Kiedy Sheridan
wrócił, Anabde stała oparta plecami o framugę drzwi, z rękoma skrzyżowanymi pod
biustem. Na jego przybycie zareagowała tylko krótkim spojrzeniem; zaraz znów
zapatrzyła się na konie, które póki co zachowywały się spokojnie, szukając
zabłąkanych ziarenek owsa na ziemi.
Zdążyły już
zjeść, a Anabde pochowała worki, które służyły im za żłoby, poza tym po raz
setny upewniła się, że pozostawienie ich w tym miejscu będzie bezpieczne.
Zdążyła też stracić równowagę z powodu zawrotów głowy, ale zdołała opanować
sytuację na chwilę przed powrotem łowcy.
Musiał przejść
koło niej, by wejść do środka; grzecznie cofnęła się o pół kroku, robiąc mu
więcej miejsca. Raczej nie z troski o jego wygodę, a dlatego, że nie chciała
zostać oblana.
Nie zwrócił na
nią większej uwagi, wyraźnie zamyślony. Przeszedł do Gniadej, postawił przed
nią wiadro i zapatrzył się na pijącą klacz nieco nieobecnym wzrokiem. Zdawało
się, że zapomniał o swoim zadaniu, ale jak tylko koń wyjął pysk z pojemnika,
mlaskając wodą, podsunął pozostałość Lantano, nie mając zamiaru przejąć się
tym, że ogier może zechcieć zabić za tę zniewagę. Kilka chwil stał, pilnując
całej operacji, wzrok jednak tym razem utkwił w otworzonym oknie.
Koniec końców
zabrał siwkowi puste wiadro, doskonale go ignorując, i ruszył z powrotem do
drzwi, jakby wpadł w trans noszenia wody oraz pojenia. Tak się mogło wydawać,
aż nie zatrzymał się przed progiem, spoglądając wreszcie na Anabde. Oczy
wróciły do normalnego, codziennego wyrazu, nawet trochę je przymrużył.
– Potrzebujesz
do czegoś wody? – spytał, by mieć pewność, że kolejny kurs jest na pewno
niezbędny, konieczny oraz zmieniający losy świata.
– Jeśli
Lantano nie chce jeszcze pić, to nie – odpowiedziała po chwili wahania,
dochodząc koniec końców do wniosku, że woda w bukłakach powinna jej wystarczyć;
przynajmniej na pewno była naprawdę czysta.
Gdy teraz na
niego spojrzała, już nie odwracała wzroku, przechyliła za to głowę,
przymrużając czujnie oczy. Przez moment zdawało się, że o coś zapyta, jednak
najwidoczniej męczące ją wątpliwości nie były na tyle ważne, bo nawet nie
otworzyła ust.
W pewnej
chwili za to drgnęła, szybko obracając się i zapatrując w nieokreślony punkt
pomiędzy sąsiednimi budynkami.
Musi się
przyzwyczaić do tych dusz. Nie było to jednak łatwe; czuła ich obecność,
czasami nawet widziała je czy słyszała; nie zachowywały się napastliwie,
zdawały się nawet nie chcieć uwagi, bo bardzo szybko znikały. Ale ciągle dawały
o sobie znać.
Sheridan
zareagował odruchowo, momentalnie spoglądając tam, gdzie zapatrzyła się Anabde.
W ostatniej chwili powstrzymał się od sprawdzenia okolicy, podsumowując całą
sytuację wściekłym warknięciem.
Może i pułapka
Ariene była całkiem niezłym pomysłem, ale ograniczała niemal wszystkich
uzdolnionych magicznie. Jeśli użyłoby się czaru powyżej czwartego poziomu,
mogło już nie być czego zbierać, generalnie.
– Widziałaś
kogoś? Nie zrobię sondy – mruknął dla pewności, raczej nie chcąc, żeby
nekromantka zachowała czyjąś obecność dla siebie.
Na wszelki
wypadek, dość niechętnie, sięgnął do połączenia z Errianem. Jakże się zdziwił,
kiedy otrzymał ostry, karcący impuls zwrotny. Wzdrygnął się i zmarszczył
jeszcze mocniej czoło, oburzony takim potraktowaniem. Nawet nie napiął nici
zbyt mocno!
Zaraz
napłynęło do niego kanałem kolejne doznanie, tym razem jednak mag jakby się
kajał. Sheridan przeciągnął dłonią po twarzy, zastanawiając się, co też temu
gówniarzowi znowu odpierdala. Nie należał przecież do nerwowych ludzi. Chyba że
coś go zdenerwowało.
Impuls zwrotny
był nadzwyczaj szybki, może… odruchowo założył, że nęka go znowu ta sama osoba?
Uśmiechnął się
pod nosem złośliwie. Czyżby Ariene aż tak bardzo się nudziło, że co chwila
poszturchiwała połączenie, aż się Errian zeźlił?
Długo nie
odpowiadała. Jej oczy nabrały dziwnego wyrazu, lśniły głębszym, nieosiągalnym
dla przeciętnego śmiertelnika blaskiem; to tak, jakby duchem była gdzieś
indziej, patrzyła na inny świat.
Przymrużyła
powieki, patrząc na pochylającą się nad dzieckiem kobietę, obserwowała, jak
ledwie widoczna dusza uśmiecha się szeroko i poprawia podobnie niematerialnej
dziewczynce warkocza, zaraz pstrykając ją w nos. Potem kobieta o rozmazanych
konturach wyprostowała się i na bardzo krótki moment zawiesiła spojrzenie na
Anabde. Wrażenie nie było nieprzyjemne; dziwne, to tak, ale nie niepokojące.
Potem
połączenie się rozwiało.
– Nie –
odpowiedziała Sheridanowi, jeszcze wpatrując się w miejsce, które przed chwilą
lśniło dawnymi barwami.
Dopiero po
chwili obróciła się w jego stronę i uśmiechnęła trochę nieobecnie.
– To tylko
duchy.
Odetchnęła
głęboko, definitywnie odgradzając się od tego nieuznającego biegnącego czasu,
fascynującego świata; miała wystarczająco dużo zmartwień w tym żywym.
– Już? –
zainteresowała się, przechylając głowę.
Trzeba było
jeszcze znaleźć odpowiednie miejsce na nocleg, przygotować je, chciała mieć to
z głowy.
Patrzył na nią
chwilę, aż wreszcie bez słowa przytaknął i wyszedł z kuźni, uznając, że konie
powinny grzecznie spać. Kroki skierował do najbliższego budynku, który nie
wyglądał, jakby chciał ich powitać zawaleniem się.
Zostawił
Anabde trochę z tyłu, ale poniekąd taki był właśnie jego plan. Ostatnie, czego
potrzebował, to żeby zauważyła, że coś jest nie tak. Może nie dało się tego tak
łatwo po nim zobaczyć, ale sama świadomość irytowała. Dlatego wolał się upewnić.
Nacisnął
klamkę i pchnął drzwi, które z pewną niechęcią ustąpiły pod jego naporem.
Ocenił spojrzeniem skromny budynek, wchodząc trochę głębiej do pomieszczenia;
korytarz, zawalone schody i dwoje drzwi z lewej strony nadal nadających się do
użytku.
Kiedy już
znalazł się w środku, zaczekał jednak na nekromantkę, wsłuchując się w ciszę.
Wydawało się, że nic nie zamieszkało tu przed nimi, to dobrze.
Nie
skomentowała nijak jego zachowania, tak samo jak nie starała się go usilnie
dogonić; utrzymywała przyjemny dystans, w żaden sposób nie odbierając tego
osobiście. Weszła do pomieszczenia, rozejrzała się dookoła i od razu podeszła
do pierwszych z lewej drzwi. Początkowo nie chciały ustąpić, ale wreszcie, po
drobnej interwencji magicznej, otworzyły się, umożliwiając wejście do niedużego
pokoiku. Jak się okazało – bardzo skromnej kuchni; kilka prostych szafek,
niewielki stół i dwa krzesła, piec, drzwi do spiżarki.
