Okolica
wydawała się ponura. Niezbyt wysokie, stojące na pograniczu normalnych oraz
karłowatych drzewa miały powyginane konary, a liście były w bardziej szarej niż
zielonej barwie. Krótka, twarda trawa niemalże niechętnie uginała się pod
końskimi kopytami, żwir drogi, którą jechała grupa, trzeszczał nieprzyjemnie w
ciszy.
Dokoła, choć
oko wykol, ani jednej żywej duszy – gdzieś na niebie kołował myszołów,
wypatrując nowej ofiary wśród lekko wyżynnych terenów. Wzgórza wybrzuszały
nieco zbyt suchą ziemię, przysłaniając potencjalne zagrożenie; nawet powietrze
zdawało się twardsze niż w innych częściach Lostaru, przy mocniejszych
podmuchach wiatru miało się wrażenie, że żywioł zacznie zdzierać skórę z
policzków.
Wiedzieli, co
to oznaczało. Zbliżali się do Bryluen, leżącego na pograniczu Estrille z
Perrianem miasta złodziei. Droga nie zajęła długo, przemierzyli od świtu około pięćdziesięciu
mil, utrzymując dobre, ale nie zabójcze tempo. Jedyną granicą czasową była pora
dnia – nie powinni wjeżdżać do miasta nocą, tak zwykle postępowali albo głupi,
albo nieostrożni.
Bryluen
rządziło się własnymi prawami, a najważniejszym prawem było to, że prawo nie
obowiązywało.
Nie rozmawiali
wiele. Przygnębienie rozdzieleniem z Anabde oraz Sheridanem, zamartwianie się
jak o nich, tak i o powodzenie zadania, niezbyt przyjemna atmosfera
towarzysząca zbliżaniu się do znienawidzonego Perrianu – to wszystko sprawiało,
że jechali w ciszy, pogrążeni w ponurych rozmyślaniach.
Od czasu do
czasu ktoś konsultował z prowadzącą Ariene kierunek, czasami ktoś zakaszlał
albo kichnął. Nawet Leanelle powstrzymała się od marudzenia, przybita
nieobecnością opiekunki.
– Zjeżdżamy z
traktu – zakomunikowała wiedźma, wstrzymując znudzoną Jutrzenkę, by poczekała
na ostatnie konie.
– O? – zdziwił
się Aidan, podnosząc się z szyi swojego wielkiego ogiera i przenosząc na
kobietę baczne spojrzenie.
– Nie wjeżdża
się do Bryluen główną drogą – wyjaśniła krótko, skręcając Jutrzenkę w zagajnik
karłowatych drzewek.
Kiedy kilka
pytających spojrzeń skierowało się, nie wiadomo dlaczego, na Cadora, ten uniósł
ręce w geście niewiedzy.
– Chyba wie co
mówi – poinformował towarzyszy, pierwsze słowo ściszając, by nie dotarło
do uszu wiedźmy.
Potem zacmokał
na znużonego wędrówką izabela, który, chcąc nie chcąc, ruszył ślamazarnym
stępem w ślad za Jutrzenką.
Już od dawna
widzieli niezbyt wysokie, ale solidne mury otaczające miasto. Gdy podjechali
bliżej, Meara wytrzeszczyła w zdumieniu oczy; nim ktokolwiek zdążył się
sprzeciwić, ścisnęła gniadosza łydkami i podgalopowała pod sam mur.
Wychylając się
z siodła, przesunęła palcami po chłodnym kamieniu, potem gwałtownie cofnęła
rękę. Przechyliła głowę jak małe dziecko i otrzeźwiała dopiero wtedy, gdy
zorientowała się, że grupa odjechała dużo dalej.
– A to niby
co? – zainteresowała się, kiedy już dogoniła towarzyszy. – Znaczy, że
mur, to wiem, ale czemu? W miastach to tak zawsze?
– Pewnie dla
bezpieczeństwa – zaryzykował odpowiedź Aidan, przenosząc wzrok na dziewczynę w
pewnym zamyśleniu; zaraz zerknął na fortyfikacje, przymrużając oczy. – Może nie
chcą, by ludzie stamtąd wychodzili.
