Siedział w
karczmie od dwudziestu minut, zaczął się już poważnie martwić. Najemnicy
umówili się z nim na spotkanie dokładnie w tym przybytku, o tej porze, kazali
usiąść przy stoliku w rogu sali i czekać.
Tymczasem nikt
zainteresowany jego osobą nadal się nie zjawił – może zrezygnowali? Poczuł, że
ogarnia go czarna rozpacz. Nikt nie chciał podjąć się ratowania jego biednej,
małej dziewczynki, wszystkich odrzucały wieści, że porwano ją prosto do
najpodlejszego miejsca w całym Lostarze, nie licząc chyba opuszczonego
Perrianu. Inna sprawa, że to miasto, Bryluen, znajdowało się na granicy
wypalonego przez magię regionu.
W każdym razie
dosłownie nikt nie zainteresował się ratowaniem jego córki po usłyszeniu tej
jednej przeklętej informacji. A płacił naprawdę dobrze, Dorothy była jego
największym, najcenniejszym skarbem, nie szczędził pieniędzy! I gdy wreszcie
pojawiła się grupa, której lokalizacja kryjówki porywaczy nie odrzuciła,
spóźniali się na spotkanie i zanosiło się na to, że nie przybędą tego wieczoru.
Drzwi karczmy
po raz kolejny się otworzyły, wpuszczając do środka nowych gości. Zdesperowany
mężczyzna uniósł wzrok, przypatrując się przekraczającej próg młodej kobiecie.
Nie pasowała do tego miejsca na pierwsze wrażenie – delikatna uroda, bardzo
urokliwa sylwetka, zdawała się odstawać od szarego tła. Wtedy dostrzegł jej
ładne, niebieskie oczy. Blask, jaki się w nich pojawił, gdy potoczyła dokoła
spojrzeniem, zburzył obraz delikatnego kwiatu potrzebującego opieki.
Popatrzyła
prosto na niego, przechylając głowę, związane w kitkę czarne włosy zafalowały
pod wpływem ruchu. Zaraz obróciła się, rzucając do kogoś coś przez ramię, a
potem ruszyła w jego stronę pewnym, energicznym krokiem. Mężczyzna nie mógł
uwierzyć, że naprawdę zmierza do niego – umówił się tylko z najemnikami.
Wtedy pojawiły
się kolejne osoby. Stopniowo wytrzeszczał oczy coraz bardziej, aż wreszcie
osunął się niżej na krześle, zdruzgotany tym, co ujrzał. W najśmielszych snach
się nie spodziewał, że zobaczy kiedyś tak barwnych ludzi.
Grupa była
wyjątkowo hałaśliwa, co dało się we znaki nielicznym gościom przybytku, którzy
postanowili opuścić miejsce w tempie ekspresowym. Może szósty zmysł ostrzegł
ich o nadciągającym niebezpieczeństwie?
Bądź co bądź,
nim jeszcze nieznajomi dotarli do stolika, zdążyli wymienić się najróżniejszymi
obelgami, które zagłuszały rozmowy innego typu. Jakie? Ktoś tam w tle jęczał,
że jest głodny, inny pytał kogoś o samopoczucie, na co odpowiedziało mu bardzo
przerażone „miasto jest straszne”, jeszcze następny starał się uspokoić
parę tych, którzy najgłośniej wyrażali dezaprobatę dla egzystencji tego
drugiego.
Nim stanęli w
nierównym rzędzie przy jego stanowisku, jedno prychnęło na drugiego, ktoś
rozepchnął się łokciem, a jedna kobieta zmroziła towarzystwo strasznym
spojrzeniem.
Mężczyzna
niemrawo podciągnął się na krześle, by zaraz wstać i ukłonić się nie wiadomo do
kogo. Wreszcie skupił spojrzenie na kobiecie, która jako pierwsza przekroczyła
próg przybytku. Otworzył usta, by o coś zapytać, upewnić się, czy ma do
czynienia z właściwymi ludźmi i nie jest to żadna pomyłka, gdy malutka, drobna
dziewczyna o nierówno ściętych włosach kasztanowatej barwy pociągnęła stojącego
obok bruneta za rękaw.
Prawdopodobnie
chciała zadać pytanie szeptem, ale cóż, nie wyszło.
– Ty, a skąd
ona wie, że to właściwy facet? Może ktoś go podsiadł? – powiedziała, zaraz
mrugając ze zdziwieniem, gdy spojrzenia wszystkich obecnych skupiły się na niej.
Stojąca w
pewnej odległości od reszty grupy szatynka w tym samym momencie obejrzała się
za siebie, wytrzeszczając oczy w przerażeniu. Zachłysnęła się powietrzem i
ruszyła szybkim krokiem w stronę lady; gdy mężczyzna zerknął w jej stronę,
ujrzał karczmarza, mocującego się... ze smokiem?
Zleceniodawca
pobladł i zapadł się w sobie.
– Hessan! –
dobiegło jego uszu, zaraz po tym nastąpił odgłos solidnego uderzenia i
zasmucony pisk stworzonka.
Nie minęły
dwie minuty, jak szatynka wróciła, uśmiechając się z zadowoleniem i podduszając
trzymanego w objęciach smoka.
Na Silthe, w
co on się wpakował?
– Bo to podła…
– zaczął ciągnięty za rękaw młodzieniec, nachylając się trochę do niezbyt
dyskretnej rozmówczyni.
Nie dokończył,
ponieważ kobieta, która weszła jako pierwsza do karczmy, odpowiedziała na
przywitanie mężczyzny szerokim uśmiechem i skinieniem głowy. Machnęła na
zebranych, żeby sobie załatwili miejsca siedzące, sama natomiast usiadła
naprzeciw zmartwionego zleceniodawcy, splatając ręce na blacie.
– Pan Margat,
o ile się nie mylę, prawda? – zagadnęła rzeczowo, nadal sprawiając wrażenie
osoby, która znalazła się we właściwym miejscu o właściwym czasie.
– Owszem –
przytaknął, przełknąwszy nerwowo ślinę. – A państwo…? – zawiesił
charakterystycznie głos, tocząc przestraszonym spojrzeniem po zebranych.
– Jesteśmy
ludźmi, którzy odzyskają pańską córkę – ucięła wszelkie powitania, a choć jej
głos zabrzmiał ostrzej, to z ust nie schodził urokliwy uśmiech, tworząc
przedziwny kontrast. – Odpowiedziałby nam pan na kilka pytań, zanim przejdziemy
do konkretów? Ja nazywam się Ariene Tenshi i ze mną proszę konsultować wszelkie
wątpliwości, w ten sposób unikniemy problemów komunikacyjnych – dodała bez
najmniejszego wahania, jakby zawsze w ten sposób dyktowała warunki
zleceniodawcom.
Pan Margat
jednak, patrząc na pozostałych zebranych, doszedł do wniosku, że rzeczywiście,
poza nią swobodnie zagadnąłby może dwie albo trzy osoby z całej grupy.
Dlatego skinął
głową, odpowiadając na obie sprawy.
– Streść się,
podła wiedźmo. Chłystek, szoruj po kolację – odezwała się rudowłosa, bardzo
potargana dziewczyna, rozsiadłszy się na jednym z wolnych krzeseł.
Jeden z
drobniejszych młodzieńców w grupie spojrzał na nią nieprzychylnie, mrużąc w
pewnym niezadowolonym zastanowieniu oczy, po chwili jednak westchnął
zrezygnowany i ruszył do lady.
– Weź jedną
porcję podwójną. Albo potrójną, jak takie sprzedają – rzucił za nim mężczyzna o
przedziwnie jasnych oczach, ich odcień wpadał w bursztynowy kolor.
– Pamiętam –
padła odpowiedź.
– Przejdźmy do
rzeczy – zaproponowała Ariene Tenshi, zwracając na siebie uwagę zleceniodawcy.
– Kiedy nastąpiło zniknięcie?