Westchnęła
niezadowolona i wycofała się z pomieszczenia; przy drugich drzwiach stał już
Sheridan, poczekała więc grzecznie, aż wejdzie do środka. Przy okazji obejrzała
się ponownie na korytarz; jej wzrok natrafił na zaschniętą kałużę krwi, później
przebiegł po rozwalonej szafeczce i rozdartym płaszczu rzuconym na parapet.
Wiedziała, że
gdyby tylko na to pozwoliła, dojrzałaby cień obecności ducha; zamknęła się
jednak na świat zmarłych i nie miała zamiaru nawiązywać kolejnego połączenia.
Łowca w tym
czasie poradził sobie z drzwiami i wszedł do środka, by zastać, oczywiście,
bałagan, ale także wciśnięte w róg pokoju łóżko, trochę obrócone, jakby ktoś o
nie zahaczył i zmienił jego położenie przy upadku. Poza tym z boku leżały deski
– chyba po stole, wywrócono krzesło, a drugie pozbawiono większości nóg. Były
też okna, jednak na szczęście nie wybito w nich szyb.
Odsunął się na
bok i pozwolił Anabde wejść do środka, oceniając stan techniczny wnętrza bardzo
krytycznie. Ostatecznie uznał, że chyba należy się tym zadowolić, w końcu
wybrzydzanie w tej sytuacji byłoby głupotą.
– Powinno dać
się na tym spać – stwierdził, ruchem brody wskazując łóżko, sam jednak został w
progu, opierając się o framugę.
Anabde
położyła torbę na parapecie, uznając, że to jedyna godna zaufania powierzchnia
(no, to wywrócone krzesło wyglądało jeszcze w miarę użytecznie, ale nie chciało
się jej go podnosić). Koc, który również ze sobą wzięła, rozłożyła na jasnej
pościeli, potem przyjrzała się łóżku bardzo krytycznie i naparła na nie
kolanem, by ustawić wzdłuż ściany.
– Trochę
wąskie – stwierdziła, przesuwając czubkiem buta rozrzucone na podłodze deski.
Usatysfakcjonowało
ją, gdy zebrane mniej więcej w stosik zetknęły się ze ścianą; generalnie
porządki nie miały najmniejszego sensu, wystarczyło, że nic nie plątało się pod
nogami.
Zerknęła na
swoją torbę i zastanowiła się, czy jest głodna. Dochodząc do wniosku, że
niekoniecznie, machnęła ręką i weszła na materac, by usiąść na łóżku, opierając
się plecami o ścianę.
Jedyne, co ją
pocieszało w tych nader przyjemnych okolicznościach, to myśl, że już za dwa dni
powinni dotrzeć do celu; zatęskniła za gospodami, chociażby ze względu na to,
że dużo przyjemniej kąpało się w balii gorącej wody niż w zimnym jeziorze.
Sięgnęła
dłońmi do karku i rozmasowała napięte mięśnie, potem rozsiadła się wygodniej i
spojrzała na łowcę.
– Zmieścisz
się – zawyrokował bez mrugnięcia okiem, uśmiechając się lekko i dość blado,
jakby nie do końca miał na to ochotę, ale trudno, poświęci się.
Raz jeszcze
przyjrzał się pokojowi krytycznie, potem wyszedł na korytarz. Sprawdził drzwi
frontowe – dało się je otworzyć, przez chwilę zastanawiał się, czy po
zamknięciu się nie zatrzasnęły. Zaraz jednak wrócił do pokoju, po drodze wodząc
spojrzeniem po ścianach. Dziwny dom. Na dziwnym planie. Inna sprawa, że
mieszkał do tej pory tylko w jednym.
Znów pojawił
się w progu, tym razem prócz ramienia opierając na framudze także głowę.
Zawiesił wzrok na oknie, przesuwając nim po widocznym tam skrawku nieba.
Noc zapadła,
ale nie można powiedzieć, by stała się już głęboka. Zastanowił się, czy zaśnie.
Lepiej by się poczuł, gdyby mógł zrobić tę cholerną sondę, ale nie mógł.
Skrzywił się mimowolnie, przypominając sobie pozostałe sposoby na zbadanie
terenu – tylko żaden nie był tak nieomylny. Trudno, przeżyje.
Chciała mu
odpowiedzieć – między innymi nawiązać do tego, że gdyby spadał, tym razem żadna
szafka nocna go nie uratuje – ale on wyszedł. Inna sprawa, iż prawdopodobnie
nic by nie powiedziała, bo zastanowiła ją jego postawa. Był nieswój.
Sięgnęła po
osobiście rozłożony kocyk i okryła się nim na tyle, na ile było to możliwe.
Wygładziła róg materiału, oparła się ręką o zgiętą w kolanie nogę, wreszcie
odchyliła głowę i oparła ją o ścianę, oddychając głęboko.
Zawiesiła
przenikliwe spojrzenie na Sheridanie; nadal dziwnie czuła się z tym, że
przejmuje się jego nastrojem, nadal nie do końca wiedziała, czy to jej sprawa i
czy powinna pytać. Wreszcie zdecydowała się nieco rozluźnić i schować dumę do
kieszeni.
– Co jest? –
zapytała mało składnie, przymrużając powieki.
To nie to, że
w jej głosie zabrzmiała szczególna troska – do tego było jej daleko – ale
zainteresowała się tak jego humorem, jak jego myślami. I niech nie próbuje jej
wmówić, że nie ma racji i wszystko jest normalnie.
Pokręcił
głową, nie do końca wiedząc, czy nie chce o tym mówić, czy nie umie. Pewnie i
jedno, i drugie. Ostatecznie westchnął, trochę zirytowany, zamknął oczy i
spróbował wysondować na trzecim poziomie magicznym, by nie uderzyć w barierę.
Gówno to,
generalnie, da, jak złapie mysz z rodzinką w norze, to będzie sukces. Cały ten
niepokój musiał być irracjonalny, ale skąd się wziął?
Przerwał
działanie, niezadowolony ze swojej nerwowości. Przeszedł przez pokój, podniósł
krzesło i postawił je ostrożnie, potem sprawdził, czy da się na nim usiąść,
stosując odpowiedni nacisk ręką. Wreszcie, dość podejrzliwie, zajął miejsce.
Mebel raczył się nie zawalić, dlatego łowca zapatrzył się w ścianę, odsuwając
od siebie uczucia, by móc wyselekcjonować te irytujące i się ich pozbyć.
Nie powinna na
to patrzeć, może to tak denerwowało.
Zacisnęła
niezadowolona usta, zostawszy praktycznie całkowicie zignorowaną. Jeszcze
chwilę przypatrywała mu się, niemalże wwiercając się w niego spojrzeniem;
wreszcie uznała, że sprawa jest przegrana, dlatego odwróciła głowę w drugą
stronę. Jako że już nie mógł tego zobaczyć, zagryzła w zdenerwowaniu wargę.
Może to jednak
nie była jej sprawa. Nie chciała nalegać, być nachalną, może faktycznie
przejmowała się za bardzo. Może nie powinna wpychać się w nie swoje sprawy.
Nabrała
głębokiego wdechu i przytrzymała powietrze w płucach, następnie wykonała
powolny, kontrolowany wydech. Położyła dłoń na szyi, łokieć opierając na
kolanie, wpatrzyła się w kąt pokoju, pozwalając zapanować ciszy. Nie była taka
zła.
Odetchnął
głęboko, powoli, starając się uspokoić wszystko, co nieznacznie drżało,
wymagało działania, zbadania, wyeliminowania. Normalne metody postępowania nie
zadziałają. Nie chciał sięgać tak głęboko, to znajdowało się tam, gdzie każda
rzecz, o której próbował zapomnieć. Każda porażka. Nie było ich wiele, ale były
dotkliwe.
I kiedy
otworzył oczy, z gorzkim rozbawieniem uświadomił sobie, jak wiele nagle się
zmieniło. Nawet tego nie zauważył.
Podniósł się z
krzesła i ruszył do Anabde, by tuż przy niej pochylić się, obrócić jej twarz do
siebie i ją pocałować. To nie była kwestia pragnienia, nie chciał zaspokajać
rozpalonych żądz ani nic w tym rodzaju. To była potrzeba. Potrzeba bliskości,
ciepła, różnych dziwnych rzeczy, do których nie zamierzał się przyznawać.