– Albo nie
chcą, by ludzie tam wchodzili – zauważył Caleb, nie spojrzawszy nawet na
obronne konstrukcje. – Gdyby jakikolwiek wymiar sprawiedliwości wpadł między
domy, wyrżnąłby zapewne połowę miasta. To dla ich bezpieczeństwa, zgaduję –
dodał, przypatrując się ledwo widocznej w trawie ścieżce, którą pewnie
poruszała się Ariene.
Niedługo potem
dotarli do wąskiej wyrwy w murze; można było pomyśleć, że tędy niezauważeni
wślizgną się do miasta, ale nic bardziej mylnego. Przejścia pilnowało kilku
uzbrojonych mężczyzn o niezbyt sympatycznych gębach. Łypnęli na przyjezdnych
podejrzliwie, po czym wymienili porozumiewawcze spojrzenia, niektórzy
uśmiechnęli się znacząco, pomrukując między sobą.
Ariene
wyprostowała się w siodle, unosząc do przyjaciół rękę w geście nakazującym
zatrzymać konie.
– Ja z nimi
porozmawiam. Zaczekajcie nieopodal – powiedziała spokojnie, względnie proszącym
głosem, aczkolwiek trudno było sobie wyobrazić, by ktokolwiek się wiedźmie
sprzeciwił.
– Dobry
pomysł, nadajesz się na mięso armatnie – pochwaliła Aithne, przyjrzawszy się
mężczyznom nieprzychylnie, nie polemizowała jednak długo, chętnie przystając na
przywództwo kobiety.
Cador
zapatrzył się na facetów wielkimi oczami, później podobnym spojrzeniem obdarzył
Ariene, a im bliżej bandziorów znajdowała się wiedźma, tym więcej zdruzgotania
widać było w zielonych oczach. I bynajmniej nie martwił się o jej przyszłość we
względnym bezpieczeństwie oraz zdrowiu; najbardziej dobijała go świadomość, że jakoś
się ze strażnikami dogada.
W co on się wpakował, czasami sam się nad tym zastanawiał. Ale bardzo rzadko.
W co on się wpakował, czasami sam się nad tym zastanawiał. Ale bardzo rzadko.
Wszyscy
grzecznie ustawili się w bliskiej odległości od strażników. Gdy Meara nabrała
nagłej ochoty na zapoznanie się z wyrwą w murze (bo jak się takie coś robi, to
samo?) i zacmokała na wierzchowca, Cador silnym uchwytem złapał ją za ramię i
przytrzymał w miejscu. Dziewczyna spojrzała na niego, zrobiła smutną minkę, a
jako że nie poskutkowało, grzecznie zrezygnowała z pomysłu.
Ariene
zatrzymała Jutrzenkę bokiem do wyszczerzonych nieprzyjemnie mężczyzn, patrząc
na nich bez cienia strachu czy niepewności w oczach. Kiedy pochylała się nad
nimi lekko, by łatwiej się rozmawiało, sprawiała wrażenie kogoś, kto znalazł
się we właściwym miejscu o właściwym czasie.
– Chcemy
wjechać do miasta – stwierdziła spokojnie, opierając się ręką na kłębie
Jutrzenki dla większej wygody w dziwnej pozycji.
– Każdy czegoś
tam chce – odparł stojący najbardziej z przodu mężczyzna, unosząc brodę i
przekrzywiając wyczekująco głowę. – Ale w tym skurwionym życiu niczego nie
dostaje się za darmo – dodał i uśmiechnął się paskudnie.
Ariene uniosła
z uprzejmym zainteresowaniem brew, chwilę milcząc.
– Podaj swoją
cenę – zaproponowała wreszcie nader swobodnie, nawet wzruszyła lekko ramionami,
jakby żadna propozycja nie mogła jej zaskoczyć.
– Złotnik od
osoby – zażądał niebotyczną kwotę, uśmiechając się jeszcze szerzej. – Zanim
spytasz, zapłaty w naturze nie przewidujemy. Dość nam tu dziwek do dupczenia –
zastrzegł zaraz, przymrużając z satysfakcją oczy.
