Ariene właśnie
ścieliła swoje łóżko, szykując się do snu i trochę martwiąc się o przedłużającą
się nieobecność Anabde, kiedy usłyszała pukanie do drzwi. Fakt ten mocno ją
zaskoczył, bo przecież nie spodziewały się gości, a współlokatorka raczej by
się nie trudziła takimi niuansami. Może zapomniała klucza? Nie, chwila,
przecież wiedziała, że wiedźma nigdzie się nie wybiera.
Ariene w
jednej sekundzie zrobiła się bardzo podejrzliwa i nieufna. Przyjrzała się
drzwiom tak, jakby te miały się okazać jej śmiertelnym wrogiem, po czym
westchnęła i poprawiła trochę koszulę nocną, by nie była za krótka w żadną
stronę.
Jakoś się
niepewnie poczuła, stojąc tak w pustym pokoju bez codziennego ubioru. Zaraz
sobie przypomniała, że zawsze może nieproszonego gościa wyrzucić przez okno
pstryknięciem palców, co zdecydowanie dodało jej pewności siebie.
Stanęła
przodem do przejścia i podparła się groźnie pod boki, w jej oczach nadal czaiła
się duża doza nieufności, cała zdawała się być napięta oraz czujna. Wreszcie
odetchnęła głębiej, odrzuciła niedbałym ruchem wilgotne włosy na ramiona i
skinęła głową.
– Proszę –
powiedziała głośno i wyraźnie, żeby delikwent po drugiej stronie drewnianej
płyty na pewno usłyszał.
Klamka
poruszyła się i opadła, a w progu, uchyliwszy drzwi, stanął nie kto inny,
tylko… Errian. Rozejrzał się czujnie po pokoju, jakby spodziewał się jednej
wielkiej katastrofy; kiedy odnalazł zaskoczoną Ariene, zmierzył ją uważnym
spojrzeniem. Wiedźma uniosła brwi jeszcze trochę wyżej, nie wiedząc, jak ma to
rozumieć.
Młody mag
natomiast dziwnie się rozluźnił, odetchnął i wszedł do środka, zamykając za
sobą przejście. Jakby nigdy nic ruszył w stronę koleżanki, uśmiechając się do
niej pogodnie oraz przyjaźnie, tak dla siebie charakterystycznie.
– Co ty tu
robisz? – wydusiła zszokowana Ariene, wiodąc za młodzieńcem zdezorientowanym
wzrokiem.
Kogo jak kogo,
ale jego spodziewała się najmniej. Chyba nawet mniej niż Sheridana. Mniej niż
Aithne. Naprawdę, mogło to dziwnie zabrzmieć, jednak umówmy się – Errian nie
miał tu czego szukać w gruncie rzeczy. Zatem o co tutaj chodziło?
Wiedźma
przymrużyła powieki, wietrząc pewien podstęp.
– Nie no, nic
takiego – odparł radośnie, przyjrzał się jej błyszczącymi wesoło błękitnymi
oczami i przystanął na chwilę przy łóżku Anabde.
To było
jeszcze bardziej podejrzane.
– Tak
słyszałem, że masz łóżko na zbyciu – oznajmił, rozkładając ramiona w geście
całkowitej bezradności.
Ariene
milczała wyjątkowo długo, przyglądając się młodzieńcowi już bardziej w
przerażonym szoku niż czujnie czy nieufnie. Wreszcie zamrugała, zająknęła się,
zmarszczyła czoło i doszła do wniosku, że nie rozumie.
– Co? –
spytała konkretnie, przekrzywiając w oczekiwaniu na odpowiedź głowę.
– Nie przejmuj
się mną – poradził jej niefrasobliwie młodzieniec, wyszczerzył zęby w
zadowolonym z siebie uśmiechu, a potem bezceremonialnie walnął się na łóżko
Anabde, krzyżując ręce pod głową.
Ariene z pełną
konsternacją patrzyła, jak Errian zrzuca buty ze stóp i krzyżuje nogi w
kostkach, bardzo zadowolony z wygodnej pozycji, jaką obrał. Uniosła brew, nie
wierząc, że ma przed sobą tego grzecznego, zawsze uprzejmego oraz uczynnego
młodzieńca.
– Nie no,
rozgość się, czemu nie – parsknęła i pokręciła głową, przyglądając się magowi w
ciągłym zdumieniu.
Kiedy raz
jeszcze się do niej uśmiechnął, z ciężkim sercem musiała przyznać, że zupełnie
nie rozumie. Dlatego wzruszyła do samej siebie ramionami i opadła trochę
bezwładnie na własne łóżko, obserwując Erriana w zdumieniu.
Inna sprawa,
że poczuła się przy nim swobodniej, a cały niepokój minął. Nawet przestała się
przejmować koszulą nocną, w końcu mówimy o kochanym, niewinnym jako ta łza o
poranku Errianie. No, może z niewinnością przesadziła, ale w porównaniu do niej
samej – to tak, jakby nie przeżył jeszcze swojego pierwszego razu, umówmy się.
– Ale wiesz,
że mieszka ze mną Anabde? – postanowiła zasięgnąć języka, uśmiechając się z
rozbawieniem.
Sama też
podciągnęła nogi na łóżko i usiadła po turecku, obserwując zapatrzonego w sufit
młodzieńca pogodnie. Zastanowiła się, czy chce podsuwać się pod ścianę, ale
uznała, że nie ma siły na tak daleką podróż, więc zrezygnowała, czekając na
odpowiedź.
– Wiem –
przytaknął krótko, kiwając stopą do melodii słyszanej tylko przez niego.
Ariene
przekrzywiła głowę, przyglądając się mu chwilę.
Nigdy o tym
nie myślała, ale nagle zaciekawiło ją, czy Errian tylko gra, czy może także
komponuje. Do tej pory nawet nie słyszała żadnego jego wystąpienia, jedynie
zdawała sobie sprawę z teoretycznego talentu. Może kiedyś da się go uprosić,
żeby dla wszystkich wykonał utwór.
– I wiesz, że
ona tu wróci? – ciągnęła przepytywanie bardzo rozbawiona i zadowolona, kiwając
się w przód i w tył; nagle odechciało jej się spać.
Errian obrócił
do niej głowę i obdarzył takim spojrzeniem, od którego wiedźmę przeszły ciarki.
Nie było ono tak lodowate, jak tamtego ranka w posiadłości Souenów, a jednak
wystarczająco wymowne, by Ariene znów poczuła do młodzieńca respekt.
Nie miała
pojęcia, jakim cudem Errian potrafi być tak straszny, a na co dzień pozostawać
takim kochanym, oddanym przyjacielem oraz optymistą.
– Niech tylko
spróbuje – warknął młodzieniec i powrócił do obserwowania sufitu, z pewną
irytacją zakręciwszy stopą, bo zgubił nucony rytm.
Ariene
wytrzeszczyła oczy i niejako zwątpiła.
– Dobra… –
wydusiła ostrożnie i podrapała się po karku, pochylając z pewną skruchą głowę,
jakby mag właśnie na nią nakrzyczał. – Nie wiem, co powiedzieć – przyznała
szczerze, wreszcie zorientowawszy się, dlaczego Errian przyszedł, a Anabde nie
wróciła.
Zajęło jej to
wyjątkowo dużo czasu – zwłaszcza jak na miłośniczkę intryg i spisków na takim
właśnie tle.
