środa, 3 kwietnia 2013

77. Biedny pan Margat



Siedział w karczmie od dwudziestu minut, zaczął się już poważnie martwić. Najemnicy umówili się z nim na spotkanie dokładnie w tym przybytku, o tej porze, kazali usiąść przy stoliku w rogu sali i czekać.
Tymczasem nikt zainteresowany jego osobą nadal się nie zjawił – może zrezygnowali? Poczuł, że ogarnia go czarna rozpacz. Nikt nie chciał podjąć się ratowania jego biednej, małej dziewczynki, wszystkich odrzucały wieści, że porwano ją prosto do najpodlejszego miejsca w całym Lostarze, nie licząc chyba opuszczonego Perrianu. Inna sprawa, że to miasto, Bryluen, znajdowało się na granicy wypalonego przez magię regionu.
W każdym razie dosłownie nikt nie zainteresował się ratowaniem jego córki po usłyszeniu tej jednej przeklętej informacji. A płacił naprawdę dobrze, Dorothy była jego największym, najcenniejszym skarbem, nie szczędził pieniędzy! I gdy wreszcie pojawiła się grupa, której lokalizacja kryjówki porywaczy nie odrzuciła, spóźniali się na spotkanie i zanosiło się na to, że nie przybędą tego wieczoru.
Drzwi karczmy po raz kolejny się otworzyły, wpuszczając do środka nowych gości. Zdesperowany mężczyzna uniósł wzrok, przypatrując się przekraczającej próg młodej kobiecie. Nie pasowała do tego miejsca na pierwsze wrażenie – delikatna uroda, bardzo urokliwa sylwetka, zdawała się odstawać od szarego tła. Wtedy dostrzegł jej ładne, niebieskie oczy. Blask, jaki się w nich pojawił, gdy potoczyła dokoła spojrzeniem, zburzył obraz delikatnego kwiatu potrzebującego opieki.
Popatrzyła prosto na niego, przechylając głowę, związane w kitkę czarne włosy zafalowały pod wpływem ruchu. Zaraz obróciła się, rzucając do kogoś coś przez ramię, a potem ruszyła w jego stronę pewnym, energicznym krokiem. Mężczyzna nie mógł uwierzyć, że naprawdę zmierza do niego – umówił się tylko z najemnikami.
Wtedy pojawiły się kolejne osoby. Stopniowo wytrzeszczał oczy coraz bardziej, aż wreszcie osunął się niżej na krześle, zdruzgotany tym, co ujrzał. W najśmielszych snach się nie spodziewał, że zobaczy kiedyś tak barwnych ludzi.
Grupa była wyjątkowo hałaśliwa, co dało się we znaki nielicznym gościom przybytku, którzy postanowili opuścić miejsce w tempie ekspresowym. Może szósty zmysł ostrzegł ich o nadciągającym niebezpieczeństwie? 
Bądź co bądź, nim jeszcze nieznajomi dotarli do stolika, zdążyli wymienić się najróżniejszymi obelgami, które zagłuszały rozmowy innego typu. Jakie? Ktoś tam w tle jęczał, że jest głodny, inny pytał kogoś o samopoczucie, na co odpowiedziało mu bardzo przerażone „miasto jest straszne”, jeszcze następny starał się uspokoić parę tych, którzy najgłośniej wyrażali dezaprobatę dla egzystencji tego drugiego.
Nim stanęli w nierównym rzędzie przy jego stanowisku, jedno prychnęło na drugiego, ktoś rozepchnął się łokciem, a jedna kobieta zmroziła towarzystwo strasznym spojrzeniem. 
Mężczyzna niemrawo podciągnął się na krześle, by zaraz wstać i ukłonić się nie wiadomo do kogo. Wreszcie skupił spojrzenie na kobiecie, która jako pierwsza przekroczyła próg przybytku. Otworzył usta, by o coś zapytać, upewnić się, czy ma do czynienia z właściwymi ludźmi i nie jest to żadna pomyłka, gdy malutka, drobna dziewczyna o nierówno ściętych włosach kasztanowatej barwy pociągnęła stojącego obok bruneta za rękaw.
Prawdopodobnie chciała zadać pytanie szeptem, ale cóż, nie wyszło. 
– Ty, a skąd ona wie, że to właściwy facet? Może ktoś go podsiadł? – powiedziała, zaraz mrugając ze zdziwieniem, gdy spojrzenia wszystkich obecnych skupiły się na niej.
Stojąca w pewnej odległości od reszty grupy szatynka w tym samym momencie obejrzała się za siebie, wytrzeszczając oczy w przerażeniu. Zachłysnęła się powietrzem i ruszyła szybkim krokiem w stronę lady; gdy mężczyzna zerknął w jej stronę, ujrzał karczmarza, mocującego się... ze smokiem? 
Zleceniodawca pobladł i zapadł się w sobie. 
– Hessan! – dobiegło jego uszu, zaraz po tym nastąpił odgłos solidnego uderzenia i zasmucony pisk stworzonka.
Nie minęły dwie minuty, jak szatynka wróciła, uśmiechając się z zadowoleniem i podduszając trzymanego w objęciach smoka. 
Na Silthe, w co on się wpakował?
– Bo to podła… – zaczął ciągnięty za rękaw młodzieniec, nachylając się trochę do niezbyt dyskretnej rozmówczyni.
Nie dokończył, ponieważ kobieta, która weszła jako pierwsza do karczmy, odpowiedziała na przywitanie mężczyzny szerokim uśmiechem i skinieniem głowy. Machnęła na zebranych, żeby sobie załatwili miejsca siedzące, sama natomiast usiadła naprzeciw zmartwionego zleceniodawcy, splatając ręce na blacie.
– Pan Margat, o ile się nie mylę, prawda? – zagadnęła rzeczowo, nadal sprawiając wrażenie osoby, która znalazła się we właściwym miejscu o właściwym czasie.
– Owszem – przytaknął, przełknąwszy nerwowo ślinę. – A państwo…? – zawiesił charakterystycznie głos, tocząc przestraszonym spojrzeniem po zebranych.
– Jesteśmy ludźmi, którzy odzyskają pańską córkę – ucięła wszelkie powitania, a choć jej głos zabrzmiał ostrzej, to z ust nie schodził urokliwy uśmiech, tworząc przedziwny kontrast. – Odpowiedziałby nam pan na kilka pytań, zanim przejdziemy do konkretów? Ja nazywam się Ariene Tenshi i ze mną proszę konsultować wszelkie wątpliwości, w ten sposób unikniemy problemów komunikacyjnych – dodała bez najmniejszego wahania, jakby zawsze w ten sposób dyktowała warunki zleceniodawcom.
Pan Margat jednak, patrząc na pozostałych zebranych, doszedł do wniosku, że rzeczywiście, poza nią swobodnie zagadnąłby może dwie albo trzy osoby z całej grupy.
Dlatego skinął głową, odpowiadając na obie sprawy.
– Streść się, podła wiedźmo. Chłystek, szoruj po kolację – odezwała się rudowłosa, bardzo potargana dziewczyna, rozsiadłszy się na jednym z wolnych krzeseł.
Jeden z drobniejszych młodzieńców w grupie spojrzał na nią nieprzychylnie, mrużąc w pewnym niezadowolonym zastanowieniu oczy, po chwili jednak westchnął zrezygnowany i ruszył do lady.
– Weź jedną porcję podwójną. Albo potrójną, jak takie sprzedają – rzucił za nim mężczyzna o przedziwnie jasnych oczach, ich odcień wpadał w bursztynowy kolor.
– Pamiętam – padła odpowiedź.
– Przejdźmy do rzeczy – zaproponowała Ariene Tenshi, zwracając na siebie uwagę zleceniodawcy. – Kiedy nastąpiło zniknięcie?
– Porwanie – poprawił ją odruchowo pan Margat.
– To może nie być takie proste, ale w porządku, przyjmijmy roboczo, że porwanie – przytaknęła niedbale, kiwając głową. – Zatem?
– Dwa tygodnie temu. Od tego czasu szukałem kogokolwiek, kto udałby się do Bryluen po moją Dorothy – przyznał wypranym z emocji głosem, który pod koniec wypowiedzi charakterystycznie się załamał.
Jedna z kobiet, rudowłosa, jednak mniej potargana, przewróciła oczami i westchnęła bardzo wymownie. Nikt nie ośmielił się zwrócić jej uwagi za tak bezczelne wykpienie uczuć strapionego ojca. 
Szatynka, najwyraźniej właścicielka niewyrośniętego smoka, na wzmiankę o potrójnym obiedzie uśmiechnęła się bardzo ładnie, pokazując białe ząbki. Jej oczy błysnęły radośnie (miała tęczówki o charakterystycznej, fiołkowej barwie), gdy krótko zerknęła na autora wspomnianej wypowiedzi.