– Nie
zamierzałam pytać – oznajmiła niewzruszona, kiwając głową w pewnym
zastanowieniu, jakby naprawdę rozważała zapłacenie bandytom dziewięciu
złotników.
Co poniektórzy
w grupie wymienili zaniepokojone spojrzenia, ale nie wtrącali się, próbując
nadal wierzyć, że Ariene doskonale wie, co robi, i wcale nie wpakuje ich w
tragiczną kabałę, jak to zaczynało powoli wyglądać.
– Nie
zamierzam także płacić – dodała i uśmiechnęła się do mężczyzny ładnie,
podpierając od niechcenia brodę na dłoni; teraz z pewnością było jej
niewygodnie na grzbiecie Jutrzenki, ale zdawała się to ignorować.
– W takim
razie my nie zamierzamy was wpuścić – wyjaśnił zasady gry mężczyzna,
rozkładając bezradnie ręce, jego wodniste oczka błysnęły nieprzyjemnie. – No,
chyba że zostawicie w depozycie jakąś zagubioną duszyczkę. W drodze wyjątku
przyjmiemy taki przereklamowany prezent – uznał, uśmiechając się paskudnie.
– Jasne –
skwitowała Ariene, przymrużając powieki, w jednej chwili cała jej nonszalancja
zniknęła.
Ręka wiedźmy
śmignęła do kołnierza mężczyzny, druga natomiast sięgnęła do pokrowca na udzie.
Ruch był na tyle gwałtowny, że Jutrzenka wzdrygnęła się, nieco przestraszona,
ale dzielnie stała w miejscu, podczas gdy Ariene przyciągała do siebie szefa
grupy i przykładała mu sztylet do gardła.
– Może w takim
razie utnę ci jaja i posłucham, jak wtedy będziesz cienko śpiewał? –
zainteresowała się lekkim, dziewczęcym głosem, uśmiechając się ładnie. – Co,
Szybki?
Mężczyzna
otworzył szerzej oczy, jakby coś do niego dotarło. Machnął nerwowo ręką na
towarzyszy, którzy już chcieli chwytać za broń, na co ci odstąpili posłusznie
od zamiaru. To nieco rozluźniło szeregi w grupce stłoczonej przy wjeździe,
jednak nie uspokoiło do końca. Co poniektórzy na wszelki wypadek złożyli dłonie
na głowicach mieczy.
– Zmora –
wydusił Szybki, jeszcze chwilę wpatrując się w Ariene z przerażeniem.
– Oschle
witasz starych kumpli – skwitowała zadowolona wiedźma, powoli prostując się w
siodle, ale mężczyzny nadal nie puszczając, przez co lekko go poddusiła.
Uniósł
uspokajająco ręce.
– Nie poznałem
cię z początku, wybacz – zapewnił pospiesznie.
– Kiepsko u
ciebie i z pamięcią, i ze wzrokiem – uznała, puszczając go niedbale i chowając
sztylet z powrotem do osłony. – Oni są ze mną, masz z tym jakiś problem? –
zainteresowała się od razu, spoglądając na Szybkiego bez specjalnego przejęcia.
Mężczyzna
łypnął na grupę, po czym westchnął ciężko.
– Właźcie. I
ani pary z gęby, że wpuściłem – zastrzegł, niechętnie się poddając, i ruchem
ręki cofnął swoich ludzi z przejścia w wyrwie.
– Wiedziałam,
że się dogadamy – podsumowała zadowolona Ariene i skinęła na przyjaciół,
uśmiechając się do nich.
– Co to było –
mruknął cicho Aidan, otwierając szeroko oczy.
Odpowiedziała
mu wymowna cisza. Wreszcie ktoś przełamał milczenie zaskoczenia i zacmokał na
wierzchowca; reszta grupy podążyła za przewodnikiem, mniej lub bardziej
oprzytomniała.
Jakby teraz do
nich dotarło, kim naprawdę była ich urocza podła wiedźma.