Uśmiechnęła
się z przekąsem, pokiwała do samej siebie głową i przesunęła się tak, by móc
schować się pod kołdrą. Od strony Erriana nie dobiegały żadne niepokojące
dźwięki, zatem w spokoju umościła się wygodnie, pochwaliła miękką pościel i
obróciła głowę do kilku świec, jakie jeszcze się paliły.
– Poratujesz
damę w potrzebie? – zainteresowała się, z trudem tłumiąc szerokie ziewnięcie.
Nie usłyszała
odpowiedzi, ale dostrzegła, jak płomyki na knotach drżą, po czym gasną. Zadowolona
z tego obrotu sprawy przytuliła policzek do poduszki z twardym postanowieniem,
że lada moment zaśnie.
Nie udało się.
Przewracała
się z boku na bok, nękana różnymi dziwnymi myślami i uczuciami. Nie mogła
znaleźć sobie miejsca, mając wrażenie, że sen to najbardziej odpychająca
czynność, jaką dałoby się teraz robić. Chciała wyjść z pokoju i uciec gdzieś w
półmrok, daleko od wszystkich, pogrążyć się w rozmyślaniach oraz snuciu różnych
dziwnych wizji.
Z jej piersi
wyrwało się kolejne zirytowane westchnienie, jeszcze kilka chwil walczyła z
własnym organizmem, aż wreszcie się poddała.
Zastygła na
plecach, skrzyżowawszy ręce w przegubach na wysokości brzucha, i zapatrzyła się
w sufit, nasłuchując. Oddech Erriana, choć względnie spokojny, nie brzmiał jak u
śpiącego człowieka. Zmarszczyła czoło, znów się wahając.
Skąd mogła
wiedzieć, że mag leży w dokładnie tej samej pozycji, wpatrując się w sklepienie
równie zdesperowanym wzrokiem?
– Ej, Errian,
śpisz? – zagadnęła wreszcie, obróciwszy głowę w stronę, gdzie znajdowało się
łóżko towarzysza.
– Nie bardzo –
mruknął niechętnie, odetchnąwszy głęboko, usłyszała szelest i odniosła
wrażenie, że młodzieniec także spojrzał w jej stronę.
– Aha –
odparła bardzo konkretnie i znów przeniosła wzrok na sufit, dziwnie zdesperowana,
zdruzgotana i niezadowolona.
Niech już
nastanie świt, nowy dzień, cokolwiek.
– A ty? –
spytał po krótkiej chwili milczenia Errian, dźwięk jego głosu był na tyle
specyficzny, że wiedźma domyśliła się, iż młodzieniec potrzebował podtrzymać
rozmowę, jakkolwiek głupio tego nie zrobił.
– Mam bardzo
przyjemny sen, wiesz? – parsknęła z ironią, wywróciwszy oczami. – Jasne, że nie
śpię – sprecyzowała, uśmiechając się z lekkim przekąsem.
– Martwisz
się? – ciągnął Errian i tym razem z tonu jego głosu wywnioskowała, że coś go
wyraźnie męczyło; zastanowiła się, czy może chodzić o Aithne.
– Eee –
wyraziła się bardzo elokwentnie, zaskoczona pytaniem. – Nie… niezupełnie –
poprawiła się, samej nie potrafiąc określić swojego nastroju. – Tak jakoś –
zakończyła niezbyt zgrabnie i wzruszyła niedbale ramionami.
– Ach –
westchnął po prostu z minimalną dozą zrozumienia. – Bo ja się martwię – wyznał
uczciwie z pewną rezygnacją.
Ariene
poczuła, że trochę jej młodego maga szkoda. Obróciła się na bok, żeby lepiej
kolegę widzieć, choć w półmroku niewiele było do oglądania, i zmarszczyła z
niejaką troską czoło, zastanawiając się, co też go tak męczy.
– Ojej? –
rzuciła tylko, wyraźnie sugerując, że chciałaby poznać odpowiedź, ale nie ma
takiej konieczności, jeśli on woli o tym nie mówić.
– O moje łóżko
– jęknął wtedy żałosnym, łamiącym serce głosem, nawet nieco płaczliwym, jakby
to było bardzo ważne, istotne oraz bolesne.
Ariene
zamrugała, wpatrując się w półmrok przez kilka sekund w wyraźnym szoku. Zaraz
jednak się zakrztusiła i jak nie ryknęła serdecznym śmiechem, przewracając się
z powrotem na plecy, tak mieszkańcy sąsiednich pokoi chyba zostali obudzeni.
Chyba na pewno. No cóż.
A jeśli teoria
Erriana była prawdziwa, to wiedźma pomyślała, że cała karczma raczej niewiele
pośpi sobie tej nocy, co jeszcze bardziej ją rozbawiło. Miała nadzieję, że do
rana się uspokoi, bo to mogłoby być już dziwne.
Zwykle
rozumiał oraz tolerował potrzeby zwykłych ludzi, takie jak spanie do dziesiątej
albo nawet do południa. Posiadł wiele przydatnych zdolności, na przykład umiał
poruszać się na tyle cicho, wręcz bezszelestnie, by nikogo nie budzić.
Kiedy jednak
musiał coś załatwić, by dalej pracować, i miałby czekać z tym załatwianiem do
godzin późnych przedpołudniowych, marnując czas na, właściwie, nic, to
zwyczajnie szedł i załatwiał. Nawet jeśli szedł załatwiać o siódmej rano, gdy
ta godzina dla większości była jeszcze głęboką nocą.
O tyle
przyjemniej się spacerowało tak wcześnie, bo ulice pozostawały niemalże puste.
Tylko pojedynczy przechodnie kręcili się to tu, to tam, kramarze rozkładali
swoje stragany we względnym spokoju – ot, po prostu chodzić, zwiedzać,
podziwiać. Niestety nie mógł się oddać tej niewątpliwej przyjemności –kroki
skierował prosto do karczmy, w której powinien odnaleźć niezbędne do jego
zadania osoby.
Klucząc
sprawnie między uliczkami, odkrył kolejny powód przemawiający na plus całej
porannej sytuacji. O tej godzinie nie znajdzie się zbyt wielu świadków
spotkania, toteż nikt nie powinien narzekać. A sprawa była nagła i poważna, oczywiście.
Może też trochę chodziło o satysfakcję z obudzenia podłej wiedźmy i słuchania
jej warczenia, by później zostawić ją samą z Anabde, niech się pozabijają, a
co.
Wszedł do
karczmy i bez wahania skierował się do czyszczącego ladę właściciela przybytku.
Zignorował jego zdumione oraz podejrzliwe spojrzenie, jakim uraczył pstrokaty
płaszcz – Calebowi zwyczajnie przyszło się przyzwyczaić do tego, że jego ubiór
wzbudzał powszechne, dość zdegustowane, poruszenie.
Zatrzymał się
przy szynku i nachylił do mężczyzny, przywołując na twarz pełną dyskrecji minę.
– Niedawno
zatrzymały się u pana dwie kobiety – zaczął konspiracyjnym głosem. – Zostałem
poproszony, by jednej coś przekazać od jej narzeczonego, dlatego pragnę pana
prosić o wskazanie mi ich pokoju – dodał, uśmiechając się porozumiewawczo.
–
Narzeczonego? – powtórzył mimowolnie, unosząc brew. – A o którą kobietę
dokładnie szanownemu panu chodzi? – spytał zaraz bardziej podejrzliwie.
