Słońce chyba
zamierzało zabić wszystkich mieszkańców tej strony karczmy. Świeciło
niemiłosiernie, na niebie żadnej chmurki, a promienie od ładnych kilku godzin
nagrzewały szyby w oknach i rozgrzewały deski podłogi oraz pościel na
zaścielonych łóżkach. Nie było dokąd uciekać – na zewnątrz duszno, w pokoju nie
lepiej, a strach cokolwiek uchylić, by żar nie buchnął w twarz. Katastrofa.
– Zaraz
zaczniesz się rozkładać – mruknął spokojnie Caleb, z precyzją odcinając
niezbędny do nowego elementu stroju kawałek materiału; szmatka była nader
szmatława, jakby psu z gardła wyciągnięta, i o to właśnie chodziło. – Wtedy
zaczniesz śmierdzieć, a ja nie będę miał gdzie pracować.
– Och, biedny
ty – westchnęła Ariene, dosłownie rozwalona na łóżku w sposób, w jaki żadna
dobra panienka ze szlachty rozwalać na łóżku się nie powinna.
A już na pewno
nie przy młodym mężczyźnie, nawet zaręczonym.
– Chyba nie jest mi cię aż tak bardzo żal.
– Właściwie w
jakim celu… przyjęłaś tę, ehem, pozycję? – spytał, rzuciwszy na towarzyszkę
okiem, by zaraz wrócić do szycia, żeby żaden szew nie był krzywy czy
nieregularny; wszystko musiało wyjść idealnie, nawet jeśli robił ubranie dla
stajennego, który był kobietą.
– A co,
chętny? – stęknęła, obracając się z pleców na brzuch.
Nie sprawiło
to, że zaczęła wyglądać bardziej grzecznie.
– Nie,
przerażony.
– Spadaj –
prychnęła zaraz, ale to też nie zmotywowało ją do ruszenia swego konającego
ciałka. – Zwiększam powierzchnię parowania – odpowiedziała na pierwsze pytanie,
zamykając z rozpaczliwym jękiem oczy.
Czy mógłby
lunąć deszcz? Byłaby wdzięczna. Z radości chyba wyskoczyłaby przez okno, a co,
nie takie rzeczy się robiło. Albo może Caleb poszedłby po coś dobrego dla
ochłody, cokolwiek. Zastanowiła się, czy jest na tyle bezwstydna, by tego
zapracowanego człowieka podle wykorzystać.
– To wyparuj
mi po nitki do mojego pokoju – zaproponował, szybko dostrzegłszy w aktualnej
sytuacji plusy. – Albo poczekaj. Mogłabyś parować w pionie? – zmienił
koncepcję, na chwilę odłożywszy robótkę ręczną.
Ariene
zaśmiała się bardzo niepokojąco, co skupiło uwagę myśliwego na rozweselonej
wiedźmie. Uniósł brew, sięgając po centymetr.
– Jak to zabrzmiało
– mruknęła i znowu zachichotała.
– W twoim
przypadku nieszkodliwie – odparł, kręcąc głową; przywykł już jednak do tego, że
Ariene daleko było do damy. – Chodź tu, zmierzę twoje walory – rozkazał,
rozwijając tasiemkę z zadowolonym uśmiechem.
– Nie da się
na leżąco? – jęknęła zrozpaczona.
– Dałoby się,
ale nie chcę stracić życia, gdyby pewien ktoś tu wszedł. Ktoś z płową czupryną.
Ruszaj zadek, podła wiedźmo – powtórzył nieugięcie Caleb.
– No już –
poddała się, sturlała się z łóżka i kiedy myśliwy już chciał doskakiwać, by
uratować ją od gruchnięcia na podłogę, podparła się w ostatniej chwili ręką.
Udało się jej
wstać, otrzepać się z nieistniejącego kurzu, a potem ustawić się przed ich
aktualnym krawcem, spoglądając na niego pytająco. Caleb obszedł Ariene dokoła,
rozważając coś w myślach, po czym machnął dłonią.
– Ręce do
góry, to napad – rzucił niedbale.
Wiedźma
wywróciła oczami i spełniła polecenie, z ciekawością przyglądając się temu,
czego wymiary będzie myśliwy brał.
Zaczął od
bioder; pokiwał głową, westchnął, odszedł, zanotował coś na skrawku papieru i
wrócił do niej. Potem skupił się na ramionach, przedramiona sobie darował.
Następnie przyszedł czas na obwód barków. Za każdym razem cofał się do stolika,
pisał szybko dane i wracał do ofiary. Na samym końcu zmierzył klatkę piersiową
Ariene i z pewną rezygnacją pokiwał głową.
– Coś nie
pasuje? – zainteresowała się uprzejmie, śledząc myśliwego wzrokiem.
– Nie no,
wszystko świetnie, ale zabraknie mi na ciebie materiału – jęknął zdruzgotany i
popatrzył z przerażeniem na jej biust.
– Nienawidzę
cię! – parsknęła, złapała pierwszą lepszą poduszkę i rzuciła nią w Caleba,
dodatkowo jeszcze mordując towarzysza wzrokiem, a co.
Myśliwy
zachichotał cicho, osłoniwszy się ramieniem, i z powrotem przysiadł na
zajmowanym przed chwilą łóżku, wracając do przerwanej pracy. Wiedźma zmrużyła
groźnie oczy, szybko jednak zainteresowała się czymś innym – na stoliku prócz
kartki z wymiarami leżały także szkice.
Zbliżyła się
do blatu i przesunęła papier dłonią, przyglądając się rysunkom. Na dobry
początek musiała stwierdzić, że Caleb ma talent. Uniosła brwi, śledząc wzrokiem
precyzyjnie nakreślone linie, które łączyły się w nadzwyczaj zgrabny oraz
realistyczny szkic konceptu.
Każdy element
miał swoją adnotację, niektóre nawet otrzymały osobne miejsce na kartkach, by
dokładniej omówić niuanse. Pomysły były cztery, z czego na dwóch postawiono
gruby, czarny wykrzyknik. Ariene przestudiowała to wzrokiem.
– Skąd tak
dobrze znasz budowę tradycyjnego gorsetu? – nie wytrzymała, unosząc na
myśliwego wzrok.
– Z
doświadczenia życiowego oraz zawodowego – odparł bez mrugnięcia okiem. – Plany
mogą być?
– Nie chcę
wiedzieć, po co ci był w twoim zawodzie gorset – mruknęła pod nosem, jeszcze
chwilę śledząc spojrzeniem linie. – Jak dla mnie bomba. W życiu bym na to nie
wpadła, szczerze mówiąc – przyznała grzecznie, unosząc brwi.