Wiedział też, że w ten sposób może rozbudzić inne uczucia – ich się żadne z
nich nie obawiało, więc będzie prościej.
Taki kolejny
drobny błąd do niedużej kolekcji. Błąd, którego uparcie nie naprawiał.
Zaskoczenie
minęło dość szybko; odwzajemniła pocałunek, unosząc dłoń i dotykając jego
policzka opuszkami palców. Gdy nieco się odsunęła, chwilę wpatrywała się w
niego nawet poważnie, jakby musiała sobie parę spraw gruntownie przemyśleć.
Może wahała się, czy wolno jej – i warto – przyznać się do tego bardzo
delikatnego uśmiechu, który zaraz pojawił się na jej twarzy.
Chwyciła jego
koszulę, niezbyt przejmując się tym, że może ją pognieść, i pociągnęła go ku
sobie, sugerując w ten sposób, żeby się przysiadł. Ale, co do niej trochę
niepodobne, nie zrobiła nic więcej; cofnęła rękę i tylko przypatrywała się mu
badawczo, jakby próbowała zrozumieć tę nieznaczną, a tak znaczącą zmianę w jego
zachowaniu.
Uśmiech, choć
nie tak widoczny jak przed chwilą, nadal błąkał się po jej twarzy. Niedbale
poprawiła kocyk, który zsunął się z jej ramienia, nie chciała jednak na zbyt
długo odwracać spojrzenia od Sheridana.
To było chyba
coś na kształt ulgi. Podążył za jej pociągnięciem, nie odrywając od niej
wzroku, jakby sam zastanawiał się nad tym, co właściwie zrobił. Skoro coś dało,
jakoś pomogło, niczego nie zniszczyło ani, ostatecznie, nie okazało się
straszne – może nie należało traktować tego jako aż tak dużego błędu?
Znów sięgnął
do jej twarzy, przesunął dłonią po policzku, zgarnął włosy, przesuwając je za
ucho, na końcu wplótł palce w gęste kosmyki, przyglądając się jej. Potrzebował
kolejnego zastanowienia, zanim ponownie ją pocałował – nadal było inaczej niż
zwykle, dziwnie spokojnie, niemalże… czule? Na pewno wyjątkowo jak na niego
delikatnie.
Gdy się
odsunął, na kilka sekund wsparł swoje czoło o jej, zamykając oczy, by zaraz
wtulić twarz w jej włosy, ledwie na chwilę, tak zwyczajnie… się przytulić.
Trwało to
krótko. Mógł ją obejmować, przygarniać do siebie, pozwalać spać na swoim
ramieniu, ale sam nigdy tego nie szukał. Nie w chorej, dziwnej potrzebie –
dlatego nie zamierzał tego kontemplować. Chyba dało się jeszcze udać, że to nic
takiego. Że się nie stało. Cokolwiek. Nie bał się tego przed nią, raczej przed
samym sobą.
Gdy odgarniał
włosy z jej szyi, wracając do zwyczajnego stanu, z ponurym rozbawieniem
pomyślał, że zachowywał się tak, jak ona patrzyła na niego, gdy sama zmagała
się z dziwnymi wątpliwościami. I ciekawe, co z tego było gorsze, działanie czy
bierne, spłoszone czekanie.
Nie myślał
długo, skupił się na bardziej odpowiednim dla niego pragnieniu. Złożył na jej
szyi kilka pierwszych pocałunków, czując, jak ten niepokój znika.
Przez cały ten
czas nie odzywała się, tylko go obserwując; choć nie chciała się do tego
przyznać, ten jej urokliwy, choć nieznaczny uśmiech był świadectwem zwykłego
szczęścia, jakby szczerze łaknęła nie tyle jego bliskości, co właśnie tej nie
do końca pasującej do nich czułości.
Nieświadomie
ciągle szukała kontaktu z nim; starała się utrzymać ten wzrokowy, ale
potrzebowała też cielesnego, delikatnie przesuwała opuszkami palców po jego
twarzy, szyi i karku. W jej gestach czaiło się pewne niedowierzanie, jakby nie
do końca była pewna, czy to wszystko naprawdę się dzieje.
Przy tym
dziwnym nastroju delikatne pocałunki w szyję okazały się być jeszcze
przyjemniejszym doznaniem; przez jej ciało przebiegł pierwszy dreszcz, a oddech
urwał się, by stać szybszym i nieregularnym. Oparła dłoń o jego kolano,
zaciskając mocno palce, gdy zadrżała po kilku kolejnych pocałunkach. Przymknęła
oczy i nie powstrzymała mruczenia, chociaż bardzo chciała się nie odzywać.
Ale może to i
lepiej. Że ta chwila czułości odpływa w zapomnienie, niejako zakamuflowana.
Miała taki moment, gdy chciała powstrzymać bieg wydarzeń, znaleźć wyjaśnienie
dla nagłej i trudnej do zrozumienia bliskości, jaka się miedzy nimi pojawiła.
Potem dotarło do niej, że nie powinna szukać wyjaśnień. Że gdy będą na to
gotowi, odpowiedzi przyjdą same. Na razie... na razie trzeba było to doceniać.
Obróciła głowę
w jego stronę i znów odnalazła spojrzenie. Zawahała się, a później uśmiechnęła
się wyraźniej i ujęła jego twarz w dłonie, by znów go pocałować, tak trochę śmielej.
Naprawdę
przynosiła ukojenie. Kiedyś jej to powie.
Pozwolił sobie
na przejęcie inicjatywy, jednak stopniowo zmieniając tempo, by dopasowywało się
do panującego między nimi nastroju – on też stawał się inny, ale nie gorszy.
Ot, coś się bezboleśnie skończyło, zaczęło się coś znajomego. Przynajmniej
wszystko nadal znajdowało się pod pewną stabilną kontrolą.
Objął ją
bardziej stanowczo, przyciągając do siebie, żeby znalazła się bliżej. Kiedy
usiadła mu na kolanach, zwolnił uścisk, opuszczając głowę i znów całując jej
szyję, potem dekolt. Ręce jeszcze pozostawały bierne, tylko trzymały, by się
nie zsunęła, by nie znalazła się nieprzyjemnie dalej. Tak było naprawdę dobrze.
To coś
dziwnego, dla niego nadal niepojętego, w pewnej chwili po prostu się rozmyło
między nimi. Dopiero wtedy jego dłonie wsunęły się pod bluzkę, odszukując
ciepłą, przyjemną w dotyku skórę. Przesunął rękoma po jej brzuchu, powoli na
boki, później jedna zsunęła się na plecy, druga powędrowała wyżej, na pierś. I
wystarczało, by lekko unosił głowę, żeby móc ją nadal całować, już śmiało i
pewnie. Pamiętał, że pewien czas temu podobało jej się patrzenie na niego z
góry, to niech teraz popatrzy. Jeśli znajdzie na to chwilę.
To było dziwne
uczucie. Kiedy do typowego dla nich pożądania doszło to określone czułością
„coś”, doznania okazały się być w pewien sposób inne. Silniejsze. Zaskoczyło ją
to, nie spodziewała się, że w ogóle może zdobyć się na pełną bliskość, a co
dopiero odczuć ją tak gwałtownie. Na domiar złego dezorientowało ją to, ale nie
przerażało. Ani na chwilę nie zwątpiła.
Nie dało się nazwać
tych pocałunków zachłannymi, to była raczej pasja. Zsunęła dłonie po jego szyi
na tors, a gdy palce napotkały przeszkodę w postaci zapiętej koszuli, szybko
dogadały się z guzikami. Póki co nie zdejmowała z niego materiału, wystarczyło
jej, że mogła znów poczuć jego ciało.
Uniosła się
nieco, na chwilę obejmując go za szyję i pogłębiając pocałunek, trochę tak,
jakby to miał być ostatni w ich życiu. Gdy odsunęła usta od jego ust,
uśmiechnęła się lekko, ledwie uchylając powieki. Przechyliła głowę i
przeczesała jego włosy, poświęcając moment na przyjrzenie mu się; kiedy chwila
minęła, zjechała pocałunkami najpierw na jego szyję, a później tors.