Potem jednak musiała zainteresować się swoim potworkiem, który postanowił udać się na wyprawę na środek stołu, by sprawdzić jadalność palców zleceniodawcy. Dziewczę chwyciło za pokryty łuskami ogon i nieczule pociągnęło stworzonko w swoją stronę. 
Nikt nie wtrącał się do rozmowy Ariene i mężczyzny. Jedni słuchali, inni byli zainteresowani czymś zupełnie innym, ostatni zaś zdawali się nie zwracać uwagi na dyskusję, a jednak wyglądało, że są w niej zorientowani; taka dziwna sprawa.
Ale  tutaj nic nie było normalne.
– Skąd pewność, że to Bryluen? – ciągnęła przepytywanie panienka Tenshi, zupełnie nieczuła na to, co się dokoła niej działo.
Pana Margata to zdecydowanie dekoncentrowało, a ulga z powodu odnalezienia najemników gotowych podjąć się zadania została przyćmiona niepokojem o powodzenie całego przedsięwzięcia.
– Zwrócili się do mnie listownie. Zażądali pieniędzy i rodzinnych pamiątek w zamian za jej życie. Oddałbym wszystko, ale nie dysponuję tak dużą kwotą, zresztą nie umiem im zaufać – przyznał, starając się nie próbować ogarnąć zamieszania wokół stołu.
– Sprawdzimy to. Rzadko kiedy piszemy… ehem, piszą prawdę w takich wiadomościach. Mogli równie dobrze chcieć pana nastraszyć i utrudnić znalezienie chętnych do wykonania zadania – oznajmiła spokojnie Ariene, chociaż jej spokoju zdecydowanie nie podzielał zleceniodawca.
Podzielał go coraz mniej, prawdę mówiąc.
– Jest szansa, że nic się jej nie stało? – spytał, bojąc się, że zostanie to odebrane jako naiwna nadzieja głupca.
– Oczywiście. Nie ma sensu jej krzywdzić, póki się nie dostało kasy. Nigdy nie wiadomo, z kim się obcuje, niektórzy wolą nawet nie gwałcić, bo część rodziców, zwłaszcza jeśli chodzi o szlachtę, straciłaby zainteresowanie dzieckiem – skwitowała lekko zirytowana, widząc jednak, jak pan Margat niezdrowo pozieleniał na twarzy, wytrzeszczyła oczy. – Spokojnie, zapewniam pana, że Dorothy nie stało się nic poważnego. To naprawdę za duże ryzyko dla rzekomych porywaczy – stwierdziła, jakby trochę zmieszana, że powiedziała najwyraźniej za dużo o realiach półświatka przestępczego. – Może whisky?
– Poproszę – wychrypiał mężczyzna. – Albo dwie.
Kobieta obróciła się, szukając wzrokiem ratunku wśród towarzyszy, na co ten sam mężczyzna, który zamówił gigantyczną porcję jedzenia, gwizdnął na palcach. Stojący pod ladą chłopak spojrzał na niego niezadowolony.
– Whisky, kelner – uzupełnił listę zakupów, unosząc dwa palce, by młodzieniec wiedział, o jakie ilości się rozchodzi.
– W każdym razie do bezpośredniego działania w celu uwolnienia pańskiej córki przejdziemy za kilka dni. Przez ten czas zbierzemy potrzebne informacje i upewnimy się, że naszym przystankiem ma być Bryluen – wróciła do rozmowy Ariene, uśmiechając się łagodnie. – Wynagrodzenie weźmiemy po oddaniu panu Dorothy – zapewniła, widząc, że mężczyzna chce już o coś zapytać.
– Brzmi uczciwie. Ale czy zwłoka jej nie zaszkodzi? – zmartwił się, nerwowo bębniąc palcami w blat stołu.
– Pośpiech mógłby ją zabić – usłyszał w odpowiedzi i poważnie się zastanowił, czy na pewno chciałby wiedzieć więcej.
W tak zwanym międzyczasie jeden z mężczyzn, dotychczas praktycznie niezauważalny, parsknął śmiechem. Obdarował rozbawionym spojrzeniem najpierw mężczyznę składającego zamówienie, później kelnera, by koniec końców pokręcić głową. 
Na co to jego biednemu uczniowi przyszło. 
Niedyskretna panna, jak ją w myślach nazywał pan Margat, rozsiadła się w zdecydowanie nie przystojącej damie pozie. Teraz przełożyła nogi przez podłokietnik, majtnęła nimi w powietrzu i zasłoniła usta podczas ziewania. Przynajmniej tyle.
Chwilę kokosiła się na swoim miejscu, potem wyjęła z tylnej kieszeni spodni procę. Naciągnęła ją, przymknęła oko i zaczęła celować w mężczyznę o bursztynowych oczach, jednak gdy na nią zerknął, natychmiast schowała broń za plecami, udając niewiniątko. 
– Długo jeszcze? – zainteresowała się, przenosząc spojrzenie na Ariene i jej rozmówcę. – Przecież już wszystko ustalone. 
Młodzieniec czekający przy ladzie otrzymał pierwszą część zamówienia, kilka talerzy z parującą, gęstą zupą; jeden z nich był większy od pozostałych i wypełniony aż po brzegi. Chłopak chwycił naczynie i ruszył w powolną, ale póki co udaną podróż do stołu.
Zerkająca na niego od czasu do czasu szatynka zrobiła zmartwioną minę. W pewnym momencie kelner zachwiał się, a zawartość talerza niebezpiecznie zbliżyła się do brzegu; widząc to, dziewczyna otworzyła szeroko oczy. 
– Jak on to wywali, będziesz miał moje pozwolenie, by go ugryźć – poinformowała przejętym głosem smoka.
Zwierzątko uniosło łebek, spojrzało na młodzieńca, oceniło go w myślach i zamruczało bardzo zadowolone.
– Chyba nie wywali. Przykro mi, Hessan – mruknął mężczyzna, w którego właśnie celowano procą, co bezczelnie raczył zauważyć.
– Jeśli już wylewacie cokolwiek, to chwilowo z dala od moich pleców, bo nie mogę wam teraz niczego przy samej dupie urwać – poinformowała towarzyszy kobieta, w jednej chwili z nieco niepokojącego aniołka przeradzając się w bardzo niepokojącego potwora.
Pan Margat zamrugał, zastanawiając się, czy dobranie grupy do zadania dobrze wróży jego małej córeczce. Ariene Tenshi brzmiała kompetentnie, a kiedy przyjrzało się pozostałym, w pewien sposób sprawiali wrażenie profesjonalistów – na pewno w swojej specjalności. Nie wiedział tylko, czy to aby na pewno powinno go cieszyć.
– Poczekaj chwilę, Meara, postrzelaj sobie do barmana – dodała spokojniej kobieta, zwracając spojrzenie na zleceniodawcę. – Czy chciałby pan o coś zapytać? – odezwała się na powrót opanowanym głosem.
Czy jesteście poczytalni? – nasunęło mu się na myśl, ale szybko odchrząknął, ukradkiem rozejrzał się po sali, po czym, kiedy młody kelner dotarł z gigantyczną miską zupy i postawił ją na blacie, wpadł na to, co chciałby wiedzieć.
– Czy cena za pracę jest do negocjacji? – spytał, starając się brzmieć równie swobodnie, a zarazem profesjonalnie, co jego rozmówczyni.
– Tylko i wyłącznie w górę – stwierdziła, wzruszając niedbale ramionami. – Nie można powiedzieć, byśmy przywykli do prostych i lekkich zadań, ale znamy swoją cenę. Myślę jednak, że się ostatecznie dogadamy – podsumowała z ładnym uśmiechem, który sprawiał, że pan Margat był skłonny jej uwierzyć.
– Czyli wyruszacie za kilka dni? – spróbował się upewnić, zaczynając się zbierać do odejścia.
– Dokładnie. Otrzyma pan wiadomość od posłańca o naszym wyjeździe, proszę się nie martwić – zapewniła, również się podnosząc, by pożegnać pracodawcę.
Podczas gdy wymieniała z mężczyzną uścisk dłoni (spróbował nie dać tego po sobie poznać, ale zaskoczył go jej pewny chwyt, zupełnie jak nie u kobiety. Może to kwestia tego, że obracał się w towarzystwie samych dam?), mężczyzna nadzorujący składanie zamówień u młodszego kolegi obrócił jej krzesło tak, by samemu sobie na nim wygodnie usiąść.
