poniedziałek, 25 marca 2013

74. Dzika dziewczyna



Kiedy Sheridan wrócił, Anabde stała oparta plecami o framugę drzwi, z rękoma skrzyżowanymi pod biustem. Na jego przybycie zareagowała tylko krótkim spojrzeniem; zaraz znów zapatrzyła się na konie, które póki co zachowywały się spokojnie, szukając zabłąkanych ziarenek owsa na ziemi.
Zdążyły już zjeść, a Anabde pochowała worki, które służyły im za żłoby, poza tym po raz setny upewniła się, że pozostawienie ich w tym miejscu będzie bezpieczne. Zdążyła też stracić równowagę z powodu zawrotów głowy, ale zdołała opanować sytuację na chwilę przed powrotem łowcy.
Musiał przejść koło niej, by wejść do środka; grzecznie cofnęła się o pół kroku, robiąc mu więcej miejsca. Raczej nie z troski o jego wygodę, a dlatego, że nie chciała zostać oblana.
Nie zwrócił na nią większej uwagi, wyraźnie zamyślony. Przeszedł do Gniadej, postawił przed nią wiadro i zapatrzył się na pijącą klacz nieco nieobecnym wzrokiem. Zdawało się, że zapomniał o swoim zadaniu, ale jak tylko koń wyjął pysk z pojemnika, mlaskając wodą, podsunął pozostałość Lantano, nie mając zamiaru przejąć się tym, że ogier może zechcieć zabić za tę zniewagę. Kilka chwil stał, pilnując całej operacji, wzrok jednak tym razem utkwił w otworzonym oknie.
Koniec końców zabrał siwkowi puste wiadro, doskonale go ignorując, i ruszył z powrotem do drzwi, jakby wpadł w trans noszenia wody oraz pojenia. Tak się mogło wydawać, aż nie zatrzymał się przed progiem, spoglądając wreszcie na Anabde. Oczy wróciły do normalnego, codziennego wyrazu, nawet trochę je przymrużył.
– Potrzebujesz do czegoś wody? – spytał, by mieć pewność, że kolejny kurs jest na pewno niezbędny, konieczny oraz zmieniający losy świata.
– Jeśli Lantano nie chce jeszcze pić, to nie – odpowiedziała po chwili wahania, dochodząc koniec końców do wniosku, że woda w bukłakach powinna jej wystarczyć; przynajmniej na pewno była naprawdę czysta.
Gdy teraz na niego spojrzała, już nie odwracała wzroku, przechyliła za to głowę, przymrużając czujnie oczy. Przez moment zdawało się, że o coś zapyta, jednak najwidoczniej męczące ją wątpliwości nie były na tyle ważne, bo nawet nie otworzyła ust.
W pewnej chwili za to drgnęła, szybko obracając się i zapatrując w nieokreślony punkt pomiędzy sąsiednimi budynkami.
Musi się przyzwyczaić do tych dusz. Nie było to jednak łatwe; czuła ich obecność, czasami nawet widziała je czy słyszała; nie zachowywały się napastliwie, zdawały się nawet nie chcieć uwagi, bo bardzo szybko znikały. Ale ciągle dawały o sobie znać.
Sheridan zareagował odruchowo, momentalnie spoglądając tam, gdzie zapatrzyła się Anabde. W ostatniej chwili powstrzymał się od sprawdzenia okolicy, podsumowując całą sytuację wściekłym warknięciem.
Może i pułapka Ariene była całkiem niezłym pomysłem, ale ograniczała niemal wszystkich uzdolnionych magicznie. Jeśli użyłoby się czaru powyżej czwartego poziomu, mogło już nie być czego zbierać, generalnie.
– Widziałaś kogoś? Nie zrobię sondy – mruknął dla pewności, raczej nie chcąc, żeby nekromantka zachowała czyjąś obecność dla siebie.
Na wszelki wypadek, dość niechętnie, sięgnął do połączenia z Errianem. Jakże się zdziwił, kiedy otrzymał ostry, karcący impuls zwrotny. Wzdrygnął się i zmarszczył jeszcze mocniej czoło, oburzony takim potraktowaniem. Nawet nie napiął nici zbyt mocno!
Zaraz napłynęło do niego kanałem kolejne doznanie, tym razem jednak mag jakby się kajał. Sheridan przeciągnął dłonią po twarzy, zastanawiając się, co też temu gówniarzowi znowu odpierdala. Nie należał przecież do nerwowych ludzi. Chyba że coś go zdenerwowało.
Impuls zwrotny był nadzwyczaj szybki, może… odruchowo założył, że nęka go znowu ta sama osoba?
Uśmiechnął się pod nosem złośliwie. Czyżby Ariene aż tak bardzo się nudziło, że co chwila poszturchiwała połączenie, aż się Errian zeźlił?
Długo nie odpowiadała. Jej oczy nabrały dziwnego wyrazu, lśniły głębszym, nieosiągalnym dla przeciętnego śmiertelnika blaskiem; to tak, jakby duchem była gdzieś indziej, patrzyła na inny świat.
Przymrużyła powieki, patrząc na pochylającą się nad dzieckiem kobietę, obserwowała, jak ledwie widoczna dusza uśmiecha się szeroko i poprawia podobnie niematerialnej dziewczynce warkocza, zaraz pstrykając ją w nos. Potem kobieta o rozmazanych konturach wyprostowała się i na bardzo krótki moment zawiesiła spojrzenie na Anabde. Wrażenie nie było nieprzyjemne; dziwne, to tak, ale nie niepokojące.
Potem połączenie się rozwiało.
– Nie – odpowiedziała Sheridanowi, jeszcze wpatrując się w miejsce, które przed chwilą lśniło dawnymi barwami.
Dopiero po chwili obróciła się w jego stronę i uśmiechnęła trochę nieobecnie.
– To tylko duchy.
Odetchnęła głęboko, definitywnie odgradzając się od tego nieuznającego biegnącego czasu, fascynującego świata; miała wystarczająco dużo zmartwień w tym żywym.
– Już? – zainteresowała się, przechylając głowę.
Trzeba było jeszcze znaleźć odpowiednie miejsce na nocleg, przygotować je, chciała mieć to z głowy.
Patrzył na nią chwilę, aż wreszcie bez słowa przytaknął i wyszedł z kuźni, uznając, że konie powinny grzecznie spać. Kroki skierował do najbliższego budynku, który nie wyglądał, jakby chciał ich powitać zawaleniem się.
Zostawił Anabde trochę z tyłu, ale poniekąd taki był właśnie jego plan. Ostatnie, czego potrzebował, to żeby zauważyła, że coś jest nie tak. Może nie dało się tego tak łatwo po nim zobaczyć, ale sama świadomość irytowała. Dlatego wolał się upewnić.
Nacisnął klamkę i pchnął drzwi, które z pewną niechęcią ustąpiły pod jego naporem. Ocenił spojrzeniem skromny budynek, wchodząc trochę głębiej do pomieszczenia; korytarz, zawalone schody i dwoje drzwi z lewej strony nadal nadających się do użytku.
Kiedy już znalazł się w środku, zaczekał jednak na nekromantkę, wsłuchując się w ciszę. Wydawało się, że nic nie zamieszkało tu przed nimi, to dobrze.
Nie skomentowała nijak jego zachowania, tak samo jak nie starała się go usilnie dogonić; utrzymywała przyjemny dystans, w żaden sposób nie odbierając tego osobiście. Weszła do pomieszczenia, rozejrzała się dookoła i od razu podeszła do pierwszych z lewej drzwi. Początkowo nie chciały ustąpić, ale wreszcie, po drobnej interwencji magicznej, otworzyły się, umożliwiając wejście do niedużego pokoiku. Jak się okazało – bardzo skromnej kuchni; kilka prostych szafek, niewielki stół i dwa krzesła, piec, drzwi do spiżarki.