Zaraz po
znalezieniu się wewnątrz muru Meara podjechała do brunetki, spoglądając na nią
świecącymi jasno, rozbieganymi oczami. Jej wesoły gniadosz postawił uszy, skory
do zabawy, i chciał szturchnąć Jutrzenkę pyskiem; powstrzymał się w ostatniej
chwili, gdy kobyła łypnęła na niego groźnie. Zwiesił łeb i maszerował dalej bez
takiej werwy.
– Znałaś ich?
Jak ty to zrobiłaś? – zainteresowała się, patrząc na koleżankę z pewnym
podziwem. – I czekaj, jak to było? Zmora, tak? Sama sobie nadałaś to
przezwisko?
Cador nie
wykazał szczególnego zainteresowania, czy raczej nie dał po sobie poznać, że
odpowiedzi na zadane przez Mearę pytania jakkolwiek go ciekawiły.
Tymczasem z
jednej z sakw przypiętych do siodła wierzchowca Leanelle wychylił się łebek
zaspanego smoczka. Stworzonko zamlaskało, potem ziewnęło szeroko, wreszcie
zdecydowało się opuścić bezpieczne legowisko.
Hessan
ostrożnie wsunął pazurki w czaprak, by nie podrażnić niosącego go wierzchowca,
po czym wspiął się na siodło, by zaraz znaleźć się na ramieniu pańci. Rozglądał
się dookoła z umiarkowaną ciekawością, ale niezwykle cieszyły go zdumione oraz
zachwycone spojrzenia, jakimi był obdarowywany przez mijanych ludzi.
– Próżny
jesteś, wiesz? – mruknęła rozbawiona szatynka, gdy pod naporem wzroku
jakiejś kobiety smok zaczął przesadnie się prężyć.
Ariene jechała
śmiało przodem, przypatrując się ulicom uważnie, jakby szukała ukrytego zjazdu
w boczną drogę. Na pytania Meary przez chwilę nie odpowiadała; przede wszystkim
dlatego, że podłapała czyjeś podejrzliwe spojrzenie i je odwzajemniła z równą
intensywnością, by na koniec uśmiechnąć się niepokojąco.
Natręt
odpuścił, otworzywszy szerzej oczy.
– Tak, znałam.
Tu znają się prawie wszyscy w gruncie rzeczy – zwróciła się już z normalnym
wyrazem twarzy do Meary. – Każdy z każdym robi interesy. A otrzymanie wolnego
wjazdu nie było takie trudne, po prostu trzeba wiedzieć, jak się tu targuje.
Wychowywałam się w tym świecie, to dla mnie naturalne – dodała z uśmiechem i
wzruszyła lekko ramionami.
Na chwilę
przerwała i obejrzała się za siebie, jakby sprawdzała, czy wszyscy nadążają,
nikt się nie zgubił i na nikogo żaden przestępca nie dybie. Uchwyciła nieco
pytające spojrzenie Caleba, na które odpowiedziała, ale jakby trochę
przyjaciela zignorowała i znów zainteresowała się Mearą.
– Zmora –
przytaknęła z dziwnym uśmiechem. – Nie, tak zaczęto mnie nazywać. Przebicie się
przez warstwy tego świata było trudne i wymagało… różnych wyrzeczeń. Kiedy
osiągnęłam wreszcie to, co chciałam, mogłam działać na własnych zasadach i to
chyba te zasady zaczęły siać strach wśród kolegów po fachu. Zaczęli nazywać mnie
Zmorą, bo mówili, że przypominam tę rasę demona – wyjaśniła usłużnie, skręcając
Jutrzenkę w boczną drogę.
– Nie oddalaj
się – mruknął Errian, wyciągając dłoń do grzywy Faryale i ciągnąc lekko klacz
za swoim ogierem.
– Yhym –
odparła trochę niedbale Aithne, jeszcze przez chwilę się wychylając, by
zobaczyć rozłożone na niedużym kramie towary. – Przecież nie zginę – dodała
niezadowolona, przenosząc na niego wzrok.
Choć raz go posłuchaj, maleńka,
poprosiła zmęczonym głosem Faryale, samej obierając kurs za Errianem, jakby
zwątpiła w przyjaciółkę.