– Ładna,
bardzo delikatna, wprost urokliwa. Czarne długie włosy, arystokratyczne rysy
twarzy… o, i niebieskie oczy. Jej narzeczony ciągle je wychwala – podał
pobieżny rysopis, uśmiechając się w ten sam sposób.
W duchu
zastanowił się, czy narzeczeństwem sprawy nie zapeszył, ale w sumie głupio
byłoby się takimi przesądami przejmować. Najwyżej kiedyś Cador go zabije,
pewnie mu się już powodów do tego wystarczająco dużo zebrało.
– Piątka –
mruknął wreszcie karczmarz, zaraz unosząc ostrzegawczo palec. – I niech mnie
pan nie zdradzi, że to ja powiedziałem, nie wolno mi – zastrzegł, robiąc groźną
minę.
– Jasna
sprawa, dobrodzieju – rzucił Caleb, spróbował uspokoić mężczyznę gestem dłoni,
po czym odstąpił od lady i ruszył do części gościnnej.
Odnalezienie
odpowiedniego pokoju nie zajęło mu długo, ot, chwilę pospacerował, nasycając
oczy ładnym wystrojem wnętrza – nawet mimo że był tylko na korytarzu! –
mimowolnym utyskiwaniem nad samym sobą, bo stęsknił się za swoim domem w
niewielkiej wiosce, aż wreszcie dotarł pod drzwi z cyfrą pięć.
Uniósł dłoń,
trochę się zawahał, zastanawiając się, czy Anabde też go zabije, po czym
wzruszył ramionami i zapukał energicznie do drzwi. Odczekał kilka długich
sekund, podczas których nic się nie stało, więc zapukał ponownie. Tym razem
wydało się mu, że usłyszał wściekłe warknięcie; czyli dobrze trafił.
– Proszę –
rozległ się czyjś stłumiony głos.
Caleb
uśmiechnął się triumfalnie, nacisnął klamkę i przekroczył próg pokoju. I tylko
tyle uszedł, zatrzymał się zaskoczony i przesunął spojrzeniem od jednego
zajętego łóżka do drugiego, a potem z powrotem w pewnym niedowierzaniu.
Ariene nerwowo
przygładzała potargane włosy, bluzgając pod nosem, wyglądała na niewyspaną –
czyli jak zawsze – oraz wściekłą – czyli jeszcze bardziej jak zawsze. Koszula
nocna przekrzywiła się jej w nie do końca grzeczny sposób, czego Caleb bardzo
uprzejmie postanowił nie zauważyć.
Przypatrzył
się natomiast Errianowi na drugim łóżku, który wyglądał na równie niewyspaną
kupkę nieszczęścia, w dodatku podobnie potarganą. Przecierał właśnie oczy,
pomlaskując cicho pod nosem i próbując się rozbudzić.
– O – pozwolił
sobie skomentować zdawkowo Caleb.
W jednej
chwili zapomniał, po co dokładnie przyszedł, zresztą na oko zobaczył, między
innymi dzięki krzywej koszuli nocnej, jakie poprawki do sukni Ariene musi
jeszcze wziąć. Tymczasem przed nim jawiła się o wiele ciekawsza kwestia.
Errian i
Ariene, oboje nagle rozbudzeni, popatrzyli po sobie z przerażeniem. Młody mag
nadal miał dłoń na oku, a wiedźma swoją we włosach, ale wyglądali na równie
przejętych i poważnych. Wypadło to ślicznie.
Zaraz Ariene
wbiła wzrok w Caleba, wzrok ten natomiast rozkruszyłby skały i mógłby góry
przenosić. W tym jednak momencie próbował myśliwego zabić.
– Tylko
spróbuj, Caleb… – warknęła ostrzegawczo, opuszczając wczepioną we włosy dłoń i
unosząc groźnie palec, jakby zamierzała przy jego pomocy pozbawić kolegę tego
czy owego, albo i zapoznać z okolicą celnym wystrzałem magicznym.
– Nie robiłbym
sobie nadziei – westchnął Errian, dostrzegłszy w miodowych oczach myśliwego, co
też ten właśnie ułożył w swojej główce z całą perfidią, na jaką było go stać.
Z tego powodu
Caleb uśmiechnął się, w tym uśmiechu ukazując zęby, i nagle wyglądał na
niezwykle szczęśliwego, gdy równie niespodziewanie, co tu wszedł, pozbierał się
do wyjścia.
– To ja nie
przeszkadzam, zostawiłem czajnik na ogniu! – zawołał w progu, pomachał im
niedbale i z triumfalnym uśmieszkiem opuścił plac boju, w ostatniej chwili
ratując się od wyfrunięcia przez okno.
– Wracaj tu,
łazęgo! – wrzasnęła za nim Ariene, aż się zerwawszy z łóżka jak poparzona,
chyba nawet planowała myśliwego gonić.
Powstrzymało
ją znaczące chrząknięcie Erriana. Spojrzała na młodego maga wściekła, a gdy ten
postukał się palcem w ramię, popatrzyła na własną rękę. Zacisnęła niezadowolona
usta i pospiesznie poprawiła koszulę nocną, przeklinając co chwilę.
– Ale czemu
tak się denerwujesz? – zaryzykował pytanie Errian, przypatrując się rozjuszonej
wiedźmie niepewnie.
Wszystko
wszystkim, ale myśliwy często tworzył głupie historie albo ludziom dokuczał dla
samego faktu dokuczania. Nie powinno to nikogo dziwić, a oboje wiedzieli, że
spali grzecznie w swoich własnych łóżkach i niczego złego nie zrobili.
– Bo on…! –
zawołała Ariene, by przekonać się, że brakuje jej argumentów. – Bo on… –
spróbowała raz jeszcze i westchnęła z irytacją, coraz bardziej zła, bo
bezradna. – Bo go nie lubię – dokończyła wreszcie dobitnie i skrzyżowała ręce
na piersiach.
Errian
westchnął ciężko, jak człowiek, który potrzebuje dużo cierpliwości, ponieważ
środowisko tego od niego wymaga. A cierpliwości nikt nie miał nieskończonej,
prawda?
Uśmiechnął się
do Ariene, pilnując, by nie wypadło to pobłażliwie.
– Przecież
Cador mu nie uwierzy – postanowił jej uświadomić, odgadłszy bez trudu, że to tu
leżały obawy wiedźmy.
Dostrzegłszy
jej przerażony wyraz oczu, zrozumiał, że trafił aż za celnie.
Ariene
zająknęła się nerwowo, przebiegła spojrzeniem po podłodze i objęła się
ramionami, wyraźnie przestraszona. Errian przypatrywał się jej nieco
zaskoczony, zastanawiając się, czemu nagle dostrzegł między nią a Aithne
podobieństwo.
Gdyby się z
kimś tą refleksją podzielił, nikt by mu nie uwierzył.
– Wcale nie o
nim pomyślałam – sprzeciwiła się dość cicho Ariene, unikając Erriana wzrokiem,
jakby spojrzenie na niego było najgorszym, co mogła w tej sytuacji zrobić.
Młody mag
westchnął. Jeszcze ciężej niż przed chwilą. A potem złożył obrońcy w myślach
wyrazy najszczerszego współczucia, bo sam wiedział, jak to jest próbować
ogarnąć taką spłoszoną kobietę.