Westchnęła niezadowolona i wycofała się z pomieszczenia; przy drugich drzwiach stał już Sheridan, poczekała więc grzecznie, aż wejdzie do środka. Przy okazji obejrzała się ponownie na korytarz; jej wzrok natrafił na zaschniętą kałużę krwi, później przebiegł po rozwalonej szafeczce i rozdartym płaszczu rzuconym na parapet.
Wiedziała, że gdyby tylko na to pozwoliła, dojrzałaby cień obecności ducha; zamknęła się jednak na świat zmarłych i nie miała zamiaru nawiązywać kolejnego połączenia.
Łowca w tym czasie poradził sobie z drzwiami i wszedł do środka, by zastać, oczywiście, bałagan, ale także wciśnięte w róg pokoju łóżko, trochę obrócone, jakby ktoś o nie zahaczył i zmienił jego położenie przy upadku. Poza tym z boku leżały deski – chyba po stole, wywrócono krzesło, a drugie pozbawiono większości nóg. Były też okna, jednak na szczęście nie wybito w nich szyb.
Odsunął się na bok i pozwolił Anabde wejść do środka, oceniając stan techniczny wnętrza bardzo krytycznie. Ostatecznie uznał, że chyba należy się tym zadowolić, w końcu wybrzydzanie w tej sytuacji byłoby głupotą.
– Powinno dać się na tym spać – stwierdził, ruchem brody wskazując łóżko, sam jednak został w progu, opierając się o framugę.
Anabde położyła torbę na parapecie, uznając, że to jedyna godna zaufania powierzchnia (no, to wywrócone krzesło wyglądało jeszcze w miarę użytecznie, ale nie chciało się jej go podnosić). Koc, który również ze sobą wzięła, rozłożyła na jasnej pościeli, potem przyjrzała się łóżku bardzo krytycznie i naparła na nie kolanem, by ustawić wzdłuż ściany.  
– Trochę wąskie – stwierdziła, przesuwając czubkiem buta rozrzucone na podłodze deski.
Usatysfakcjonowało ją, gdy zebrane mniej więcej w stosik zetknęły się ze ścianą; generalnie porządki nie miały najmniejszego sensu, wystarczyło, że nic nie plątało się pod nogami.
Zerknęła na swoją torbę i zastanowiła się, czy jest głodna. Dochodząc do wniosku, że niekoniecznie, machnęła ręką i weszła na materac, by usiąść na łóżku, opierając się plecami o ścianę.
Jedyne, co ją pocieszało w tych nader przyjemnych okolicznościach, to myśl, że już za dwa dni powinni dotrzeć do celu; zatęskniła za gospodami, chociażby ze względu na to, że dużo przyjemniej kąpało się w balii gorącej wody niż w zimnym jeziorze.
Sięgnęła dłońmi do karku i rozmasowała napięte mięśnie, potem rozsiadła się wygodniej i spojrzała na łowcę.
– Zmieścisz się – zawyrokował bez mrugnięcia okiem, uśmiechając się lekko i dość blado, jakby nie do końca miał na to ochotę, ale trudno, poświęci się.
Raz jeszcze przyjrzał się pokojowi krytycznie, potem wyszedł na korytarz. Sprawdził drzwi frontowe – dało się je otworzyć, przez chwilę zastanawiał się, czy po zamknięciu się nie zatrzasnęły. Zaraz jednak wrócił do pokoju, po drodze wodząc spojrzeniem po ścianach. Dziwny dom. Na dziwnym planie. Inna sprawa, że mieszkał do tej pory tylko w jednym.
Znów pojawił się w progu, tym razem prócz ramienia opierając na framudze także głowę. Zawiesił wzrok na oknie, przesuwając nim po widocznym tam skrawku nieba.
Noc zapadła, ale nie można powiedzieć, by stała się już głęboka. Zastanowił się, czy zaśnie. Lepiej by się poczuł, gdyby mógł zrobić tę cholerną sondę, ale nie mógł. Skrzywił się mimowolnie, przypominając sobie pozostałe sposoby na zbadanie terenu – tylko żaden nie był tak nieomylny. Trudno, przeżyje.
Chciała mu odpowiedzieć – między innymi nawiązać do tego, że gdyby spadał, tym razem żadna szafka nocna go nie uratuje – ale on wyszedł. Inna sprawa, iż prawdopodobnie nic by nie powiedziała, bo zastanowiła ją jego postawa. Był nieswój.
Sięgnęła po osobiście rozłożony kocyk i okryła się nim na tyle, na ile było to możliwe. Wygładziła róg materiału, oparła się ręką o zgiętą w kolanie nogę, wreszcie odchyliła głowę i oparła ją o ścianę, oddychając głęboko.
Zawiesiła przenikliwe spojrzenie na Sheridanie; nadal dziwnie czuła się z tym, że przejmuje się jego nastrojem, nadal nie do końca wiedziała, czy to jej sprawa i czy powinna pytać. Wreszcie zdecydowała się nieco rozluźnić i schować dumę do kieszeni.
– Co jest? – zapytała mało składnie, przymrużając powieki.
To nie to, że w jej głosie zabrzmiała szczególna troska – do tego było jej daleko – ale zainteresowała się tak jego humorem, jak jego myślami. I niech nie próbuje jej wmówić, że nie ma racji i wszystko jest normalnie.
Pokręcił głową, nie do końca wiedząc, czy nie chce o tym mówić, czy nie umie. Pewnie i jedno, i drugie. Ostatecznie westchnął, trochę zirytowany, zamknął oczy i spróbował wysondować na trzecim poziomie magicznym, by nie uderzyć w barierę.
Gówno to, generalnie, da, jak złapie mysz z rodzinką w norze, to będzie sukces. Cały ten niepokój musiał być irracjonalny, ale skąd się wziął?
Przerwał działanie, niezadowolony ze swojej nerwowości. Przeszedł przez pokój, podniósł krzesło i postawił je ostrożnie, potem sprawdził, czy da się na nim usiąść, stosując odpowiedni nacisk ręką. Wreszcie, dość podejrzliwie, zajął miejsce. Mebel raczył się nie zawalić, dlatego łowca zapatrzył się w ścianę, odsuwając od siebie uczucia, by móc wyselekcjonować te irytujące i się ich pozbyć.
Nie powinna na to patrzeć, może to tak denerwowało.
Zacisnęła niezadowolona usta, zostawszy praktycznie całkowicie zignorowaną. Jeszcze chwilę przypatrywała mu się, niemalże wwiercając się w niego spojrzeniem; wreszcie uznała, że sprawa jest przegrana, dlatego odwróciła głowę w drugą stronę. Jako że już nie mógł tego zobaczyć, zagryzła w zdenerwowaniu wargę.
Może to jednak nie była jej sprawa. Nie chciała nalegać, być nachalną, może faktycznie przejmowała się za bardzo. Może nie powinna wpychać się w nie swoje sprawy.
Nabrała głębokiego wdechu i przytrzymała powietrze w płucach, następnie wykonała powolny, kontrolowany wydech. Położyła dłoń na szyi, łokieć opierając na kolanie, wpatrzyła się w kąt pokoju, pozwalając zapanować ciszy. Nie była taka zła.
Odetchnął głęboko, powoli, starając się uspokoić wszystko, co nieznacznie drżało, wymagało działania, zbadania, wyeliminowania. Normalne metody postępowania nie zadziałają. Nie chciał sięgać tak głęboko, to znajdowało się tam, gdzie każda rzecz, o której próbował zapomnieć. Każda porażka. Nie było ich wiele, ale były dotkliwe.
I kiedy otworzył oczy, z gorzkim rozbawieniem uświadomił sobie, jak wiele nagle się zmieniło. Nawet tego nie zauważył.
Podniósł się z krzesła i ruszył do Anabde, by tuż przy niej pochylić się, obrócić jej twarz do siebie i ją pocałować. To nie była kwestia pragnienia, nie chciał zaspokajać rozpalonych żądz ani nic w tym rodzaju. To była potrzeba. Potrzeba bliskości, ciepła, różnych dziwnych rzeczy, do których nie zamierzał się przyznawać. Wiedział też, że w ten sposób może rozbudzić inne uczucia – ich się żadne z nich nie obawiało, więc będzie prościej.