– Edarlen – rzuciła niezadowolona, kiwając jeszcze panu Margatowi głową i tym samym zapewniając, że wszystko skończy się dobrze.
– Możesz sobie usiąść na kolanach Cadora, podła wiedźmo – postanowił jej uzmysłowić triumfujący mężczyzna, uśmiechając się z przekąsem.
Pan Margat postanowił, że należy jak najszybciej towarzystwo opuścić. I kupić dobre zioła na spokojny sen.
Cador uznał, że komentowanie mija się z celem; tylko wzruszył ramionami, co by upewnić wiedźmę, że on ze spiskiem przyjaciela nie ma nic wspólnego. Wizja bycia wykorzystanym jako krzesło nieszczególnie mu przeszkadzała, ale postanowił poczekać na rozwój wydarzeń.
Jeszcze mu coś wiedźma urwie przy samej dupie (bądź obije plecy, też można) tylko dlatego, że uznał taką możliwość za prawdopodobną. 
Meara zadecydowała, że Ariene mówi poważnie, nie rozumiejąc, dlaczego strzelanie do karczmarza miałoby być nieodpowiednie. Dlatego też bez zastanowienia naciągnęła procę, tym razem załadowaną śmiercionośną bronią w postaci kamyczka. Już miała puścić go w lot, gdy Anabde rzuciła jej bardzo nieprzyjemne spojrzenie. 
– Meara – mruknęła krótko, a brzmienie jej głosu wystarczyło za naganę.
Dziewczyna opuściła procę i zerknęła na nekromantkę z wyraźnym żalem. 
– Ariene mi pozwoliła! – burknęła, chowając broń do kieszeni spodni.
Skrzyżowała ręce pod biustem i zacisnęła usta; odebrali dziecku radość życia. 
– Ariene rzadko pomyśli, zanim coś powie – odpowiedziała rudowłosa.
Nie przejmowała się tym, czy zostanie usłyszana przez podłą wiedźmę; niewielu jest tak odważnych. 
Leanelle pochwyciła sporą łyżkę, którą Aidan przyniósł do kompletu z zupą, zapatrzyła się na obiadokolację i aż oczy jej błysnęły. Uniosła głowę, by obdarzyć kelnera zachwyconym, naprawdę urokliwym uśmiechem. 
Zawsze miała przypływ gorących uczuć dla każdego, kto ją karmił. 
– Dziękuję – mruknęła, dość szybko uciekając spojrzeniem do zawartości talerza.
Zamoczyła łyżkę w gęstej zupie i kontrolnie zerknęła na towarzyszy.
– Nie będę na was czekać – oznajmiła grzecznie, nim zabrała się do pałaszowania. 
– Tylko nie zjedz talerza – rzuciła rozbawiona Meara, nadal pod wrażeniem tempa, w jakim Leanelle pochłaniała tak ogromne ilości pokarmu. 
Szatynka posłała jej piorunujące spojrzenie, jednak jedzenie było zbyt przyjemnym doświadczeniem, by porzuciła je dla odpowiadania na jawną zniewagę.
– Smacznego – pożyczył natomiast Caleb, odprowadzając wzrokiem wracającego po tacę z połową kolejnych misek Aidana.
Ariene najwyraźniej nie uznała docinki Anabde za godną skomentowania, raczyła tylko zmiażdżyć spojrzeniem nekromantkę, najwyraźniej bardzo niezadowolona. Potem w ten sam sposób pozbawiła życia Caleba, warknęła pod nosem i rozejrzała się za wolnym krzesłem – to po zleceniodawcy w całej swej chwale zajął Sheridan i wyszczerzył do podłej wiedźmy ostrzejsze zęby w złym uśmiechu.
– A to ona w ogóle myśli? – zwątpiła na głos Aithne, wznosząc oczy do sufitu.
– Ai, słońce, dałabyś sobie spokój od czasu do czasu – westchnął Errian, przechylając głowę, by lepiej widzieć siedzącą obok niego radosną dziewczynę.
– Skończ z tym słońcem – warknęła natychmiast upadła, wbijając w młodego maga bardzo złe, bardzo mordercze spojrzenie.
– Kiedy swą radością życia opromieniasz mi każdy dzień – wyjaśnił nieco oburzony Errian, uśmiechając się trochę pogodnie, a trochę złośliwie.
– Pewnego pięknego dnia cię zabiję – wysyczała Aithne, strosząc się jak kot, któremu nadepnięto na ogon.
Ariene w tym czasie, zignorowawszy także upadłą, wypatrzyła sobie wolne krzesło i ruszyła w jego stronę stanowczym krokiem, nie zamierzając znaleźć się na niczyjej łasce – czy to głupiego myśliwego, czy nieco mniej głupiego obrońcy.
Aidanowi udało się wylać tylko trochę zupy, później nawet dostarczył w całości wszystkie porcje drugiego dania. Został pochwalony przez nauczyciela, choć tego typu osiągnięcie nie było satysfakcjonujące w profesji obrońcy; gdy cała grupa się już najadła, biednego chłopaka oddelegowano do odnoszenia brudnych talerzy.
Przyjął to z godnością, choć nie krył ulgi, gdy Meara ochoczo zaproponowała mu pomoc. Skończyło się na tym, że Aidan wykonał kilka rundek od stołu do lady i z powrotem, niosąc po kilka talerzy, podczas gdy Meara ustawiła kilkanaście talerzy w chwiejną wieżę i dotaszczyła je do lady bez ubytku na zdrowiu własnym oraz zastawy. 
Bardzo zadowolona z życia Leanelle osunęła się nieco na krześle, przymrużając oczy i splatając ręce na pełnym brzuchu. Zignorowała Hessana, który usiadł na skraju blatu i wpatrywał się w nią intensywnie, poruszając końcówką ogona.
Urażony smok prychnął i zwinął się w kłębek przed miejscem Meary, najwyraźniej mając nadzieję, że jego pańcia poczuje się choć trochę zazdrosna. 
Nic z tego. 
– To co teraz? – zainteresowała się pogodnie panna Tully, gdy już wróciła do stołu i rozsiadła się wygodnie.
– Wygląda na to, że mamy wolne do jutra. Jest za późno, żebym uzyskała na mieście jakiekolwiek sensowne informacje – zakomunikowała Ariene, uśmiechając się.
Aidan także powrócił w chwale, usiadł ciężko na krześle i mruknął coś o tym, że „nigdy więcej”. Doskonale wiedział, że i tak, jako najsłabsze ogniwo w grupie, dalej będzie do takich celów wykorzystywany, ale pomarzyć zawsze można.
– Dość spokojne miejsce – zauważył Errian, tocząc wzrokiem po wnętrzu karczmy, w jakiej się znaleźli.
Zwykle jednak przebywali w takich, gdzie urządzają co chwila pijackie burdy, mężczyźni krzyczą, klepią wszystkie kobiety po tyłkach, a poziom kultury osobistej sięga mniej więcej do poziomu brudnych skarpetek.
Tutaj tymczasem wszyscy rozmawiali ściszonymi głosami, pochyleni do siebie, przez co młody mag zaczął się zastanawiać, czy bezpieczniej przypadkiem nie czuje się w tym pierwszym typie przybytków.
– Takie zażyczył sobie pan Margat – odparła podła wiedźma, wyciągając przed siebie nogi i krzyżując ręce za głową z zadowolonym uśmiechem.
Errian przytaknął krótko i spojrzał raz jeszcze na Sheridana. Łowca, chociaż względnie sprawiał wrażenie normalnego, od dłuższego czasu wydawał się młodemu magowi nieswój. Wystarczyło raz zauważyć jego niecodziennie rozbiegane oczy, jakby ciągle spodziewał się nieprzyjemnej niespodzianki.
I często bez powodu się napinał, na krótkie chwile zastygając.
– Ciekawe, czy w pokojach da się spać – westchnęła Aithne, kładąc głowę na blacie stołu i przymykając oczy.
– Ciekawe, ile wolnych pokoi w ogóle tu jest – naprostował mimowolnie Aidan, z powątpiewaniem spoglądając w stronę schodów prowadzących na piętro.
Od jednego ze stołów podniósł się mężczyzna. Caleb zerknął w jego stronę, średnio zainteresowany nowym poruszeniem, i pobieżnie ocenił nieznajomego jako obdartusa oraz biedaka, ale niekoniecznie żebraka.
Już chciał skupić się na obserwacji kogoś – bądź czegoś – innego, kiedy dostrzegł, że facet ruszył w ich stronę. To zdobyło uwagę myśliwego; zmrużył oczy, przypatrując się idącemu do nich mężczyźnie.