– Wychowałaś
się tu? – powtórzyła naprawdę zaskoczona Meara, mrugając, jakby to miało
jej odmienić wizerunek koleżanki.
Nic się nie
stało, nadal była uśmiechniętą oraz ładną podłą wiedźmą. Niesamowite.
Już otwierała usta,
by zapytać o coś jeszcze – nie o zmory, bo o nich opowiadał jej ojciec, ale o
wiele innych rzeczy – gdy ktoś jej w tym przeszkodził:
– Dokąd teraz,
pani kapitan? – zapytał Cador, przerywając lustrowanie spojrzeniem tłumu i
spoglądając na kobietę z charakterystycznym uśmiechem.
– Do stajni.
Jest tu taka jedna, gdzie możemy śmiało zostawić konie – odparła z lekkim
uśmiechem, na zdumiony komentarz Meary ponownie odpowiadając skinieniem głowy.
– Przemierzanie Bryluen wierzchem pewnie źle by się skończyło, a musimy unikać
konfliktów oraz zamieszania tak długo, jak tylko to możliwe. Słyszałaś, Ai? –
zwróciła się z naciskiem do mocno rozkojarzonej upadłej.
Dziewczyna nie
zareagowała na słowa podłej wiedźmy, rozglądając się dokoła z żywym
zainteresowaniem, jakby miasto niezwykle ją zaciekawiło. W odpowiedzi westchnął
Errian i spojrzał na Ariene nieco umęczony.
– Słyszała –
odparł za nią, uśmiechając się wymownie.
– Zdaję się na
ciebie – mruknęła rozbawiona kobieta i skinęła głową przed siebie. – Stajnie są
niedaleko. Potem weźmiemy się do pracy – postanowiła i oddała wodze Jutrzence;
klacz od razu ruszyła żwawiej.
– Trzeba mieć
oczy dokoła głowy – skwitował w zamyśleniu Caleb i zerknął znacząco na Aidana,
który rozkojarzył się podobnie do Aithne. – Młody, nie daj się zaskoczyć –
dodał z westchnieniem.
– Nie dam –
obiecał po prostu, uśmiechając się.
Pod stajnię
zajechali szybko i sprawnie, a co najważniejsze – w spokoju. Nawet jeżeli ktoś
chciał ich zaczepić (a było paru takich, którzy wyglądali na zainteresowanych),
widok towarzyszącej grupie Ariene zazwyczaj wystarczył. W innych przypadkach
sprawdzała się trzeźwość któregoś z bardziej odpowiedzialnych członków grupy i
jego (bądź jej) nieprzyjemne spojrzenie.
Sam budynek
stajni wyglądał przyzwoicie, stajenni zaś sprawiali wrażenie zorientowanych w
temacie. Jeżeli chodzi o bezpieczeństwo zwierzaków, Ariene zapewniała, że
zostawiając konie tutaj, nie muszą się martwić; cóż im pozostało, jeśli nie
uwierzyć jej słowom?
Pożegnali się z wierzchowcami, jeszcze raz upewnili, że zobaczą je ponownie, po czym wyszli całą grupą przed budynek stajni. Jakoś tak wyszło, iż to na Ariene padła odpowiedzialność dowodzenia grupą, tak więc na niej skupiły się wyczekujące spojrzenia będące niemymi pytaniami „co dalej?”.
Pożegnali się z wierzchowcami, jeszcze raz upewnili, że zobaczą je ponownie, po czym wyszli całą grupą przed budynek stajni. Jakoś tak wyszło, iż to na Ariene padła odpowiedzialność dowodzenia grupą, tak więc na niej skupiły się wyczekujące spojrzenia będące niemymi pytaniami „co dalej?”.
Leanelle, spłoszona
przesadnym zainteresowaniem przechodniów przesiadującym na jej ramieniu
Hessanem, ukryła się za swoim nauczycielem. Smok początkowo był oburzony
ukryciem się w cieniu, jednak pogodził się z losem, gdy stojąca nieopodal Meara
zaczęła drapać go pod brodą.