Taki kolejny drobny błąd do niedużej kolekcji. Błąd, którego uparcie nie naprawiał.
Zaskoczenie minęło dość szybko; odwzajemniła pocałunek, unosząc dłoń i dotykając jego policzka opuszkami palców. Gdy nieco się odsunęła, chwilę wpatrywała się w niego nawet poważnie, jakby musiała sobie parę spraw gruntownie przemyśleć. Może wahała się, czy wolno jej – i warto – przyznać się do tego bardzo delikatnego uśmiechu, który zaraz pojawił się na jej twarzy.
Chwyciła jego koszulę, niezbyt przejmując się tym, że może ją pognieść, i pociągnęła go ku sobie, sugerując w ten sposób, żeby się przysiadł. Ale, co do niej trochę niepodobne, nie zrobiła nic więcej; cofnęła rękę i tylko przypatrywała się mu badawczo, jakby próbowała zrozumieć tę nieznaczną, a tak znaczącą zmianę w jego zachowaniu.
Uśmiech, choć nie tak widoczny jak przed chwilą, nadal błąkał się po jej twarzy. Niedbale poprawiła kocyk, który zsunął się z jej ramienia, nie chciała jednak na zbyt długo odwracać spojrzenia od Sheridana.
To było chyba coś na kształt ulgi. Podążył za jej pociągnięciem, nie odrywając od niej wzroku, jakby sam zastanawiał się nad tym, co właściwie zrobił. Skoro coś dało, jakoś pomogło, niczego nie zniszczyło ani, ostatecznie, nie okazało się straszne – może nie należało traktować tego jako aż tak dużego błędu?
Znów sięgnął do jej twarzy, przesunął dłonią po policzku, zgarnął włosy, przesuwając je za ucho, na końcu wplótł palce w gęste kosmyki, przyglądając się jej. Potrzebował kolejnego zastanowienia, zanim ponownie ją pocałował – nadal było inaczej niż zwykle, dziwnie spokojnie, niemalże… czule? Na pewno wyjątkowo jak na niego delikatnie.
Gdy się odsunął, na kilka sekund wsparł swoje czoło o jej, zamykając oczy, by zaraz wtulić twarz w jej włosy, ledwie na chwilę, tak zwyczajnie… się przytulić.
Trwało to krótko. Mógł ją obejmować, przygarniać do siebie, pozwalać spać na swoim ramieniu, ale sam nigdy tego nie szukał. Nie w chorej, dziwnej potrzebie – dlatego nie zamierzał tego kontemplować. Chyba dało się jeszcze udać, że to nic takiego. Że się nie stało. Cokolwiek. Nie bał się tego przed nią, raczej przed samym sobą.
Gdy odgarniał włosy z jej szyi, wracając do zwyczajnego stanu, z ponurym rozbawieniem pomyślał, że zachowywał się tak, jak ona patrzyła na niego, gdy sama zmagała się z dziwnymi wątpliwościami. I ciekawe, co z tego było gorsze, działanie czy bierne, spłoszone czekanie.
Nie myślał długo, skupił się na bardziej odpowiednim dla niego pragnieniu. Złożył na jej szyi kilka pierwszych pocałunków, czując, jak ten niepokój znika.
Przez cały ten czas nie odzywała się, tylko go obserwując; choć nie chciała się do tego przyznać, ten jej urokliwy, choć nieznaczny uśmiech był świadectwem zwykłego szczęścia, jakby szczerze łaknęła nie tyle jego bliskości, co właśnie tej nie do końca pasującej do nich czułości.
Nieświadomie ciągle szukała kontaktu z nim; starała się utrzymać ten wzrokowy, ale potrzebowała też cielesnego, delikatnie przesuwała opuszkami palców po jego twarzy, szyi i karku. W jej gestach czaiło się pewne niedowierzanie, jakby nie do końca była pewna, czy to wszystko naprawdę się dzieje.
Przy tym dziwnym nastroju delikatne pocałunki w szyję okazały się być jeszcze przyjemniejszym doznaniem; przez jej ciało przebiegł pierwszy dreszcz, a oddech urwał się, by stać szybszym i nieregularnym. Oparła dłoń o jego kolano, zaciskając mocno palce, gdy zadrżała po kilku kolejnych pocałunkach. Przymknęła oczy i nie powstrzymała mruczenia, chociaż bardzo chciała się nie odzywać.
Ale może to i lepiej. Że ta chwila czułości odpływa w zapomnienie, niejako zakamuflowana. Miała taki moment, gdy chciała powstrzymać bieg wydarzeń, znaleźć wyjaśnienie dla nagłej i trudnej do zrozumienia bliskości, jaka się miedzy nimi pojawiła. Potem dotarło do niej, że nie powinna szukać wyjaśnień. Że gdy będą na to gotowi, odpowiedzi przyjdą same. Na razie... na razie trzeba było to doceniać.
Obróciła głowę w jego stronę i znów odnalazła spojrzenie. Zawahała się, a później uśmiechnęła się wyraźniej i ujęła jego twarz w dłonie, by znów go pocałować, tak trochę śmielej.
Naprawdę przynosiła ukojenie. Kiedyś jej to powie.
Pozwolił sobie na przejęcie inicjatywy, jednak stopniowo zmieniając tempo, by dopasowywało się do panującego między nimi nastroju – on też stawał się inny, ale nie gorszy. Ot, coś się bezboleśnie skończyło, zaczęło się coś znajomego. Przynajmniej wszystko nadal znajdowało się pod pewną stabilną kontrolą.
Objął ją bardziej stanowczo, przyciągając do siebie, żeby znalazła się bliżej. Kiedy usiadła mu na kolanach, zwolnił uścisk, opuszczając głowę i znów całując jej szyję, potem dekolt. Ręce jeszcze pozostawały bierne, tylko trzymały, by się nie zsunęła, by nie znalazła się nieprzyjemnie dalej. Tak było naprawdę dobrze.
To coś dziwnego, dla niego nadal niepojętego, w pewnej chwili po prostu się rozmyło między nimi. Dopiero wtedy jego dłonie wsunęły się pod bluzkę, odszukując ciepłą, przyjemną w dotyku skórę. Przesunął rękoma po jej brzuchu, powoli na boki, później jedna zsunęła się na plecy, druga powędrowała wyżej, na pierś. I wystarczało, by lekko unosił głowę, żeby móc ją nadal całować, już śmiało i pewnie. Pamiętał, że pewien czas temu podobało jej się patrzenie na niego z góry, to niech teraz popatrzy. Jeśli znajdzie na to chwilę.
To było dziwne uczucie. Kiedy do typowego dla nich pożądania doszło to określone czułością „coś”, doznania okazały się być w pewien sposób inne. Silniejsze. Zaskoczyło ją to, nie spodziewała się, że w ogóle może zdobyć się na pełną bliskość, a co dopiero odczuć ją tak gwałtownie. Na domiar złego dezorientowało ją to, ale nie przerażało. Ani na chwilę nie zwątpiła.
Nie dało się nazwać tych pocałunków zachłannymi, to była raczej pasja. Zsunęła dłonie po jego szyi na tors, a gdy palce napotkały przeszkodę w postaci zapiętej koszuli, szybko dogadały się z guzikami. Póki co nie zdejmowała z niego materiału, wystarczyło jej, że mogła znów poczuć jego ciało.
Uniosła się nieco, na chwilę obejmując go za szyję i pogłębiając pocałunek, trochę tak, jakby to miał być ostatni w ich życiu. Gdy odsunęła usta od jego ust, uśmiechnęła się lekko, ledwie uchylając powieki. Przechyliła głowę i przeczesała jego włosy, poświęcając moment na przyjrzenie mu się; kiedy chwila minęła, zjechała pocałunkami najpierw na jego szyję, a później tors.
