę, bo widziałam na spoilerze na Deviantarcie (zazwyczaj na nie nie patrzę, naprawdę, ale przed chwilą weszłam w pole grawitacyjne Ariene w dziwnej kiecy XD)
    A o resztę nie mam pytać, prawda? XDD
    ** Kiedy ściągnie do nawiedzonego zgromadzenia narzeczoną, tak się spytam? XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo Ariene... jest fajna xD
      A ja będę to czytać! I będę nękać tak, jak ty nękasz nas xDD
      Wiesz, w tamtych czasach organizacje nie działały... aż tak sprawnie. To w gruncie rzeczy ponad pół dekady temu się stało, więc takie akcje się pozmieniały i rozwinęły. Dlatego wystarczyło zaatakować jedną siedzibę, gdyż:
      1) Takich organizacji było jak pies nasrał wtedy, wszyscy chętni się rozproszyli i zwyczajnie brakowało ludzi, by tworzyć więcej siedzib;
      2) Nie każdy jest tak powalony, żeby się rzucać z mieczem na Przeklętego xD;
      3) Zwyczajnie nie skminili, że mniejsze komórki byłyby bardziej skuteczne; zwłaszcza że nie wiedzieli do końca, jak dobrze walczyć z Przeklętymi małymi grupami, dopiero tę wiedzę zdobywali.
      Myślisz good enough. Myślisz jak Errian :3 A to dobrze!

      Taaak, Sheridan umie podsumować xD

      Leanelle nie jest bez powodu i należy do Kasi. I obawiam się, że za pewien czas przestaniesz jej nie lubić xD
      Coo, Caleba też nie lubisz? xD Wiesz, nie wiem. Znaczy, są fragmenty z Leą również, ale nie wiem, czy na całą notkę.
      Wiem, Kasia się opierdala xD Tak, Leanelle została zgwałcona. Kilkukrotnie. Z prawdziwym okrucieństwem. A potem kochana rodzinka uznała, że splamiła tym honor rodziny i półżywą wyrzuciła ją na bruk :3

      Genetyka jest dość skomplikowana, ale w gruncie rzeczy można ją złapać. Więcej o tym będzie w drugim tomie, a skomplikowane wariacje w trzecim. Ale jesteśmy w pierwszym, więc rzeknę tym sposobem - to byłoby to samo, co z pół-elfem. Pół-Przeklęty najprawdopodobniej odziedziczy znaki rasowe od potężniejszego rodzica (czyli Przeklętego), dzieje się tak w 99% przypadków. Jednak skala potęgi jest inna. Ludzie posiadają 0-6, Przeklęci 7-10. Krzyżówka może być 0-10, więc prawie jak bomba z opóźnionym zapłonem xD
      Narzeczona się pojawi. Nie martw się. Kwestia czasu :3

      Usuń
    2. Co do drugiego podpunktu... to jest tok myślenia Izki ._. Nie, że ona wszędzie by się rzucała, ale... zobaczysz to już w pierwszym rozdziale XD Ta pani lubi brawurowe akcje we fristajlu (w takim ot, że nie wie co właściwie robi XD) XD
      Czyli absolutnie nie Errian XD

      Złapałam genetykę! Jestem wielka! I nie wyobrażam sobie Aithne w ciąży O_O
      [Nawiasem, natrafiłam na cholernie złe, nielogiczne opowiadanie o Potterze. Kobieta przyszła do uzdrowicieloginekologa, który stwierdził, że ona ratuje honor kobiet wierząc w ciążę O_O W dodatku, według "objawów" ciąży które opisała autorka opowiadania, jestem w stanie błogosławionym od ósmego roku życia O_O]

      Czuję instynktownie, że dostałam -10 do statystyk akceptacji przez Kaśkę XD Ciekawe, czy na życzenia sylwestrowe zareaguje XDD

      A ta ostatnia pani w bohaterach? O.o I kiedy dostanę Larkina na arcie? ._.

      Usuń
    3. Hahaha, i TOK MYŚLENIA AITHNE xD Tyle że ona bez planu nadal ma szanse na przetrwanie xD
      Errian to mądry facet. Ale no, zobaczysz :3

      Hahahaha, kto powiedział, że będzie w ciąży? xD
      Oj. No cóż, mnie już podejrzewano o wiatropylność xD

      E tam, Kasi to nie przejmuje xD I jak jej przekażę, to zareaguje, nie wiem, jak często wchodzi na bloga xD

      Ona jeszcze przed nami. A Larkin jest na jednym arcie, już skończonym, ale prędzej zobaczysz go na devie niż tu. Ze spoilerem xD

      Usuń
    4. Niee, raczej nie Aithne XD Aithne by nie rozmawiała o pierdołach podczas zamachu XDD Aithne nie podejrzewałabym o próby zamachu XDDD A Izka nawet miecza nie podniesie, najlepsze XD BO MOŻE SOBIE NADERWAĆ RĘKĘ ALBO ODCIĄĆ PALCE XDD
      Już widziałam przecież ^^

      Uff XD

      Łuhu! ^^ Nie ma to jak spoiler o dobrej postaci <3

      Usuń
    5. Ta? Gdzieś widziała? xD Na linearcie? xD

      To nie będzie... miły spoiler xD Nie do końca xD

      Usuń
    6. Nje, w treści XD On ma usposobienie naukowca XD

      Łe tam XD

      Nowy rozdział, kurde, nie pierdzielmy dłużej o mądrości XD

      Usuń