– No tak –
przytaknął spokojnie, starając się mówić tak, by jej jeszcze bardziej nie
przestraszyć względnie ukrytą sugestią. – Mój błąd – pokajał się grzecznie.
– Właśnie –
warknęła od razu, otrząsnęła się, zrobiła się jeszcze trochę groźniejsza, po
czym złapała ubrania i ruszyła do łazienki.
Errian
odczekał chwilę, by mieć pewność, że zostanie usłyszany i nie zginie.
– Zostawiłaś
bieliznę.
– KURWA MAĆ.
Przemaszerowanie
z jednej karczmy do drugiej nie zajęło zbyt dużo czasu. Zwłaszcza z jego
umiejętnościami lawirowania wśród tłumu i stapiania się z otoczeniem – ot,
wybrał rzadziej uczęszczane dróżki i dotarł do celu nader szybko.
W głównej
sali, już zapełnionej pijakami, dostrzegł nieco zdesperowanego Aidana
walczącego o śniadanie. Pokazał mu na migi, żeby utrzymał pozycję jeszcze przez
chwilę, bo posiłki lada moment nadejdą. To znaczy wsparcie, dziwnie to
zabrzmiało.
Tymczasem udał
się do pokoju, który zajmował wraz z młodziakiem oraz Cadorem. Oczywiście nie
trudził się pukaniem, tylko wepchnął kartkę z notatkami do kieszeni znoszonych,
nieco strasznych spodni (strasznych zwłaszcza dla osób o delikatnym guście,
jeśli chodzi o ubiór), otworzył drzwi i stanął w progu. Ledwie zlokalizował
przyjaciela wzrokiem, jego oczy błysnęły jakby triumfalnie.
Trwało to
ułamki sekund, zaraz Caleb oparł się nonszalancko o framugę, uśmiechnął się
niedbale oraz bardzo pewnie siebie, a na końcu skrzyżował ręce na torsie,
przyglądając się obrońcy zwycięsko.
Dzień bez
dokuczania to dzień stracony, generalnie.
– Ja tam bym
na twoim miejscu poważnie się zastanowił – ogłosił wszem i wobec głosem nieco
niedbałym, ale pełnym napięcia.
Tak, dobrze
grał. Z twarzą czasami było trochę gorzej, choć na ten moment wystarczająco.
Ale strunami głosowymi potrafił stworzyć niemalże cuda.
Cador właśnie
robił to, za co przez wiele lat swojej młodości obrywał od mamy głośnym
krzykiem albo rzutem sztyletem (wychowywanie dzieci z Reamonnami, generalnie) –
huśtał się na krześle, rozmyślając o nie wiadomo czym. Dodatkowo, co
prawdopodobnie przyprawiłoby panią Reamonn o białą gorączkę, jeszcze przed
chwilą bawił się sztyletem; właśnie odłożył broń na stolik i skrzyżował
ramiona.
O co temu
upierdliwemu człowiekowi chodzi? Przeszył Caleba spojrzeniem jasnozielonych
oczu, uznając, że raczej nie miał na myśli, by zastanowił się nad czymkolwiek,
co właśnie robił.
Pozostaje więc
jedna odpowiedź; jeśli nie wiadomo, o co chodzi, w przypadku obrońcy chodzi o
Ariene. Uniósł kącik ust w krzywym uśmiechu; w jego wzroku pojawiła się dziwna
mieszanka rozbawienia i zrezygnowania.
Jakby się
Calebowi zdawało, że cokolwiek może sprawić, by się tak na pstryknięcie palcem
odkochał. Raczej wyglądało na to, iż Cador jest na podłą wiedźmę skazany.
– Jak
domniemam, masz jakiś powalający na kolana argument przeciwko niej? – zapytał
znużony; nawet nie musiał wymawiać imienia brunetki, wiedzieli, o kim
rozmawiają.
Przechylił
głowę i czekał, średnio zainteresowany.
Caleb minę
miał nieprzeniknioną. Wpatrywał się intensywnie w obrońcę, jakby bardzo chciał,
by zatrważająca prawda do niego dotarła. W miodowych oczach czaiła się
całkowita, nieskończona wprost powaga, myśliwy zdawał się nawet lekko
przerażony odkryciem, jakie musiał poczynić pewien czas temu.
Wreszcie
westchnął z bólem, na chwilę spuszczając wzrok na podłogę, jakby się wahał, czy
na pewno to powiedzieć.
Tak, Caleb
brnął dalej, był upartym skurczybykiem. Nie żeby chciał Ariene jakoś
zaszkodzić, ale skoro ona mieszkała w innej karczmie i już jej dziś dokuczył,
to teraz wyżyje się ostatecznie na kumplu, a co.
Na koniec
całego tego wachlarza mimiki pokiwał zrezygnowany głową, przesunąwszy stopą po
posadzce. I wtedy dopiero wbił śmiertelnie poważny wzrok w oczy przyjaciela.
– Noc spędziła
z Errianem – zakomunikował grobowym głosem, takim tonem, jakby trudno mu to
przeszło przez gardło, pobrzmiała w tym też nutka pewnej desperacji, trochę
przerażenia i odpowiednia doza niechęci do przekazywanej wiadomości.
Caleb, gdybyś
mógł sprzedawać swój głos szmuglerom, byłbyś cholernie bogaty.
Znali się zbyt
dobrze, by to mogło się udać, a jednak na ułamek sekundy Calebowi udało się
obudzić w przyjacielu niepokój. Cador odchylił się mocniej na krześle,
zawieszając na myśliwym uważne, spokojne spojrzenie. Gdy słowa padły, obrońca
zachwiał się lekko, a mebel postanowił pokazać swoją zdradziecką naturę i
przewrócił się do tyłu.
Rozległ się
potężny huk, któremu towarzyszyło brzydkie przekleństwo, obrońca zaczął
nieporadnie zbierać się z podłogi. Głupie krzesło. Gdy już w miarę ogarnął swój
odwłok, usiadł na podłodze, zazgrzytał zębami i zerknął na przyjaciela; dłoń
przyciskał do pleców, które, by tradycji stało się zadość, odezwały się
uciążliwym bólem.
– Co – mruknął
bez zrozumienia, mrużąc jasnozielone oczy.
Potem
postanowił przekazać przyjacielowi, co myśli o jego teoriach spiskowych:
– Chyba cię
pojebało.
U Caleba wyraz
twarzy nie bardzo się zmienił. Ot, tylko brew powędrowała w górę w wyrazie
szczerego oraz całkowitego zdumienia zachowaniem Cadora. Szok szokiem, ale żeby
tak bezwstydnie przy przyjacielu bluzgać, to już szczyt!
– Przed chwilą
tam byłem po poprawki do kiecki – oznajmił na swoją obronę i sięgnął po świstek
papieru, którym bardzo autentycznie zamachał w powietrzu, wydobywszy go z
wyświechtanych spodni. – Była z Errianem – powtórzył z niezachwianą pewnością.
Prawdę mówiąc,
nie liczył na spektakularny sukces. Raz, Cador za dobrze znał jego grę
aktorską. Dwa, choćby skały, za przeproszeniem, srały, to obrońca wpadł po uszy
i nie przestanie robić do wiedźmy maślanych oczu. Co akurat, zdaniem Caleba,
było dość kontrowersyjne, ale co kto lubi, prawda.