Zaskakiwało go to, że nie było w tym dawnej niecierpliwości. Nic między nimi przecież nie osłabło, nadal, właściwie, pozostawało jak wcześniej. A może nawet właśnie silniej, tylko tak, jak jeszcze się nie zdarzyło. W tych krótkich momentach, kiedy na chwilę zwalniali, nie potrafił o tym nie myśleć – mimowolnie, tak po prostu pojawiało się to w jego głowie i nawet nie niepokoiło.
Potem znów trzeba było działać. Dlatego ostrożnie pozbył się jej bluzki, żeby gładko przeszła przez głowę, odrzucił materiał gdzieś na bok, ale względnie nie w największe składowisko brudu. Wtedy mógł skupić się na całowaniu jej ciała już bez tego irytującego ograniczenia.
Odkrywał w tym wszystkim swoje własne, dziwne przyjemności, jak chociażby dotyk jej ciepłej skóry, oddech na policzku, miękkość ust. Zaczynał lubić te momenty zatracania się, czego nawet nie musiał do tej pory, przed nią, unikać. Bo zwyczajnie nie istniało. Uśmiechnął się lekko, zostawiając na złączeniu jej ramienia z szyją czerwony ślad.
Wrócił do ust, przeciągając dłonią wzdłuż jej pleców, z delikatnym naciskiem, jakby chciał ją jeszcze bliżej siebie. Ręka zjechała aż na pośladki, przesunęła się po udzie, aż wreszcie dołączyła do niej też druga; uniósł Anabde i delikatnie położył na tym niezbyt szerokim łóżku, chwilowo się drobnym problemem nie przejmując. Zmartwi się pewnie później, teraz wrócił do jej szyi.
Ugięła nogi w kolanach i przycisnęła do jego bioder, chcąc poczuć go możliwie jak najbardziej. Odchyliła głowę, zagryzając w przyjemności wargę i nawet nie usiłując walczyć z przyspieszonym oddechem. Przesunęła dłonią wzdłuż jego pleców i zacisnęła mocniej palce na jego łopatkach, zirytowało ją jednak, że nadal miał na sobie koszulę. Właśnie dlatego naparła na niego lekko, by odsunął się i umożliwił jej ściągnięcie zbędnej odzieży.
Uśmiechnęła się bardzo zadowolona, powtarzając manewr sprzed chwili, teraz jednak w dużo bardziej satysfakcjonujący sposób, bo nie krępowana przez barierę materiału. Dłoń zaraz umknęła w bok, by później spocząć na mięśniach brzucha, drugą za to objęła za szyję i przyciągnęła do siebie, chcąc znów poczuć smak jego warg.
Potem pojawiło się pragnienie posiadania go bliżej, dlatego jej dłonie znów uciekły na plecy, napierając nieznacznie, by mogła poczuć jak najlepiej ciepło ciała. Jego bliskość rozpalała, całkowicie się w tym zatraciła, chciała tylko tego, by tu był, możliwie jak najbliżej. Nie potrzebowała niczego więcej.
Przez chwilę i on nie chciał tego zmieniać ani przerywać, dlatego całował ją, nie unosząc się wyżej, czasami zsuwał się ustami na jej szyję czy dekolt. Przyjemnie było znaleźć się w świecie, w którym liczyła się tylko ona i tylko to, by zaspokajać jej pragnienia. Odnajdywał się w tym nadspodziewanie dobrze i zupełnie mu to nie przeszkadzało.
Wreszcie rozpoczął wolną, ale konsekwentną wędrówkę w dół. Co chwilę się zatrzymywał, poświęcał swoją uwagę najpierw piersiom, potem brzuchowi, wreszcie dotarł do spodni. Bez pośpiechu je rozpiął, zaczynając zsuwać, usta nadal nie odrywały się od jej ciała, wędrując w dół powyżej materiału – dopiero w połowie ud wyprostował się, by móc ostatecznie pozbyć się zbędnej części ubioru.
Wtedy znów wrócił do jej warg, wsuwając dłoń pod plecy, by trochę ją unieść, poczuć przy sobie. Druga ręka nadal przesuwała się po jej ciele, sunąc po skórze ledwie opuszkami palców, jakby szukał dobrego miejsca, by móc się zatrzymać.
Pragnienie, które czuł, było dziwną mieszanką. Z jednej strony stanowiło je specyficznie uformowane przez nowe dla nich ciepło pożądanie, z drugiej jednak… to miało być coś, co zostanie zapomniane i odrzucone. Wracało do niego powoli, ale konsekwentnie, i teraz nie potrafił tego odrzucić, bo musiałby odrzucić i ją. Nie był w stanie tego zrobić, w ogóle nie chciał ani nie zamierzał. W końcu… była jego.
Objęła go za szyję, by do minimum zmniejszyć dzielącą ich odległość, przylgnąć do niego całym ciałem; dała się ponieść potrzebie bliskości, jeszcze chwilę nie myśląc o niczym. Dopiero potem wpadło jej, że w zaistniałej sytuacji przydałoby się pozbyć jego spodni.
Dłonie przesunęły się w dół pleców, przesmyknęły na biodra i spoczęły na klamrze paska, rozbrajając ją dość sprawnie. Musiała przerwać pocałunek, by sięgnąć tak nisko; musnęła wargami jego klatkę piersiową i krótko zerknęła w dół, chcąc upewnić się, że wszystko właściwie rozpięła. Nie mogła dokończyć ściągania spodni, ograniczyła się więc do zsunięcia ich gdzieś do połowy ud. Następnie jej dłonie przesunęły się w górę jego brzucha, po torsie aż na ramiona, a ona sama podciągnęła się trochę, znów odnajdując jego usta.
Wsunęła palce w jego włosy, drugą dłonią przebiegając po plecach mężczyzny i rysując paznokciami kręte linie. Po chwili przerwała pocałunek, odsuwając wargi ledwie o milimetry – musiała złapać oddech, niespokojny i przyspieszony. Odnalazła spojrzenie Sheridana i przechyliła głowę, dotykając opuszkami palców jego policzka i zjeżdżając nimi aż na brodę.
Nic się w tej chwili nie liczyło. Nie była świadoma okoliczności, czuła się tak, jakby śniła, pozbawiona zagrożenia pojawienia się banitów, żyjąca w innej rzeczywistości niż cała reszta ludzkości, swój mały świat dzieląc tylko z nim. To właśnie widać było w jasnoszarych, zasnutych mgiełką pożądania oczach.
Dokończył to, co zaczęła, pozbywając się spodni z łóżka celnym kopnięciem, kiedy już je z siebie całkowicie zsunął. Jeszcze przez chwilę się w nią wpatrywał, jeszcze chwilę dotykał, zaraz także całował, jeszcze chwilę czuł ją w ten sposób, wiedząc, że to przestaje wystarczać. Pragnął jej – i to nie było dziwne, bo pożądanie towarzyszyło im od długiego czasu. Teraz to stało się specyficzne, ponieważ pogłębione czymś jeszcze.
Dłoń przesunęła się po jej boku, zawędrowała na biodro, zsunęła się na udo i delikatnie rozchyliła nogi, zaraz wracając przez pośladek na wysokość lędźwi, by móc ją wygodniej unieść.
Chciał jej teraz. Nie tylko dla zaspokojenia żądz, dla tej dzielonej wspólnie przyjemności – zwyczajnie dla niej samej. Chyba jeszcze nigdy nie potrzebował całkowitej bliskości tak bardzo, wprost tęsknie.
Dlatego w samym momencie tego wyczekiwanego, pożądanego połączenia nie zamykał jej ust pocałunkiem; znów wsparł swoje czoło o jej, obejmując mocno, stanowczo, by była już nieprzerwanie blisko. Czuł jej oddech na policzku i wiedział, że jego też jest tak szybki.
Nadal bał się do tego przyznać, ale stała się jego ukojeniem i ratunkiem. Coś często powtarzało mu, że to nie może tak zostać, nie może pozwolić temu istnieć. Teraz to się zupełnie nie liczyło.