Nikt nie zainteresował się nieznajomym do momentu, w którym ten zatrzymał się w rozsądnej, a przy tym bezpiecznej odległości od miejsca Sheridana. Rozmowy częściowo ucichły, bo każdy przynajmniej raz tam zerknął.
– Pan Kedalt? – wychrypiał mężczyzna.
Łowca od niechcenia obrócił do niego głowę, ale Errian dostrzegł w jego oczach charakterystyczny, obcy blask. Tak przyjaciel jeszcze na nikogo nie patrzył, bo w jego spojrzeniu dostrzegł coś podobnego do strachu.
Anabde już od kilku dni była zaniepokojona. Nie pytała – to bezcelowe, bo i tak nie otrzymałaby odpowiedzi – i tylko trwała w nerwowości spowodowanej, choć trudno się do tego przyznać, Sheridanem.
Podejście nieznajomego, który znał tożsamość łowcy, było wydarzeniem na tyle niecodziennym, że natychmiast wzbudziło nie tylko jej uwagę; spowodowało również, że serce zabiło mocniej. Oceniła przybysza przenikliwym spojrzeniem; nie stwarzał zagrożenia, ale coś tu było nie tak. Przymrużyła szare oczy i pochyliła się nieznacznie, by nie uronić ani jednego słowa czy gestu mężczyzny. 
Przy stoliku atmosfera zrobiła się dziwnie gęsta, co po niedługiej chwili udzieliło się całej gospodzie. Nawet Meara zaprzestała zabawy z Hessanem, usiadła na miejscu w miarę składnie i wbiła pozbawione zrozumienia, a także mocno podejrzliwe spojrzenie w nieznajomego. Również smok zrozumiał powagę sytuacji; wrócił do pańci i ustawił się przed nią, jakby chciał zasłonić ją własnym, bądź co bądź niezbyt imponującym ciałkiem. 
To było dziwne wrażenie. Jakby wszyscy byli gotowi do interwencji, w razie gdyby nieznajomy nie miał czystych intencji. Nie chodziło o to, że wątpili w siłę Sheridana, po prostu... no cóż, byli drużyną. Mniej czy bardziej zorganizowaną, ale jednak drużyną.
Mężczyzna zdawał się tego nie dostrzegać. Uśmiechnął się krzywo, jakby widział tylko tego, do kogo podszedł, potarł pokrytą kilkudniowym zarostem szczękę. Aż wreszcie zaśmiał się cicho i ochryple, kręcąc głową.
– Pewnie mnie nie pamiętasz – stwierdził rozbawiony, przypatrując się dziwnie napiętemu Sheridanowi z błyskiem w nijakich oczach. – Jak się ostatnim razem widzieliśmy, ten stary skurwiel zabierał cię, ledwie smarka, na polowanie. Pięknie mu to zjebałeś! – pochwalił i zarechotał głośniej.
Zdawałoby się, że w tych słowach nie ma niczego niepokojącego. Ot, stary znajomy Sheridana – przez sto pięćdziesiąt lat musiał kogoś poznać – przyszedł powspominać dawne dzieje. Nie wyglądał przecież groźnie. Nie stwarzał poczucia zagrożenia. Wszystko wokół niego sprawiało wrażenie normalności.
A mimo to łowca otworzył szerzej oczy, drętwiejąc. Tym razem trwało to dłużej niż wcześniej, tym razem większość zebranych musiała to dostrzec.
Sheridan jeszcze nigdy nie okazał tak szczerego, bo całkowicie niespodziewanego, strachu. Spojrzał przelotnie na Anabde, w jego oczach czaiło się dużo dziwnych uczuć.
I potem wszystko się uspokoiło, gdy znów wbił wzrok w mężczyznę, na powrót będąc Przeklętym, jakim wszyscy go znali. Nawet trochę groźniejszym niż na co dzień.
– Nie ma go tu – oznajmił zimnym głosem, jawnie sugerując, by natręt się wynosił.
– I tu się mylisz – westchnął mężczyzna i pokiwał ze zrezygnowaniem głową, jakby wcale nie chciał Sheridanowi niszczyć złudzenia.
W ciszy, która zapadła po tej dziwnie wymianie zdań, Aithne otworzyła usta, by się odezwać. Errian delikatnie przykrył jej buzię dłonią, nie odrywając wzroku od przyjaciela, a upadła była na tyle zszokowana, że nawet jego ręki nie odtrąciła, po prostu posłusznie pozostając w milczeniu.
Anabde nadal nie rozumiała. Jasna cholera, dlaczego tak mało o nim wiedziała? Powinna była pytać. Powinna była drążyć, dowiadywać się, przeprowadzać własne wywiady. Coś było tu nie tak, bardzo nie tak, a ona nie wiedziała co.
Krótkie spojrzenie Sheridana sprawiło, że po plecach przeszedł jej dreszcz strachu; jeżeli coś – bądź ktoś – było w stanie go zdenerwować, należało zacząć się martwić. 
Zacisnęła dłonie w pięści, choć starała się pozostać w bezruchu. Uniosła nieznacznie brodę, perfekcyjnie zakrywając niepokój maską dumy oraz siły, jakby to mogło ją (a może ich?) jakkolwiek uratować. 
Cisza była nieprzyjemna. Na tyle krępująca, że Meara poruszyła się nerwowo na krześle. Choć nieobeznania z kulturą oraz kompletnie pozbawiona wyczucia w relacjach międzyludzkich, zrozumiała, że teraz należy powstrzymać się od komentarzy.
Wszyscy czekali w napięciu, nawet nie spoglądając na siebie nawzajem; nie liczyło się to, że nie rozumieli, tylko to, że mogą być potrzebni. 
I że nie jest dobrze.
– Doprawdy? – rzucił wreszcie Sheridan, siląc się na typowy, trochę kpiący, trochę znudzony głos, jakby rozpaczliwie próbował wrócić do normy.
– Ech, dzieciaku – westchnął mężczyzna, sięgając po jedno z wolnych krzeseł i siadając na nim ze zrezygnowaną miną. – Chociaż właściwie już nie dzieciaku – poprawił się, rzuciwszy łowcy przeciągłe spojrzenie. – Wyrosłeś na tego, kim widział cię ten stary skurwiel, ten to miał oko – skwitował i znowu zarechotał, wyciągając przed siebie nogi.
– Czego dokładnie chcesz? – warknął coraz bardziej zirytowany Sheridan i zabębnił palcami w blat stołu, zdradzając zdenerwowanie.
– Ostrzec cię, Sher – mruknął ciszej, pochylając się, jednak jakby sobie przypomniał o pozostałych, bo popatrzył na nich podejrzliwie i z dużą niechęcią.
Dopiero wtedy zerknął wymownie na Przeklętego.
– Mów – ponaglił go Sheridan, krzywiąc w irytacji usta.
Mężczyzna pokiwał głową, potem nią pokręcił, jakby takiej odpowiedzi obawiał się najbardziej. Nawet poklepał współczująco łowcę po ramieniu, przeobrażając całą sytuację w tani, trudny do zrozumienia dramat.
– I tego także się obawiał, kiedy puszczał cię samopas! – zawołał teatralnie, zataczając ręką łuk. – Mówiłem mu, że zdurniał, ale on miał nosa do wszystkiego. Zgodzisz się ze mną, prawda? – dodał z porozumiewawczym uśmieszkiem.
Sheridan milczał, jego spojrzenie dla odmiany stało się puste. To było równie przerażające, co strach chwilę temu.
– No dobrze, nie będę owijał w bawełnę. Ma cię kropnąć – oznajmił, ostentacyjnie zignorowany przez rozmówcę, i spojrzał mu prosto w oczy.
Łowca zmarszczył lekko czoło, wyraźnie napinając ramiona.
Nikt przesadnie nie zareagował. Najpierw pojawiła się dość przyjemna myśl: Jasne, Sheridana to on może próbować zabić, powodzenia. Nastąpiła kolejna, przypominająca, że rozmowa dotyczyła prawdopodobnie dawnego nauczyciela łowcy. A to, jak również niespokojna reakcja mężczyzny, zmieniało postać rzeczy. 
Anabde poczuła, jak sztywnieją jej mięśnie. Na krótką chwilę w jej oczach pojawiło się coś dziwnego; szczęście, nikt nie zdążył tego zauważyć, a ona wypuściła powietrze, uspokoiła się i wszystko wróciło do normy. 
A przynajmniej tak wyglądało. W środku... W jej wnętrzu działo się coś dziwnego. 
Nie udawali, że nie usłyszeli. Po prostu wydawało się to być irracjonalne. Dodatkowo byli widzami, obserwowali scenę, w której odmówiono im udziału. Mogli tylko czekać, aż coś zostanie powiedziane, aż nieznajomy odejdzie, a Sheridan podejmie decyzję. Trwali więc w tym oczekiwaniu, napięci, niespokojni. Cador przymrużył jasnozielone oczy, czując, jak jego instynkt bije na alarm; a że nigdy go nie zawodził...