Caleb,
zdawałoby się, nie zwrócił większej uwagi na chowającą się za nim dziewczynę,
jakby jej nawet nie zauważył. Wrażenie, oczywiście, było mylne, ale mężczyzna
nie zamierzał Leanelle jeszcze bardziej peszyć okazywanym jej zainteresowaniem
tym razem ze swojej strony. Skupił spojrzenie na Ariene, która w dziwnym
zamyśleniu naciągała na dłonie skórzane rękawiczki.
– W porządku –
westchnęła nieco ciężko i przymknęła na moment oczy. – Tutaj nie wsypuje się
swoich. Dostajemy na siebie nawzajem zlecenia i robimy sobie świństwa, bo taka
to praca, ale się nie wsypujemy. Dlatego nie istnieje możliwość dowiedzenia się
czegokolwiek o porwanej dziewczynce, zwyczajnie nikt nam tego nie zdradzi –
wyjaśniła na początek i machnęła ręką, wskazując piętrzące się za nimi budynki.
– Rozdzielimy się, by zdobyć jak najwięcej informacji na własną rękę.
– To na pewno
bezpieczne? – wtrącił Aidan, mimowolnie zerkając na Leanelle oraz Mearę; miał
dziwne wrażenie, że one najgorzej odnajdą się w Bryluen.
– Nic tu nie
jest bezpieczne – uświadomiła mu Ariene. – Powinniśmy pozostać w jak
najmniejszych grupach, wypadałoby, że w dwójkach. Nie wyobrażam sobie jednak,
by puścić Leę, Mearę bądź ciebie bez nadzoru głupiego myśliwego – stwierdziła z
pewnym niezadowoleniem.
Aidan skrzywił
się, ale nie oponował, samokrytycznie przyznając podłej wiedźmie rację. Co nie
znaczyło, że nie poczuł się dotknięty.
– Caleb,
weźmiesz ich i udasz się w południową część miasta, tam jest zwykle
najspokojniej – zwróciła się bezpośrednio do myśliwego. – Ai, Errian, do
zachodniej. Ja i Cador pójdziemy do północnej – skwitowała.
– A wschodnia?
– zainteresował się Aidan, gdy zebrani przytaknęli w ciszy i nie zadali
nurtującego go pytania.
– Wschodnia
strona jest Dzielnicą Milczenia. Tam porywaczy nie będzie na pewno, my też mamy
swoje zasady – wyjaśniła spokojnie, uśmiechając się.
Cador uniósł
brew, mimo wszystko trochę zaskoczony, że Ariene nadal zaliczała się do
wspólnoty mieszkańców Bryluen. Nie skomentował tego w żaden sposób, nawet nie
dał po sobie poznać, iż podobna myśl wpadła mu do głowy; skinął tylko
nieznacznie głową i poczekał, aż towarzysze się rozejdą.
– Podać ci
coś?
Karczmarka
tupała nerwowo stopą, stojąc obok zakapturzonej postaci. Przybysz siedział przy
tym stole od dobrych kilku godzin, oparty łokciami o blat, z pochyloną głową.
Kobieta mogła się założyć, że podsłuchiwał, tak samo jak dałaby sobie rękę
uciąć za to, że parał się niegodną profesją.
Jakie było jej
zdziwienie, gdy postać uniosła głowę. To była ładna twarz. Kobieta o
przyciągających uwagę, szarych oczach i powiekach pociągniętych czarnym
cieniem, ostrych rysach i ustach w kolorze malin. Było w niej coś, co kazało
się na chwilę zastanowić nad jej powodem przebywania w karczmie; w pierwszej
chwili oczy nieznajomej zdawały się być smutne oraz strapione.
Zakapturzona
powoli pokręciła głową. Karczmarka, mimo wszystko kobieta interesu, wzruszyła
szerokimi ramionami i oddaliła się powolnym, ciężkim krokiem osoby bardzo
otyłej. Powiedziała mężowi, by jeszcze nie wypraszać niepokojącej postaci, może
po prostu na kogoś czeka.
Karczmarka
miała wrażenie, że czeka wręcz z wytęsknieniem. Że kogoś jej brakuje.