Zaskakiwało go
to, że nie było w tym dawnej niecierpliwości. Nic między nimi przecież nie
osłabło, nadal, właściwie, pozostawało jak wcześniej. A może nawet właśnie
silniej, tylko tak, jak jeszcze się nie zdarzyło. W tych krótkich momentach,
kiedy na chwilę zwalniali, nie potrafił o tym nie myśleć – mimowolnie, tak po
prostu pojawiało się to w jego głowie i nawet nie niepokoiło.
Potem znów
trzeba było działać. Dlatego ostrożnie pozbył się jej bluzki, żeby gładko
przeszła przez głowę, odrzucił materiał gdzieś na bok, ale względnie nie w
największe składowisko brudu. Wtedy mógł skupić się na całowaniu jej ciała już
bez tego irytującego ograniczenia.
Odkrywał w tym
wszystkim swoje własne, dziwne przyjemności, jak chociażby dotyk jej ciepłej
skóry, oddech na policzku, miękkość ust. Zaczynał lubić te momenty zatracania
się, czego nawet nie musiał do tej pory, przed nią, unikać. Bo zwyczajnie nie
istniało. Uśmiechnął się lekko, zostawiając na złączeniu jej ramienia z szyją
czerwony ślad.
Wrócił do ust,
przeciągając dłonią wzdłuż jej pleców, z delikatnym naciskiem, jakby chciał ją
jeszcze bliżej siebie. Ręka zjechała aż na pośladki, przesunęła się po udzie,
aż wreszcie dołączyła do niej też druga; uniósł Anabde i delikatnie położył na
tym niezbyt szerokim łóżku, chwilowo się drobnym problemem nie przejmując.
Zmartwi się pewnie później, teraz wrócił do jej szyi.
Ugięła nogi w
kolanach i przycisnęła do jego bioder, chcąc poczuć go możliwie jak
najbardziej. Odchyliła głowę, zagryzając w przyjemności wargę i nawet nie
usiłując walczyć z przyspieszonym oddechem. Przesunęła dłonią wzdłuż jego
pleców i zacisnęła mocniej palce na jego łopatkach, zirytowało ją jednak, że
nadal miał na sobie koszulę. Właśnie dlatego naparła na niego lekko, by odsunął
się i umożliwił jej ściągnięcie zbędnej odzieży.
Uśmiechnęła
się bardzo zadowolona, powtarzając manewr sprzed chwili, teraz jednak w dużo
bardziej satysfakcjonujący sposób, bo nie krępowana przez barierę materiału.
Dłoń zaraz umknęła w bok, by później spocząć na mięśniach brzucha, drugą za to
objęła za szyję i przyciągnęła do siebie, chcąc znów poczuć smak jego warg.
Potem pojawiło
się pragnienie posiadania go bliżej, dlatego jej dłonie znów uciekły na plecy,
napierając nieznacznie, by mogła poczuć jak najlepiej ciepło ciała. Jego
bliskość rozpalała, całkowicie się w tym zatraciła, chciała tylko tego, by tu
był, możliwie jak najbliżej. Nie potrzebowała niczego więcej.
Przez chwilę i
on nie chciał tego zmieniać ani przerywać, dlatego całował ją, nie unosząc się
wyżej, czasami zsuwał się ustami na jej szyję czy dekolt. Przyjemnie było znaleźć
się w świecie, w którym liczyła się tylko ona i tylko to, by zaspokajać jej
pragnienia. Odnajdywał się w tym nadspodziewanie dobrze i zupełnie mu to nie
przeszkadzało.
Wreszcie
rozpoczął wolną, ale konsekwentną wędrówkę w dół. Co chwilę się zatrzymywał,
poświęcał swoją uwagę najpierw piersiom, potem brzuchowi, wreszcie dotarł do
spodni. Bez pośpiechu je rozpiął, zaczynając zsuwać, usta nadal nie odrywały
się od jej ciała, wędrując w dół powyżej materiału – dopiero w połowie ud
wyprostował się, by móc ostatecznie pozbyć się zbędnej części ubioru.
Wtedy znów
wrócił do jej warg, wsuwając dłoń pod plecy, by trochę ją unieść, poczuć przy
sobie. Druga ręka nadal przesuwała się po jej ciele, sunąc po skórze ledwie
opuszkami palców, jakby szukał dobrego miejsca, by móc się zatrzymać.
Pragnienie,
które czuł, było dziwną mieszanką. Z jednej strony stanowiło je specyficznie
uformowane przez nowe dla nich ciepło pożądanie, z drugiej jednak… to miało być
coś, co zostanie zapomniane i odrzucone. Wracało do niego powoli, ale
konsekwentnie, i teraz nie potrafił tego odrzucić, bo musiałby odrzucić i ją.
Nie był w stanie tego zrobić, w ogóle nie chciał ani nie zamierzał. W końcu…
była jego.
Objęła go za
szyję, by do minimum zmniejszyć dzielącą ich odległość, przylgnąć do niego
całym ciałem; dała się ponieść potrzebie bliskości, jeszcze chwilę nie myśląc o
niczym. Dopiero potem wpadło jej, że w zaistniałej sytuacji przydałoby się pozbyć
jego spodni.
Dłonie
przesunęły się w dół pleców, przesmyknęły na biodra i spoczęły na klamrze
paska, rozbrajając ją dość sprawnie. Musiała przerwać pocałunek, by sięgnąć tak
nisko; musnęła wargami jego klatkę piersiową i krótko zerknęła w dół, chcąc
upewnić się, że wszystko właściwie rozpięła. Nie mogła dokończyć ściągania
spodni, ograniczyła się więc do zsunięcia ich gdzieś do połowy ud. Następnie
jej dłonie przesunęły się w górę jego brzucha, po torsie aż na ramiona, a ona
sama podciągnęła się trochę, znów odnajdując jego usta.
Wsunęła palce
w jego włosy, drugą dłonią przebiegając po plecach mężczyzny i rysując
paznokciami kręte linie. Po chwili przerwała pocałunek, odsuwając wargi ledwie
o milimetry – musiała złapać oddech, niespokojny i przyspieszony. Odnalazła
spojrzenie Sheridana i przechyliła głowę, dotykając opuszkami palców jego policzka
i zjeżdżając nimi aż na brodę.
Nic się w tej
chwili nie liczyło. Nie była świadoma okoliczności, czuła się tak, jakby śniła,
pozbawiona zagrożenia pojawienia się banitów, żyjąca w innej rzeczywistości niż
cała reszta ludzkości, swój mały świat dzieląc tylko z nim. To właśnie widać
było w jasnoszarych, zasnutych mgiełką pożądania oczach.
Dokończył to,
co zaczęła, pozbywając się spodni z łóżka celnym kopnięciem, kiedy już je z
siebie całkowicie zsunął. Jeszcze przez chwilę się w nią wpatrywał, jeszcze
chwilę dotykał, zaraz także całował, jeszcze chwilę czuł ją w ten sposób,
wiedząc, że to przestaje wystarczać. Pragnął jej – i to nie było dziwne, bo
pożądanie towarzyszyło im od długiego czasu. Teraz to stało się specyficzne,
ponieważ pogłębione czymś jeszcze.
Dłoń
przesunęła się po jej boku, zawędrowała na biodro, zsunęła się na udo i
delikatnie rozchyliła nogi, zaraz wracając przez pośladek na wysokość lędźwi,
by móc ją wygodniej unieść.
Chciał jej
teraz. Nie tylko dla zaspokojenia żądz, dla tej dzielonej wspólnie przyjemności
– zwyczajnie dla niej samej. Chyba jeszcze nigdy nie potrzebował całkowitej
bliskości tak bardzo, wprost tęsknie.
Dlatego w
samym momencie tego wyczekiwanego, pożądanego połączenia nie zamykał jej ust
pocałunkiem; znów wsparł swoje czoło o jej, obejmując mocno, stanowczo, by była
już nieprzerwanie blisko. Czuł jej oddech na policzku i wiedział, że jego też
jest tak szybki.
Nadal bał się
do tego przyznać, ale stała się jego ukojeniem i ratunkiem. Coś często
powtarzało mu, że to nie może tak zostać, nie może pozwolić temu istnieć. Teraz
to się zupełnie nie liczyło.