– Porwanie –
poprawił ją odruchowo pan Margat.
– To może nie
być takie proste, ale w porządku, przyjmijmy roboczo, że porwanie – przytaknęła
niedbale, kiwając głową. – Zatem?
– Dwa tygodnie
temu. Od tego czasu szukałem kogokolwiek, kto udałby się do Bryluen po moją
Dorothy – przyznał wypranym z emocji głosem, który pod koniec wypowiedzi
charakterystycznie się załamał.
Jedna z
kobiet, rudowłosa, jednak mniej potargana, przewróciła oczami i westchnęła
bardzo wymownie. Nikt nie ośmielił się zwrócić jej uwagi za tak bezczelne
wykpienie uczuć strapionego ojca.
Szatynka,
najwyraźniej właścicielka niewyrośniętego smoka, na wzmiankę o potrójnym
obiedzie uśmiechnęła się bardzo ładnie, pokazując białe ząbki. Jej oczy
błysnęły radośnie (miała tęczówki o charakterystycznej, fiołkowej barwie), gdy
krótko zerknęła na autora wspomnianej wypowiedzi.
Potem jednak
musiała zainteresować się swoim potworkiem, który postanowił udać się na
wyprawę na środek stołu, by sprawdzić jadalność palców zleceniodawcy. Dziewczę
chwyciło za pokryty łuskami ogon i nieczule pociągnęło stworzonko w swoją
stronę.
Nikt nie
wtrącał się do rozmowy Ariene i mężczyzny. Jedni słuchali, inni byli
zainteresowani czymś zupełnie innym, ostatni zaś zdawali się nie zwracać uwagi
na dyskusję, a jednak wyglądało, że są w niej zorientowani; taka dziwna sprawa.
Ale
tutaj nic nie było normalne.
– Skąd
pewność, że to Bryluen? – ciągnęła przepytywanie panienka Tenshi, zupełnie
nieczuła na to, co się dokoła niej działo.
Pana Margata
to zdecydowanie dekoncentrowało, a ulga z powodu odnalezienia najemników
gotowych podjąć się zadania została przyćmiona niepokojem o powodzenie całego
przedsięwzięcia.
– Zwrócili się
do mnie listownie. Zażądali pieniędzy i rodzinnych pamiątek w zamian za jej
życie. Oddałbym wszystko, ale nie dysponuję tak dużą kwotą, zresztą nie umiem
im zaufać – przyznał, starając się nie próbować ogarnąć zamieszania wokół
stołu.
– Sprawdzimy
to. Rzadko kiedy piszemy… ehem, piszą prawdę w takich wiadomościach. Mogli
równie dobrze chcieć pana nastraszyć i utrudnić znalezienie chętnych do
wykonania zadania – oznajmiła spokojnie Ariene, chociaż jej spokoju
zdecydowanie nie podzielał zleceniodawca.
Podzielał go
coraz mniej, prawdę mówiąc.
– Jest szansa,
że nic się jej nie stało? – spytał, bojąc się, że zostanie to odebrane jako
naiwna nadzieja głupca.
– Oczywiście.
Nie ma sensu jej krzywdzić, póki się nie dostało kasy. Nigdy nie wiadomo, z kim
się obcuje, niektórzy wolą nawet nie gwałcić, bo część rodziców, zwłaszcza
jeśli chodzi o szlachtę, straciłaby zainteresowanie dzieckiem – skwitowała
lekko zirytowana, widząc jednak, jak pan Margat niezdrowo pozieleniał na
twarzy, wytrzeszczyła oczy. – Spokojnie, zapewniam pana, że Dorothy nie stało
się nic poważnego. To naprawdę za duże ryzyko dla rzekomych porywaczy – stwierdziła,
jakby trochę zmieszana, że powiedziała najwyraźniej za dużo o realiach
półświatka przestępczego. – Może whisky?
– Poproszę –
wychrypiał mężczyzna. – Albo dwie.
Kobieta
obróciła się, szukając wzrokiem ratunku wśród towarzyszy, na co ten sam mężczyzna,
który zamówił gigantyczną porcję jedzenia, gwizdnął na palcach. Stojący pod
ladą chłopak spojrzał na niego niezadowolony.
– Whisky,
kelner – uzupełnił listę zakupów, unosząc dwa palce, by młodzieniec wiedział, o
jakie ilości się rozchodzi.
– W każdym
razie do bezpośredniego działania w celu uwolnienia pańskiej córki przejdziemy
za kilka dni. Przez ten czas zbierzemy potrzebne informacje i upewnimy się, że
naszym przystankiem ma być Bryluen – wróciła do rozmowy Ariene, uśmiechając się
łagodnie. – Wynagrodzenie weźmiemy po oddaniu panu Dorothy – zapewniła, widząc,
że mężczyzna chce już o coś zapytać.
– Brzmi
uczciwie. Ale czy zwłoka jej nie zaszkodzi? – zmartwił się, nerwowo bębniąc
palcami w blat stołu.
– Pośpiech
mógłby ją zabić – usłyszał w odpowiedzi i poważnie się zastanowił, czy na pewno
chciałby wiedzieć więcej.
W tak zwanym
międzyczasie jeden z mężczyzn, dotychczas praktycznie niezauważalny, parsknął
śmiechem. Obdarował rozbawionym spojrzeniem najpierw mężczyznę składającego
zamówienie, później kelnera, by koniec końców pokręcić głową.
Na co to jego
biednemu uczniowi przyszło.
Niedyskretna
panna, jak ją w myślach nazywał pan Margat, rozsiadła się w zdecydowanie nie
przystojącej damie pozie. Teraz przełożyła nogi przez podłokietnik, majtnęła
nimi w powietrzu i zasłoniła usta podczas ziewania. Przynajmniej tyle.
Chwilę
kokosiła się na swoim miejscu, potem wyjęła z tylnej kieszeni spodni procę.
Naciągnęła ją, przymknęła oko i zaczęła celować w mężczyznę o bursztynowych
oczach, jednak gdy na nią zerknął, natychmiast schowała broń za plecami, udając
niewiniątko.
– Długo
jeszcze? – zainteresowała się, przenosząc spojrzenie na Ariene i jej rozmówcę.
– Przecież już wszystko ustalone.
Młodzieniec
czekający przy ladzie otrzymał pierwszą część zamówienia, kilka talerzy z
parującą, gęstą zupą; jeden z nich był większy od pozostałych i wypełniony aż
po brzegi. Chłopak chwycił naczynie i ruszył w powolną, ale póki co udaną
podróż do stołu.
Zerkająca na
niego od czasu do czasu szatynka zrobiła zmartwioną minę. W pewnym momencie
kelner zachwiał się, a zawartość talerza niebezpiecznie zbliżyła się do brzegu;
widząc to, dziewczyna otworzyła szeroko oczy.
– Jak on to
wywali, będziesz miał moje pozwolenie, by go ugryźć – poinformowała przejętym
głosem smoka.
Zwierzątko
uniosło łebek, spojrzało na młodzieńca, oceniło go w myślach i zamruczało
bardzo zadowolone.
– Chyba nie
wywali. Przykro mi, Hessan – mruknął mężczyzna, w którego właśnie celowano
procą, co bezczelnie raczył zauważyć.
– Jeśli już
wylewacie cokolwiek, to chwilowo z dala od moich pleców, bo nie mogę wam teraz
niczego przy samej dupie urwać – poinformowała towarzyszy kobieta, w jednej
chwili z nieco niepokojącego aniołka przeradzając się w bardzo niepokojącego
potwora.
Pan Margat
zamrugał, zastanawiając się, czy dobranie grupy do zadania dobrze wróży jego
małej córeczce. Ariene Tenshi brzmiała kompetentnie, a kiedy przyjrzało się
pozostałym, w pewien sposób sprawiali wrażenie profesjonalistów – na pewno w
swojej specjalności. Nie wiedział tylko, czy to aby na pewno powinno go
cieszyć.