Obserwowała stolik zakapturzonej kobiety cały wieczór, jako że była bardzo ciekawską osóbką, a zakapturzona postacią wyjątkowo intrygującą. Miała rację co do podsłuchiwania, nieznajoma drgała ożywiona, gdy siedzący blisko niej goście rozmawiali o wydarzeniach w mieście. Wszelkie burdy, niepokojącej hałasy oraz znajdowane trupy budziły jej uwagę, toteż i karczmarka zaczęła przysłuchiwać się plotkom.
Obserwowała stolik zakapturzonej kobiety cały wieczór, jako że była bardzo ciekawską osóbką, a zakapturzona postacią wyjątkowo intrygującą. Miała rację co do podsłuchiwania, nieznajoma drgała ożywiona, gdy siedzący blisko niej goście rozmawiali o wydarzeniach w mieście. Wszelkie burdy, niepokojącej hałasy oraz znajdowane trupy budziły jej uwagę, toteż i karczmarka zaczęła przysłuchiwać się plotkom.
Nastała pora,
którą jedni określali późnym wieczorem, inni zaś zaliczali już do nocy. Do
przybytku zaczęli napływać głośniejsi, bardziej gwałtowni oraz skorzy do picia
goście; z drugiej strony oni także plotkowali najwięcej.
Zakapturzona
kobieta nadal siedziała bez ruchu na swoim miejscu, ukryta w rogu
pomieszczenia.
– I on mi,
słuchaj tego, wmawiał, że to przeklęte miejsce jest – rzucił miastowy
kowal, klepiąc po plecach najdroższego przyjaciela.
Kowal miał
donośny głos, zagłuszający karczemne hałasy.
– I poszliśmy
tam wczoraj, rozumiesz. Bo on mi mówi, że tam wieczorem jakieś okropne hałasy,
że podejrzany typek się tam kręcił. Ja mu na to, że głupi, ale poszliśmy. I co?
I trupa żeśmy znaleźli, ot co.
Jego
przyjaciel słuchał z zapałem, wyglądało na to, że zakapturzona kobieta również
się ożywiła.
– I co, i co?
– zainteresował się mężczyzna. – I co to za trup był?
Kowal odchylił
się na ławie z uśmiechem świadczącym, że nowina jest pierwszej jakości.
– I ja ci mówię, że człowiek to-to nie był – oznajmił bardzo z siebie zadowolony, kiwając na karczmarkę, żeby podała mu kolejny kufel piwa. – On miał skrzydła.
– I ja ci mówię, że człowiek to-to nie był – oznajmił bardzo z siebie zadowolony, kiwając na karczmarkę, żeby podała mu kolejny kufel piwa. – On miał skrzydła.
–
Skrzydła? – powtórzył zaskoczony przyjaciel. – No co ty
pierdolisz.
– No jak
żywcem skrzydła! Takie błoniaste.
Karczmarka
ujrzała kątem oka, jak zakapturzona kobieta zaciska palce na blacie stołu.
Chyba drżała. Bardzo dziwna sprawa.
A nagle się
podniosła.
Jej krzesło
zaszurało o podłogę, gwałtowny ruch zwrócił na nią uwagę wszystkich.
– Gdzie to
było? – zapytała napiętym głosem.
Uniosła brodę,
przez co kaptur zsunął się na ramiona, ukazując znaną już karczmarce twarz oraz
burzę włosów o niesamowitym kolorze ciemnej czerwieni. Kobieta patrzyła prosto
na kowala, który uniósł wysoko brwi w bezgranicznym zdumieniu.
– No-no,
lalunia, a co dostanę za to, że ci powiem? – zaśmiał się znacząco,
najwyraźniej uważając, że jego zagranie było godne podziwu.
Nieznajoma
zazgrzytała zębami, bardzo zdenerwowana. Nim jednak zdążyła zrobić cokolwiek,
karczmarka postanowiła się wtrącić:
– A powiedz jej,
cholero jedna. Co ci szkodzi? Piwo za darmo będziesz miał, co? –
zaproponowała, stawiając przed mężczyzną kufel po brzegi wypełniony ciemnym,
mocnym trunkiem.