Sheridan wreszcie parsknął kpiąco. Zdawało się, że to ratuje sytuację, że wszyscy niniejszym mogą odetchnąć z ulgą – ale oddechy zamarły im w piersiach, bo to nie było takie proste. Zwłaszcza Errian to widział, spoglądając z ukosa w twarz przyjaciela i czując, jak jego żołądek zaciska się boleśnie.
– Gair nigdy nie brał zleceń najemniczych – zbagatelizował informację łowca, cmoknąwszy z irytacją, ale przestał patrzeć mężczyźnie w oczy.
– Nie wyobrażasz się, jak się ucieszył, gdy usłyszał, że to o ciebie chodzi – odparł cicho dawny znajomy, nie odrywając wzroku od zdenerwowanego Przeklętego. – Znasz go. Kurwa, on naprawdę cię lubił. Ale to Gair.
– Gówno mnie obchodzi, jaki miał do mnie stosunek – warknął od razu Sheridan, może nieznacznie za szybko, może oczy błysnęły mu zbyt dziwnie jak na to, jak w istocie miała zabrzmieć ta wypowiedź.
– Nieważne – skapitulował, unosząc obronnie ręce. – Chciałem ci to powiedzieć, bo cię zawsze, smarku, lubiłem. Uwielbiałem te twoje potknięcia na polowaniach, jako jedyny dawałeś w kość temu skurwielowi – westchnął, chyba znów oddalając się do wspomnień. – Wygląda jednak na to, że zbliża się ostatni raz, kiedy dasz mu w kość – dodał poważniej, znów odszukując wzrokiem oczy Sheridana, chociaż łowca nie odwzajemnił spojrzenia.
Przeklęty, co do niego zupełnie niepodobne, przeciągnął dłonią po twarzy, a potem z wyczuciem nacisnął palcami na nasadę nosa, najwyraźniej próbując zebrać myśli.
Errian, patrząc na przyjaciela, poczuł przemożną potrzebę ofiarowania mu jakiejkolwiek pomocy – ale nie mógł nic zrobić. Kiedy Aithne nieśmiało chwyciła go za rękę, ochoczo odwzajemnił uścisk, odszukując w tym trochę uspokojenia.
Wreszcie Sheridan uniósł głowę i uśmiechnął się niepokojąco, ukazując zaostrzone zęby. Zielone oczy błyszczały, ale pierwszy raz pojawił się w nich fałszywy blask triumfu.
– Może próbować – skwitował niedbale i prychnął kpiąco.
Mężczyzna jeszcze chwilę się mu przyglądał, po czym zarechotał cicho i pokręcił głową. Przechylił się, klepnął Sheridana w ramię i wstał z miejsca.
– Nie mam pojęcia, co ten stary skurwiel z ciebie właściwie zrobił, ale cię znajdzie. Wiesz, jakie stosował metody, gdy coś mu się nie podobało – rzucił, zaglądając łowcy w oczy; w nich ujrzał, że Sheridan doskonale pamięta i doskonale wie, o czym on mówi. – Skoro tak bardzo chce cię zajebać, musi mu się coś nie podobać. Jestem w twojej drużynie, Sher, pamiętaj. Lepszy z ciebie skurwiel, powiem ci – dodał i zasalutował, odwracając się, by odejść w swoją stronę.
Nim jednak do końca obrócił się do nich plecami, w zawadiackim uśmiechu błysnęły ostrzejsze zęby, oczy także stały się trochę bardziej drapieżne. Dopiero wtedy ruszył do drzwi, zostawiając zebranych w tej ciężkiej, przerażającej ciszy.
Większość odwróciła wzrok. Leanelle całkowicie poświęciła uwagę naprężonemu z nerwów Hessanowi, głaszcząc go sztywno po grzbiecie. Nawet Meara zasępiła się i wbiła spojrzenie w blat stołu, choć na krótką chwilkę zerknęła w stronę Sheridana.
Nie do końca wiadomo było, jakich słów użyć i jakie gesty wykonać. Dlatego po prostu byli. Może się na coś zdadzą. 
Najgorzej spośród obserwatorów przyjęła to jednak Anabde, a co martwiące, było to widać jak na dłoni. Zagryzła w zdenerwowaniu wargę i odwróciła głowę, potem położyła dłoń na karku, by nerwowo pocierać skórę palcami. Do tego zrobiła się jakby bledsza, bardziej napięta, wręcz... widocznie zmartwiona. Na swój sposób, rzecz jasna, ale zmiana wystarczająco rzucała się w oczy. 
Przeniosła spojrzenie na Sheridana, spojrzenie, w którym czaiło się wiele trudnych uczuć. Dłoń, którą kobieta trzymała położoną na blacie, poruszyła się nieznacznie, jakby wyciągnęła w jego stronę; potem jednak zamarła i tak już zostało, jak gdyby nigdy nic. 
Wreszcie Meara nie wytrzymała ciszy. Widziała, że wiele osób przygotowuje się do powiedzenia czegoś, jednak nikt się nie przełamał. Dlatego dziewczyna wygodniej usadziła się na krześle, przymknęła na chwilę oczy, odetchnęła głośno i spojrzała prosto na łowcę, gdy tylko uchyliła powieki. 
– Kto to był? – zapytała, jednak nie tego dokładnie chciała się dowiedzieć.
Właściwe pytanie zadała po chwili:
– Możesz mu ufać? Mówi prawdę? 
I zupełnie nie obchodziło jej, że była w tej grupie najświeższym nabytkiem, przez co może nie mieć prawa do wyrażania wątpliwości. Do mieszania się. Była niewychowana, tak, i całkiem było jej z tym dobrze.
Sheridan nawet na nią nie spojrzał. Dla niektórych był to dość czytelny znak, jak na przykład dla Erriana; młody mag pokręcił lekko głową, wwiercając się wzrokiem w profil przyjaciela. Przeklęty wreszcie zerknął na niego krótko, w jego oczach czaiło się zdecydowanie zbyt dużo uczuć.
– Nie twój zasrany interes – poinformował Mearę uprzejmie, znów zainteresowawszy się pustą przestrzenią, nie zebranymi. – Jeśli ktoś martwi się o pracę, to uspokoję was, możecie dalej swobodnie działać – dodał zimnym głosem, przymykając powieki.
Aidan w pierwszym odruchu otworzył usta, by oburzyć się na sposób, w jaki Sheridan odniósł się do Meary, ale sam doszedł do wniosku, że to głupie, nawet zanim Caleb skarcił go miażdżącym spojrzeniem.
Meara za to nie wyglądała na przejętą. Powoli kiwnęła głową, patrząc na łowcę w dziwnym zamyśleniu; wreszcie zerknęła w stronę Anabde i to na niej na dłuższą chwilę skupiła spojrzenie. 
I tym razem została zignorowana, widziała jednak, że nekromantka czuła na sobie jej wzrok. Jej i wielu innych, chociaż te pozostałe nie były aż tak ostentacyjne. Czuła je i wiedziała, że czegoś się od niej oczekuje; gdyby tylko wiedziała, co może zrobić.
Wreszcie, zdenerwowawszy się przeciągającą ciszą, postanowiła zebrać się w sobie. Wyprostowała się, przymrużyła szare oczy i rozejrzała się po pozostałych, nie zdradzając wyrazem twarzy żadnych emocji, wszelkie uczucia ukrywając głęboko w sobie. 
– Myślę, że czas rozejść się do pokojów – oznajmiła krótko.
Tak będzie lepiej, łatwiej.
– To był długi dzień, to dobry pomysł – przytaknęła jej zaraz Ariene, podnosząc się z miejsca, by zmobilizować pozostałych.
Wszyscy zaczęli się powoli zbierać, znów rozbrzmiały ciche, dość nieśmiałe rozmowy. Errian dwa razy zerknął na Sheridana, zastanawiając się, czy powinien z nim zostać, szybko jednak odczytał z przyjaciela, że to nie byłby dobry pomysł. Dlatego obrócił się do przeklinającej pod nosem na krzesło Aithne i obdarzył ją uśmiechem, nieco upadłą dezorientując tą nagłą radosną wylewnością.
Sheridan natomiast zamknął oczy, wspierając głowę na dłoni. Nie trwało to długo, nim odciął się od wszystkich dźwięków napływających z gospody, zapominając o tym, że nie znajduje się tu sam. Jego myśli skupiły się na czymś ważniejszym, na czymś, co wywoływało u niego mieszane uczucia.
Nie przywykł wierzyć komukolwiek, ale z pewnego powodu wszystko, co dotyczyło Gaira, zdawało się być niezwykle wiarygodne oraz prawdziwe.