Cador
postanowił jednak ciągnąć grę jeszcze krótką chwilę. Już dawno zdążył
przeanalizować fakty, zorientować się, w jakim celu pokoje zostały zamienione
(choć trzeba przyznać, że było to ze strony współlokatorów Ariene i Erriana
trochę bezczelne, prawda) i uspokoić się.
Teraz zrobił
wielkie oczy, w których pełno było niedowierzania i bólu, zebrał się z podłogi
i stanął sztywno wyprostowany. Spojrzał na przyjaciela zdruzgotany i zrobił
minę zbitego szczeniaka, która wychodziła mu nad wyraz dobrze.
– Zdradza
mnie! – jęknął ze smutkiem.
Sekundę
później dostał ataku śmiechu, bo wiadomo.
Caleb jeszcze
chwilę utrzymywał maskę wybraną do tej akurat roli, ale szybko zrezygnował,
wypuszczając powietrze z płuc. Przyjrzał się zwijającemu się ze śmiechu
przyjacielowi krytycznie, jakby uraził jego dumę i wszystkie umiejętności
aktorskie.
Ostatecznie
wpakował się do pokoju, zamknął za sobą drzwi i ruszył do przytarganych z
poprzedniej karczmy robótek ręcznych.
– Nie ma z
tobą zabawy – skwitował niezadowolony, siadając na swoim łóżku i zgarniając
kończoną właśnie suknię. – Chociaż to wypierdolenie się było całkiem wiarygodne
– pochwalił jednak, uśmiechając się z lekkim przekąsem.
Cador
wyszczerzył zęby w bardzo zadowolonym z siebie uśmiechu; oj, Caleb, biedaku,
nie masz się z kogo nabijać. Spokojnie, zaraz wróci Aidan, na pewno stworzy ci
odpowiednią okazję do żartów.
– Przykro mi,
że cię zawiodłem – odpowiedział mało wiarygodnym, bo dość pogodnym tonem,
zabierając się za porządkowanie burdelu, jaki narobił w pokoju.
Podniósł
krzesło, które zaraz obdarzył morderczym spojrzeniem (zdradziecki mebel!),
następnie rozejrzał się dookoła, by
uznać, że nic więcej nie ucierpiało.
Caleb tylko
uśmiechnął się nad swoją robótką, poprawiając koronkę, która, jak mu się
zdawało, milimetrowo była krzywo. Pewnie tylko sobie uroił, ale skoro zauważył
– musiał poprawić. Uchwycił jednak wzrok, jakim Cador obdarzył krzesło.
Cóż, chyba
lepiej mordować meble niż niewinnych adoratorów pewnej podłej kobiety, jak się
tak zastanowić.
Ten dzień nie
mógł się po prostu lepiej zacząć. Wtargnięcie do pokoju Caleba zdecydowanie
popsuło Ariene humor, potem sam się do jej złego nastroju dołożył, przez co
nagle znalazł się w jednym pomieszczeniu z prawdziwym potworem. Z wytęsknieniem
czekał chwili, w której wróci Anabde, by móc uciec do sypialni dzielonej z
Sheridanem; tymczasem chował nos w książce i udawał, że te traktaty o
nekromancji bardzo go pochłonęły. Oczywiście własnej lektury nie wziął, bo
zwyczajnie nie pomyślał, dlatego musiał okraść na kilkanaście minut pannę
Sasare.
Na szczęście
koszmar warczącej Ariene skończył się dla niego względnie szybko. Ledwie Anabde
stanęła w progu, błyskawicznie się z nią przywitał i uciekł na korytarz, bojąc
się, że podła wiedźma spróbuje go zabić jeszcze na odchodnym, by dokończyć
dzieła zniszczenia. Udało się jednak przeżyć, dlatego skierował swoje kroki do
pokoju, który oddał w lepszej sprawie, a teraz trochę tego żałował.
Czy raczej
żałowały jego uszy, bo musiał wysłuchiwać Ariene i uchylać się od czasu do
czasu przed poduszkami – wiedźma ciskała nimi w złości, starając się rozładować
napięcie. Kiepsko jej szło.
Dlatego też do
swojego i Sheridana pokoju wszedł w dość złym nastroju. Nie trudził się
pukaniem, przekroczył próg i uniósł głowę, wzrokiem szukając łowcy.
Mężczyzna
siedział przy stole, popijając wodę, od czasu do czasu obracając szklankę w
palcach i spoglądając za okno. Wyglądał na zamyślonego, ale zadowolonego.
Errian uśmiechnął się krzywo, bez trudu odgadując, co było powodem zadowolenia.
Kiedyś mu się
odwdzięczy, zadość uczyni swemu poświęceniu; temu to dobrze, spędził noc
przyjemnie, a już na pewno ranek. Co za chodząca niesprawiedliwość losu.
Sheridan
obrócił głowę i spojrzał na przyjaciela z pewnym zdumieniem, unosząc brew.
Najwyraźniej zainteresowała go marsowa mina młodego maga, bo już otwierał usta,
by się odezwać i pewnie złośliwie skomentować. Errian poderwał nerwowo ręce.
– Nic nie mów
– zażądał trochę zrzędliwie, przemaszerował do stołu i usiadł przy nim nadal
niezadowolony. – Nie chcę wiedzieć – zastrzegł, przyjrzawszy się mimowolnie
swojemu łóżku, które przecież mogło ucierpieć.
Wyglądało
jednak na to, że ich nieprzyzwoici ulubieńcy przyzwoitości trochę jeszcze
mieli, wbrew pozorom. Przynajmniej będzie miał na czym spać.
Przeniósł
wzrok z powrotem na przyjaciela, z całą swoją godnością nie zauważając jego
rozbawionego spojrzenia oraz błądzącego na ustach uśmieszku.
No cóż,
Sheridana mogło to bawić, Erriana poranek z Ariene wcale nie bawił. Niech sobie
ten obrońca bierze wiedźmę w cholerę, generalnie, przy niej Aithne jest jak
kochana, mięciutka i cieplusia przytulanka, tak naprawdę.
– Albo powiedz
– zmienił nagle zdanie, opierając brodę na dłoniach.
Sheridan
obdarzył przyjaciela jeszcze bardziej zdumionym oraz zdezorientowanym
spojrzeniem, unosząc brwi. Wyglądało na to, że zachowanie Erriana zdecydowanie
go zainteresowało swoją dziwnością, nawet obrócił się całym ciałem w stronę
młodego maga, nie tylko głową, jak do tej pory.
– Powiedz mi,
co jemy na śniadanie, to o wiele ważniejsze – sprostował Errian z tą samą,
bardzo poważną miną, której ukryte znaczenie brzmiało „nie zadawaj pytań, bo
nie ręczę za siebie, naprawdę”.
Sheridan
uśmiechnął się szerzej, w pełen przekąsu sposób, niezwykle rozbawiony słowami
przyjaciela. Skinął jednak wspaniałomyślnie głową, podniósł się z krzesła i
wielkopańskim gestem wskazał na drzwi, zapraszając młodego maga na wytworne
śniadanie w karczmie.
Biedny, na
pewno ta noc bardzo go wyczerpała, musiał odbudować zapasy energii, prawda?