Dzika dziewczyna okazała się nie być taka dzika. Gdy już się do nich przekonała, pokazała swoją inną stronę, bardzo otwartą, łatwo załapującą kontakt, zabawną i pogodną; Leanelle z niemałym zdziwieniem przypatrywała się tej roześmianej buzi i ufnym oczom, wspominając nieoswojone zwierzątko, jakim była Meara jeszcze pół godziny wcześniej.
Jej ojciec okazał się równie ciepły, ale zdecydowanie poważniejszy i bardziej spokojny. Odzywał się rzadko, choć gdy on i Caleb rozpoczęli rozmowę o lasach, nagle jego wypowiedzi zrobiły się dłuższe i częstsze; do pogadanki dołączyła się Meara i skończyło się na tym, że Leanelle oraz Aidan siedzieli bezradnie i zerkali na siebie, podczas gdy miłośnicy natury nie mogli przestać mówić. Bądź co bądź oboje pozostawali czujni, reagowali na nic nieznaczące szmery i często rozglądali się dookoła, trwając w niespokojnym napięciu.
Rozpalili ognisko, a Leanelle siadła możliwie jak najbliżej płomieni, ciesząc się z ich ciepła. Otuliła się szczelnie kocem, wystawiła twarz do ognia i uśmiechnęła się zadowolona, na chwilę tracąc zainteresowanie toczącą się rozmową.
W tym samym czasie Hessan wrócił z polowania. Beżowe łuski wokół pyska brudne były jeszcze od krwi, za to bursztynowe ślepia lśniły czystym szczęściem spowodowanym pełnym żołądkiem i rozprostowaniem skrzydeł.
Smok zatoczył koło nad ogniskiem i wylądował koło swojej pańci; uniósł łebek i obdarzył badawczym spojrzeniem obecnych przy ogniu, wydając z siebie groźne burczenie, gdy natrafił na nieznajomych.
Meara przypatrywała się stworzonku od dłuższej chwili, otwierając szeroko oczy i unosząc brwi. Gdy mała bestia dołączyła do towarzystwa, wyraźnie czując się jak u siebie, dziewczyna pobłądziła spojrzeniem po towarzyszach, domagając się wyjaśnienia. Wyciągnęła dłoń w stronę zwierzątka i uśmiechnęła się ciepło, licząc na to, że zainteresuje smoka, ten jednak uniósł wyżej łeb, prychnął i wyszczerzył ząbki.
Odpowiedź na swoje niezadane pytanie otrzymała, gdy Leanelle oprzytomniała i zawołała stworzonko po imieniu. Smocze oczy natychmiast przybrały radosnego wyrazu, zwierzątko podeszło do swojej pańci i otarło się o jej nogę z cichym mruczeniem.
– Smok? – mruknął w tym momencie ojciec Meary, marszcząc czoło. – Skąd macie smoka?
Leanelle wzruszyła ramionami, nawet na mężczyznę nie zerkając. Pogłaskała swojego podopiecznego po łebku i uśmiechnęła się lekko, gdy Hessan przytulił się do jej dłoni.
– Sam przyszedł – mruknęła.
Mężczyzna nie wydawał się być usatysfakcjonowany tą odpowiedzią, wyraźnie zafascynowany postacią smoka.
– Bardzo mały. Legendy donoszą, że smoki są, no, wielkości domu – uznał.
– Jaki pan taki kram, ona też jest mała – odezwała się w tym momencie Meara, nie unosząc spojrzenia znad kromki chleba, którą zaczepiła na kiju i przypiekała nad ogniem.
Dopiero po chwili zerknęła na dziewczynę, uśmiechając się lekko.
– Nie jestem taka mała – burknęła niezadowolona Leanelle, robiąc naburmuszoną minę.
Na jej widok Meara zaśmiała się pogodnie, kręcąc głową. Cofnęła kij i ostrożnie dotknęła kromki, nie chcąc się poparzyć. Uznawszy, że jest odpowiednio krucha, a za chwilę może się przypalić, ściągnęła ją i chuchnęła. Ugryzła i połknęła kęs, jednocześnie odkładając kijek za siebie.
– Jesteś słodka – poinformowała koleżankę, nadal przeżuwając.
– Nie jestem słodka – mruknęła jeszcze bardziej pokonana szatynka, kuląc się w sobie i czując, jak na policzki wkradają się subtelne rumieńce.
Zacisnęła usta i wbiła zgaszone spojrzenie w ognisko, prezentując się wystarczająco marnie i zakłopotanie, by Meara machnęła ręką.
– Bardziej to jesteś kłopotliwa, to prawda – stwierdził na pocieszenie rozbawiony Caleb, uśmiechając się do podłamanej Leanelle. – Ale Aidana nie pobijesz – dodał zaraz, odkładając do torby ściereczkę, którą polerował swój ulubiony nóż.
Leżąca przy jego nodze Shila ukradkiem podczołgała się bliżej i wsadziła nos do środka bagażu, szukając przekąski. Myśliwy nawet na wilczycę nie spojrzał, wydał z siebie tylko niski pomruk, na co drapieżnik pospiesznie się wycofał, popiskując ze skruchą.
– My oboje razem wzięci nie jesteśmy aż tak trudni do zniesienia, jak ty – burknął niezadowolony chłopak, robiąc do Caleba śmieszną minę.
– Uważaj, bo ci tak zostanie – ostrzegł go mężczyzna, nie unosząc spojrzenia, dalej patrzył na nóż, sprawdzając, czy wygląda wystarczająco jak nowy.
– Ale ja cię nie lubię – wyznał Aidan, chociaż nieśmiały uśmiech zupełnie temu przeczył; tak naprawdę chłopak polubił myśliwego, może dlatego, że zaczął czuć do niego respekt, coś jak przed strofującym wszystkich wokół dorosłym.
– Ja też cię nie lubię, kiedy rozwalasz mi lekcje – poinformował go Caleb, unosząc brew, po czym sięgnął do torby i wyjął z niej jabłko.
Shila uniosła łeb z nadzieją, ale szybko zorientowała się, że to nic dla niej, dlatego postanowiła czekać na swoją kolej.
– Lea – mruknął tymczasem myśliwy, rzucając do niej owoc bez żadnego dodatkowego ostrzeżenia; musiała ćwiczyć refleks zawsze i wszędzie, a przy okazji na pewno była głodna.
Jak złapie jabłko, to może dostanie nadprogramowe kanapki, które Caleb przygotował, pamiętając o nienażartej uczennicy. Tymczasem zignorował oburzone prychnięcie Aidana, który metody nauczania myśliwego uważał za zbyt ostre jak dla tak delikatnej dziewczyny.
Leanelle dość szybko ogarnęła rzeczywistość, ledwie kilka sekund marnując na oszołomione przypatrywanie się lecącemu w jej stronę owocu. Zreflektowała się błyskawicznie, oceniła odległość i niemal rozpaczliwie rzuciła do przodu, by uratować jabłko od upadku na ziemię.
Wyszłoby ładniej, gdyby nie zaplątała się we własny kocyk – przez niego zaraz po złapaniu owocu straciła równowagę i zaryłaby twarzą w ziemię, lecz w ostatniej chwili zdążyła się podeprzeć wolną ręką.
Sapnęła, wyprostowała się i z powrotem usiadła na swoim miejscu, poprawiając niewdzięczny kocyk i wyzywając na niego pod nosem. Przyjrzała się jabłku, obracając je w dłoni ustawionej na wysokości oczu, potem przeniosła pytające spojrzenie na Caleba.
– Mogę je zjeść? – zapytała dla upewnienia.
Meara uniosła wysoko brwi i powędrowała spojrzeniem od Caleba, przez jabłko aż na Leanelle, a potem z powrotem do myśliwego.
– Aha...? – mruknęła bez zrozumienia; to normalne, że cywilizowani ludzie rzucają w siebie owocami?
Caleb zaśmiał się cicho, sięgając znowu do torby. Chwilę w niej grzebał, a kiedy wydobył owiniętą w papier kanapkę, podniósł się i podszedł do uczennicy, dając jej nagrodę. Shila odprowadziła go niezadowolonym spojrzeniem.