– To wyparuj
po te nitki, kończę strój stajennego, muszę zmienić kolory – stwierdził, nie
odrywając wzroku od pracy.
– Dopiero?
– Mundury już
zrobione, także ubranie dla woźnicy, garnitury dla Sheridana i Erriana w
trakcie – zakomunikował grzecznie.
– O w mordę –
wyrwało się zaskoczonej wiedźmie.
– No, więc
idź… Aithne! – ucieszył się niespodziewanie, widząc upadłą w progu.
Przeklęta
popatrzyła po zebranych podejrzliwie, zmarszczyła czoło, a potem obróciła się w
miejscu i stanowczo ruszyła w drogę powrotną, uznawszy, że ona się nie pisze na
siedzenie w jednym pokoju z tymi szaleńcami.
Nie zdążyła
jednak uciec, bo myśliwy doskoczył do niej, złapał za nadgarstek i wciągnął do
środka, dokładnie zamykając za nimi drzwi. Zaprowadził warczącą upadłą do
swojego stanowiska i wręczył jej kawałek szmatki.
– Twój strój.
Przymierz. A klatkę piersiową na bal zabandażujesz, najwyżej poprosisz kogoś o
pomoc – polecił, machnąwszy niedbale ręką.
Aithne
popatrzyła na niego tak, że Ariene uznała, iż, mimo że będzie to cudowne
przedstawienie, to ona się woli natychmiast stąd zmyć.
– Miłego –
pożyczyła koledze, uśmiechnęła się brzydko i opuściła pole bitwy, by zdobyć tak
upragnione przez Caleba nitki.
O ile na
cokolwiek mu się przydadzą, kiedy upadła już z nim skończy.
Najpierw
zapukała – w końcu tego wymagała grzeczność. Podejrzewała jednak, że nikogo w
pokoju nie będzie, nie o tej przedpołudniowej godzinie. Nie czekała dlatego
zbyt długo, po prostu chwyciła klamkę i ją nacisnęła, od razu wchodząc do
pokoju.
Przypomniało
jej się, że zna kogoś, kto robił dokładnie to samo, i uśmiechnęła się z
rozbawieniem. Ale pudełko z nićmi było ważniejsze niż dobre wychowanie,
przynajmniej tak wnioskowała po minie Caleba, kiedy ją prosił, by je
przyniosła.
Przekroczyła
próg i od razu rozejrzała się dokoła, wychwytując w pomieszczeniu… Cadora.
Mimowolnie przystanęła, trochę zaskoczona, ale zaraz posłała mu pogodny uśmiech
i znów przeczesała okolicę wzrokiem.
– Widziałeś
gdzieś nitki tego irytującego człowieka? – spytała, podparłszy się pod boki,
ale prawie od razu ruszyła w stronę łóżka myśliwego, bo może tam je zostawił.
Trochę wątpiła
w to, czy szycie strojów na zadanie powinno spoczywać tylko na barkach Caleba.
Nie była nawet pewna, czy ubiór będzie przypominał to, co ma przypominać, ale z
drugiej strony brakowało im pieniędzy. Musiała zaufać mężczyźnie, chociaż nie
do końca tego chciała. Trudno. Najwyżej coś wymyśli, w ostateczności wszystko
ukradnie, nie takie rzeczy się już przecież robiło.
Kiedy twoje
myśli krążą wokół jakiejś osoby, naprawdę trudno zachować spokój, gdy ta osoba
nagle wchodzi do pokoju. Cador spojrzał na Ariene z niejakim popłochem, za
który zaraz się zganił; przecież wiedźma nie mogła czytać w myślach. A nawet
jeśliby czytała, nie miał się czym martwić – w tym momencie już dawno by się
zdradził.
Uśmiechnął się
do niej lekko, odkładając sztylet i obracając przodem do kobiety. Oparł się o
szafkę i skrzyżował ramiona na torsie, przyglądając się Ariene z pewnym
rozbawieniem.
– Twoje
uczucia względem Caleba są prawie tak gorące, jak Aithne względem Sheridana –
uznał, bo tak mu się jakoś skojarzyło.
Zaznaczmy, że
prawie robi wielką różnicę, bo Ariene i Caleb tak naprawdę się dogadywali. Ich
specyficzna relacja niezmiennie śmieszyła Cadora.
– Tak, z
pewnością bym za niego wyszła, gdyby nie był zajęty – mruknęła trochę na
odczepnego, dopadając do łóżka myśliwego i bezpardonowo odrzucając z niego
kołdrę. – Nie tu – oznajmiła, jakby to Cadora interesowało, po czym raczyła
paść na podłogę, by zajrzeć pod mebel. – Tu też nie – westchnęła, podnosząc
się.
Wyprostowała
się, odgarnęła lekko potargane włosy z twarzy, po czym kichnęła serdecznie,
dochodząc do wniosku, że było tam dużo kurzu. Potarła nos, przenosząc wzrok
nieco załzawionych oczu na Cadora.
– Jakim cudem
ty się z nim przyjaźnisz? – zainteresowała się jeszcze, by skierować się od
razu do niedużej szafki nocnej, gdzie mógł myśliwy schować te przeklęte nitki.
– Zazwyczaj
wszystko zabiera ze sobą – zdecydował się poinformować ją obrońca, przypatrując
się wysiłkom Ariene z jeszcze większym rozbawieniem.
Była urocza,
naprawdę urocza; no, może nie wtedy, kiedy rzucała człowiekiem o ścianę, ale
zdarzało jej się.
Na jej słowa
roześmiał się lekko, odpychając od szafki i stając na środku pokoju, by
rozejrzeć się dookoła bystrym spojrzeniem. Czego ona szukała? Ach tak, nitek.
Nitki. Chyba Caleb naprawdę zabrał je ze sobą, ale zobaczmy.
– Myślę, że
sama doskonale mnie rozumiesz, tylko nie chcesz tego przyznać – uznał
spokojnie, chociaż wiedział, że za takie słowa prawdopodobnie usłyszy
warknięcie lub nieprzystającą damie obelgę.
Sugerował, że
doceniała Caleba, bezczelny!
Potem zmrużył
jasnozielone oczy, uznając, że szukanie nitek jest bez sensu. Potrafił odnaleźć
ukryte przejścia, pułapki, zasadzki i inne takie, ale znajdowanie nitek było
beznadziejne.
I
rzeczywiście, wiedźma warknęła na obrońcę, zabiła go niezadowolonym spojrzeniem,
po czym prychnęła i wydęła z dezaprobatą usta.