Czas przygotowań
mijał już potem dość spokojnie. Wbrew obawom części grupy, wszyscy, którym
przydzielono jakiekolwiek zadania, wywiązywali się z nich wprost śpiewająco, a
największy kawał świetnej roboty odwalił Caleb. Zaprojektowane przez niego
stroje zostały wykonane tak perfekcyjnie, że nikt nie posądziłby go o
prozaiczne bieganie z łukiem po lesie w poszukiwaniu zwierzątek na polowaniu.
Dzień przed
balem wszystko było gotowe, ustalone, zaplanowane oraz zapięte na ostatni
guzik. Wieczór zapowiadał się dość ciepły, ale nie upalny, co większość
przyjęła z ulgą – stroje wieczorowe rządziły się swoimi prawami i chociaż
innowacje Caleba zdecydowanie polepszyły warunki bytowe we wszelkich sukniach
oraz garniturach, to jednak ciężko byłoby w nich uciekać w jednym wielkim
zaduchu.
Wszyscy już
się właściwie przygotowali. Ci, których nie powinno być widać, siedzieli
grzecznie w powozie, którego pilnowała Aithne. Tej udało się wyglądać idealnie
jak chłopak – włosy schowała pod niejako odświętną, jak dla stajennego, czapeczkę,
zabandażowała klatkę piersiową tak wprawnie, że właściwie zdawała się być
płaska. Na piegowatą buźkę nałożyło się trochę kurzu oraz brudu i gotowe, nikt
się nie domyśli, że to bardzo groźna istotka płci pięknej. W pewnym tego słowa
znaczeniu.
Caleb i Cador,
jako strażnik oraz woźnica, pozwolili sobie przyjść zakomunikować, że czas się
zbierać. Tak więc grupa zaczęła się zbierać i kiedy Anabde opuszczała pokój,
prawie wszystko było pod kontrolą. Ariene jeszcze pakowała i chowała w różnych
zakamarkach sukni broń, w międzyczasie próbując spiąć włosy w kok podług
panującej aktualnie mody.
Wszystko
naprawdę szło świetnie, póki nie odkryła, że nie może dopiąć tej cholernej –
ale bardzo ładnej skądinąd – sukni.
Szarpała się
właśnie od kilku minut, przeklinając pod nosem nie gorzej od najpodlejszego
bywalca najpodlejszych karczm oraz wyzywając od serca całe te szlacheckie
nonsensy, kiedy usłyszała pukanie do drzwi. Z tych nerwów prawie cisnęła w
wejście krzesłem, ale się opanowała, na chwilę postanawiając przerwać walkę.
Sięgnęła
rękoma do włosów, powracając do ich układania, i obejrzała się przez ramię.
– No proszę,
proszę – mruknęła zirytowana, znów lekko pochylając głowę, by uporać się z
niesfornymi, długimi kosmykami.
Aż sobie z tej
złości obiecała, że obetnie się na krótko.
Jadu w jej
głosie było tak dużo, że Cador chwilę się zastanawiał, czy faktycznie chce się
pojawić w polu rażenia. Westchnął ciężko, uznał, że najwyżej znowu przypierdoli
plecami o ścianę, i nacisnął klamkę. Kiedy wszedł do środka, uniósł tylko brew
w uprzejmym zdumieniu, przyglądając się pochylonej i wyraźnie podirytowanej
wiedźmie.
Ale potem się
wyprostowała, a on oniemiał. Drobne mankamenty, jak na przykład niedopięta
suknia czy niedokończona fryzura, zupełnie uszły jego uwadze – wpatrywał się w
nią w osłupieniu, wodząc trochę niedowierzającym spojrzeniem po całej jej
osobie.
Przyzwyczaił
się już do ubranej w wygodne, bardziej męskie ciuchy Ariene; suknia pięknie
podkreślała jej kształty i zwyczajnie dodawała uroku, sprawiając, że biedny
obrońca zapomniał języka w gębie.
Wiedźma
otworzyła usta, by się odezwać, ale trochę zdezorientowała ją mina Cadora.
Ukradkiem sprawdziła, czy z przodu nie założyła czegoś krzywo – kiedy to ona
ostatni raz suknie balowe ubierała, niech to szlag – ale chyba było w miarę
znośnie. Wzruszyła więc do samej siebie ramionami i wreszcie uporała się z
niesforną fryzurą, upinając przeklęte włosy w kok. Z kilkoma kosmykami jednak
nie wygrała i opadły swobodnie, zamierzając przez cały wieczór Ariene
bezczelnie łaskotać.
Co za życie.
– Spieszę się
– zapewniła, uśmiechnęła się krzywo i podjęła kolejną próbę dosięgnięcia do
tego cholernego zapięcia.
Szlag by to.
Mogła wziąć rolę chłopca stajennego, no naprawdę.
Oprzytomniał
dopiero, gdy się odezwała; potrząsnął głową i zganił się w duchu za
dekoncentrację. Potem uśmiechnął się sam do siebie w taki nieco dziwny sposób –
cholera jedna wie, co sobie wtedy pomyślał.
– Co nie
zmienia faktu, że wszyscy na ciebie czekają – zauważył spokojnie, ciągle jej się przyglądając.
Przechylił
głowę na prawo, przymrużył oczy i ledwie powstrzymał się od złośliwego
chichotu. Problemy z sukienką?
– Pomóc ci? –
zainteresował się po dłuższej chwili przyglądania się marnym wysiłkom wiedźmy.
Posłała mu tak
miażdżące, prawie mordercze spojrzenie, że można byłoby sądzić, iż zaraz biedny
obrońca wyląduje na ścianie. Zacisnęła usta i jeszcze chwilę wpatrywała się w
niego wrogo, jakby zaproponował coś bardzo uwłaczającego jej dumie, godności
oraz wszystkiemu innemu, co tylko dało się wymyślić.
Wreszcie
wypuściła zrezygnowana powietrze z płuc i nieco markotnie odwróciła wzrok,
opuszczając ramiona w geście porażki.
– Pomóc –
burknęła niechętnie i znów obróciła się do niego plecami, tym razem sztyletując
spojrzeniem ścianę.
Cholerne
suknie i cholerne bale.
Uśmiechnął się
nieco triumfalnie; swoją drogą, bardzo go bawiła, kiedy robiła się taka zła i
niedobra, trochę jak dziecko. To było urokliwe.
– Jak sobie
panienka życzy – uznał pogodnie i podszedł do niej z zamiarem uporania się z
nieposłuszną sukienką.
Gdy stanęła do
niego tyłem, ocenił wprawnym okiem zapięcie i uniósł z powątpiewaniem brew;
Caleb na pewno dobrze to zmierzył?
– Wciągnij
powietrze – poprosił z rozbawieniem; jeszcze mu wpadło do głowy, że jak biedna
wiedźma spróbuje w czasie balu odetchnąć... Złośliwy facet.
Chwycił
rzemienie gorsetu i naciągnął, uprzejmie czekając, aż wiedźma wykona polecenie.
Skrawek materiału zawinął się pod zapięciem, sięgnął więc dłonią, by go
poprawić, i zupełnie przypadkowo przesunął opuszkami palców po jej nagiej
skórze. Była taka delikatna w dotyku; uśmiechnął się lekko pod nosem.
Czułym gestem
odgarnął jej włosy z pleców na ramię, by przypadkiem nie zaplątały się pod
węzeł, i odetchnął głęboko ich zapachem.
Ponieważ
ostatnimi czasy żarty na temat jej, ehem, klatki piersiowej zrobiły się nader
popularne, chciała już coś warknąć i ogółem dokonać mordu, ale sobie odpuściła,
grzecznie wciągając powietrze.