– Poczekaj
chwilę, Meara, postrzelaj sobie do barmana – dodała spokojniej kobieta,
zwracając spojrzenie na zleceniodawcę. – Czy chciałby pan o coś zapytać? –
odezwała się na powrót opanowanym głosem.
Czy jesteście
poczytalni? – nasunęło mu się na myśl, ale szybko odchrząknął, ukradkiem
rozejrzał się po sali, po czym, kiedy młody kelner dotarł z gigantyczną miską
zupy i postawił ją na blacie, wpadł na to, co chciałby wiedzieć.
– Czy cena za
pracę jest do negocjacji? – spytał, starając się brzmieć równie swobodnie, a
zarazem profesjonalnie, co jego rozmówczyni.
– Tylko i
wyłącznie w górę – stwierdziła, wzruszając niedbale ramionami. – Nie można
powiedzieć, byśmy przywykli do prostych i lekkich zadań, ale znamy swoją cenę.
Myślę jednak, że się ostatecznie dogadamy – podsumowała z ładnym uśmiechem,
który sprawiał, że pan Margat był skłonny jej uwierzyć.
– Czyli
wyruszacie za kilka dni? – spróbował się upewnić, zaczynając się zbierać do
odejścia.
– Dokładnie.
Otrzyma pan wiadomość od posłańca o naszym wyjeździe, proszę się nie martwić –
zapewniła, również się podnosząc, by pożegnać pracodawcę.
Podczas gdy
wymieniała z mężczyzną uścisk dłoni (spróbował nie dać tego po sobie poznać,
ale zaskoczył go jej pewny chwyt, zupełnie jak nie u kobiety. Może to kwestia
tego, że obracał się w towarzystwie samych dam?), mężczyzna nadzorujący
składanie zamówień u młodszego kolegi obrócił jej krzesło tak, by samemu sobie
na nim wygodnie usiąść.
– Edarlen –
rzuciła niezadowolona, kiwając jeszcze panu Margatowi głową i tym samym
zapewniając, że wszystko skończy się dobrze.
– Możesz sobie
usiąść na kolanach Cadora, podła wiedźmo – postanowił jej uzmysłowić
triumfujący mężczyzna, uśmiechając się z przekąsem.
Pan Margat
postanowił, że należy jak najszybciej towarzystwo opuścić. I kupić dobre zioła
na spokojny sen.
Cador uznał,
że komentowanie mija się z celem; tylko wzruszył ramionami, co by upewnić
wiedźmę, że on ze spiskiem przyjaciela nie ma nic wspólnego. Wizja bycia
wykorzystanym jako krzesło nieszczególnie mu przeszkadzała, ale postanowił
poczekać na rozwój wydarzeń.
Jeszcze mu coś
wiedźma urwie przy samej dupie (bądź obije plecy, też można) tylko dlatego, że
uznał taką możliwość za prawdopodobną.
Meara
zadecydowała, że Ariene mówi poważnie, nie rozumiejąc, dlaczego strzelanie do
karczmarza miałoby być nieodpowiednie. Dlatego też bez zastanowienia naciągnęła
procę, tym razem załadowaną śmiercionośną bronią w postaci kamyczka. Już miała
puścić go w lot, gdy Anabde rzuciła jej bardzo nieprzyjemne spojrzenie.
– Meara –
mruknęła krótko, a brzmienie jej głosu wystarczyło za naganę.
Dziewczyna
opuściła procę i zerknęła na nekromantkę z wyraźnym żalem.
– Ariene mi
pozwoliła! – burknęła, chowając broń do kieszeni spodni.
Skrzyżowała
ręce pod biustem i zacisnęła usta; odebrali dziecku radość życia.
– Ariene
rzadko pomyśli, zanim coś powie – odpowiedziała rudowłosa.
Nie
przejmowała się tym, czy zostanie usłyszana przez podłą wiedźmę; niewielu jest
tak odważnych.
Leanelle
pochwyciła sporą łyżkę, którą Aidan przyniósł do kompletu z zupą, zapatrzyła
się na obiadokolację i aż oczy jej błysnęły. Uniosła głowę, by obdarzyć kelnera
zachwyconym, naprawdę urokliwym uśmiechem.
Zawsze miała
przypływ gorących uczuć dla każdego, kto ją karmił.
– Dziękuję –
mruknęła, dość szybko uciekając spojrzeniem do zawartości talerza.
Zamoczyła
łyżkę w gęstej zupie i kontrolnie zerknęła na towarzyszy.
– Nie będę na
was czekać – oznajmiła grzecznie, nim zabrała się do pałaszowania.
– Tylko nie
zjedz talerza – rzuciła rozbawiona Meara, nadal pod wrażeniem tempa, w jakim
Leanelle pochłaniała tak ogromne ilości pokarmu.
Szatynka
posłała jej piorunujące spojrzenie, jednak jedzenie było zbyt przyjemnym
doświadczeniem, by porzuciła je dla odpowiadania na jawną zniewagę.
– Smacznego –
pożyczył natomiast Caleb, odprowadzając wzrokiem wracającego po tacę z połową
kolejnych misek Aidana.
Ariene
najwyraźniej nie uznała docinki Anabde za godną skomentowania, raczyła tylko
zmiażdżyć spojrzeniem nekromantkę, najwyraźniej bardzo niezadowolona. Potem w
ten sam sposób pozbawiła życia Caleba, warknęła pod nosem i rozejrzała się za
wolnym krzesłem – to po zleceniodawcy w całej swej chwale zajął Sheridan i
wyszczerzył do podłej wiedźmy ostrzejsze zęby w złym uśmiechu.
– A to ona w
ogóle myśli? – zwątpiła na głos Aithne, wznosząc oczy do sufitu.
– Ai, słońce,
dałabyś sobie spokój od czasu do czasu – westchnął Errian, przechylając głowę,
by lepiej widzieć siedzącą obok niego radosną dziewczynę.
– Skończ z tym
słońcem – warknęła natychmiast upadła, wbijając w młodego maga bardzo złe,
bardzo mordercze spojrzenie.
– Kiedy swą
radością życia opromieniasz mi każdy dzień – wyjaśnił nieco oburzony Errian,
uśmiechając się trochę pogodnie, a trochę złośliwie.
– Pewnego
pięknego dnia cię zabiję – wysyczała Aithne, strosząc się jak kot, któremu
nadepnięto na ogon.
Ariene w tym
czasie, zignorowawszy także upadłą, wypatrzyła sobie wolne krzesło i ruszyła w
jego stronę stanowczym krokiem, nie zamierzając znaleźć się na niczyjej łasce –
czy to głupiego myśliwego, czy nieco mniej głupiego obrońcy.
Aidanowi udało
się wylać tylko trochę zupy, później nawet dostarczył w całości wszystkie
porcje drugiego dania. Został pochwalony przez nauczyciela, choć tego typu
osiągnięcie nie było satysfakcjonujące w profesji obrońcy; gdy cała grupa się
już najadła, biednego chłopaka oddelegowano do odnoszenia brudnych talerzy.
Przyjął to z
godnością, choć nie krył ulgi, gdy Meara ochoczo zaproponowała mu pomoc.
Skończyło się na tym, że Aidan wykonał kilka rundek od stołu do lady i z
powrotem, niosąc po kilka talerzy, podczas gdy Meara ustawiła kilkanaście
talerzy w chwiejną wieżę i dotaszczyła je do lady bez ubytku na zdrowiu własnym
oraz zastawy.
Bardzo
zadowolona z życia Leanelle osunęła się nieco na krześle, przymrużając oczy i
splatając ręce na pełnym brzuchu. Zignorowała Hessana, który usiadł na skraju
blatu i wpatrywał się w nią intensywnie, poruszając końcówką ogona.
Urażony smok
prychnął i zwinął się w kłębek przed miejscem Meary, najwyraźniej mając
nadzieję, że jego pańcia poczuje się choć trochę zazdrosna.
Nic z
tego.
– To co teraz?