Było wilgotno. Na bruku zalegały kałuże, w których odbijało się szare, zasnute ciemnymi chmurami niebo. Pogoda w każdej chwili mogła się znów pogorszyć, choć ulewa niedawno się skończyła – ludzie nieśmiało wracali na ulice, wychodząc spod wszelkich dachów, z przybytków publicznych lub własnych domów.
Kilkoro roześmianych dzieci przemknęło przez drogę, pokrzykując i skacząc w brudnej wodzie, na ich czystych ubraniach pojawiły się pierwsze cętki błota. Pewna elegancka kobieta zaśmiała się wdzięcznie, przyjmując ramię partnera, by, zgodnie ze swoją propozycją, przeprowadził ją ponad wyjątkowo sporą kałużą.
Nie przeszkadzał im chłodny wiatr, ignorowali intensywniejszy zapach ścieków, który ogarniał miasto po każdej ulewie. Roześmiani czy gburowaci szli, rozmawiając lub milcząc we własnym interesie, jakby wierząc, że lada moment chmury znów się rozstąpią, ukazując słońce.
Stał między dwiema kamienicami, drżąc z zimna i przyglądając się mijającym go ludziom. Wpatrywał się w nich dużymi, nieco błagalnymi oczami, spojrzeniem tak chwytającym za serce, jak tylko chwytające za serce potrafi być spojrzenie czterolatka. Jednak pozostawał niewidzialny, jakby zupełnie nie istniał, jakby od ich lepszego świata odgradzała go ściana – nie widział jej, ale go zasłaniała. Odcinała.
Oblizał spierzchnięte wargi, choć wiedział, że od chłodnego wiatru jedynie bardziej popękają, nerwowym gestem odgarnął opadające na czoło mokre kosmyki ciemnobrązowych włosów. Oderwał wzrok od przechodzących ulicą ludzi, szukając jakiegokolwiek suchego skrawka ziemi czy bruku, na którym mógłby przysiąść i przestać być niewidzialnym.
Chciał znaleźć schronienie przed deszczem, nawet udało się mu skulić pod wyświechtanym kawałkiem materiału, ale przyszedł silniejszy, starszy chłopak i go wygonił. Pozostało moknąć, rozpaczliwie wierząc, że się nie rozchoruje.
Już raz zachorował na zapalenie płuc i przeżył tylko dlatego, że straż miejska tamtej zimy zorganizowała noclegownie dla bezdomnych. Dostał nawet ciepłą zupę, co go zaskoczyło, ale nie śmiał prosić o dokładkę. Mógłby za to zostać pobity do nieprzytomności, lepiej się nie wychylać.
Zauważył, że im mniej jest się widocznym na ulicy, tym łatwiej przeżyć. Zwłaszcza że nie wiedział, jak korzystać z samego siebie, ze swoich umiejętności, które przecież miał wrodzone. Ot, czasami tracił kontrolę, czasami działo się coś dziwnego, ale nie chciał tego. To mogło zwrócić na niego uwagę.
Od pewnego czasu starał się zarabiać. Nie za dużo – zostałby okradziony. Albo zabity dla kilku miedziaków. Chciał mieć choćby na jedzenie, żeby już nie musieć kraść ze straganów bądź żebrać; czego jeszcze nigdy nie zrobił, nie potrafił przemóc się, by paść przed kimkolwiek na kolana i błagać o pomoc.
Wiedział, że jeśli czegoś nie wymyśli, złamanie tej dumy stanie się kwestią życia oraz śmierci, ale nie chciał do tego dopuścić. Dlatego pomyślał, że mógłby się jakkolwiek przydać. Próbował nosić bagaże ludziom, pomagać przy dorożkach, gdy coś się działo z kołami bądź lejcami, czyścić przechodniom buty.
Rzadko udawało się mu otrzymać wynagrodzenie, ale nie poddawał się. Trud czasami się opłacał, ale musiał dużo znosić. Obelg, obrzydzenia na twarzach, kpin, czasami sztucznej litości. Zaciskał zęby i po prostu pochylał głowę, jednak przychodziło mu to nie bez wysiłku.
Nie miał jak pozbyć się znoszonych, brudnych oraz śmierdzących ubrań. Nie mógł się umyć, pobliska rzeka nie była dość czysta, a i tak najczęściej bał się, że się przeziębi. W końcu nie każda pora roku się do tego nadawała.
To wszystko było okropne, każdy dzień ciążył mu boleśnie w piersi, ale nie wyobrażał sobie, by się poddać. Coś musiało się kiedyś stać. Z drugiej strony – może takie małe piekło na ziemi było jedynym, czego mógł oczekiwać od losu? Może powinien się cieszyć, że nadal żyje? Pokręcił powoli głową, leniwie odganiając od siebie te myśli.
Zastanawianie się nad przyszłością nie miało sensu – przyszłością są kolejne godziny, bo w każdej mógł zginąć. Tymczasem, skoro jego domem była ulica, należało sobie radzić. Należało wierzyć, że uda się mu zdobyć coś do jedzenia. Zmrużył oczy, przez co przez chwilę wyglądał naprawdę niepokojąco. Potem jednak prześlizgnął się między kamienicami i ruszył w ulicę, wpychając ręce do kieszeni spodni i garbiąc ramiona.
Z irytacją odkrył, że dziura w prawej kieszeni jest już tak duża, iż cała jego dłoń przez nią przechodzi. Może mógłby ukraść nić i igłę? Ale nie potrafił szyć. Ani czytać, ani pisać, ani wysławiać się w odpowiedni, przyjęty przez normy kultury sposób.
Czuł, że ten margines jest wszystkim, o co powinien prosić, jednak nie chciał się z tym pogodzić. Pełne buntu spojrzenie uniósł na mijającego go mężczyznę; przeszyły go zimne, odrzucające wręcz obojętnością oczy o tęczówkach niemalże czarnych. Wzdrygnął się mimowolnie, mocniej zgarbił ramiona i przyspieszył kroku, karcąc się w myślach za lekkomyślność. Mógł zostać pobity za taką zniewagę wyżej urodzonego obywatela, może nawet by go wsadzili do celi.
Wtedy przynajmniej otrzymałby trochę czystej wody i kawałek chleba.
Wreszcie, po dość krótkiej wędrówce, w czasie której walczył, żeby nikt go nie podeptał, dotarł do suchego miejsca na rogu jednej z kamienic. Przed deszczem częściowo osłonił je balkon zawieszony na piętrze, dlatego mógł kucnąć, nie bojąc się, że będzie klęczał w zimnej wodzie przez kolejne godziny.
Wyciągnął z prawie nienaruszonej kieszeni szmatkę, której używał do czyszczenia przechodniom butów, nabrał głębokiego wdechu i znów popatrzył na mijających go ludzi, zbierając w sobie odwagę do zaproponowania drobnej przysługi.
Było w tym coś odrzucającego, nie miał najmniejszej ochoty na odzywanie się do nich, zaczepianie, napraszanie się. Ale to jedyny sposób na poradzenie sobie, na zarobienie choćby jednego miedziaka. Za tyle mógł dostać czerstwy chleb, w końcu nikt go nie kupi.
– Przepraszam – wyrzucił wreszcie na wydechu, podrywając się i dopadając do jednego z przechodzących mężczyzn. – Mogę panu buty wyczyścić? – dodał na wdechu, czując, że serce obija się mu boleśnie o sterczące żebra.
Uchwycił pełne złości oraz obrzydzenia spojrzenie, potem został odtrącony trzymaną przez nieznajomego laską, aż zatoczył się na ścianę z głuchym stęknięciem. Zabolałoby mniej, gdyby kości nie znajdowały się zaraz pod skórą, bez ochronnej warstwy tłuszczu czy mięśni. Siniak zostanie najprawdopodobniej przez długie tygodnie.