Dzika
dziewczyna okazała się nie być taka dzika. Gdy już się do nich przekonała,
pokazała swoją inną stronę, bardzo otwartą, łatwo załapującą kontakt, zabawną i
pogodną; Leanelle z niemałym zdziwieniem przypatrywała się tej roześmianej buzi
i ufnym oczom, wspominając nieoswojone zwierzątko, jakim była Meara jeszcze pół
godziny wcześniej.
Jej ojciec okazał
się równie ciepły, ale zdecydowanie poważniejszy i bardziej spokojny. Odzywał
się rzadko, choć gdy on i Caleb rozpoczęli rozmowę o lasach, nagle jego
wypowiedzi zrobiły się dłuższe i częstsze; do pogadanki dołączyła się Meara i
skończyło się na tym, że Leanelle oraz Aidan siedzieli bezradnie i zerkali na
siebie, podczas gdy miłośnicy natury nie mogli przestać mówić. Bądź co bądź
oboje pozostawali czujni, reagowali na nic nieznaczące szmery i często
rozglądali się dookoła, trwając w niespokojnym napięciu.
Rozpalili
ognisko, a Leanelle siadła możliwie jak najbliżej płomieni, ciesząc się z ich
ciepła. Otuliła się szczelnie kocem, wystawiła twarz do ognia i uśmiechnęła się
zadowolona, na chwilę tracąc zainteresowanie toczącą się rozmową.
W tym samym
czasie Hessan wrócił z polowania. Beżowe łuski wokół pyska brudne były jeszcze
od krwi, za to bursztynowe ślepia lśniły czystym szczęściem spowodowanym pełnym
żołądkiem i rozprostowaniem skrzydeł.
Smok zatoczył
koło nad ogniskiem i wylądował koło swojej pańci; uniósł łebek i obdarzył
badawczym spojrzeniem obecnych przy ogniu, wydając z siebie groźne burczenie,
gdy natrafił na nieznajomych.
Meara
przypatrywała się stworzonku od dłuższej chwili, otwierając szeroko oczy i
unosząc brwi. Gdy mała bestia dołączyła do towarzystwa, wyraźnie czując się jak
u siebie, dziewczyna pobłądziła spojrzeniem po towarzyszach, domagając się
wyjaśnienia. Wyciągnęła dłoń w stronę zwierzątka i uśmiechnęła się ciepło,
licząc na to, że zainteresuje smoka, ten jednak uniósł wyżej łeb, prychnął i wyszczerzył
ząbki.
Odpowiedź na
swoje niezadane pytanie otrzymała, gdy Leanelle oprzytomniała i zawołała
stworzonko po imieniu. Smocze oczy natychmiast przybrały radosnego wyrazu,
zwierzątko podeszło do swojej pańci i otarło się o jej nogę z cichym mruczeniem.
– Smok? –
mruknął w tym momencie ojciec Meary, marszcząc czoło. – Skąd macie smoka?
Leanelle
wzruszyła ramionami, nawet na mężczyznę nie zerkając. Pogłaskała swojego
podopiecznego po łebku i uśmiechnęła się lekko, gdy Hessan przytulił się do jej
dłoni.
– Sam
przyszedł – mruknęła.
Mężczyzna nie
wydawał się być usatysfakcjonowany tą odpowiedzią, wyraźnie zafascynowany
postacią smoka.
– Bardzo mały.
Legendy donoszą, że smoki są, no, wielkości domu – uznał.
– Jaki pan
taki kram, ona też jest mała – odezwała się w tym momencie Meara, nie unosząc
spojrzenia znad kromki chleba, którą zaczepiła na kiju i przypiekała nad
ogniem.
Dopiero po
chwili zerknęła na dziewczynę, uśmiechając się lekko.
– Nie jestem
taka mała – burknęła niezadowolona Leanelle, robiąc naburmuszoną minę.
Na jej widok
Meara zaśmiała się pogodnie, kręcąc głową. Cofnęła kij i ostrożnie dotknęła
kromki, nie chcąc się poparzyć. Uznawszy, że jest odpowiednio krucha, a za
chwilę może się przypalić, ściągnęła ją i chuchnęła. Ugryzła i połknęła kęs,
jednocześnie odkładając kijek za siebie.
– Jesteś
słodka – poinformowała koleżankę, nadal przeżuwając.
– Nie jestem
słodka – mruknęła jeszcze bardziej pokonana szatynka, kuląc się w sobie i
czując, jak na policzki wkradają się subtelne rumieńce.
Zacisnęła usta
i wbiła zgaszone spojrzenie w ognisko, prezentując się wystarczająco marnie i
zakłopotanie, by Meara machnęła ręką.
– Bardziej to
jesteś kłopotliwa, to prawda – stwierdził na pocieszenie rozbawiony Caleb,
uśmiechając się do podłamanej Leanelle. – Ale Aidana nie pobijesz – dodał
zaraz, odkładając do torby ściereczkę, którą polerował swój ulubiony nóż.
Leżąca przy
jego nodze Shila ukradkiem podczołgała się bliżej i wsadziła nos do środka
bagażu, szukając przekąski. Myśliwy nawet na wilczycę nie spojrzał, wydał z
siebie tylko niski pomruk, na co drapieżnik pospiesznie się wycofał, popiskując
ze skruchą.
– My oboje
razem wzięci nie jesteśmy aż tak trudni do zniesienia, jak ty – burknął
niezadowolony chłopak, robiąc do Caleba śmieszną minę.
– Uważaj, bo
ci tak zostanie – ostrzegł go mężczyzna, nie unosząc spojrzenia, dalej patrzył
na nóż, sprawdzając, czy wygląda wystarczająco jak nowy.
– Ale ja cię
nie lubię – wyznał Aidan, chociaż nieśmiały uśmiech zupełnie temu przeczył; tak
naprawdę chłopak polubił myśliwego, może dlatego, że zaczął czuć do niego
respekt, coś jak przed strofującym wszystkich wokół dorosłym.
– Ja też cię
nie lubię, kiedy rozwalasz mi lekcje – poinformował go Caleb, unosząc brew, po
czym sięgnął do torby i wyjął z niej jabłko.
Shila uniosła
łeb z nadzieją, ale szybko zorientowała się, że to nic dla niej, dlatego
postanowiła czekać na swoją kolej.
– Lea –
mruknął tymczasem myśliwy, rzucając do niej owoc bez żadnego dodatkowego
ostrzeżenia; musiała ćwiczyć refleks zawsze i wszędzie, a przy okazji na pewno
była głodna.
Jak złapie
jabłko, to może dostanie nadprogramowe kanapki, które Caleb przygotował,
pamiętając o nienażartej uczennicy. Tymczasem zignorował oburzone prychnięcie
Aidana, który metody nauczania myśliwego uważał za zbyt ostre jak dla tak
delikatnej dziewczyny.
Leanelle dość
szybko ogarnęła rzeczywistość, ledwie kilka sekund marnując na oszołomione
przypatrywanie się lecącemu w jej stronę owocu. Zreflektowała się
błyskawicznie, oceniła odległość i niemal rozpaczliwie rzuciła do przodu, by
uratować jabłko od upadku na ziemię.
Wyszłoby
ładniej, gdyby nie zaplątała się we własny kocyk – przez niego zaraz po
złapaniu owocu straciła równowagę i zaryłaby twarzą w ziemię, lecz w ostatniej
chwili zdążyła się podeprzeć wolną ręką.
Sapnęła,
wyprostowała się i z powrotem usiadła na swoim miejscu, poprawiając
niewdzięczny kocyk i wyzywając na niego pod nosem. Przyjrzała się jabłku,
obracając je w dłoni ustawionej na wysokości oczu, potem przeniosła pytające
spojrzenie na Caleba.
– Mogę je
zjeść? – zapytała dla upewnienia.
Meara uniosła
wysoko brwi i powędrowała spojrzeniem od Caleba, przez jabłko aż na Leanelle, a
potem z powrotem do myśliwego.
– Aha...? –
mruknęła bez zrozumienia; to normalne, że cywilizowani ludzie rzucają w siebie
owocami?