– Sam mnie tu
wysłał! – żachnęła się z wyrzutem, patrząc na Cadora tak, jakby to wszystko
było jego winą i przez niego nie dostała lizaka. – Jak mnie zrobił w konia, to
urwę mu łeb przy samej dupie – dodała warkliwym tonem i kopnęła zdenerwowana
szafkę.
Coś w niej
zagrzechotało, więc pospiesznie złapała za szufladę i spróbowała ją wysunąć.
Nic z tego, uparty mebel. Ariene szarpnęła mocniej, krzywiąc się z irytacją.
Cały świat przeciwko niej, pewnie!
– Chciej! –
prychnęła i pomogła sobie nogą.
Niniejszym
szuflada wyskoczyła trochę za daleko i wypadła z szafki prosto na podłogę.
Wiedźma w ostatniej chwili się cofnęła, by nie dostać w stopy, i spojrzała na
poczynione zniszczenia nieco skonsternowana.
– Pierdolone
nitki – zawyrokowała, widząc, że w szufladzie jest tylko stara, zardzewiała
śruba.
Cador zaczął
rozglądać się uważniej, uznając, że skoro Caleb ją wysłał, to z pewnością
gdzieś nitki zostawił. Usłyszał w tle niepokojące dźwięki towarzyszące przeklinaniu
Ariene, mruknął więc wesoło:
– Tylko nic
sobie nie zrób.
Drgnął, gdy w
następnej chwili rozległ się huk. Już miał przekląć, że zapeszył, ale gdy
odwrócił się w stronę wiedźmy, okazało się, że nie ucierpiała. To zdecydowanie
go uspokoiło.
Westchnął i
podszedł bliżej, by podnieść szufladę i włożyć ją na miejsce. Trochę to, co
prawda, zajęło, ale on zamiast się szarpać, wykazał się spokojem, precyzją i
cierpliwością. Wreszcie udało mu się naprawić szafkę, wyprostował się więc i
spojrzał na Ariene; teraz było lepiej, bo bliżej. Mógł się jej przyjrzeć, a
korzystał z każdej okazji, by to uczynić.
Już miał coś
powiedzieć, gdy jego uwagę przykuło coś powyżej jej ramienia. Przymrużył
powieki, a jego oczy nabrały dziwnego wyrazu, jakby zaczął patrzeć inaczej niż
przeciętny człowiek, tak... bardziej.
Potem
uśmiechnął się kącikiem ust i wyminął Ariene, by przejść na drugi koniec
pokoju, do niedużego stołu. Uniósł pozostawioną przez kogoś książkę –
prawdopodobnie przez Erriana, coś tam ostatnio studiował – i sięgnął po coś.
– Tego
szukasz? – zapytał, zerkając na wiedźmę z satysfakcją.
Nitki!
Ariene
przyjrzała się uważnie pudełeczku, jakie trzymał obrońca, przeniosła wzrok na
jego twarz, znów na znalezisko. A potem sapnęła oburzona, bardzo niezadowolona
z faktu, że potrzebowała jego pomocy, by sobie z takim czymś poradzić.
– Tak –
mruknęła jakby nieco obrażona, wydęła usta, po czym przemaszerowała cały pokój;
zatrzymała się przed Cadorem i wyciągnęła dłoń, chcąc zgubę odzyskać. – Zaniosę
mu je i zrobię przy ich pomocy bolesną lewatywę – postanowiła, mordując
spojrzeniem pudełeczko nitek, przez które zachowywała się przez kilka minut jak
kretynka.
Nagle zrobiło
się jej głupio, uciekła wzrokiem w bok i westchnęła, mając nadzieję, że los
przynajmniej oszczędził jej kurzu na twarzy. Wziąć pudełko i sobie szybko
pójść, bo pewnie mu też w czymś przeszkodziła. Cholera jasna, Ariene, czemu
zawsze musisz tak późno myśleć?
Zniecierpliwiona
sięgnęła po drobiazg i spróbowała sama go sobie wziąć, nadal bardziej
zafascynowana podłogą niż istotą całego zamieszania. Szlag by to. Znowu to
samo, zrobiło się jej dziwnie.
O. Trochę go
zaskoczyło, gdy nagle zeszła z niej para. Przechylił głowę, starając się
odnaleźć jej oczy, ale ona wwiercała się spojrzeniem w podłogę. Niespodziewanie
uśmiechnął się czule; potrafiła być naprawdę urocza. Zwłaszcza kiedy ją tak
nagle nie wiadomo czym zbijał z tropu, to było dość zabawne.
Ułożył
pudełeczko na wyprostowanej dłoni, by po chwili objąć je palcami i cofnąć rękę.
Nic nie powiedział, tylko uniósł brew, czekając na jej reakcję. Mogła to
potraktować tak, jakby się droczył i życzył usłyszenia „dziękuję, Cador” albo
„proszę, oddaj mi to”. Tak naprawdę chodziło mu tylko o to, by spojrzała mu w
oczy. Po prostu.
– Nie wątpię,
że będzie zachwycony – mruknął w odpowiedzi na jej groźbę, szczerząc ząbki w
dość wyzywającym uśmiechu.
Z całkowitym
zaskoczeniem zacisnęła dłoń na samym powietrzu, przez co uniosła wysoko brwi i
odszukała spojrzeniem pudełeczko, nie wierząc, że jej uciekło. Nawet ono nie
chciało być jej przyjacielem!
– Hej –
rzuciła od niechcenia, co chyba w założeniu miało zabrzmieć karcąco;
powstrzymała rozbawiony uśmiech, samej nie wiedząc, do czego dokładnie się
odnosiła.
Znów
spróbowała rzecz odzyskać, tym razem jednak została zmuszona do chwycenia jego
dłoni. Zmarszczyła czoło, odkrywając, że zacisnął ją na nitkach dość solidnie,
dlatego przymrużyła oczy i zabrała się do odginania jego palców.
Ale,
głupiutka, przez cały ten czas nie wpadła na to, by na niego spojrzeć, skupiła
się tylko na pudełku.
– Ja chcę –
oznajmiła na wszelki wypadek, siłując się z jego palcem wskazującym.
Otworzył
szeroko oczy, zastanawiając się, kto i kiedy przeniósł ich w czasie. No dałby
sobie rękę uciąć, że stała przed nim nie wiedźma Ariene Tenshi, a mała
dziewczynka, której niedobry kolega zabrał zabawkę. Ta myśl wywołała u niego
pewne rozczulenie; przyjrzał się kobiecie w taki trochę inny sposób,
dostrzegając cały jej urok.
A potem sobie
przypomniał, że rzeczywiście mogłaby go poprosić, a nie. Nie trzymała jego
dłoni dostatecznie pewnie, by nie mógł jej unieść poza zasięg jej palców.