Mogłaby biust
zabandażować, umiała to zrobić tak wprawnie, że dawała radę przebierać się za
chłopców, jednak to mijałoby się z celem sukni oraz gorsetu. Zresztą przy takim
dekolcie (zabije Caleba) cały czas martwiłaby się, że bandaż wystaje i cała
przykrywka wzięła w łeb.
Kiedy poczuła
jego dotyk, nieznacznie się napięła, najpierw zaskoczona. Potem po plecach przebiegł
jej dreszcz, zaskakująco przyjemny, który jeszcze trochę ją spłoszył. Miała
ochotę odetchnąć dla uspokojenia, ale wtedy mogłaby się cała operacja źle
skończyć, dlatego zdołała się powstrzymać. Zamiast tego na chwilę przymknęła
oczy i uśmiechnęła się lekko, teraz już z całkowitą pewnością mogąc stwierdzić,
że podobał się jej ten dotyk.
Ehem, bal,
tak. Mordujemy, uciekamy, Ariene, skup się na robocie, zaraz idziesz do pracy.
Trzeba będzie się zakręcić koło celu oraz ochrony, przypilnować, żeby nic się
nie rozwaliło i…
Szlag,
następny dreszcz. Mógłby szybciej to zawiązać.
Dobrodusznie
nie skomentował, gdy zadrżała pod jego palcami; wykazał się wystarczającą
klasą, by udać ślepotę i grzecznie wykonać zadanie. Gorset zawiązał tak, by
spełnił swe zadanie i się nie zsuwał, ale też nie dusił biednej wiedźmy (aż tak
bardzo). Dość wprawnie zakończył węzeł kokardą, choć większe doświadczenie miał
w rozwiązywaniu takich bajerów niż zawiązywaniu, przygładził materiał i
uśmiechnął się z zadowoleniem.
– Gotowe – uznał
w końcu, sięgając jeszcze do jednego rzemienia, by go wyprostować.
Idealnie.
Położył dłonie
na jej ramionach i obrócił ją z wyczuciem, chcąc ocenić efekt swojej pracy – bo
może jednak za mocno zawiązał albo za luźno i materiał odstaje po bokach.
Jednak kiedy
spojrzał w nieco oszołomione, szafirowe oczy, zupełnie zapomniał, co miał
zrobić – zapatrzył się w nie, unosząc kącik ust. Sięgnął po jeden z tych
niesfornych kosmyków, które nie chciały dać się upiąć, i założył jej go za
ucho; tak lepiej.
Powiedz coś.
Powiedz coś, kobieto, powiedz coś, odezwij się, nie wpatruj się w niego jak
sroka w gnat. Pamiętasz? Spieszy ci się do pracy. Macie kogoś zabić i zgarnąć
sporą sumę pieniędzy. Dzisiaj. Nie jutro. Nie gap się tak, na Silthe.
– Dziękuję –
odzyskała zdolność wysławiania się, choć nie zabrzmiała tak naturalnie i
swobodnie, jak by chciała.
Na szczęście
udało się jej uśmiechnąć.
– Woźnico –
dodała, z trudem oderwawszy wzrok od jego twarzy, by przyjrzeć się strojowi. –
Twarzowe – stwierdziła, od niechcenia poprawiając mu kołnierz tylko po to, żeby
przekonać się, że to był koncept nieco niechlujnego stroju, czy raczej z
założenia nieco niechlujnego właściciela. – Ach, szlag by to – podsumowała,
zmarszczywszy lekko nos.
Jej
niepowodzenie skomentował tylko szerszym, może nieco bardziej złośliwym
uśmieszkiem. Sięgnął dłonią do twarzy wiedźmy i uniósł brodę, by znów spojrzała
mu w oczy; taką miał potrzebę, lubił przyglądać się szafirom jej tęczówek. Na
dodatek trochę go bawiło, gdy tak nagle traciła rezon; to był naprawdę niedobry
facet.
– Damy nie
powinny zadawać się z woźnicami – zauważył spokojnie, a w jego uśmiechu nagle
pojawiła się duża pewność siebie.
Ariene
parsknęła cichym śmiechem, przymrużając z rozbawieniem oczy. Tym razem udało
się jej zachować spokój i nie spanikowała – może dlatego, że nawet się nie
zorientowała, iż stoją dość blisko i w ogóle. Właściwie niewiele co myślała,
przyglądając się mu nieco dziwnie, charakterystycznie błyszczącymi oczami.
– A widzisz tu
gdzieś damę? – odparła wesoło i uśmiechnęła się szeroko; nic nie miała do
woźniców, w końcu jak na podłą wiedźmę i przy okazji morderczynię przystało,
nie szukała towarzystwa na najwyższych szczeblach hierarchii.
Okazywało się,
że w ogóle nie musiała szukać daleko. Wystarczyłoby cofnąć rękę, nie puszczając
jego ubrania, by znalazł się z powrotem tak blisko, jak ostatnio. Kiedy
przypomniała sobie tamtą sytuację, dziwne ciepło uderzyło w jej twarz, serce
jakoś szybciej zabiło i na chwilę musiała spuścić wzrok.
Ale się
uśmiechała.
Z niej była taka
dama, jak z niego woźnica, postanowił jednak porzucić to czcze gadanie. Jakoś
nagle trudno mu było myśleć o dwóch rzeczach naraz, a myśli o stojącej
naprzeciwko kobiecie były zbyt bezczelne i nachalne, by dać się wyprosić.
Zresztą, niby dlaczego miałby się ich pozbywać?
Ta reakcja
Ariene była zaskoczeniem; nagle zaciekawiły go jej myśli, które ewidentnie ją
zawstydziły. Przechylił lekko głowę, przyglądając jej się badawczo, ale nie
potrafił zajrzeć do jej umysłu. Choć zdawało się, że udało mu się tego dokonać,
gdy zgodnie z jej myślami pomniejszył dzielącą ich odległość – i znów był tak
blisko, jak ostatnio.
Też się
uśmiechał. Uśmiech, trochę szerszy, był jedyną odpowiedzią na jej uwagę;
wymowny, mógł oznaczać wszystko, interpretacja pozostawała tu dowolna.
Teraz słyszał
bicie jej serca, zastanawiając się, czy jego własne zachowuje się tak samo
głośno; szybko doszedł do wniosku, że tak. Zdawało się być jeszcze bardziej
ucieszone, gdy przytulił dłoń do jej policzka.
Robota? Jaka
robota? Nie przypominała sobie, by ktoś mówił o jakiejkolwiek robocie. A ta
suknia to pewnie przypadkiem się na niej znalazła, prawda, bez żadnego
określonego celu. Nie no, bądźmy szczerzy, zupełnie nie myślała.
Otworzyła
trochę szerzej oczy, kiedy dotknął jej twarzy, ale nie z niepokoju czy
niepewności, raczej… z zaskoczenia. Że coś takiego mogło wywołać takie skutki –
na przykład w życiu by nie wpadła, iż serce może walić jeszcze szybciej. Aż się
dziwnie poczuła, uzmysłowiwszy sobie, że najpewniej to bicie niczym młotem w
dzwon w jej klatce piersiowej słychać. No cóż.
Nie
powstrzymała się, ostrożnie pogłaskała go po policzku, zaraz zsuwając dłoń na
jego szyję i rękę, ale zatrzymała się w połowie drogi do karku, kawałek za
ramieniem, jakby sobie o czymś przypomniała; popatrzyła na to zaskoczona.