Caleb zaśmiał
się cicho, sięgając znowu do torby. Chwilę w niej grzebał, a kiedy wydobył
owiniętą w papier kanapkę, podniósł się i podszedł do uczennicy, dając jej
nagrodę. Shila odprowadziła go niezadowolonym spojrzeniem.
– Możesz. I to
też – poinformował, zostawiając u niej kanapkę i wracając na swoje miejsce
nadal wyraźnie rozbawiony.
– Czego nie
masz w tej torbie? – zainteresował się Aidan, oderwawszy wzrok od Leanelle,
której to prawie rzucił się na ratunek, ale musiałby przejść nad wilczycą, a
tego nikt nie chciał.
– Ratunku dla
ciebie – stwierdził bez mrugnięcia okiem Caleb, wyciągając nogi do ogniska z
zadowoleniem.
Aidan
prychnął.
Tymczasem
Shila ukradkiem podczołgała się do Leanelle, wyraźnie uznawszy, że może
dziewczyna chciałaby się podzielić jedzeniem z biednym, zagłodzonym
zwierzątkiem. Myśliwy spojrzał na drapieżnika z dezaprobatą.
– Żebraczka –
skrytykował, kręcąc z dezaprobatą głową.
Leanelle
uśmiechnęła się bardzo radośnie i odłożyła jabłko na kocyk, uznając, że kanapka
bardziej domaga się jej zainteresowania. Rozpakowała papier i uśmiechnęła się
jeszcze szerzej, ale wtedy na jej osobę padło wyjątkowo błagalne spojrzenie
Shili.
Dziewczyna
zerknęła na nią i długo się wahała, ale kiedy wilczyca oparła sobie pysk o jej
nogę, w końcu westchnęła ciężko i
uniosła kromkę, by wyjąć z kanapki jeden plasterek szynki. Podała go
wilczycy i dopiero wtedy z czystym sercem zabrała się za pałaszowanie kanapki.
– Co ma biedna
zrobić, jak jej nie karmisz – skrytykowała Caleba, przenosząc na niego rozbawione
spojrzenie.
A przynajmniej
zerkając mniej więcej w jego stronę, bo, jak wiadomo, w oczy nikomu nie patrzy.
Hessan uniósł
łebek i spojrzał na pańcię z wyrzutem. Jak to tak, wilki się dokarmia, a wierne
smoki nie?! Leanelle w odpowiedzi wzruszyła ramionami, biorąc kolejny kęs.
– Mogę ci dać
ogórka, jak chcesz – zaproponowała mu, gdy już przeżuła.
Hessan
przymrużył bursztynowe ślepia, prychnął wyjątkowo głośno i ostentacyjnie
odwrócił łeb w drugą stronę.
– No to nie
– mruknęła wobec tego Leanelle, nieszczególnie
przejęta.
Meara,
przypatrując się całej scence, pokręciła niedowierzająco głową. Co tu się
dzieje, no naprawdę.
W tym momencie
głos postanowił zabrać jej ojciec. Oparł się plecami o drzewo i zabębnił
palcami w kolano, ogarniając spojrzeniem wszystkich towarzyszy.
– Tworzycie
dość... nietypową drużynę – uznał, mrużąc ciemne oczy. – Jak to się stało, że
zaczęliście współpracować?
Caleb
westchnął ciężko. Tak, to chyba najlepiej obrazuje początek współpracy, w
którym nie brał udziału. Zerknął na Aidana, chłopak jednak nie palił się do
zabierania głosu, rozglądając się dokoła z niejakim zaciekawieniem.
– Z tego, co
wiem, tamta część drużyny, prócz Cadora, mojego przyjaciela, otrzymała zlecenie
do wykonania w Perrianie – stwierdził powoli, zastanawiając się, czy chce mu
się używać dużo słów. – Cador został do nich zwerbowany w trakcie pracy. A
później jakoś samo chyba poszło. Aidan i Lea dołączyli do nas najpóźniej, każde
ściągnięte przez kogoś. Ja zostałem zobligowany przez Cadora, i tak wyszło. Shila
– warknął na koniec, widząc, że wilczyca się nie poddaje i nadal ma nadzieję.
Zapiszczała
skruszona i przeczołgała się z powrotem do Caleba, nieśmiało liżąc jego dłoń.
Ostatecznie myśliwy zmiękł pod naporem jasnych ślepi i pogłaskał swoją pupilkę,
uśmiechając się lekko pod nosem. Wilczyca wyglądała na niemalże wniebowziętą.
– Cador nie
wiedział, co czynił, zaciągając cię do nas – zawyrokował Aidan, patrząc na
Caleba krytycznie.
– Nie wiedział
też, co czyni, kiedy brał takiego problematycznego ucznia – odparł spokojnie
myśliwy i uśmiechnął się zdawkowo.
Chłopak
skrzywił się, powstrzymał chęć pokazania mężczyźnie języka i zapatrzył się w
płomienie, niejako naburmuszony.
– W Perrianie?
– powtórzył zaskoczony mężczyzna, po czym pokiwał głową w zamyśleniu.
Wyglądali na
twardych, ale skoro przeżyli zlecenie w Perrianie, muszą być potężniejsi niż
się zdaje.
– Cador to ten
jasny? – wtrąciła się Meara, ale nim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć,
zmarszczyła czoło i skupiła wzrok na Aidanie. – Czego się od niego uczysz?
Leanelle
chwilowo zamilkła, zbyt zajęta pałaszowaniem kanapki, by choćby pomyśleć o
odpowiadaniu. Szczęście, nikt niczego od niej nie chciał, w spokoju dokończyła
więc posiłek, uśmiechnęła się błogo i sięgnęła po jabłko.
Chwilę
zastanawiała się, czy nie zostawić go dla wierzchowca, ale żołądek poinformował
ją, że konina nie zasłużyła na taki podarunek, a on ciągle jest głodny.
Wzruszyła ramionami na swoją bezduszność dla wierzchowca i przetarła jabłko
rękawem, by zaraz wgryźć się w nie z wyraźną radością.
Caleb skinął
mężczyźnie w odpowiedzi głową, pogrążając się w tym niezwykłym stanie, w którym
zdawał się niczego nie dostrzegać, a i tak wiedział wszystko. Ręce zajął
głaskaniem Shili, dlatego też wilczyca przesuwała leniwie ogonem po ziemi,
złożywszy łeb na nodze myśliwego z przymrużonymi oczami.
Aidan spojrzał
na Mearę zaskoczony, jakby nie mieściło mu się w głowie, że ktoś go zapytał o
cokolwiek. Otworzył usta, zająknął się, aż wreszcie odetchnął, zwalczywszy
oszołomienie rzeczywistością.
– Cador to
niezwykle dobry obrońca. Szkoli mnie w naszym wspólnym fachu – wyjaśnił z
lekkim uśmiechem, unosząc ramiona. – I w przynoszeniu piwa oraz posiłków.
– Z czego dwie
ostatnie pozycje idą ci najgorzej – poinformował go Caleb, przymrużając z
pewnym rozbawieniem oczy.
Aidan tylko
coś mruknął niezadowolony pod nosem, zastanawiając się, czy nastanie taki
dzień, w którym myśliwy mu ani razu nie dokuczy. A może nawet pochwali! Ale w
cuda niekoniecznie wierzył, na pewno nie w wykonaniu Caleba.
– To dlaczego
ciebie uczy ten Cador, a ją – tutaj skinęła głową na Leanelle, która nie
załapała o co chodzi i wytrzeszczyła oczy, głośno przełykając kawałek owocu –
on? – dokończyła Meara, przenosząc krótkie spojrzenie na Caleba.
– Bo Anabde
jest okrutna – odpowiedziała natychmiast szatynka.
Potem ugryzła
jabłko, przypomniała sobie, od kogo je dostała, i zreflektowała się
błyskawicznie.
– Znaczy, eee
– odkaszlnęła, bo byłaby się zakrztusiła owocem. – Nie no, Cador by mnie nie
dokarmiał – zakończyła i uśmiechnęła się krzywo, chociaż nie można powiedzieć,
by był to gest niewiarygodny czy mało radosny.
Tak naprawdę
cieszyła się, że Anabde poprosiła Caleba.