Wykorzystał to, że był wyższy, i wyprostował ramię ku górze – tym samym
sprawiając, że pudełeczko stało się dla Ariene nieosiągalne.
– Przekonaj
mnie, żebym ci oddał – zaproponował swobodnie.
Uśmiech, który
jej posłał, zdecydowanie nie pasował do dorosłego, dojrzałego mężczyzny. Znów
odezwał się w nim łobuz; co się działo, najpierw się bije, a teraz zachowuje
jak dzieciak. Ech, chłopie.
Ariene aż się
zachłysnęła.
– No wiesz? –
fuknęła oburzona, marszcząc czoło i spoglądając z tęsknotą za nitkami. – To nie
dla mnie, tylko dla Caleba, od tego… to kwestia życia i śmierci, panie Reamonn.
Nie bądź wiśnia – jęknęła na koniec i podeszła te dwa kroki bliżej.
Już by się
mogło zdawać, że zacznie go przekonywać – po tej przewrotnej kobiecie nie można
się było niczego konkretnego spodziewać – kiedy oparła się na jego ramieniu,
stanęła na palcach i spróbowała rzecz odebrać siłą, szturmem i prawie gwałtem.
Przez chwilę nawet rozważała zrobienie sobie z niego drabiny, to by mogło
śmiesznie wyglądać.
– Cador –
rzuciła zirytowana, przekonawszy się, że bez podwyższenia to jest przerąbane w
kwestii odzyskiwania pudełka. – Jesteś okropny.
– Stwierdzasz
oczywistości, mała wiedźmo – poinformował ją z rozbrajającym uśmiechem,
niespecjalnie przejmując się tym, że się go uwiesiła.
Nawet mu to
było na rękę, że tak powiem.
Jedno ramię
już mu ścierpło, wyciągnął więc w górę drugie i przełożył pudełeczko nad głową.
Ariene nadal była uczepiona tego, które właśnie opuścił, więc bezczelnie to
wykorzystał. Przytulił dłoń do jej twarzy, pochylił się nieco i mruknął z
zadowoleniem:
– Nie wychodzi ci.
Kobieta
wstrzymała oddech, mocniej chwyciwszy jego ramię, jakby się bała, że niniejszym
straci równowagę i upadnie. Bo poniekąd zakręciło się jej w głowie, kiedy
wreszcie została zmuszona do spojrzenia mu w oczy i odkryła, że był blisko.
Miała coś
powiedzieć, dlatego otworzyła usta, ale się zająknęła i szybko je zamknęła.
Nagle ogarnęła ją irytacja – która pojawiła się oraz pozostawała jakkolwiek
widoczna tylko bardzo głęboko w niej, spojrzenie nie przejawiało ochoty
goszczenia jej w sobie – że potrafił ją tak sprawnie rozbroić i pozbawić
jakichkolwiek argumentów. Sprawić, że, cholera jasna, przestawała zupełnie
myśleć. Znowu na pewno wyglądała jak kretynka.
Skrzypnęły
cicho drzwi i na podłodze rozległ się odgłos stawianych kroków.
– Caleb pyta,
co z tymi… – zaczął pogodnie Errian, by urwać gwałtownie; cofnął się z
zaskoczeniem, po czym spojrzał na framugę, która akurat znajdowała się po jego
boku. – Szlag, przepraszam – mruknął, taktycznie zmieniając powoli pozycję. –
Nitki. Prosił, bym pomógł z nitkami, ale tego.
Ariene drgnęła
i nerwowo wyplątała się z objęć Cadora, jak i Cadora z własnych, czując, że
teraz to dopiero kręci się jej w głowie. Wycofała się, nie wiedząc, gdzie oczy
podziać, zupełnie jakby zrobiła coś bardzo złego.
– Nitki –
powtórzyła. – Właśnie. Nitki. Zły człowieku – wydukała i podrapała się w szyję,
próbując zwalczyć zakłopotanie.
Dotychczas Cador
miał w głowie mnóstwo myśli, ale w tej chwili – zwłaszcza po usłyszeniu
„przepraszam” – jego umysł pogrążył się w ciszy, od czasu do czasu przerywanej
graniem świerszcza. Możliwe, że dopiero po reakcji Erriana zorientował się, jak
blisko stali z Ariene i w czym właściwie mag im przerwał.
Kiedy to do
niego dotarło, trochę się zirytował. Dlaczego, do jasnej cholery, Errian nie
mógł przyjść za kwadrans? No czy coś by mu się stało?! Beznadzieja.
– Masz –
mruknął z ciężkim westchnieniem, podając kobiecie pudełko.
Wygrała,
trochę niesprawiedliwie, ale wygrała.
A Cador czuł
się bardzo rozczarowany.
– Nie mogliśmy
znaleźć tych nitek, trzeba było patrzeć, na czym się kładzie książki –
poinformował lekko i beztrosko Erriana, jakby ta sytuacja była jednym wielkim
nieporozumieniem.
Ariene
wyglądała na bardzo zakłopotaną, obrońca uznał więc, że wypadałoby to odkręcić.
– Przepraszam
– powtórzył młody mag z taką miną, że było widać, iż nie ma już pojęcia, za co
ich dokładnie przeprasza.
– Nie no, nic
się nie stało – stwierdziła szybko wiedźma, zamknąwszy pudełeczko w dłoni i
uśmiechnąwszy się do Erriana. – Ale w akcie skruchy możesz pościelić Calebowi
łóżko, mi się nie chce – dodała po krótkim zastanowieniu.
Zapadła cisza.
Młody mag sterczał w progu z poczuciem winy, przyglądając się meblowi, o którym
mówiła Ariene, wiedźma wpatrywała się w rękę trzymającą nitki, Cador nadal
robił dobrą minę do złej gry. Wreszcie jedyna pani w całym towarzystwie
oprzytomniała trochę.
– To ja pójdę
je zanieść, pewnie mu są potrzebne – uznała i pospiesznie opuściła pokój, jakby
podłoga zaczęła ją nieznośnie parzyć w stopy.
Errian
westchnął i przeciągnął dłonią po twarzy, jak tylko Ariene zniknęła z pola
widzenia oraz z zasięgu słuchu.
– Stary,
naprawdę przepraszam. Nie wpadłbym na to – stwierdził, przenosząc na Cadora
trochę zbolały wzrok. – Pościelę to łóżko – postanowił jeszcze bohatersko,
ruszając do obranego chwilę temu celu.
Cador
odprowadził Ariene spojrzeniem, a gdy wyszła z pokoju, długo wpatrywał się w
drzwi, za którymi zniknęła.