– zainteresowała się pogodnie panna Tully, gdy już wróciła do stołu i rozsiadła
się wygodnie.
– Wygląda na
to, że mamy wolne do jutra. Jest za późno, żebym uzyskała na mieście
jakiekolwiek sensowne informacje – zakomunikowała Ariene, uśmiechając się.
Aidan także
powrócił w chwale, usiadł ciężko na krześle i mruknął coś o tym, że „nigdy
więcej”. Doskonale wiedział, że i tak, jako najsłabsze ogniwo w grupie, dalej
będzie do takich celów wykorzystywany, ale pomarzyć zawsze można.
– Dość
spokojne miejsce – zauważył Errian, tocząc wzrokiem po wnętrzu karczmy, w
jakiej się znaleźli.
Zwykle jednak
przebywali w takich, gdzie urządzają co chwila pijackie burdy, mężczyźni
krzyczą, klepią wszystkie kobiety po tyłkach, a poziom kultury osobistej sięga
mniej więcej do poziomu brudnych skarpetek.
Tutaj
tymczasem wszyscy rozmawiali ściszonymi głosami, pochyleni do siebie, przez co
młody mag zaczął się zastanawiać, czy bezpieczniej przypadkiem nie czuje się w
tym pierwszym typie przybytków.
– Takie
zażyczył sobie pan Margat – odparła podła wiedźma, wyciągając przed siebie nogi
i krzyżując ręce za głową z zadowolonym uśmiechem.
Errian
przytaknął krótko i spojrzał raz jeszcze na Sheridana. Łowca, chociaż względnie
sprawiał wrażenie normalnego, od dłuższego czasu wydawał się młodemu magowi nieswój.
Wystarczyło raz zauważyć jego niecodziennie rozbiegane oczy, jakby ciągle
spodziewał się nieprzyjemnej niespodzianki.
I często bez
powodu się napinał, na krótkie chwile zastygając.
– Ciekawe, czy
w pokojach da się spać – westchnęła Aithne, kładąc głowę na blacie stołu i
przymykając oczy.
– Ciekawe, ile
wolnych pokoi w ogóle tu jest – naprostował mimowolnie Aidan, z powątpiewaniem
spoglądając w stronę schodów prowadzących na piętro.
Od jednego ze
stołów podniósł się mężczyzna. Caleb zerknął w jego stronę, średnio
zainteresowany nowym poruszeniem, i pobieżnie ocenił nieznajomego jako
obdartusa oraz biedaka, ale niekoniecznie żebraka.
Już chciał
skupić się na obserwacji kogoś – bądź czegoś – innego, kiedy dostrzegł, że
facet ruszył w ich stronę. To zdobyło uwagę myśliwego; zmrużył oczy,
przypatrując się idącemu do nich mężczyźnie.
Nikt nie
zainteresował się nieznajomym do momentu, w którym ten zatrzymał się w
rozsądnej, a przy tym bezpiecznej odległości od miejsca Sheridana. Rozmowy
częściowo ucichły, bo każdy przynajmniej raz tam zerknął.
– Pan Kedalt?
– wychrypiał mężczyzna.
Łowca od
niechcenia obrócił do niego głowę, ale Errian dostrzegł w jego oczach
charakterystyczny, obcy blask. Tak przyjaciel jeszcze na nikogo nie patrzył, bo
w jego spojrzeniu dostrzegł coś podobnego do strachu.
Anabde już od
kilku dni była zaniepokojona. Nie pytała – to bezcelowe, bo i tak nie
otrzymałaby odpowiedzi – i tylko trwała w nerwowości spowodowanej, choć trudno
się do tego przyznać, Sheridanem.
Podejście
nieznajomego, który znał tożsamość łowcy, było wydarzeniem na tyle
niecodziennym, że natychmiast wzbudziło nie tylko jej uwagę; spowodowało
również, że serce zabiło mocniej. Oceniła przybysza przenikliwym spojrzeniem;
nie stwarzał zagrożenia, ale coś tu było nie tak. Przymrużyła szare oczy i
pochyliła się nieznacznie, by nie uronić ani jednego słowa czy gestu
mężczyzny.
Przy stoliku
atmosfera zrobiła się dziwnie gęsta, co po niedługiej chwili udzieliło się
całej gospodzie. Nawet Meara zaprzestała zabawy z Hessanem, usiadła na miejscu
w miarę składnie i wbiła pozbawione zrozumienia, a także mocno podejrzliwe
spojrzenie w nieznajomego. Również smok zrozumiał powagę sytuacji; wrócił do
pańci i ustawił się przed nią, jakby chciał zasłonić ją własnym, bądź co bądź
niezbyt imponującym ciałkiem.
To było dziwne
wrażenie. Jakby wszyscy byli gotowi do interwencji, w razie gdyby nieznajomy
nie miał czystych intencji. Nie chodziło o to, że wątpili w siłę Sheridana, po
prostu... no cóż, byli drużyną. Mniej czy bardziej zorganizowaną, ale jednak
drużyną.
Mężczyzna
zdawał się tego nie dostrzegać. Uśmiechnął się krzywo, jakby widział tylko
tego, do kogo podszedł, potarł pokrytą kilkudniowym zarostem szczękę. Aż
wreszcie zaśmiał się cicho i ochryple, kręcąc głową.
– Pewnie mnie
nie pamiętasz – stwierdził rozbawiony, przypatrując się dziwnie napiętemu
Sheridanowi z błyskiem w nijakich oczach. – Jak się ostatnim razem widzieliśmy,
ten stary skurwiel zabierał cię, ledwie smarka, na polowanie. Pięknie mu to
zjebałeś! – pochwalił i zarechotał głośniej.
Zdawałoby się,
że w tych słowach nie ma niczego niepokojącego. Ot, stary znajomy Sheridana –
przez sto pięćdziesiąt lat musiał kogoś poznać – przyszedł powspominać dawne
dzieje. Nie wyglądał przecież groźnie. Nie stwarzał poczucia zagrożenia.
Wszystko wokół niego sprawiało wrażenie normalności.
A mimo to
łowca otworzył szerzej oczy, drętwiejąc. Tym razem trwało to dłużej niż
wcześniej, tym razem większość zebranych musiała to dostrzec.
Sheridan
jeszcze nigdy nie okazał tak szczerego, bo całkowicie niespodziewanego,
strachu. Spojrzał przelotnie na Anabde, w jego oczach czaiło się dużo dziwnych
uczuć.
I potem
wszystko się uspokoiło, gdy znów wbił wzrok w mężczyznę, na powrót będąc Przeklętym,
jakim wszyscy go znali. Nawet trochę groźniejszym niż na co dzień.
– Nie ma go tu
– oznajmił zimnym głosem, jawnie sugerując, by natręt się wynosił.
– I tu się
mylisz – westchnął mężczyzna i pokiwał ze zrezygnowaniem głową, jakby wcale nie
chciał Sheridanowi niszczyć złudzenia.
W ciszy, która
zapadła po tej dziwnie wymianie zdań, Aithne otworzyła usta, by się odezwać.
Errian delikatnie przykrył jej buzię dłonią, nie odrywając wzroku od
przyjaciela, a upadła była na tyle zszokowana, że nawet jego ręki nie
odtrąciła, po prostu posłusznie pozostając w milczeniu.
Anabde nadal
nie rozumiała. Jasna cholera, dlaczego tak mało o nim wiedziała? Powinna była
pytać. Powinna była drążyć, dowiadywać się, przeprowadzać własne wywiady. Coś
było tu nie tak, bardzo nie tak, a ona nie wiedziała co.
Krótkie
spojrzenie Sheridana sprawiło, że po plecach przeszedł jej dreszcz strachu;
jeżeli coś – bądź ktoś – było w stanie go zdenerwować, należało zacząć się
martwić.
Zacisnęła
dłonie w pięści, choć starała się pozostać w bezruchu. Uniosła nieznacznie
brodę, perfekcyjnie zakrywając niepokój maską dumy oraz siły, jakby to mogło ją
(a może ich?) jakkolwiek uratować.