Myśliwy tylko
uśmiechnął się trochę szerzej i spojrzał na Leanelle rozbawiony, unosząc brew.
Chwilę przyglądał się, jak dziewczyna powraca do pałaszowania jabłka, po czym
pokiwał głową.
– Ja też mogę
w każdym momencie przestać – ostrzegł, wzruszając niedbale ramionami.
Aidan wzniósł
oczy do nieba, powoli już się przyzwyczajając do tego, że Caleb wcale nie
odnosi się do Leanelle jak do damy, czy nawet tak, jak powinno się do płci
pięknej odnosić. To był zwyczajnie człowiek z lasu, no naprawdę.
– Bo Leanelle
nie ma predyspozycji do bycia obrońcą. Za to Anabde i ten tu głupi myśliwy
uważają, że jest uzdolniona w kwestii łucznictwa. A lepszej istoty strzelającej
z łuku, która udaje, że jest człowiekiem, nie znajdziecie – poinformował,
wytykając Caleba palcem. – I nie tylko strzelającej z łuku. On umie wszystko –
dodał z niejakim przestrachem i łypnął na kolegę podejrzliwie.
– Twórzcie
dalej te legendy, świetnie wam idzie – westchnął zrezygnowany myśliwy,
wyglądając na całkowicie skupionego na swoim wilku.
– Widziałem na
własne oczy. Miałem to na sobie! Twoja torba to też dowód – uparł się Aidan. –
Pewnie jesteś Przeklętym. Albo Błogosławionym. Albo krzyżówką.
Leanelle
zrobiła wielkie oczy i spojrzała na Caleba przerażona.
– Ej, nieeee –
jęknęła, wyraźnie zdruzgotana wizją braku dodatkowych przekąsek między
posiłkami.
Tylko dzięki
myśliwemu jej żołądek nie trawił sam siebie!
– Przecież nie
miałabym siły na lekcje. Umarłabym z głodu – dodała, robiąc bardzo smutną minę,
trochę jak zbity psiak.
Meara pokiwała
głową na znak, że usłyszała, zrozumiała i właśnie analizuje. Podciągnęła nogi
pod brzuch i oparła brodę na kolanach, uśmiechając się lekko.
– Może jest
Krwią Smoka – podrzuciła żartobliwie, na co jej ojciec roześmiał się lekko.
– Czym? –
mruknęła zdezorientowana Leanelle.
– Krwią Smoka
– powtórzył słowa córki mężczyzna. – Legendy głoszą, że w pradawnych czasach
smoki ofiarowały pięciu najważniejszym rodom Lostaru po kropli krwi. Każdą z
nich naznaczono nowonarodzone dziecko, a gdy dzieci dorosły, okazały się
bardziej rozwinięte od swoich rówieśników. Miały wyostrzone zmysły i
posługiwały się niedostępną dla ludzi magią – wyjaśnił pokrótce, uśmiechając
się, gdy ujrzał rozmarzone spojrzenie Leanelle. – Podobno w każdym z tych rodów
raz na kilka wieków rodziło się dziecko, w którym odzywało się dziedzictwo. Ale
to tylko legendy – dokończył i założył ręce za głowę, by było mu wygodniej.
– Jakby mój
dziadek to usłyszał, chyba sam by się zabił – skwitował niezrozumiale
rozbawiony Caleb. – Nigdy nie wierzył w magię, a gdy uwierzyć musiał, nigdy jej
nie ufał. Wszystko wypracowałem sam – zwrócił się już bezpośrednio do Aidana,
unosząc na niego dość poważne, spokojne spojrzenie.
– To się tak
nie da – sprzeciwił się chłopak, wpatrując się w myśliwego nadal trochę
podejrzliwie, ale z niejakim zdumieniem; pierwszy raz powiedział coś o sobie.
– Kiedy miałem
sześć lat, też tak myślałem – zgodził się, wzruszając ramionami. – Dziadek nie
przewidywał jednak ułatwień dla dziecka. Gdyby Cador wziął cię w obroty tak,
jak jego w domu albo mnie mój dziadek, w ciągu miesiąca byś się poprawił –
zawyrokował na koniec.
Aidan milczał
chwilę, najwyraźniej dogłębnie analizując postawioną przed nim sprawę. Na końcu
uśmiechnął się i pokręcił głową.
– To wolę być
nieudacznikiem – oznajmił wesoło.
Caleb spojrzał
na niego krótko, jakby sprawdzał, czy coś w chłopaku widać. Ostatecznie uniósł
kącik ust, doskonale zauważywszy subtelną zmianę w młodzieńcu. Wcale nie wolał,
po prostu nie zamierzał się tym dzielić.
Leanelle
przysłuchiwała się im z pewnym zwątpieniem, zastanawiając się, czy jej też
przyjdzie do końca życia pozostać nieudacznikiem. Bo dość łatwo domyśliła się,
że jej lekcje, w porównaniu do treningów, jakie Caleb przechodził ze swoim
dziadkiem, to pestka.
Koniec końców
westchnęła, obgryzła ogryzek i, nadal owinięta kocem, podniosła się z miejsca,
by resztę jabłka sprezentować swojemu wierzchowcowi.
Ruszyła w
stronę nieopodal uwiązanych koni, uznając, że skoro pozostanie w zasięgu
wzroku, nie musi tłumaczyć odejścia.
– Twój dziadek
brzmi strasznie – mruknęła Meara, uśmiechając się znowu. – Kim był?
Zerknęła kątem
oka na ojca, zastanawiając się, czy on był wymagającym nauczycielem. Szybko
doszła do wniosku, że nie był zbyt ostry; to ona stawiała sobie poprzeczkę
wysoko i wymagała od siebie szybkich, perfekcyjnych rezultatów.
Caleb spojrzał
krótko za Leanelle, zaraz skupiając wzrok na Mearze.
– Łucznikiem
wyborowym elitarnego królewskiego oddziału – odparł tonem obojętnym, niedbałym,
ot, jakby mówił o pogodzie, nawet na koniec wzruszył lekko ramionami, by
podkreślić mały stopień znaczenia tego faktu we wszystkim.
Aidan ucieszył
się, że nic w tym momencie nie jadł, bo zakrztusił się głośno i rozkaszlał
szalenie, wytrzeszczając oczy. Ledwie się uspokoił, wychylił się do Caleba z
niejakim przerażeniem, oburzeniem oraz desperacją jednocześnie.
– Że kim był?!
– zawołał zdruzgotany. – I ty to tak o, po prostu, mówisz?! – jęknął,
spoglądając na stoicko spokojnego mężczyznę z niedowierzaniem. – Czekaj, i z
takimi korzeniami zostałeś zwykłym myśliwym? – załamał się na koniec.
– Nie widzę
związku – zakomunikował Caleb, znów wzruszając ramionami.
Aidan zwiesił
głowę, po chwili oparł się rękoma na ziemi, koniec końców dotykając czołem
gleby w kompletnym zdruzgotaniu.
Meara zrobiła
minę podobną do tej, którą dziś kojarzymy pod tytułem „not bad…” i postanowiła zostawić temat, jednak jej ojciec
zdecydowanie się ożywił. Wychylił się, by dojrzeć myśliwego zza ogniska.
– Edarlen? –
rzucił, przyglądając się Calebowi inaczej niż dotychczas. – Jesteś wnukiem
starego Edarlena?
Wypuścił
głośno powietrze z płuc i z powrotem oparł się o drzewo.
– No to z
pewnością nie miałeś łatwo – skomentował krótko, nie odpowiadając na pytające
spojrzenie córki.
Aidan uniósł
głowę z ziemi i popatrzył na zebranych jeszcze bardziej zdezorientowany. Potem
zawiesił wzrok na Calebie, na którego twarzy wymalowało się szczere zaskoczenie
– chłopak chyba pierwszy raz widział u niego to uczucie.
– Znał pan
mojego dziadka? – zdziwił się mężczyzna, unosząc wysoko brwi. – Moje
kondolencje – dodał z rozbawieniem, jednak uśmiechnął się szeroko, jakby
poprawiono mu humor.
Aidan uznał,
że nic już z tego nie rozumie. Kompletnie. Powtórzył pod nosem zasłyszane
nazwisko i spróbował je dopasować do Caleba, zastanawiając się, czy kombinuje w
dobrą stronę. Może to dziadek ze strony matki?