To wszystko
wyszło tak niespodziewanie, że aż go zaskoczyło; najtrudniejszy do zrozumienia
był jednak fakt, że nie zorientował się w sytuacji aż do przyjścia Erriana.
Jakby mu ktoś wyłączył myślenie, nigdy wcześniej nie czuł czegoś podobnego.
Usłyszawszy
słowa maga, zerknął na niego z nieco gorzkim uśmiechem. Choć był rozczarowany,
z pewnością nie czuł do Erriana żalu; to nie było trudne do przewidzenia, że
ktoś im przeszkodzi, kiedy to wszystko wyszło tak... właśnie tak.
– Ja też bym
na to nie wpadł – przyznał spokojnie, zdradzając, że trochę ich poniosło.
Schował dłonie
w kieszeniach i nieco przygarbił ramiona, podchodząc do okna i wyglądając przez
szybę na brudną ulicę miasta.
Przypomniał
sobie jej oczy, szafirowe oczy, w których byłby zatonął, gdyby Errian nie
wszedł do pokoju. Wiedział, że jeszcze nadarzy się okazja do nadrobienia strat;
ba, miał zamiar tego dopilnować. Zdał sobie sprawę z jednej prostej rzeczy,
która wywołała na jego ustach nostalgiczny uśmiech.
Zależało mu na
niej.
Od kiedy
Aithne wyznała mu prawdę o swojej przeszłości, nie sypiał najlepiej. Prawie
wcale. Przekręcał się z boku na bok, martwiąc się, czy ciemność jej nie
przeszkadza, kiedy tak leżała w łóżku kilka pokoi dalej, czy przypadkiem
koszmar znowu jej nie nękał.
I zastanawiał
się też, czy to jedno jedyne piekło, jakie przeszła, na pewno było tym
ostatnim. Czy naprawdę zabiła wszystkich, którzy ją tak bestialsko skrzywdzili.
Rozmyślania potęgowały jego złość, chęć zadość uczynienia okrucieństwu, jakie
przeżyła, ale boleśnie zdawał sobie sprawę z tego, jak niewiele może. Na
jakiejkolwiek płaszczyźnie.
Nie wiedział,
jak ją pocieszać, jak przy niej być, bo mimo że znów znajdowali się blisko, to
jednak dziwnie daleko. Nie chciała, by ktokolwiek zauważył zażyłość między
nimi, choć wszyscy o niej wiedzieli – ale nie zamierzał się narzucać.
Wystarczało mu, gdy się otwierała i rozluźniała, jeśli zdarzyło się tak, że
znaleźli się gdzieś sami.
Nie wiedział
także, jak mógłby pomścić jej ból, jak mógłby zwalczyć koszmary, skoro był
tylko człowiekiem. Czasami nawet wątpił, czy jest dla niej wystarczająco silny,
czy nie powinna otrzymać wsparcia od kogoś lepszego od niego.
Potem jednak
ktoś, z kim siedzieli przy stole w karczmie, podnosił się, by przynieść
zamówienie, a ona opierała na tę chwilę głowę na jego ramieniu i oddychała
głęboko, uśmiechając się z półprzymkniętymi oczami. Zaraz zapominał, obserwując
ją z czułością i modląc się, by karczmarz zapomniał o tym, co miał przygotować,
przez co nikt nie wróciłby za szybko do stolika.
Ostatecznie
postanowił, że będzie z tym walczył tak, jak potrafił. Zatem musiał się
odpowiednio uzbroić – przyniósł do pokoju kilka książek na tematy, które go
interesowały, i rozpoczął uważne studiowanie. Zdobył także nowy notatnik, bo
stary zniszczył się w podróży, i powrócił do robienia dokładnych notatek, chcąc
usystematyzować wiedzę oraz mieć pewność, że Aithne jest już bezpieczna.
W większości
pozycji nie znalazł niczego wyjątkowo odkrywczego czy druzgoczącego, tylko same
ogólniki. Ale nie poddawał się, dzielnie szperając, doczytując, dowiadując się,
tłumacząc ze starych języków.
Aż wreszcie
natrafił na opór nie do przebycia. Dialekt, w którym zapisano pewną zniszczoną,
ale zachęcającą książkę, zdecydowanie wyszedł z użycia. Errian, choć przecież
był osobą dobrze wykształconą oraz inteligentną, nie potrafił nazwać tego, z
czym się spotkał – gramatyka, słowa, składnia, wszystko było mu obce, a litery
pozostawały ciągiem dziwnych znaków niemal nie do odszyfrowania.
Po kolejnym
dniu walki ze swoją niewiedzą postanowił odwiedzić bibliotekę miejską raz
jeszcze i przewertować wszystkie słowniki, jakie tylko posiadali w katalogu.
Może w którymś będzie choćby wzmianka o tym wymarłym języku.
Po zejściu do
karczmy rozejrzał się dokoła, jakby miał nadzieję, że ktoś mu pomoże. Tak
naprawdę bał się, że dostrzeże Aithne, która odprowadzi go do wyjścia czujnym
spojrzeniem i zacznie się w duchu martwić, choć nie da tego po sobie poznać za
żadne skarby. Upadłej jednak nie zauważył, natrafił natomiast na Sheridana
siedzącego przy jednym ze stolików i obserwującego w ostatnio typowym dla niego
zamyśleniu widoki za oknem.
Errian już
wcześniej domyślił się, że chodziło o nie do końca rozwiązaną sprawę z Anabde,
jednak nie chciał przyjaciela męczyć rozmową. Wiedział, że jeśli łowca naprawdę
będzie potrzebował wsparcia, w ten czy inny sposób da o tym znać.
Tymczasem
młody mag przycisnął trzymaną książkę do piersi i zastanowił się, czy Sheridan
byłby w stanie mu pomóc. Przestąpił z nogi na nogę, zawahał się, po czym westchnął,
pokręcił głową i ruszył do przyjaciela, pokrzepiony nadzieją na wsparcie.
W końcu łowca
żył już te swoje lata w Lostarze, mógł się z takim językiem gdzieś spotkać.
Determinacja w Errianie rosła z każdym stawianym do Sheridana krokiem, kiedy
jednak stanął tuż za jego plecami, roztrzaskała się na drobne kawałki i
zostawiła nieszczęśnika na pastwę losu.
Młodzieniec
przełknął ślinę, zaciskając palce na tomie.
– O, Sher –
rzucił wreszcie, wiedząc, że musi jakoś zwrócić na siebie uwagę łowcy, inaczej
będzie tak stać bezradnie, a mężczyzna patrzeć na ulicę za oknem.