– Możesz. I to też – poinformował, zostawiając u niej kanapkę i wracając na swoje miejsce nadal wyraźnie rozbawiony.
– Czego nie masz w tej torbie? – zainteresował się Aidan, oderwawszy wzrok od Leanelle, której to prawie rzucił się na ratunek, ale musiałby przejść nad wilczycą, a tego nikt nie chciał.
– Ratunku dla ciebie – stwierdził bez mrugnięcia okiem Caleb, wyciągając nogi do ogniska z zadowoleniem.
Aidan prychnął.
Tymczasem Shila ukradkiem podczołgała się do Leanelle, wyraźnie uznawszy, że może dziewczyna chciałaby się podzielić jedzeniem z biednym, zagłodzonym zwierzątkiem. Myśliwy spojrzał na drapieżnika z dezaprobatą.
– Żebraczka – skrytykował, kręcąc z dezaprobatą głową.
Leanelle uśmiechnęła się bardzo radośnie i odłożyła jabłko na kocyk, uznając, że kanapka bardziej domaga się jej zainteresowania. Rozpakowała papier i uśmiechnęła się jeszcze szerzej, ale wtedy na jej osobę padło wyjątkowo błagalne spojrzenie Shili.
Dziewczyna zerknęła na nią i długo się wahała, ale kiedy wilczyca oparła sobie pysk o jej nogę, w końcu westchnęła ciężko i  uniosła kromkę, by wyjąć z kanapki jeden plasterek szynki. Podała go wilczycy i dopiero wtedy z czystym sercem zabrała się za pałaszowanie kanapki.
– Co ma biedna zrobić, jak jej nie karmisz – skrytykowała Caleba, przenosząc na niego rozbawione spojrzenie.
A przynajmniej zerkając mniej więcej w jego stronę, bo, jak wiadomo, w oczy nikomu nie patrzy.
Hessan uniósł łebek i spojrzał na pańcię z wyrzutem. Jak to tak, wilki się dokarmia, a wierne smoki nie?! Leanelle w odpowiedzi wzruszyła ramionami, biorąc kolejny kęs.
– Mogę ci dać ogórka, jak chcesz – zaproponowała mu, gdy już przeżuła.
Hessan przymrużył bursztynowe ślepia, prychnął wyjątkowo głośno i ostentacyjnie odwrócił łeb w drugą stronę.
– No to nie –  mruknęła wobec tego Leanelle, nieszczególnie przejęta.
Meara, przypatrując się całej scence, pokręciła niedowierzająco głową. Co tu się dzieje, no naprawdę.
W tym momencie głos postanowił zabrać jej ojciec. Oparł się plecami o drzewo i zabębnił palcami w kolano, ogarniając spojrzeniem wszystkich towarzyszy.
– Tworzycie dość... nietypową drużynę – uznał, mrużąc ciemne oczy. – Jak to się stało, że zaczęliście współpracować?
Caleb westchnął ciężko. Tak, to chyba najlepiej obrazuje początek współpracy, w którym nie brał udziału. Zerknął na Aidana, chłopak jednak nie palił się do zabierania głosu, rozglądając się dokoła z niejakim zaciekawieniem.
– Z tego, co wiem, tamta część drużyny, prócz Cadora, mojego przyjaciela, otrzymała zlecenie do wykonania w Perrianie – stwierdził powoli, zastanawiając się, czy chce mu się używać dużo słów. – Cador został do nich zwerbowany w trakcie pracy. A później jakoś samo chyba poszło. Aidan i Lea dołączyli do nas najpóźniej, każde ściągnięte przez kogoś. Ja zostałem zobligowany przez Cadora, i tak wyszło. Shila – warknął na koniec, widząc, że wilczyca się nie poddaje i nadal ma nadzieję.
Zapiszczała skruszona i przeczołgała się z powrotem do Caleba, nieśmiało liżąc jego dłoń. Ostatecznie myśliwy zmiękł pod naporem jasnych ślepi i pogłaskał swoją pupilkę, uśmiechając się lekko pod nosem. Wilczyca wyglądała na niemalże wniebowziętą.
– Cador nie wiedział, co czynił, zaciągając cię do nas – zawyrokował Aidan, patrząc na Caleba krytycznie.
– Nie wiedział też, co czyni, kiedy brał takiego problematycznego ucznia – odparł spokojnie myśliwy i uśmiechnął się zdawkowo.
Chłopak skrzywił się, powstrzymał chęć pokazania mężczyźnie języka i zapatrzył się w płomienie, niejako naburmuszony.
– W Perrianie? – powtórzył zaskoczony mężczyzna, po czym pokiwał głową w zamyśleniu.
Wyglądali na twardych, ale skoro przeżyli zlecenie w Perrianie, muszą być potężniejsi niż się zdaje.
– Cador to ten jasny? – wtrąciła się Meara, ale nim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, zmarszczyła czoło i skupiła wzrok na Aidanie. – Czego się od niego uczysz?
Leanelle chwilowo zamilkła, zbyt zajęta pałaszowaniem kanapki, by choćby pomyśleć o odpowiadaniu. Szczęście, nikt niczego od niej nie chciał, w spokoju dokończyła więc posiłek, uśmiechnęła się błogo i sięgnęła po jabłko.
Chwilę zastanawiała się, czy nie zostawić go dla wierzchowca, ale żołądek poinformował ją, że konina nie zasłużyła na taki podarunek, a on ciągle jest głodny. Wzruszyła ramionami na swoją bezduszność dla wierzchowca i przetarła jabłko rękawem, by zaraz wgryźć się w nie z wyraźną radością.
Caleb skinął mężczyźnie w odpowiedzi głową, pogrążając się w tym niezwykłym stanie, w którym zdawał się niczego nie dostrzegać, a i tak wiedział wszystko. Ręce zajął głaskaniem Shili, dlatego też wilczyca przesuwała leniwie ogonem po ziemi, złożywszy łeb na nodze myśliwego z przymrużonymi oczami.
Aidan spojrzał na Mearę zaskoczony, jakby nie mieściło mu się w głowie, że ktoś go zapytał o cokolwiek. Otworzył usta, zająknął się, aż wreszcie odetchnął, zwalczywszy oszołomienie rzeczywistością.
– Cador to niezwykle dobry obrońca. Szkoli mnie w naszym wspólnym fachu – wyjaśnił z lekkim uśmiechem, unosząc ramiona. – I w przynoszeniu piwa oraz posiłków.
– Z czego dwie ostatnie pozycje idą ci najgorzej – poinformował go Caleb, przymrużając z pewnym rozbawieniem oczy.
Aidan tylko coś mruknął niezadowolony pod nosem, zastanawiając się, czy nastanie taki dzień, w którym myśliwy mu ani razu nie dokuczy. A może nawet pochwali! Ale w cuda niekoniecznie wierzył, na pewno nie w wykonaniu Caleba.
– To dlaczego ciebie uczy ten Cador, a ją – tutaj skinęła głową na Leanelle, która nie załapała o co chodzi i wytrzeszczyła oczy, głośno przełykając kawałek owocu – on? – dokończyła Meara, przenosząc krótkie spojrzenie na Caleba.
– Bo Anabde jest okrutna – odpowiedziała natychmiast szatynka.
Potem ugryzła jabłko, przypomniała sobie, od kogo je dostała, i zreflektowała się błyskawicznie.
– Znaczy, eee – odkaszlnęła, bo byłaby się zakrztusiła owocem. – Nie no, Cador by mnie nie dokarmiał – zakończyła i uśmiechnęła się krzywo, chociaż nie można powiedzieć, by był to gest niewiarygodny czy mało radosny.
Tak naprawdę cieszyła się, że Anabde poprosiła Caleba.
Myśliwy tylko uśmiechnął się trochę szerzej i spojrzał na Leanelle rozbawiony, unosząc brew. Chwilę przyglądał się, jak dziewczyna powraca do pałaszowania jabłka, po czym pokiwał głową.