– Nie zbliżaj się, szczurze uliczny – warknął mężczyzna, jednak zatrzymał się, by szyderczym spojrzeniem ocenić robaka, którego udało się mu zdeptać. – I czym ty chcesz czyścić buty, tą ubłoconą, zawszoną szmatą? – dodał z kpiną, szczerząc w brzydkim uśmiechu zęby. – Żałosne. Powinni was wybić, zanieczyszczacie tylko miasto.
Chłopiec warknął cicho, unosząc na nieznajomego płonące gniewem spojrzenie zielonych oczu. Zacisnął wolną dłoń w pięść, chwilę ze sobą walcząc, aż wreszcie wypuścił powietrze przez nos i odwrócił wzrok, skupiając się na szukaniu innego klienta.
Każdy na jego miejscu spróbowałby przynajmniej przeprosić, widział to już kilkakrotnie w wykonaniu innych bezdomnych dzieciaków, ale nie zamierzał iść w ich ślady aż tak żałośnie.
Jednak kolejne próby znalezienia zarobku kończyły się podobnie. Większość zwyczajnie go ignorowała, ale zarobił trzy nowe siniaki, wszystkie na wysokości żeber. Wreszcie stracił wolę walki; ledwie stał na nogach, taki był głodny. Musiał chwilę odpocząć, dlatego wrócił pod ścianę i znów usiadł na bruku, oddychając tak powoli, jak tylko mógł.
Znów stał się niewidzialny, mijali go obojętnie, ślepi na brud, nędzę, rozpacz oraz zbliżającą się śmierć. Siedząc tak, drżąc z zimna i co chwilę martwiąc się, czy nie ma gorączki, zastanowił się przelotnie, kto jest bardziej żałosny.
On, bezdomny, pozbawiony dosłownie wszystkiego, samotny oraz walczący, czy oni – wyniośli, bogaci, najedzeni, a jednocześnie tak ograniczeni i obojętni.
– Wyczyść mi buty.
Drgnął, na moment drętwiejąc, przekonany, że się przesłyszał. Niepewnie uniósł głowę, otwierając szerzej oczy, kiedy ujrzał stojącego nad nim mężczyznę.
Nieznajomy odziany był w ciemny płaszcz, na głowie miał charakterystyczny, chyba modny w tym roku kapelusz, na jego ustach czaił się szyderczy, władczy uśmieszek. Sprawiał wrażenie pełnego mocy, wpływów, pełnego wszystkiego, czego brakowało jemu, chłopczykowi z ulicy. Był z zupełnie innego świata, lepszego nawet od tego, w którym żyła większość przechodniów.
– No, dalej. Chyba chcesz zarobić, co? Chyba że się rozmyśliłeś – ponaglił go, uśmiech stał się lepiej widoczny, jakby mężczyzna zauważył pełne niedowierzania myśli chłopca, jakby go to bardzo śmieszyło.
To było… straszne. Niepokojące. Oraz niezwykle irytujące, a tym samym – zaskakujące. Nie powinien się irytować. Powinien się cieszyć, że dostanie trochę pieniędzy.
Mimo to nie mógł pozbyć się uczucia niechęci, coś dziwnego urosło w jego piersi, kiedy leniwie odwzajemniał spojrzenie mężczyzny.
Nieznajomy miał odpychające, niemalże czarne oczy.
– Tak, panie – wycedził przez zęby, pochylając z powrotem głowę, by ukryć wątpliwości, jakie go naszły.
Czy to ten sam człowiek, którego zmierzył rozeźlonym wzrokiem? Jego mijał na ulicy niecałą godzinę temu? Ta myśl była niepokojąca bardziej od całej postaci obcego, coś ścisnęło chłopca w piersi.
– Nie chcesz tego robić – skwitował mężczyzna i cofnął nogę, nim dziecko sięgnęło szmatką do buta. – Dlaczego więc w to brniesz? – spytał bez żadnego zainteresowania, z irytującą obojętnością w głosie.
To go zdenerwowało bardziej. Zabrał rękę, upuszczając materiał, poderwał głowę i bez najmniejszego skrępowania popatrzył nieznajomemu prosto w oczy, ignorując nieprzyjemne ciarki, jakie przebiegły po plecach. Poczuł, że przyspiesza mu tętno, gniew pojawił się właściwie znikąd oraz gwałtownie.
To było dziwnie ożywcze.
– A wyglądam, jakbym miał wybór? – warknął niższym głosem, mrużąc powieki z niechęcią, jeszcze chwilę wpatrywał się w spokojnego, nieczułego na wszystko mężczyznę.
Potem syknął z irytacją i sięgnął po cały swój dobytek w postaci tej jednej brudnej szmatki. Musiał zmienić stanowisko i uciec od tego dziwaka, może w innej części miasta trafi się więcej normalnych oraz bardziej hojnych osób.
– Jak masz na imię? – spytał, co momentalnie chłopca zatrzymało, wręcz wmurowało.
Zdrętwiał, otwierając szeroko oczy. Słowa odbiły się echem w jego umyśle, chwilę w nim dźwięczały, aż wreszcie ucichły w oddali.
Nigdy nikt go o to nie zapytał. Był po prostu kolejnym brudnym bezdomnym dzieciakiem. Był kolejnym śmieciem, którego nie sposób posprzątać, znajdował się na tej samej płaszczyźnie, co bezpańskie psy lub koty. A zwierzętom i tak niekiedy lepiej się powodziło.
Potem natomiast zastanowił się gorączkowo, jakie jest jego imię. Bo było najcenniejszym skarbem, jaki posiadał. Było czymś, co czyniło go lepszym od innych bezdomnych sierot. Czyniło go nim. Nikim innym. Nie zdradzał go byle komu – a i tak nikogo ono nie interesowało. Czego chciał zatem ten mężczyzna?
– Sheridan – odparł cicho, powoli unosząc wzrok na ciemne oczy nieznajomego.
Obcy milczał, przyglądając się mu w ciszy. Obserwował go jak ciekawe zjawisko przyrodnicze, jak anomalię w naturze, jak coś, co można zbadać, sklasyfikować oraz ocenić.
Chłopiec czuł się w tym czasie najdziwniej w całym życiu, ale nie odwrócił spojrzenia, czekając. Serce łomotało w piersi, oddech wiązł w gardle, chyba ogarnął go strach. Jednak nawet nie drgnął, starając się odpowiadać równie nieugiętym, równie obojętnym, równie pewnym siebie wzrokiem. Było w tym coś upajającego.
Mężczyzna wyciągnął do niego odzianą w skórzaną rękawiczkę dłoń, na jego twarzy nie pojawił się nawet cień odrazy.
– Chodź ze mną, Sheridanie – zaproponował nagle miękkim, bardziej spokojnym niż obojętnym głosem. – Chodź do domu.
Jego słowa nie miały najmniejszego sensu. Nic nie miało sensu. Nie istniało coś takiego, jak dom, nie istniało nic takiego, jak pomocna dłoń. Nikt normalny nie posłuchałby chodzącego po ulicy popaprańca, który dyskutuje z bezdomnymi czyszczącymi buty.
Jednak coś było w tych oczach. Coś znajomego. Obietnica, zaproszenie, szansa. Widział to wszystko i choć bał się, choć nie ufał, choć chciał uciec, to nie potrafił. Został sparaliżowany – może to przez myśl o tym, jak wiele mógł dostać, przyjmując to wszystko.
Stracić wiele nie mógł – co najwyżej nędzne życie.
Nigdy nie zrozumiał, dlaczego tamtego wilgotnego, zimnego dnia chwycił odzianą w skórzaną rękawiczkę dłoń, podniósł się z bruku i poszedł w tłum za dziwnym nieznajomym o prawie czarnych oczach.