Przeklęty
obrócił lekko głowę i obdarzył Erriana spokojnym spojrzeniem, unosząc lekko
brew. Dopiero po chwili młody mag zorientował się, że łowca musiał zauważyć
jego odbicie w szybie i doskonale wiedział o przybyciu przyjaciela.
– Hej! –
wydusił nieco spanikowany, próbując brnąć w cokolwiek, nawet jeśli brnął we
własną głupotę oraz spłoszenie realizowanym pomysłem.
Sheridan
milczał jeszcze chwilę, przyglądając się towarzyszowi bardzo krytycznie,
zielone oczy wyrażały głęboką dezaprobatę, ale także lekkie rozbawienie. W
końcu zagościło w nich trochę zadowolenia, bo młody mag nie ugiął się pod
naporem tego spojrzenia, mimo że każdy inny na jego miejscu przynajmniej by
zadrżał.
– Widzieliśmy się
już dziś, dzieciaku – przypomniał spokojnie i ostentacyjnie odwrócił głowę z
powrotem do okna; tylko nieznacznym gestem ręki zaprosił przyjaciela, by zajął
ostatnie wolne miejsce przy stoliku.
– A, no tak –
bąknął młody mag i znów przestąpił z nogi na nogę w wyraźnym wahaniu,
przyglądając się krzesłu trochę nieobecnie.
Wreszcie
przeszedł dzielące go od mebla metry, złapał za oparcie i ustawił całość tak,
by dobrze widzieć Sheridana. Siadając, położył książkę na blacie, przesunął
dłonią po okładce, po czym szybko tom zabrał z powrotem w objęcia.
– Wybacz –
dodał jeszcze i uśmiechnął się krzywo, co w jego przypadku było bardzo dziwne;
zawsze uśmiechał się szczerze.
– Dobra, o co
chodzi? – nie wytrzymał łowca i z ciężkim westchnieniem przeniósł przeszywający
wzrok na przyjaciela, ponownie unosząc brew.
Palcami
leżącej na blacie ręki charakterystycznie zabębnił w drewno, zdradzając swoje
zniecierpliwienie. Wymigiwanie się i wykręcanie od istnienia problemu tylko by
Przeklętego rozzłościło, ale na całe szczęście Errian należał do szczerych,
dość otwartych osób, zwłaszcza w odniesieniu do przyjaciół.
Tak się
niezwykle złożyło, że cały nadzwyczaj pogodny charakter młodego maga wcale
Sheridana nie irytował, wręcz przeciwnie, prawdę mówiąc.
– Aż tak
widać? – mruknął rozbawiony i uśmiechnął się, spuszczając wzrok na oddzielający
ich stół.
– Mów –
ponaglił go łowca, skinąwszy z pewnym politowaniem głową, jakby doskonale
wiedział, o co mogło chodzić, i nie stanowiło to żadnego problemu.
Errian
westchnął, przeczesał dłonią srebrne włosy, by wreszcie rozstać się z książką.
Z największym spokojem przekartkował tom, odnalazł zaznaczoną zgięciem kartki
stronę, a potem podsunął całość pod nos łowcy, palcem wskazując pogrubiony,
wyrazisty nagłówek oznaczający nowy temat.
– Możesz to
odczytać? – spytał z wyraźną nadzieją, obserwując pochylającego się nad treścią
mężczyznę. – Próbowałem z kilkoma słownikami, ale żaden już tego języka nie
zawiera. A ty… – urwał, szukając odpowiednich słów, by wyjaśnić swoje
postępowanie. – No, jesteś Przeklętym – wybrnął wreszcie nie do końca zgrabnie
i wzruszył ramionami.
– Chcesz
powiedzieć, że jestem stary? – poprawił przyjaciela Sheridan, uśmiechając się z
pewnym przekąsem, kiedy unosił spojrzenie na zatroskaną twarz młodzieńca.
Nie czekał
jednak na odpowiedź, podniósł książkę i oparł ją grzbietem o kant stołu, by
wygodnie było mu czytać. Przymrużył oczy i zagłębił się w lekturze, ignorując siedzącego
przed nim młodego maga. Errian uniósł kąciki ust w zmęczonym uśmiechu, z
głęboką ulgą wypuszczając powietrze z płuc.
– Dzięki –
rzucił tylko, by zaraz oprzeć się wygodniej i z całą swoją cierpliwością
poczekać, aż Sheridan skończy czytać.
O ile
cokolwiek z tego rozumiał, co najbardziej młodzieńca niepokoiło. Nie chciał
jednak przeszkadzać, dlatego tylko w napięciu obserwował.
– Hmm –
mruknął wreszcie łowca i zerknął krótko na przyjaciela, unosząc brwi w wyrazie
pewnego zdumienia. – Od kiedy interesują cię takie tematy? – spytał szczerze
zainteresowany, obracając stronę i sprawdzając, czy dalej też jest ten tekst,
czy już inny dział.
– Mam swoje
powody – odparł wymijająco Errian, opierając się łokciami na blacie i
pochylając się do Sheridana z niecierpliwością.
Przeklęty
przyjrzał się młodemu magowi uważnie, a w jego oczach błysnęło niejakie
rozbawienie. Obaj doskonale wiedzieli, jakie to powody mogły zmusić Erriana do
zgłębiania wiedzy, która nie interesowała pospolitych zjadaczy chleba, tylko co
najwyżej historyków.
– No więc? –
nacisnął młodzieniec, wpatrując się w przyjaciela w napięciu.
Sheridan
westchnął i delikatnie przesunął dłonią po zżółkniętej kartce, przygładzając ją
z pewną czułością. Jeszcze chwilę milczał, kolejny raz przebiegając spojrzeniem
po mniej jasnym fragmencie, po czym skinął głową.
– Pismo
rzeczywiście jest stare, wyszło z użycia jakieś… pięćdziesiąt lat temu –
oszacował wstępnie i zerknął na Erriana, sprawdzając, czy młody mag go słucha.
Przyjaciel
niemalże pochłaniał to, co mówił łowca, a to tylko mężczyznę rozbawiło.
Oszczędził jednak biedakowi kpiny i wymownych spojrzeń, skupiając się na swoim
zadaniu.
– Potem
pojawiało się coraz rzadziej, najczęściej w oficjalnych tekstach – dodał,
unosząc lekko książkę; wydanie tego tomu datowało się na trzydzieści lat
wstecz, dlatego wolał rozwiać możliwą wątpliwość. – Sama treść dotyczy upadku
jednej z wielu organizacji w tamtych czasach, które próbowały wymordować
Przeklętych – wrócił do sedna sprawy, opuszczając wzrok na litery, by wesprzeć
się tekstem. – Ta tutaj odniosła całkowitą porażkę, zostali co do nogi
wyrżnięci. Poza tą wzmianką masz same techniczne szczegóły, jak okres
działalności, herb, preferowana broń, stopień rozwoju oraz osiągnięcia –
zakończył z niedbałym wzruszeniem ramion.