– Ja też mogę w każdym momencie przestać – ostrzegł, wzruszając niedbale ramionami.
Aidan wzniósł oczy do nieba, powoli już się przyzwyczajając do tego, że Caleb wcale nie odnosi się do Leanelle jak do damy, czy nawet tak, jak powinno się do płci pięknej odnosić. To był zwyczajnie człowiek z lasu, no naprawdę.
– Bo Leanelle nie ma predyspozycji do bycia obrońcą. Za to Anabde i ten tu głupi myśliwy uważają, że jest uzdolniona w kwestii łucznictwa. A lepszej istoty strzelającej z łuku, która udaje, że jest człowiekiem, nie znajdziecie – poinformował, wytykając Caleba palcem. – I nie tylko strzelającej z łuku. On umie wszystko – dodał z niejakim przestrachem i łypnął na kolegę podejrzliwie.
– Twórzcie dalej te legendy, świetnie wam idzie – westchnął zrezygnowany myśliwy, wyglądając na całkowicie skupionego na swoim wilku.
– Widziałem na własne oczy. Miałem to na sobie! Twoja torba to też dowód – uparł się Aidan. – Pewnie jesteś Przeklętym. Albo Błogosławionym. Albo krzyżówką.
Leanelle zrobiła wielkie oczy i spojrzała na Caleba przerażona.
– Ej, nieeee – jęknęła, wyraźnie zdruzgotana wizją braku dodatkowych przekąsek między posiłkami.
Tylko dzięki myśliwemu jej żołądek nie trawił sam siebie!
– Przecież nie miałabym siły na lekcje. Umarłabym z głodu – dodała, robiąc bardzo smutną minę, trochę jak zbity psiak.
Meara pokiwała głową na znak, że usłyszała, zrozumiała i właśnie analizuje. Podciągnęła nogi pod brzuch i oparła brodę na kolanach, uśmiechając się lekko.
– Może jest Krwią Smoka – podrzuciła żartobliwie, na co jej ojciec roześmiał się lekko.
– Czym? – mruknęła zdezorientowana Leanelle.
– Krwią Smoka – powtórzył słowa córki mężczyzna. – Legendy głoszą, że w pradawnych czasach smoki ofiarowały pięciu najważniejszym rodom Lostaru po kropli krwi. Każdą z nich naznaczono nowonarodzone dziecko, a gdy dzieci dorosły, okazały się bardziej rozwinięte od swoich rówieśników. Miały wyostrzone zmysły i posługiwały się niedostępną dla ludzi magią – wyjaśnił pokrótce, uśmiechając się, gdy ujrzał rozmarzone spojrzenie Leanelle. – Podobno w każdym z tych rodów raz na kilka wieków rodziło się dziecko, w którym odzywało się dziedzictwo. Ale to tylko legendy – dokończył i założył ręce za głowę, by było mu wygodniej.
– Jakby mój dziadek to usłyszał, chyba sam by się zabił – skwitował niezrozumiale rozbawiony Caleb. – Nigdy nie wierzył w magię, a gdy uwierzyć musiał, nigdy jej nie ufał. Wszystko wypracowałem sam – zwrócił się już bezpośrednio do Aidana, unosząc na niego dość poważne, spokojne spojrzenie.
– To się tak nie da – sprzeciwił się chłopak, wpatrując się w myśliwego nadal trochę podejrzliwie, ale z niejakim zdumieniem; pierwszy raz powiedział coś o sobie.
– Kiedy miałem sześć lat, też tak myślałem – zgodził się, wzruszając ramionami. – Dziadek nie przewidywał jednak ułatwień dla dziecka. Gdyby Cador wziął cię w obroty tak, jak jego w domu albo mnie mój dziadek, w ciągu miesiąca byś się poprawił – zawyrokował na koniec.
Aidan milczał chwilę, najwyraźniej dogłębnie analizując postawioną przed nim sprawę. Na końcu uśmiechnął się i pokręcił głową.
– To wolę być nieudacznikiem – oznajmił wesoło.
Caleb spojrzał na niego krótko, jakby sprawdzał, czy coś w chłopaku widać. Ostatecznie uniósł kącik ust, doskonale zauważywszy subtelną zmianę w młodzieńcu. Wcale nie wolał, po prostu nie zamierzał się tym dzielić.
Leanelle przysłuchiwała się im z pewnym zwątpieniem, zastanawiając się, czy jej też przyjdzie do końca życia pozostać nieudacznikiem. Bo dość łatwo domyśliła się, że jej lekcje, w porównaniu do treningów, jakie Caleb przechodził ze swoim dziadkiem, to pestka.
Koniec końców westchnęła, obgryzła ogryzek i, nadal owinięta kocem, podniosła się z miejsca, by resztę jabłka sprezentować swojemu wierzchowcowi.
Ruszyła w stronę nieopodal uwiązanych koni, uznając, że skoro pozostanie w zasięgu wzroku, nie musi tłumaczyć odejścia.
– Twój dziadek brzmi strasznie – mruknęła Meara, uśmiechając się znowu. – Kim był?
Zerknęła kątem oka na ojca, zastanawiając się, czy on był wymagającym nauczycielem. Szybko doszła do wniosku, że nie był zbyt ostry; to ona stawiała sobie poprzeczkę wysoko i wymagała od siebie szybkich, perfekcyjnych rezultatów.
Caleb spojrzał krótko za Leanelle, zaraz skupiając wzrok na Mearze.
– Łucznikiem wyborowym elitarnego królewskiego oddziału – odparł tonem obojętnym, niedbałym, ot, jakby mówił o pogodzie, nawet na koniec wzruszył lekko ramionami, by podkreślić mały stopień znaczenia tego faktu we wszystkim.
Aidan ucieszył się, że nic w tym momencie nie jadł, bo zakrztusił się głośno i rozkaszlał szalenie, wytrzeszczając oczy. Ledwie się uspokoił, wychylił się do Caleba z niejakim przerażeniem, oburzeniem oraz desperacją jednocześnie.
– Że kim był?! – zawołał zdruzgotany. – I ty to tak o, po prostu, mówisz?! – jęknął, spoglądając na stoicko spokojnego mężczyznę z niedowierzaniem. – Czekaj, i z takimi korzeniami zostałeś zwykłym myśliwym? – załamał się na koniec.
– Nie widzę związku – zakomunikował Caleb, znów wzruszając ramionami.
Aidan zwiesił głowę, po chwili oparł się rękoma na ziemi, koniec końców dotykając czołem gleby w kompletnym zdruzgotaniu.
Meara zrobiła minę podobną do tej, którą dziś kojarzymy pod tytułem „not bad…” i postanowiła zostawić temat, jednak jej ojciec zdecydowanie się ożywił. Wychylił się, by dojrzeć myśliwego zza ogniska.
– Edarlen? – rzucił, przyglądając się Calebowi inaczej niż dotychczas. – Jesteś wnukiem starego Edarlena?
Wypuścił głośno powietrze z płuc i z powrotem oparł się o drzewo.
– No to z pewnością nie miałeś łatwo – skomentował krótko, nie odpowiadając na pytające spojrzenie córki.
Aidan uniósł głowę z ziemi i popatrzył na zebranych jeszcze bardziej zdezorientowany. Potem zawiesił wzrok na Calebie, na którego twarzy wymalowało się szczere zaskoczenie – chłopak chyba pierwszy raz widział u niego to uczucie.
– Znał pan mojego dziadka? – zdziwił się mężczyzna, unosząc wysoko brwi. – Moje kondolencje – dodał z rozbawieniem, jednak uśmiechnął się szeroko, jakby poprawiono mu humor.
Aidan uznał, że nic już z tego nie rozumie. Kompletnie. Powtórzył pod nosem zasłyszane nazwisko i spróbował je dopasować do Caleba, zastanawiając się, czy kombinuje w dobrą stronę. Może to dziadek ze strony matki?