Cisza była
nieprzyjemna. Na tyle krępująca, że Meara poruszyła się nerwowo na krześle.
Choć nieobeznania z kulturą oraz kompletnie pozbawiona wyczucia w relacjach
międzyludzkich, zrozumiała, że teraz należy powstrzymać się od komentarzy.
Wszyscy
czekali w napięciu, nawet nie spoglądając na siebie nawzajem; nie liczyło się
to, że nie rozumieli, tylko to, że mogą być potrzebni.
I że nie jest
dobrze.
– Doprawdy? –
rzucił wreszcie Sheridan, siląc się na typowy, trochę kpiący, trochę znudzony
głos, jakby rozpaczliwie próbował wrócić do normy.
– Ech,
dzieciaku – westchnął mężczyzna, sięgając po jedno z wolnych krzeseł i siadając
na nim ze zrezygnowaną miną. – Chociaż właściwie już nie dzieciaku – poprawił
się, rzuciwszy łowcy przeciągłe spojrzenie. – Wyrosłeś na tego, kim widział cię
ten stary skurwiel, ten to miał oko – skwitował i znowu zarechotał, wyciągając
przed siebie nogi.
– Czego
dokładnie chcesz? – warknął coraz bardziej zirytowany Sheridan i zabębnił
palcami w blat stołu, zdradzając zdenerwowanie.
– Ostrzec cię,
Sher – mruknął ciszej, pochylając się, jednak jakby sobie przypomniał o
pozostałych, bo popatrzył na nich podejrzliwie i z dużą niechęcią.
Dopiero wtedy
zerknął wymownie na Przeklętego.
– Mów –
ponaglił go Sheridan, krzywiąc w irytacji usta.
Mężczyzna
pokiwał głową, potem nią pokręcił, jakby takiej odpowiedzi obawiał się
najbardziej. Nawet poklepał współczująco łowcę po ramieniu, przeobrażając całą
sytuację w tani, trudny do zrozumienia dramat.
– I tego także
się obawiał, kiedy puszczał cię samopas! – zawołał teatralnie, zataczając ręką
łuk. – Mówiłem mu, że zdurniał, ale on miał nosa do wszystkiego. Zgodzisz się
ze mną, prawda? – dodał z porozumiewawczym uśmieszkiem.
Sheridan
milczał, jego spojrzenie dla odmiany stało się puste. To było równie
przerażające, co strach chwilę temu.
– No dobrze,
nie będę owijał w bawełnę. Ma cię kropnąć – oznajmił, ostentacyjnie zignorowany
przez rozmówcę, i spojrzał mu prosto w oczy.
Łowca
zmarszczył lekko czoło, wyraźnie napinając ramiona.
Nikt
przesadnie nie zareagował. Najpierw pojawiła się dość przyjemna
myśl: Jasne, Sheridana to on może próbować zabić, powodzenia. Nastąpiła
kolejna, przypominająca, że rozmowa dotyczyła prawdopodobnie dawnego
nauczyciela łowcy. A to, jak również niespokojna reakcja mężczyzny, zmieniało
postać rzeczy.
Anabde
poczuła, jak sztywnieją jej mięśnie. Na krótką chwilę w jej oczach pojawiło się
coś dziwnego; szczęście, nikt nie zdążył tego zauważyć, a ona wypuściła
powietrze, uspokoiła się i wszystko wróciło do normy.
A przynajmniej
tak wyglądało. W środku... W jej wnętrzu działo się coś dziwnego.
Nie udawali,
że nie usłyszeli. Po prostu wydawało się to być irracjonalne. Dodatkowo byli
widzami, obserwowali scenę, w której odmówiono im udziału. Mogli tylko czekać,
aż coś zostanie powiedziane, aż nieznajomy odejdzie, a Sheridan podejmie
decyzję. Trwali więc w tym oczekiwaniu, napięci, niespokojni. Cador przymrużył
jasnozielone oczy, czując, jak jego instynkt bije na alarm; a że nigdy go nie
zawodził...
Sheridan
wreszcie parsknął kpiąco. Zdawało się, że to ratuje sytuację, że wszyscy
niniejszym mogą odetchnąć z ulgą – ale oddechy zamarły im w piersiach, bo to
nie było takie proste. Zwłaszcza Errian to widział, spoglądając z ukosa w twarz
przyjaciela i czując, jak jego żołądek zaciska się boleśnie.
– Gair nigdy
nie brał zleceń najemniczych – zbagatelizował informację łowca, cmoknąwszy z
irytacją, ale przestał patrzeć mężczyźnie w oczy.
– Nie
wyobrażasz się, jak się ucieszył, gdy usłyszał, że to o ciebie chodzi – odparł
cicho dawny znajomy, nie odrywając wzroku od zdenerwowanego Przeklętego. –
Znasz go. Kurwa, on naprawdę cię lubił. Ale to Gair.
– Gówno mnie
obchodzi, jaki miał do mnie stosunek – warknął od razu Sheridan, może
nieznacznie za szybko, może oczy błysnęły mu zbyt dziwnie jak na to, jak w
istocie miała zabrzmieć ta wypowiedź.
– Nieważne –
skapitulował, unosząc obronnie ręce. – Chciałem ci to powiedzieć, bo cię
zawsze, smarku, lubiłem. Uwielbiałem te twoje potknięcia na polowaniach, jako
jedyny dawałeś w kość temu skurwielowi – westchnął, chyba znów oddalając się do
wspomnień. – Wygląda jednak na to, że zbliża się ostatni raz, kiedy dasz mu w
kość – dodał poważniej, znów odszukując wzrokiem oczy Sheridana, chociaż łowca
nie odwzajemnił spojrzenia.
Przeklęty, co
do niego zupełnie niepodobne, przeciągnął dłonią po twarzy, a potem z wyczuciem
nacisnął palcami na nasadę nosa, najwyraźniej próbując zebrać myśli.
Errian,
patrząc na przyjaciela, poczuł przemożną potrzebę ofiarowania mu jakiejkolwiek
pomocy – ale nie mógł nic zrobić. Kiedy Aithne nieśmiało chwyciła go za rękę,
ochoczo odwzajemnił uścisk, odszukując w tym trochę uspokojenia.
Wreszcie
Sheridan uniósł głowę i uśmiechnął się niepokojąco, ukazując zaostrzone zęby.
Zielone oczy błyszczały, ale pierwszy raz pojawił się w nich fałszywy blask
triumfu.
– Może
próbować – skwitował niedbale i prychnął kpiąco.
Mężczyzna
jeszcze chwilę się mu przyglądał, po czym zarechotał cicho i pokręcił głową.
Przechylił się, klepnął Sheridana w ramię i wstał z miejsca.
– Nie mam
pojęcia, co ten stary skurwiel z ciebie właściwie zrobił, ale cię znajdzie.
Wiesz, jakie stosował metody, gdy coś mu się nie podobało – rzucił, zaglądając
łowcy w oczy; w nich ujrzał, że Sheridan doskonale pamięta i doskonale wie, o
czym on mówi. – Skoro tak bardzo chce cię zajebać, musi mu się coś nie podobać.
Jestem w twojej drużynie, Sher, pamiętaj. Lepszy z ciebie skurwiel, powiem ci –
dodał i zasalutował, odwracając się, by odejść w swoją stronę.
Nim jednak do
końca obrócił się do nich plecami, w zawadiackim uśmiechu błysnęły ostrzejsze
zęby, oczy także stały się trochę bardziej drapieżne. Dopiero wtedy ruszył do
drzwi, zostawiając zebranych w tej ciężkiej, przerażającej ciszy.
Większość
odwróciła wzrok. Leanelle całkowicie poświęciła uwagę naprężonemu z nerwów
Hessanowi, głaszcząc go sztywno po grzbiecie. Nawet Meara zasępiła się i wbiła
spojrzenie w blat stołu, choć na krótką chwilkę zerknęła w stronę Sheridana.