Mężczyzna
zaśmiał się krótko w odpowiedzi, Meara za to, podzielając zaskoczenie i
zdezorientowanie Aidana, uparcie usiłowała zwrócić na siebie uwagę ojca, bo
może by jej to łaskawie wyjaśnił!
Fuknęła
poirytowana, gdy intensywne spojrzenia, niezadowolone miny i znaczące
chrząknięcia nie przyniosły oczekiwanego rezultatu.
– Dobrze
powiedziane – przyznał wysoce rozbawiony ojciec, by zaraz spoważnieć. – Zanim
założyłem rodzinę, wędrowałem trochę po Lostarze, twojego dziadka spotkałem
zupełnym przypadkiem. Spędziłem z nim około dwóch tygodni, gdy król poprosił
mnie o bezpieczne przeprowadzenie przez pewien nieprzebyty, jak uważano, las –
wyjaśnił dość ogólnikowo.
Na chwilę
zamilkł, gdy do głowy wpadło mu coś jeszcze.
– Ale jeżeli
odziedziczyłeś po nim chociażby ułamek talentu, musisz rzeczywiście być
wybitnym łucznikiem – powiedział spokojnie, wypowiedź kończąc miłym uśmiechem.
– Robię tylko
to, czego mnie nauczył – odparł, przyglądając się ojcu Meary z pewną rzadką dla
niego przychylnością; w gruncie rzeczy nie był w końcu ufnym, szukającym nowych
znajomości człowiekiem. – Z pewnością z początku prośba króla go zdenerwowała,
jeśli śmiał podważyć jego skuteczność w pojedynkę – dodał z drżącym od
wstrzymywanego śmiechu głosu. – Jak kiedyś za szybko wróciłem do domu po tym,
jak zostawił mnie w lesie, strasznie się wściekł, że za blisko poszedł.
Dostałem w skórę. Pewnie miał ochotę rozwiązać tak sprawę z królem, ale nie
wypadało – podsumował rozweselony.
– Dostałeś
lanie za to, że wróciłeś żywy z lasu? – spytał z niedowierzaniem Aidan,
otwierając szeroko oczy.
– Posądził
mnie o zdjęcie opaski – wyjaśnił Caleb, uśmiechając się do chłopaka.
– Jakiej, na
Silthe, opaski?
– Takiej na
oczach. Skrawek materiału.
– W lesie. W
opasce. A ręce może ci związał? – zainteresował się z kpiną Aidan, nie mogąc
uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.
– Po tym
incydencie tak.
Aidan
zamrugał, zachłysnął się powietrzem, po czym machnął zrezygnowany dłonią i się
załamał. Jak to dobrze, że jego rodzina nigdy nie była przesadnie ambitna.
– Taak, to
brzmi zupełnie jak on – skomentował mężczyzna ze śmiechem; jeżeli opowieść
zrobiła na nim jakiekolwiek wrażenie, nie dał tego po sobie poznać.
Zwrócił za to
rozbawione spojrzenie do swojej córki.
– Widzisz, nie
masz co na mnie narzekać – zauważył.
Dziewczyna
odpowiedziała uśmiechem, a zaraz po tym wywróciła oczami.
– Nigdy na
ciebie nie narzekam – stwierdziła lekko; jej ojciec, słysząc to, uśmiechnął się
z pewną dumą.
W międzyczasie
do grona przyszła Leanelle. Cichutko wróciła na swoje miejsce, burknęła pod
nosem, że miała wygrzane, a teraz znowu jest zimne, owinęła się szczelniej
kocem i ziewnęła.
– Szkoda, że
nie utrzymywał kontaktów z tak ciekawymi znajomymi – westchnął Caleb z
uśmiechem i pokręcił w zamyśleniu głową.
– Lea,
słyszałaś? – jęknął przerażony Aidan, patrząc na koleżankę zrozpaczony. – W
lesie, bez oczu i rąk, bo dziadek! Wyborowy łucznik elitarnego oddziału! A
wokół sami Przeklęci i magowie, ja wychodzę – załamał się i ukrył twarz w
dłoniach.
Myśliwy
zwrócił na chłopaka uwagę, chwilę się mu przyglądał, po czym parsknął śmiechem,
wyraźnie rozbawiony jego zachowaniem.
– Jesteś miłym
urozmaiceniem w tej grupie, młody – zapewnił go dziwnie protekcjonalnie, co
wcale Aidanowi nie poprawiło humoru.
Leanelle
uniosła brew, zerkając najpierw w stronę Aidana, później przypatrując się
Calebowi. Wreszcie uniosła kącik ust, wzdychając ciężko.
– Taak, chyba
nic mnie nie zdziwi – uznała trochę rozbawiona.
– Utrzymywał
kontakt z kimkolwiek? – zapytał retorycznie ojciec Meary, odpowiadając
Calebowi. – Przynajmniej nie musiałem się martwić, że wpadnie na pomysł
szkolenia Meary, gdy ta już pojawiła się na świecie – dodał pogodnie, patrząc
na córkę z miłością.
– Ze mną,
niestety – stwierdził nadal rozbawiony Caleb, wzruszając ramionami.
Rozmowa
stopniowo się wyciszała, aż właściwie wszyscy poszli spać. Niektórzy marudząc,
niektórzy powtarzając, że czym prędzej zwijają swoje manatki i stąd spadają,
inni posapując i układając się na czyichś kolanach.
Myśliwy
jeszcze długo nie zasypiał, pilnując ogniska i głaszcząc drzemiącą w najlepsze
Shilę. Gdy postanowił przespać się z godzinę lub dwie, noc była już w pełni,
głęboka i ciemna. Oraz błogosławiono cicha.
Mam supersposób na rozpoznanie ile zostało do końca pierwszego tomu XD
OdpowiedzUsuńPytanie potrzebne mi do zorientowania się brzmi:
*dum dum dum dum*
Ile jeszcze razy Anabde i Sher będą uprawiać seks (ale taki fullopisowy, no wiecie) w czasie akcji pierwszego tomu? XD
[ten mój blogasek, na którego robiłam szablon, ma nowy adres, więcej w profilu ^^]
Poczekam na odpowiedź czytając resztę rozdziału XD
Stara... ja nie policzę xDDDD Wszystko zależy od tego, jak będą współpracowali, no xD
UsuńPolubiłam Mearę... ale człowieki, dajcie że kogoś, kogo lubić nie można ._. No wiecie, żeby równowaga wszechświata nie została naruszona xD
UsuńNo nie lubiłaś przecież Ariene! I... hm... Marysia może być postacią, której się nie polubi.
UsuńAle my nie tworzymy pod lubienie Oo My po prostu... pozwalamy być tym jakby osobom. Mnie nie zależy, żebyś ich lubiła, są jacy są xD
Przecież pisałam, że już lubię! Ale za mną nikt nie nadąży, więc piszem jeszcze raz: lubię Ariene xD
UsuńNie lubiłam przez chwilę Leanelle, ale to było takie... na siłę xD
To cierpliwie poczekam, aż kogoś znielubię, ot co xD
Wreszcie zrozumiałam dlaczego tak zrzędzę! To wewnętrzna potrzeba poznania Tego Złego, Antagonisty, no wiecie! XD
UsuńNiestety, u nas nie będzie stricte złej postaci. Wciąż - na pewno nie w jedynce xD Chyba że jakieś takie... chwilowe.
UsuńChwilowe też dobre ^^ Ile do następnej?
UsuńI kiedy nowy rozdział? xD
Następnej postaci? Nie mam pojęcia, sama sobie ocenisz xD
UsuńKiedy mi się zachce xD
hah! Podzielam Aidana... On pośród całej tej grupy jest... niezwykle zwykły, a przez to wyróżniający się. Oczywiście każdy na swój sposób xD I już nawet lubię Mearę ;) Zobaczymy, co z nią będzie dalej, hah.
OdpowiedzUsuńJeden jedyny, który nie jest taki fajny i silny xD No, Mercia jest śmieszna <3 Zobaczysz, zobaczysz :3
OdpowiedzUsuń