Mężczyzna zaśmiał się krótko w odpowiedzi, Meara za to, podzielając zaskoczenie i zdezorientowanie Aidana, uparcie usiłowała zwrócić na siebie uwagę ojca, bo może by jej to łaskawie wyjaśnił!
Fuknęła poirytowana, gdy intensywne spojrzenia, niezadowolone miny i znaczące chrząknięcia nie przyniosły oczekiwanego rezultatu.
– Dobrze powiedziane – przyznał wysoce rozbawiony ojciec, by zaraz spoważnieć. – Zanim założyłem rodzinę, wędrowałem trochę po Lostarze, twojego dziadka spotkałem zupełnym przypadkiem. Spędziłem z nim około dwóch tygodni, gdy król poprosił mnie o bezpieczne przeprowadzenie przez pewien nieprzebyty, jak uważano, las – wyjaśnił dość ogólnikowo.
Na chwilę zamilkł, gdy do głowy wpadło mu coś jeszcze.
– Ale jeżeli odziedziczyłeś po nim chociażby ułamek talentu, musisz rzeczywiście być wybitnym łucznikiem – powiedział spokojnie, wypowiedź kończąc miłym uśmiechem.
– Robię tylko to, czego mnie nauczył – odparł, przyglądając się ojcu Meary z pewną rzadką dla niego przychylnością; w gruncie rzeczy nie był w końcu ufnym, szukającym nowych znajomości człowiekiem. – Z pewnością z początku prośba króla go zdenerwowała, jeśli śmiał podważyć jego skuteczność w pojedynkę – dodał z drżącym od wstrzymywanego śmiechu głosu. – Jak kiedyś za szybko wróciłem do domu po tym, jak zostawił mnie w lesie, strasznie się wściekł, że za blisko poszedł. Dostałem w skórę. Pewnie miał ochotę rozwiązać tak sprawę z królem, ale nie wypadało – podsumował rozweselony.
– Dostałeś lanie za to, że wróciłeś żywy z lasu? – spytał z niedowierzaniem Aidan, otwierając szeroko oczy.
– Posądził mnie o zdjęcie opaski – wyjaśnił Caleb, uśmiechając się do chłopaka.
– Jakiej, na Silthe, opaski?
– Takiej na oczach. Skrawek materiału.
– W lesie. W opasce. A ręce może ci związał? – zainteresował się z kpiną Aidan, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.
– Po tym incydencie tak.
Aidan zamrugał, zachłysnął się powietrzem, po czym machnął zrezygnowany dłonią i się załamał. Jak to dobrze, że jego rodzina nigdy nie była przesadnie ambitna.
– Taak, to brzmi zupełnie jak on – skomentował mężczyzna ze śmiechem; jeżeli opowieść zrobiła na nim jakiekolwiek wrażenie, nie dał tego po sobie poznać.
Zwrócił za to rozbawione spojrzenie do swojej córki.
– Widzisz, nie masz co na mnie narzekać – zauważył.
Dziewczyna odpowiedziała uśmiechem, a zaraz po tym wywróciła oczami.
– Nigdy na ciebie nie narzekam – stwierdziła lekko; jej ojciec, słysząc to, uśmiechnął się z pewną dumą.
W międzyczasie do grona przyszła Leanelle. Cichutko wróciła na swoje miejsce, burknęła pod nosem, że miała wygrzane, a teraz znowu jest zimne, owinęła się szczelniej kocem i ziewnęła.
– Szkoda, że nie utrzymywał kontaktów z tak ciekawymi znajomymi – westchnął Caleb z uśmiechem i pokręcił w zamyśleniu głową.
– Lea, słyszałaś? – jęknął przerażony Aidan, patrząc na koleżankę zrozpaczony. – W lesie, bez oczu i rąk, bo dziadek! Wyborowy łucznik elitarnego oddziału! A wokół sami Przeklęci i magowie, ja wychodzę – załamał się i ukrył twarz w dłoniach.
Myśliwy zwrócił na chłopaka uwagę, chwilę się mu przyglądał, po czym parsknął śmiechem, wyraźnie rozbawiony jego zachowaniem.
– Jesteś miłym urozmaiceniem w tej grupie, młody – zapewnił go dziwnie protekcjonalnie, co wcale Aidanowi nie poprawiło humoru.
Leanelle uniosła brew, zerkając najpierw w stronę Aidana, później przypatrując się Calebowi. Wreszcie uniosła kącik ust, wzdychając ciężko.
– Taak, chyba nic mnie nie zdziwi – uznała trochę rozbawiona.
– Utrzymywał kontakt z kimkolwiek? – zapytał retorycznie ojciec Meary, odpowiadając Calebowi. – Przynajmniej nie musiałem się martwić, że wpadnie na pomysł szkolenia Meary, gdy ta już pojawiła się na świecie – dodał pogodnie, patrząc na córkę z miłością.
– Ze mną, niestety – stwierdził nadal rozbawiony Caleb, wzruszając ramionami.
Rozmowa stopniowo się wyciszała, aż właściwie wszyscy poszli spać. Niektórzy marudząc, niektórzy powtarzając, że czym prędzej zwijają swoje manatki i stąd spadają, inni posapując i układając się na czyichś kolanach.
Myśliwy jeszcze długo nie zasypiał, pilnując ogniska i głaszcząc drzemiącą w najlepsze Shilę. Gdy postanowił przespać się z godzinę lub dwie, noc była już w pełni, głęboka i ciemna. Oraz błogosławiono cicha.

11 komentarzy:

  1. Mam supersposób na rozpoznanie ile zostało do końca pierwszego tomu XD
    Pytanie potrzebne mi do zorientowania się brzmi:
    *dum dum dum dum*
    Ile jeszcze razy Anabde i Sher będą uprawiać seks (ale taki fullopisowy, no wiecie) w czasie akcji pierwszego tomu? XD
    [ten mój blogasek, na którego robiłam szablon, ma nowy adres, więcej w profilu ^^]
    Poczekam na odpowiedź czytając resztę rozdziału XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stara... ja nie policzę xDDDD Wszystko zależy od tego, jak będą współpracowali, no xD

      Usuń
    2. Polubiłam Mearę... ale człowieki, dajcie że kogoś, kogo lubić nie można ._. No wiecie, żeby równowaga wszechświata nie została naruszona xD

      Usuń
    3. No nie lubiłaś przecież Ariene! I... hm... Marysia może być postacią, której się nie polubi.
      Ale my nie tworzymy pod lubienie Oo My po prostu... pozwalamy być tym jakby osobom. Mnie nie zależy, żebyś ich lubiła, są jacy są xD

      Usuń
    4. Przecież pisałam, że już lubię! Ale za mną nikt nie nadąży, więc piszem jeszcze raz: lubię Ariene xD
      Nie lubiłam przez chwilę Leanelle, ale to było takie... na siłę xD
      To cierpliwie poczekam, aż kogoś znielubię, ot co xD

      Usuń
    5. Wreszcie zrozumiałam dlaczego tak zrzędzę! To wewnętrzna potrzeba poznania Tego Złego, Antagonisty, no wiecie! XD

      Usuń
    6. Niestety, u nas nie będzie stricte złej postaci. Wciąż - na pewno nie w jedynce xD Chyba że jakieś takie... chwilowe.

      Usuń
    7. Chwilowe też dobre ^^ Ile do następnej?
      I kiedy nowy rozdział? xD

      Usuń
    8. Następnej postaci? Nie mam pojęcia, sama sobie ocenisz xD
      Kiedy mi się zachce xD

      Usuń
  2. hah! Podzielam Aidana... On pośród całej tej grupy jest... niezwykle zwykły, a przez to wyróżniający się. Oczywiście każdy na swój sposób xD I już nawet lubię Mearę ;) Zobaczymy, co z nią będzie dalej, hah.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeden jedyny, który nie jest taki fajny i silny xD No, Mercia jest śmieszna <3 Zobaczysz, zobaczysz :3

    OdpowiedzUsuń