Chwilę jeszcze
wpatrywał się w tekst, szukając w nim podpowiedzi odnośnie tego, dlaczego
Errian się tym zainteresował i jaki ma to związek z rudym rozczochranym.
Studiowanie
treści pochłonęło go na tyle, że przypomniał sobie o przyjacielu dopiero wraz z
jego kolejnym pytaniem:
– A te notatki
na marginesach? – mruknął zgaszonym głosem, wskazując nabazgrane kiepskiej
jakości ołówkiem komentarze po bokach kartek.
Sheridan
dopiero teraz je zauważył i kiedy im się przyjrzał, aż lekko się skrzywił.
Przebiegł wzrokiem kilka pierwszych linijek, przymknął oczy i z całym
poświęceniem, na jakie było stać takiego egoistę, uzbroił się w cierpliwość.
– Daj mi
chwilę – poprosił po prostu i rozsiadł się wygodniej, pogrążając się w trudnej,
właściwie bolesnej lekturze.
Cisza się
przedłużała. Errian siedział jak na szpilkach, milcząc niczym zaklęty i z
największą cierpliwością czekając na werdykt, Sheridan natomiast krzywił się,
marszczył czoło i poruszał bezgłośnie ustami, zmagając się z trudnym do
odczytania tekstem nie tylko ze względu na jakość zapisu.
I kiedy młody
mag zaczął już wątpić, zastanawiając się nad zafundowaniem sobie czegoś mocnego
oraz wysoko procentowego, łowca odetchnął jednocześnie z ulgą oraz irytacją,
prostując się.
– To pismo
jest jeszcze starsze – oznajmił na wstępie, przesuwając kciukiem po ołówkowych
notatkach. – Przestano go używać jakieś sto lat temu, co widać po błędach
gramatycznych w tym tekście – dodał z niesmakiem, znacząco zerkając na
diabelski pomiot, który przysporzył jego zmysłowi literackiemu tyle cierpienia.
– Notatki nie zostały sporządzone wcześniej niż piętnaście lat temu –
zakomunikował jeszcze, nie raczył jednak wyznać, skąd to wywnioskował.
Errian podniósł
na niego pełne szczerego podziwu spojrzenie i pokiwał z uznaniem głową, pełen
trudnej do opisania ulgi. Sheridan uniósł kącik ust, uznając, że poświecenie
swojego cennego czasu było warte tej miny.
– Naprawdę
jesteś stary – stwierdził wtedy młody mag z nieomal szacunkiem.
Łowca spojrzał
na przyjaciela miażdżąco, przymrużając oczy, to jednak nie zmieszało młodzieńca
ani go nie przestraszyło. Wytrzymał ten wzrok, nawet uśmiechnął się lekko, jak
zawsze pogodnie, by na końcu wskazać ruchem brody nadal trzymaną przez
mężczyznę książkę.
– No, więc co
tam napisano? – przypomniał o najważniejszym.
– Wynurzenia
kogoś emocjonalnie związanego z organizacją – podsumował całość, westchnąwszy
ciężko. – Odgraża się, wścieka, obiecuje zemstę, pragnie wszystko odtworzyć w
podziemiu. No i trochę przekleństw – wyliczył znudzonym głosem, na koniec
wzruszając niedbale ramionami.
Dostrzegł, że
wyraz oczu Erriana zmienił się, odniósł też wrażenie, że młodzieniec jakby
lekko pobladł. Kiedy pochylił się mocniej do łowcy, zacisnął z ponurą
determinacją usta, co Sheridana zastanowiło.
– Jest coś o
tym odtwarzaniu organizacji? – spytał napiętym głosem, nie odrywając wzroku od
oczu przyjaciela. – Udało się?
– Ani słowa –
odparł zgodnie z prawdą Przeklęty i uniósł książkę, kartkując ją tuż przed
nosem Erriana. – Tu są tylko plany – przypomniał z pewną pobłażliwością.
Zaraz po tym
odłożył tom na stół, zamknął go dość ostrożnie i podniósł się z miejsca,
wielkodusznie zasuwając za sobą krzesło. Zdumiony mag aż opadł z powrotem na
siedzisko i przyjrzał się łowcy z dezorientacją, obserwując, jak mężczyzna
zbiera się do wyjścia.
– Dokąd
idziesz? – spytał wreszcie zszokowany, uniósłszy bardzo wysoko brwi w
całkowitym niedowierzaniu.
– Do podziemia
– odparł zwięźle Sheridan, zatrzymując się w pół kroku i obracając głowę do
młodzieńca. – Zdobędę trochę informacji z pierwszej ręki – wyjaśnił dodatkowo i
ruszył raźno do drzwi; nie musiał dodawać, że Erriana by tam rozszarpano na
strzępy, obaj doskonale o tym wiedzieli.
Jak i o tym,
że młody mag prędzej czy później spróbowałby tam pójść, żeby poznać dalsze losy
organizacji.
Errian
odprowadził przyjaciela zszokowanym spojrzeniem, a kiedy ten zniknął za
drzwiami karczmy, zdołał się z niedowierzaniem uśmiechnąć. Przysunął do siebie
książkę i pogłaskał jej okładkę, czując, jak ogarnia go trudna do opisania
ulga.
– Dziękuję –
szepnął, choć Sheridan nie mógł już tego usłyszeć.
Łowca zniknął
na długo. Errian zdążył wrócić do pokoju i zabrać się za kolejną książkę, nim
mężczyzna przekroczył próg z informacją, że nic nikomu o tym nie wiadomo. Mag
pokiwał nieobecnie głową, nie odrywając wzroku od czytanej treści, ale Sheridan
wiedział, że słuchał go bardzo uważnie.
Siadając na
łóżku i przyglądając się przyjacielowi, dotarło do niego, że Errian w to nie
uwierzył. Nie uwierzył, że to wszystko rozmyło się niczym niepokojący sen,
który w każdej chwili mógł się stać koszmarem. Przeklęty był jednak przekonany,
że chłopak przesadza.
Zakochani
zawsze są niepoprawnie głupi.