Nie do końca
wiadomo było, jakich słów użyć i jakie gesty wykonać. Dlatego po prostu byli.
Może się na coś zdadzą.
Najgorzej
spośród obserwatorów przyjęła to jednak Anabde, a co martwiące, było to widać
jak na dłoni. Zagryzła w zdenerwowaniu wargę i odwróciła głowę, potem położyła
dłoń na karku, by nerwowo pocierać skórę palcami. Do tego zrobiła się jakby
bledsza, bardziej napięta, wręcz... widocznie zmartwiona. Na swój sposób, rzecz
jasna, ale zmiana wystarczająco rzucała się w oczy.
Przeniosła
spojrzenie na Sheridana, spojrzenie, w którym czaiło się wiele trudnych uczuć.
Dłoń, którą kobieta trzymała położoną na blacie, poruszyła się nieznacznie,
jakby wyciągnęła w jego stronę; potem jednak zamarła i tak już zostało, jak gdyby
nigdy nic.
Wreszcie Meara
nie wytrzymała ciszy. Widziała, że wiele osób przygotowuje się do powiedzenia
czegoś, jednak nikt się nie przełamał. Dlatego dziewczyna wygodniej usadziła
się na krześle, przymknęła na chwilę oczy, odetchnęła głośno i spojrzała prosto
na łowcę, gdy tylko uchyliła powieki.
– Kto to był?
– zapytała, jednak nie tego dokładnie chciała się dowiedzieć.
Właściwe
pytanie zadała po chwili:
– Możesz mu
ufać? Mówi prawdę?
I zupełnie nie
obchodziło jej, że była w tej grupie najświeższym nabytkiem, przez co może nie
mieć prawa do wyrażania wątpliwości. Do mieszania się. Była niewychowana, tak,
i całkiem było jej z tym dobrze.
Sheridan nawet
na nią nie spojrzał. Dla niektórych był to dość czytelny znak, jak na przykład
dla Erriana; młody mag pokręcił lekko głową, wwiercając się wzrokiem w profil
przyjaciela. Przeklęty wreszcie zerknął na niego krótko, w jego oczach czaiło
się zdecydowanie zbyt dużo uczuć.
– Nie twój
zasrany interes – poinformował Mearę uprzejmie, znów zainteresowawszy się pustą
przestrzenią, nie zebranymi. – Jeśli ktoś martwi się o pracę, to uspokoję was,
możecie dalej swobodnie działać – dodał zimnym głosem, przymykając powieki.
Aidan w
pierwszym odruchu otworzył usta, by oburzyć się na sposób, w jaki Sheridan
odniósł się do Meary, ale sam doszedł do wniosku, że to głupie, nawet zanim
Caleb skarcił go miażdżącym spojrzeniem.
Meara za to
nie wyglądała na przejętą. Powoli kiwnęła głową, patrząc na łowcę w dziwnym
zamyśleniu; wreszcie zerknęła w stronę Anabde i to na niej na dłuższą chwilę
skupiła spojrzenie.
I tym razem
została zignorowana, widziała jednak, że nekromantka czuła na sobie jej wzrok.
Jej i wielu innych, chociaż te pozostałe nie były aż tak ostentacyjne. Czuła je
i wiedziała, że czegoś się od niej oczekuje; gdyby tylko wiedziała, co może
zrobić.
Wreszcie,
zdenerwowawszy się przeciągającą ciszą, postanowiła zebrać się w sobie.
Wyprostowała się, przymrużyła szare oczy i rozejrzała się po pozostałych, nie
zdradzając wyrazem twarzy żadnych emocji, wszelkie uczucia ukrywając głęboko w
sobie.
– Myślę, że
czas rozejść się do pokojów – oznajmiła krótko.
Tak będzie
lepiej, łatwiej.
– To był długi
dzień, to dobry pomysł – przytaknęła jej zaraz Ariene, podnosząc się z miejsca,
by zmobilizować pozostałych.
Wszyscy
zaczęli się powoli zbierać, znów rozbrzmiały ciche, dość nieśmiałe rozmowy.
Errian dwa razy zerknął na Sheridana, zastanawiając się, czy powinien z nim
zostać, szybko jednak odczytał z przyjaciela, że to nie byłby dobry pomysł.
Dlatego obrócił się do przeklinającej pod nosem na krzesło Aithne i obdarzył ją
uśmiechem, nieco upadłą dezorientując tą nagłą radosną wylewnością.
Sheridan
natomiast zamknął oczy, wspierając głowę na dłoni. Nie trwało to długo, nim
odciął się od wszystkich dźwięków napływających z gospody, zapominając o tym,
że nie znajduje się tu sam. Jego myśli skupiły się na czymś ważniejszym, na
czymś, co wywoływało u niego mieszane uczucia.
Nie przywykł
wierzyć komukolwiek, ale z pewnego powodu wszystko, co dotyczyło Gaira, zdawało
się być niezwykle wiarygodne oraz prawdziwe.
Było wilgotno.
Na bruku zalegały kałuże, w których odbijało się szare, zasnute ciemnymi
chmurami niebo. Pogoda w każdej chwili mogła się znów pogorszyć, choć ulewa
niedawno się skończyła – ludzie nieśmiało wracali na ulice, wychodząc spod
wszelkich dachów, z przybytków publicznych lub własnych domów.
Kilkoro
roześmianych dzieci przemknęło przez drogę, pokrzykując i skacząc w brudnej
wodzie, na ich czystych ubraniach pojawiły się pierwsze cętki błota. Pewna
elegancka kobieta zaśmiała się wdzięcznie, przyjmując ramię partnera, by,
zgodnie ze swoją propozycją, przeprowadził ją ponad wyjątkowo sporą kałużą.
Nie
przeszkadzał im chłodny wiatr, ignorowali intensywniejszy zapach ścieków, który
ogarniał miasto po każdej ulewie. Roześmiani czy gburowaci szli, rozmawiając
lub milcząc we własnym interesie, jakby wierząc, że lada moment chmury znów się
rozstąpią, ukazując słońce.
Stał między
dwiema kamienicami, drżąc z zimna i przyglądając się mijającym go ludziom.
Wpatrywał się w nich dużymi, nieco błagalnymi oczami, spojrzeniem tak
chwytającym za serce, jak tylko chwytające za serce potrafi być spojrzenie
czterolatka. Jednak pozostawał niewidzialny, jakby zupełnie nie istniał, jakby
od ich lepszego świata odgradzała go ściana – nie widział jej, ale go
zasłaniała. Odcinała.
Oblizał
spierzchnięte wargi, choć wiedział, że od chłodnego wiatru jedynie bardziej
popękają, nerwowym gestem odgarnął opadające na czoło mokre kosmyki
ciemnobrązowych włosów. Oderwał wzrok od przechodzących ulicą ludzi, szukając
jakiegokolwiek suchego skrawka ziemi czy bruku, na którym mógłby przysiąść i
przestać być niewidzialnym.
Chciał znaleźć
schronienie przed deszczem, nawet udało się mu skulić pod wyświechtanym
kawałkiem materiału, ale przyszedł silniejszy, starszy chłopak i go wygonił.
Pozostało moknąć, rozpaczliwie wierząc, że się nie rozchoruje.
Już raz
zachorował na zapalenie płuc i przeżył tylko dlatego, że straż miejska tamtej
zimy zorganizowała noclegownie dla bezdomnych. Dostał nawet ciepłą zupę, co go
zaskoczyło, ale nie śmiał prosić o dokładkę. Mógłby za to zostać pobity do
nieprzytomności, lepiej się nie wychylać.
Zauważył, że
im mniej jest się widocznym na ulicy, tym łatwiej przeżyć. Zwłaszcza że nie
wiedział, jak korzystać z samego siebie, ze swoich umiejętności, które przecież
miał wrodzone. Ot, czasami tracił kontrolę, czasami działo się coś dziwnego,
ale nie chciał tego. To mogło zwrócić na niego uwagę.