12 komentarzy:

  1. O zgrozo... Ja wiedziałam, że lubisz krzywdzić swoje postacie i przypuszczałam, że Sherowi też się oberwie, ale to zapowiada coś więcej! Jesteś straszna, kobieto. Serio Ci mówię i nie mogę się doczekać, co spowodowało, że tego mojego ulubionego skurwiela tak sparaliżowało ze strachu. To... to... no to się w głowie nie mieści. On taki zły, podły, mhrok i w ogóle, a tu proszę... Coś się z nim dzieje innego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muahahahahaha! <3
      Bo widzisz, Sheruś nie był skurwielem od urodzenia :3 A jak się stoczył, to się dowiesz... w następnych rozdziałach, kryptoreklama xD
      Mówię ci, poznasz go z takiej strony, że to się w pale nie mieści xD Hihihi, o bez kitu, ale mam sadystyczną satysfakcję. Odbiłam sobie za te wszystkie razy, jak nie chciał współpracować xD

      Usuń
  2. Ja pierdziu! jesteś straszna, kobieto. Naprawdę. Twoje postacie powinny się bać Ci podpadać, bo ich skrzywdzić, jak nie wiem co. Zapewne będzie to doskonale wyjaśnione, co i dlaczego tak się stało. Jakoś w to nie wątpię xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, trochę będzie trzeba sobie dopowiadać, ale główne... powody kształtujące jego życie będą przytoczone xD
      No właśnie nie do końca robi to na nich wrażenie :< Shay, nienawidzę cię. Zawsze będę cię nienawidzić.
      Wypróbowałam na nim już wszystko. Naprawdę. I DALEJ GO NIE ZŁAMAŁAM.

      Usuń
    2. No to co najwazniejsze, to będzie, a w razie czego, to będę Ciebie o to dręczyła byś mi coś przybliżyła, jak coś mi umknie, ale co. Mwhehee.

      No to powiem Ci, że ja się nie mogę doczekać tej postaci, której tak nie lubisz, tak naprawdę xD

      Usuń
    3. Ech, to będą dłuuuugie rozmowy o Sherze xDD

      Ale on w trzecim tomie dopiero xD Więc możesz jeszcze trochę poczekać, cóż xD Jak coś, mogę poopowiadać zakulisowo xD

      Usuń
    4. hah xD jakoś mnie to nie przestraszyło, że "dłuuuugie" xD

      Oj? No cóż... poczekam? xD

      Usuń
    5. No, trochę poczekasz. Bylebyś dożyła w ogóle xDDD

      Usuń
    6. Jak planujecie to jeszcze za naszego życia napisać, to powinnam dożyć. Chyba, że mnie wcześniej szlag jakiś trafi, albo co xD

      Usuń
    7. Chciałybyśmy zdążyć do emerytury xDDD

      Usuń
  3. Waszej czy mojej? Bo to dość istotna kwestia chyba xD

    OdpowiedzUsuń