Dobra, złe kobiety. Ostatecznie przekonałam się Ariene. Przynajmniej jedna zadowolona, nie? XD
OdpowiedzUsuńW ogóle, coś tak czuję, że moje nagłe zaabsorbowanie Pandakarą dobrze zrobi waszym zapasom ^^
Ta organizacja jest/była jakaś podejrzana XD W ogóle, inny jakiś ten wątek. Że niby cała organizacja siedziała w jednym budynku? O.o Żadni członkowie nie byli w tym czasie (w którym Aithne "zadziałała") na jakiejś arcyważnoskifnej misji mającej na celu wybicie jakiejś następnej rodziny Przeklętych?*
Hmm... jeżeli ktoś by przeżył, to jeszcze bardziej nienawidziłby Przeklętych... Dobrze myślę dzisiaj? O_o
No, w każdym bądź razie ostatnie zdanie jest genialne <3
Ktoś mi powie czyja jest Leanelle i po co ona tam? XD Znaczy, muszę sobie znaleźć nowy element wkurzający na miejsce Ariene XD
[... oł maj gad.... oł maj gad. Nie dacie nigdy notki jedynie z perspektywy Leanelle i Aidana/Caleba** (Aidan jeszcze jest słodziachny ^^), prawda? Prawda? He-he... he... T_T]
I nie lubię Was za nienapisanie karty Leanelle w Bohaterach -.- Czy ją ktoś zgwałcił? Serio pytam.
* A Przeklęty może mieć dziecko z ludziem? O, tak mnie ciekawi... XD Wiem, że Ariene z Cadorem będzie miała córkę, bo widziałam na spoilerze na Deviantarcie (zazwyczaj na nie nie patrzę, naprawdę, ale przed chwilą weszłam w pole grawitacyjne Ariene w dziwnej kiecy XD)
A o resztę nie mam pytać, prawda? XDD
** Kiedy ściągnie do nawiedzonego zgromadzenia narzeczoną, tak się spytam? XD
Bo Ariene... jest fajna xD
UsuńA ja będę to czytać! I będę nękać tak, jak ty nękasz nas xDD
Wiesz, w tamtych czasach organizacje nie działały... aż tak sprawnie. To w gruncie rzeczy ponad pół dekady temu się stało, więc takie akcje się pozmieniały i rozwinęły. Dlatego wystarczyło zaatakować jedną siedzibę, gdyż:
1) Takich organizacji było jak pies nasrał wtedy, wszyscy chętni się rozproszyli i zwyczajnie brakowało ludzi, by tworzyć więcej siedzib;
2) Nie każdy jest tak powalony, żeby się rzucać z mieczem na Przeklętego xD;
3) Zwyczajnie nie skminili, że mniejsze komórki byłyby bardziej skuteczne; zwłaszcza że nie wiedzieli do końca, jak dobrze walczyć z Przeklętymi małymi grupami, dopiero tę wiedzę zdobywali.
Myślisz good enough. Myślisz jak Errian :3 A to dobrze!
Taaak, Sheridan umie podsumować xD
Leanelle nie jest bez powodu i należy do Kasi. I obawiam się, że za pewien czas przestaniesz jej nie lubić xD
Coo, Caleba też nie lubisz? xD Wiesz, nie wiem. Znaczy, są fragmenty z Leą również, ale nie wiem, czy na całą notkę.
Wiem, Kasia się opierdala xD Tak, Leanelle została zgwałcona. Kilkukrotnie. Z prawdziwym okrucieństwem. A potem kochana rodzinka uznała, że splamiła tym honor rodziny i półżywą wyrzuciła ją na bruk :3
Genetyka jest dość skomplikowana, ale w gruncie rzeczy można ją złapać. Więcej o tym będzie w drugim tomie, a skomplikowane wariacje w trzecim. Ale jesteśmy w pierwszym, więc rzeknę tym sposobem - to byłoby to samo, co z pół-elfem. Pół-Przeklęty najprawdopodobniej odziedziczy znaki rasowe od potężniejszego rodzica (czyli Przeklętego), dzieje się tak w 99% przypadków. Jednak skala potęgi jest inna. Ludzie posiadają 0-6, Przeklęci 7-10. Krzyżówka może być 0-10, więc prawie jak bomba z opóźnionym zapłonem xD
Narzeczona się pojawi. Nie martw się. Kwestia czasu :3
Co do drugiego podpunktu... to jest tok myślenia Izki ._. Nie, że ona wszędzie by się rzucała, ale... zobaczysz to już w pierwszym rozdziale XD Ta pani lubi brawurowe akcje we fristajlu (w takim ot, że nie wie co właściwie robi XD) XD
UsuńCzyli absolutnie nie Errian XD
Złapałam genetykę! Jestem wielka! I nie wyobrażam sobie Aithne w ciąży O_O
[Nawiasem, natrafiłam na cholernie złe, nielogiczne opowiadanie o Potterze. Kobieta przyszła do uzdrowicieloginekologa, który stwierdził, że ona ratuje honor kobiet wierząc w ciążę O_O W dodatku, według "objawów" ciąży które opisała autorka opowiadania, jestem w stanie błogosławionym od ósmego roku życia O_O]
Czuję instynktownie, że dostałam -10 do statystyk akceptacji przez Kaśkę XD Ciekawe, czy na życzenia sylwestrowe zareaguje XDD
A ta ostatnia pani w bohaterach? O.o I kiedy dostanę Larkina na arcie? ._.
Hahaha, i TOK MYŚLENIA AITHNE xD Tyle że ona bez planu nadal ma szanse na przetrwanie xD
UsuńErrian to mądry facet. Ale no, zobaczysz :3
Hahahaha, kto powiedział, że będzie w ciąży? xD
Oj. No cóż, mnie już podejrzewano o wiatropylność xD
E tam, Kasi to nie przejmuje xD I jak jej przekażę, to zareaguje, nie wiem, jak często wchodzi na bloga xD
Ona jeszcze przed nami. A Larkin jest na jednym arcie, już skończonym, ale prędzej zobaczysz go na devie niż tu. Ze spoilerem xD
Niee, raczej nie Aithne XD Aithne by nie rozmawiała o pierdołach podczas zamachu XDD Aithne nie podejrzewałabym o próby zamachu XDDD A Izka nawet miecza nie podniesie, najlepsze XD BO MOŻE SOBIE NADERWAĆ RĘKĘ ALBO ODCIĄĆ PALCE XDD
UsuńJuż widziałam przecież ^^
Uff XD
Łuhu! ^^ Nie ma to jak spoiler o dobrej postaci <3
Ta? Gdzieś widziała? xD Na linearcie? xD
UsuńTo nie będzie... miły spoiler xD Nie do końca xD
Nje, w treści XD On ma usposobienie naukowca XD
UsuńŁe tam XD
Nowy rozdział, kurde, nie pierdzielmy dłużej o mądrości XD