Chwila, bo oni przecież zbierali się do wyjścia, tak? I… i…
Uniosła wzrok
na jego oczy i zwyczajnie zapomniała.
Pochylił się
nad nią jeszcze trochę i na chwilę zamarł; nie dlatego, bo naszły go
wątpliwości, zwyczajnie chciał się nacieszyć chwilą.
Bo marzył od
niej od miesięcy, myślał o niej nieustannie, a w snach nachodziły go różne
wizje. Irytujące było to, że ilekroć chciał je urzeczywistnić coś – lub
bardziej ktoś – wchodziło im w drogę. A teraz znajdował się już o krok.
Objął ją
ramieniem w talii, przyciągając bliżej siebie; chciał ją poczuć, ją całą. Czuł
już jej oddech na ustach, by zaraz przekonać się, jak smakują jej wargi.
Jeszcze
poświęcił sekundę, by przyjrzeć się jej oczom. To, co w nich ujrzał,
utwierdziło go w przekonaniu, że podjął dobrą decyzję. Uśmiechnął się
subtelnie, ledwie unosząc kącik ust, potem pochylił się jeszcze troszkę.
I to były
milimetry.
– Podła
wiedźmo, ile można…? – rozległo się zaraz po cichym skrzypnięciu zawiasów.
Ariene drgnęła
i obróciła gwałtownie głowę, by natknąć się wzrokiem na zdumionego Caleba
stojącego nieruchomo w progu. Cała sytuacja wydała się jej tak absurdalna, że
wprost nie mogła uwierzyć własnym oczom. Wszyscy, ale żeby on? Akurat teraz? I…
o Silthe, ależ nagle nabrała ochoty, by zabić.
Wtedy jednak
szok myśliwego minął – dotarło do niego, co też najlepszego zrobił. Pewnie
zorientował się w chwili, w której Ariene cofnęła się pół kroku od Cadora, nie
odrywając od niespodziewanego gościa zdezorientowanego spojrzenia.
– Nie, zabij
mnie ktoś – stęknął Caleb, obrócił się trochę i uderzył głową we framugę drzwi,
zamykając z bólem oczy.
Z jakiegoś
powodu ciężko było pomyśleć, że bolało to uderzenie. Raczej zabolała go jego
własna głupota oraz profesjonalne wyczucie czasu.
Cador drgnął,
gdy tylko Ariene się odsunęła; przymrużył jasnozielone oczy i przeniósł
spojrzenie na niespodziewanego gościa. Caleb.
DLACZEGO.
Jakim, kurwa, cudem, to było fatum. Czym zawinił, że bogowie tak bardzo
upodobali sobie robienie mu na złość? Wszystko wszystkim, ale bez przesady. No
kurwa. Cholera. Szlag by to.
– Mogę ja? –
warknął natychmiast, bez zastanowienia.
To był
naprawdę zły Cador, Cador na granicy wybuchu, Cador skłonny zrobić krzywdę
swojemu przyjacielowi. Opanował się po niedługiej chwili, to prawda, ale przez
pierwszych kilkanaście sekund można było się go przestraszyć.
Potem wcisnął
dłonie do kieszeni, zacisnął niezadowolony usta i posłał Calebowi tak mordercze
spojrzenie, że aż musiało zaboleć. Bardziej niż ta jego głupota, profesjonalne
wyczucie czasu i wszystko inne.
– Och –
podsumowała nadal zszokowana, nieco jakby wciąż zdezorientowana Ariene, wodząc
wzrokiem od jednego pana, do drugiego.
W końcu
westchnęła.
– Zrobiłeś za
mały gorset – rzuciła na początek, dla rozluźnienia atmosfery albo cokolwiek,
przeboleje nawet żarty o jej wymiarach. – Jesteś beznadziejny.
– Wiem, kajam
się i błagam o wybaczenie – jęknął Caleb, przenosząc wzrok zbitego psa na
przyjaciela, co Ariene dodatkowo wstrząsnęło; nie sądziła, że w tym wrednym
myśliwym jest coś takiego, jak choćby skrucha.
– Hej, to
tylko gorset – mruknęła powoli. – Wszyscy już pewnie czekają, powinniśmy iść –
dodała, obracając się częściowo do Cadora. – Ach, buty – przypomniała sobie
niezadowolona i zawróciła po obuwie.
Już sobie
postanowiła, że uciekać będzie boso. Nie wymyśliła, gdzie schować zmienną parę,
w której da się wygodnie biegać, zatem co jej właściwie szkodziło.
– Ja chyba
poczołgam się zginąć i przepaść – westchnął myśliwy i raz jeszcze przywalił
głową we framugę.
Cador
uśmiechnął się krzywo i postanowił się nie odzywać, bo ukrywanie wściekłości
nagle zupełnie przestało mu wychodzić. Opuścił ramiona i powiódł za Ariene
spojrzeniem, postanawiając, że na nią zaczeka.
Już po chwili
wiedźma przestała przypominać wiedźmę, a stuprocentową damę właśnie wybierającą
się na bal. Obrońca poprawił swoją koszulę woźnicy i, gdy Ariene skierowała się
do drzwi, ruszył za nią. Mądry Caleb uciekł z progu, nim Cador go minął,
ratując tym samym własne istnienie.
Cador miał
minę mordercy.
No dobra, siadam, komentuję.
OdpowiedzUsuńDokonałyście jasnego przełomu w denerwowaniu własnych bohaterów. Już przestałam liczyć - po odliczeniu do trzech zawsze mi się nudzi, może to powód moich kłopotów matematycznych XD Powiedzcie mi dlaczego ja tak baaardzo wczuwam się we frustrację Cadora? XD
Wredne baby XD
I w ogóle, dostrzegam pradawną męską solidarność Caleb-Cador, Errian-Sher. O ile Caleb jest wkurzający jak zwykle, Cador to biedny misiek a Sher jest taki jak zwykle plus dostał chwilę prywatności, tak wybuchy Errianowego wkurwu zaczynają się pojawiać tak jakoś... no... z dupy XD Do biedaczka niedługo przylepić się może plakietka "mam wrażenie, że to furiat", a jest na to zbyt słodziachny XD
Znaczy, nie słodziachny w Aidanowym sensie XD
MAAATKO ._.
No i nareszcie będzie trochę akcji, lecę do następnego rozdziału :3
Eeeej. No bo wszystkim to wychodziło tak łatwo - upili laskę, zagrozili ślubem... No to niech Cadorowi się nie uda xDD
UsuńNo wiesz, Caleb i Cador znają się od dziecka. To najlepsi przyjaciele xD A Sher i Errian... tak im wyszło xD
Caleb wkurzający? Hm. Nigdy go tak nie postrzegałam, lol xD
Stara, Errian jeszcze w tych rozdziałach po spotkaniu... no, zdenerwował się raz. Bo Ai głupio przed nim uciekała xD
Jego poranną irytację mogłabyś zrozumieć, gdybyś była zamknięta w pokoju z Ari i musiała czekać, aż kochanka twojego przyjaciela, która podjebała ci łóżko, łaskawie wroci z upojnej nocy. Syriusli. Ja bym wyskoczyła oknem na miejscu Erriana xDD
Aidan to ciota :< Ale i tak go kocham xD