Od pewnego
czasu starał się zarabiać. Nie za dużo – zostałby okradziony. Albo zabity dla
kilku miedziaków. Chciał mieć choćby na jedzenie, żeby już nie musieć kraść ze
straganów bądź żebrać; czego jeszcze nigdy nie zrobił, nie potrafił przemóc
się, by paść przed kimkolwiek na kolana i błagać o pomoc.
Wiedział, że
jeśli czegoś nie wymyśli, złamanie tej dumy stanie się kwestią życia oraz
śmierci, ale nie chciał do tego dopuścić. Dlatego pomyślał, że mógłby się
jakkolwiek przydać. Próbował nosić bagaże ludziom, pomagać przy dorożkach, gdy
coś się działo z kołami bądź lejcami, czyścić przechodniom buty.
Rzadko udawało
się mu otrzymać wynagrodzenie, ale nie poddawał się. Trud czasami się opłacał,
ale musiał dużo znosić. Obelg, obrzydzenia na twarzach, kpin, czasami sztucznej
litości. Zaciskał zęby i po prostu pochylał głowę, jednak przychodziło mu to
nie bez wysiłku.
Nie miał jak
pozbyć się znoszonych, brudnych oraz śmierdzących ubrań. Nie mógł się umyć,
pobliska rzeka nie była dość czysta, a i tak najczęściej bał się, że się
przeziębi. W końcu nie każda pora roku się do tego nadawała.
To wszystko
było okropne, każdy dzień ciążył mu boleśnie w piersi, ale nie wyobrażał sobie,
by się poddać. Coś musiało się kiedyś stać. Z drugiej strony – może takie małe
piekło na ziemi było jedynym, czego mógł oczekiwać od losu? Może powinien się
cieszyć, że nadal żyje? Pokręcił powoli głową, leniwie odganiając od siebie te
myśli.
Zastanawianie
się nad przyszłością nie miało sensu – przyszłością są kolejne godziny, bo w
każdej mógł zginąć. Tymczasem, skoro jego domem była ulica, należało sobie
radzić. Należało wierzyć, że uda się mu zdobyć coś do jedzenia. Zmrużył oczy,
przez co przez chwilę wyglądał naprawdę niepokojąco. Potem jednak prześlizgnął
się między kamienicami i ruszył w ulicę, wpychając ręce do kieszeni spodni i
garbiąc ramiona.
Z irytacją
odkrył, że dziura w prawej kieszeni jest już tak duża, iż cała jego dłoń przez
nią przechodzi. Może mógłby ukraść nić i igłę? Ale nie potrafił szyć. Ani
czytać, ani pisać, ani wysławiać się w odpowiedni, przyjęty przez normy kultury
sposób.
Czuł, że ten
margines jest wszystkim, o co powinien prosić, jednak nie chciał się z tym
pogodzić. Pełne buntu spojrzenie uniósł na mijającego go mężczyznę; przeszyły
go zimne, odrzucające wręcz obojętnością oczy o tęczówkach niemalże czarnych.
Wzdrygnął się mimowolnie, mocniej zgarbił ramiona i przyspieszył kroku, karcąc
się w myślach za lekkomyślność. Mógł zostać pobity za taką zniewagę wyżej
urodzonego obywatela, może nawet by go wsadzili do celi.
Wtedy
przynajmniej otrzymałby trochę czystej wody i kawałek chleba.
Wreszcie, po
dość krótkiej wędrówce, w czasie której walczył, żeby nikt go nie podeptał,
dotarł do suchego miejsca na rogu jednej z kamienic. Przed deszczem częściowo
osłonił je balkon zawieszony na piętrze, dlatego mógł kucnąć, nie bojąc się, że
będzie klęczał w zimnej wodzie przez kolejne godziny.
Wyciągnął z
prawie nienaruszonej kieszeni szmatkę, której używał do czyszczenia
przechodniom butów, nabrał głębokiego wdechu i znów popatrzył na mijających go
ludzi, zbierając w sobie odwagę do zaproponowania drobnej przysługi.
Było w tym coś
odrzucającego, nie miał najmniejszej ochoty na odzywanie się do nich,
zaczepianie, napraszanie się. Ale to jedyny sposób na poradzenie sobie, na
zarobienie choćby jednego miedziaka. Za tyle mógł dostać czerstwy chleb, w
końcu nikt go nie kupi.
– Przepraszam
– wyrzucił wreszcie na wydechu, podrywając się i dopadając do jednego z
przechodzących mężczyzn. – Mogę panu buty wyczyścić? – dodał na wdechu, czując,
że serce obija się mu boleśnie o sterczące żebra.
Uchwycił pełne
złości oraz obrzydzenia spojrzenie, potem został odtrącony trzymaną przez
nieznajomego laską, aż zatoczył się na ścianę z głuchym stęknięciem. Zabolałoby
mniej, gdyby kości nie znajdowały się zaraz pod skórą, bez ochronnej warstwy
tłuszczu czy mięśni. Siniak zostanie najprawdopodobniej przez długie tygodnie.
– Nie zbliżaj
się, szczurze uliczny – warknął mężczyzna, jednak zatrzymał się, by szyderczym
spojrzeniem ocenić robaka, którego udało się mu zdeptać. – I czym ty chcesz
czyścić buty, tą ubłoconą, zawszoną szmatą? – dodał z kpiną, szczerząc w
brzydkim uśmiechu zęby. – Żałosne. Powinni was wybić, zanieczyszczacie tylko
miasto.
Chłopiec
warknął cicho, unosząc na nieznajomego płonące gniewem spojrzenie zielonych
oczu. Zacisnął wolną dłoń w pięść, chwilę ze sobą walcząc, aż wreszcie wypuścił
powietrze przez nos i odwrócił wzrok, skupiając się na szukaniu innego klienta.
Każdy na jego
miejscu spróbowałby przynajmniej przeprosić, widział to już kilkakrotnie w
wykonaniu innych bezdomnych dzieciaków, ale nie zamierzał iść w ich ślady aż
tak żałośnie.
Jednak kolejne
próby znalezienia zarobku kończyły się podobnie. Większość zwyczajnie go
ignorowała, ale zarobił trzy nowe siniaki, wszystkie na wysokości żeber.
Wreszcie stracił wolę walki; ledwie stał na nogach, taki był głodny. Musiał
chwilę odpocząć, dlatego wrócił pod ścianę i znów usiadł na bruku, oddychając
tak powoli, jak tylko mógł.
Znów stał się
niewidzialny, mijali go obojętnie, ślepi na brud, nędzę, rozpacz oraz
zbliżającą się śmierć. Siedząc tak, drżąc z zimna i co chwilę martwiąc się, czy
nie ma gorączki, zastanowił się przelotnie, kto jest bardziej żałosny.
On, bezdomny,
pozbawiony dosłownie wszystkiego, samotny oraz walczący, czy oni – wyniośli,
bogaci, najedzeni, a jednocześnie tak ograniczeni i obojętni.
– Wyczyść mi
buty.
Drgnął, na moment
drętwiejąc, przekonany, że się przesłyszał. Niepewnie uniósł głowę, otwierając
szerzej oczy, kiedy ujrzał stojącego nad nim mężczyznę.
Nieznajomy
odziany był w ciemny płaszcz, na głowie miał charakterystyczny, chyba modny w
tym roku kapelusz, na jego ustach czaił się szyderczy, władczy uśmieszek.
Sprawiał wrażenie pełnego mocy, wpływów, pełnego wszystkiego, czego brakowało
jemu, chłopczykowi z ulicy. Był z zupełnie innego świata, lepszego nawet od
tego, w którym żyła większość przechodniów.
– No, dalej.
Chyba chcesz zarobić, co? Chyba że się rozmyśliłeś – ponaglił go, uśmiech stał
się lepiej widoczny, jakby mężczyzna zauważył pełne niedowierzania myśli
chłopca, jakby go to bardzo śmieszyło.
To było…
straszne. Niepokojące. Oraz niezwykle irytujące, a tym samym – zaskakujące. Nie
powinien się irytować. Powinien się cieszyć, że dostanie trochę pieniędzy.
Mimo to nie
mógł pozbyć się uczucia niechęci, coś dziwnego urosło w jego piersi, kiedy
leniwie odwzajemniał spojrzenie mężczyzny.
Nieznajomy
miał odpychające, niemalże czarne oczy.
– Tak, panie –
wycedził przez zęby, pochylając z powrotem głowę, by ukryć wątpliwości, jakie
go naszły.
Czy to ten sam
człowiek, którego zmierzył rozeźlonym wzrokiem? Jego mijał na ulicy niecałą
godzinę temu? Ta myśl była niepokojąca bardziej od całej postaci obcego, coś
ścisnęło chłopca w piersi.
– Nie chcesz
tego robić – skwitował mężczyzna i cofnął nogę, nim dziecko sięgnęło szmatką do
buta. – Dlaczego więc w to brniesz? – spytał bez żadnego zainteresowania, z
irytującą obojętnością w głosie.
To go
zdenerwowało bardziej. Zabrał rękę, upuszczając materiał, poderwał głowę i bez
najmniejszego skrępowania popatrzył nieznajomemu prosto w oczy, ignorując
nieprzyjemne ciarki, jakie przebiegły po plecach. Poczuł, że przyspiesza mu
tętno, gniew pojawił się właściwie znikąd oraz gwałtownie.
To było
dziwnie ożywcze.
– A wyglądam,
jakbym miał wybór? – warknął niższym głosem, mrużąc powieki z niechęcią,
jeszcze chwilę wpatrywał się w spokojnego, nieczułego na wszystko mężczyznę.
Potem syknął z
irytacją i sięgnął po cały swój dobytek w postaci tej jednej brudnej szmatki.
Musiał zmienić stanowisko i uciec od tego dziwaka, może w innej części miasta
trafi się więcej normalnych oraz bardziej hojnych osób.
– Jak masz na
imię? – spytał, co momentalnie chłopca zatrzymało, wręcz wmurowało.
Zdrętwiał,
otwierając szeroko oczy. Słowa odbiły się echem w jego umyśle, chwilę w nim
dźwięczały, aż wreszcie ucichły w oddali.
Nigdy nikt go
o to nie zapytał. Był po prostu kolejnym brudnym bezdomnym dzieciakiem. Był
kolejnym śmieciem, którego nie sposób posprzątać, znajdował się na tej samej
płaszczyźnie, co bezpańskie psy lub koty. A zwierzętom i tak niekiedy lepiej
się powodziło.
Potem
natomiast zastanowił się gorączkowo, jakie jest jego imię. Bo było najcenniejszym
skarbem, jaki posiadał. Było czymś, co czyniło go lepszym od innych bezdomnych
sierot. Czyniło go nim. Nikim innym. Nie zdradzał go byle komu – a i tak nikogo
ono nie interesowało. Czego chciał zatem ten mężczyzna?
– Sheridan –
odparł cicho, powoli unosząc wzrok na ciemne oczy nieznajomego.
Obcy milczał,
przyglądając się mu w ciszy. Obserwował go jak ciekawe zjawisko przyrodnicze,
jak anomalię w naturze, jak coś, co można zbadać, sklasyfikować oraz ocenić.
Chłopiec czuł
się w tym czasie najdziwniej w całym życiu, ale nie odwrócił spojrzenia,
czekając. Serce łomotało w piersi, oddech wiązł w gardle, chyba ogarnął go
strach. Jednak nawet nie drgnął, starając się odpowiadać równie nieugiętym,
równie obojętnym, równie pewnym siebie wzrokiem. Było w tym coś upajającego.
Mężczyzna
wyciągnął do niego odzianą w skórzaną rękawiczkę dłoń, na jego twarzy nie
pojawił się nawet cień odrazy.
– Chodź ze
mną, Sheridanie – zaproponował nagle miękkim, bardziej spokojnym niż obojętnym
głosem. – Chodź do domu.
Jego słowa nie
miały najmniejszego sensu. Nic nie miało sensu. Nie istniało coś takiego, jak
dom, nie istniało nic takiego, jak pomocna dłoń. Nikt normalny nie posłuchałby
chodzącego po ulicy popaprańca, który dyskutuje z bezdomnymi czyszczącymi buty.
Jednak coś
było w tych oczach. Coś znajomego. Obietnica, zaproszenie, szansa. Widział to
wszystko i choć bał się, choć nie ufał, choć chciał uciec, to nie potrafił.
Został sparaliżowany – może to przez myśl o tym, jak wiele mógł dostać,
przyjmując to wszystko.
Stracić wiele
nie mógł – co najwyżej nędzne życie.
Nigdy nie
zrozumiał, dlaczego tamtego wilgotnego, zimnego dnia chwycił odzianą w skórzaną
rękawiczkę dłoń, podniósł się z bruku i poszedł w tłum za dziwnym nieznajomym o
prawie czarnych oczach.
O zgrozo... Ja wiedziałam, że lubisz krzywdzić swoje postacie i przypuszczałam, że Sherowi też się oberwie, ale to zapowiada coś więcej! Jesteś straszna, kobieto. Serio Ci mówię i nie mogę się doczekać, co spowodowało, że tego mojego ulubionego skurwiela tak sparaliżowało ze strachu. To... to... no to się w głowie nie mieści. On taki zły, podły, mhrok i w ogóle, a tu proszę... Coś się z nim dzieje innego.
OdpowiedzUsuńMuahahahahaha! <3
UsuńBo widzisz, Sheruś nie był skurwielem od urodzenia :3 A jak się stoczył, to się dowiesz... w następnych rozdziałach, kryptoreklama xD
Mówię ci, poznasz go z takiej strony, że to się w pale nie mieści xD Hihihi, o bez kitu, ale mam sadystyczną satysfakcję. Odbiłam sobie za te wszystkie razy, jak nie chciał współpracować xD
Ja pierdziu! jesteś straszna, kobieto. Naprawdę. Twoje postacie powinny się bać Ci podpadać, bo ich skrzywdzić, jak nie wiem co. Zapewne będzie to doskonale wyjaśnione, co i dlaczego tak się stało. Jakoś w to nie wątpię xD
OdpowiedzUsuńNo, trochę będzie trzeba sobie dopowiadać, ale główne... powody kształtujące jego życie będą przytoczone xD
UsuńNo właśnie nie do końca robi to na nich wrażenie :< Shay, nienawidzę cię. Zawsze będę cię nienawidzić.
Wypróbowałam na nim już wszystko. Naprawdę. I DALEJ GO NIE ZŁAMAŁAM.
No to co najwazniejsze, to będzie, a w razie czego, to będę Ciebie o to dręczyła byś mi coś przybliżyła, jak coś mi umknie, ale co. Mwhehee.
UsuńNo to powiem Ci, że ja się nie mogę doczekać tej postaci, której tak nie lubisz, tak naprawdę xD
Ech, to będą dłuuuugie rozmowy o Sherze xDD
UsuńAle on w trzecim tomie dopiero xD Więc możesz jeszcze trochę poczekać, cóż xD Jak coś, mogę poopowiadać zakulisowo xD
hah xD jakoś mnie to nie przestraszyło, że "dłuuuugie" xD
UsuńOj? No cóż... poczekam? xD
No, trochę poczekasz. Bylebyś dożyła w ogóle xDDD
UsuńJak planujecie to jeszcze za naszego życia napisać, to powinnam dożyć. Chyba, że mnie wcześniej szlag jakiś trafi, albo co xD
UsuńChciałybyśmy zdążyć do emerytury xDDD
UsuńWaszej czy mojej? Bo to dość istotna kwestia chyba xD
OdpowiedzUsuń... Naszej xDD
Usuń