Podparła się
pod boki i łypnęła na kowala znacząco; na obfitych policzkach wystąpiły rumieńce,
które wszystkim stałym bywalcom przybytku mówiły, że karczmarka jest zła oraz
zdeterminowana.
Nie wiedziała,
dlaczego chciała pomóc nieznajomej kobiecie. Może zwyczajnie zrobiło jej się
żal zakapturzonej damy, która przesiedziała cały dzień w gospodzie w
poszukiwaniu skrawka informacji.
Z tego, co
opowiadał jej zapijaczony mąż, poprzedniego dnia kobieta przesiadywała w oberży
po drugiej stronie miasta, podobno rozmawiała też z paroma kanaliami znanymi ze
sprzedawania plotek. Karczmarka dorobiła sobie do tego teorię mówiącą, że
nieznajoma szukała kogoś bliskiego, rodziny, może ukochanego.
– No jak taka
jest rozmowa, to ja jak najbardziej – zapewnił kowal bez chwili wahania,
nie chcąc, by właścicielka jego ulubionej gospody miała powód do wyproszenia
go.
Obrócił się na
ławie tak, żeby widzieć twarz nadal wpatrzonej w niego śmiertelnie poważnej
rudowłosej.
– Lalunia,
kojarzysz opuszczone magazyny nad nabrzeżem? – Widząc jej minę, postanowił
poczęstować ją instrukcjami: – Idziesz w górę rzeki i stoją trzy takie
wielkie, paskudne, rozwalają się i szkoda wchodzić. No, to tam żeśmy właśnie
znaleźli trupka.
– Co
zrobiliście z ciałem? – zapytała od razu.
Brzmiała
trochę strasznie.
– Jak wyglądał
ten mężczyzna?
– Co? A,
przystojniaczek taki. Wyrzuciliśmy trupa do rzeki, popłynął z prądem –
odparł kowal, już zajmując się darmowym piwem.
Wypił solidny
łyk i otarł pianę z krzaczastych wąsów. Nieznajoma babka to na strasznie
zdenerwowaną mu wyglądała, nie ma co. A teraz pobladła jeszcze bardziej, jak
trup.
– Jak wyglądał ten mężczyzna? – powtórzyła bardziej stanowczo, cedząc każde słowo.
– Jak wyglądał ten mężczyzna? – powtórzyła bardziej stanowczo, cedząc każde słowo.
Karczmarka
zmarszczyła niezadowolona czoło i już miała zwrócić bezczelnej uwagę, gdy coś w
tym spojrzeniu kazało jej się powstrzymać.
Kowal zerknął
na właścicielkę, a gdy skinęła głową, machnął ręką.
– A ja to
wiem? Głównie to był zakrwawiony, lalunia. Ale ciemne włosy miał, ostre rysy
twarzy, no, taki właśnie – wyjaśnił oględnie. – Co ja, żeby się na
facetów gapić.
– Miał długie
włosy? – zapytała rudowłosa.
Chyba znowu
drżała.
Cisza się
przedłużała, kiedy kowal próbował sobie przypomnieć ten szczegół. Blada,
nieznajoma kobieta wyglądała, jakby była na skraju wytrzymania.
– Nie –
uznał wreszcie. – Miał je krótko obcięte, na pewno.
To było
dziwne, kiedy całe napięcie w jednej chwili opuściło chude ciało nieznajomej.
Westchnęła, odwróciła wzrok i wyglądało, jakby trochę się uśmiechnęła.
–
Dziękuję – mruknęła zupełnie innym głosem.
Karczmarka i
kowal wymienili spojrzenia, a zanim się obejrzeli, rudowłosa kobieta wychodziła
już z gospody.
– Co to za
baba była – zastanowił się na głos, póki co odstawiając kufel piwa.
Jakoś
odechciało mu się pić.
– Faceci to
ślepi jak krety, no słowo daję – oburzyła się karczmarka, wywracając
oczyma. – To zraniona kobieta była. Ona go szuka.
Nawet stare,
poobijane łajby zacumowane w doku wyglądały pięknie, skąpane w blasku
wschodzącego słońca. O tak wczesnej porze, ledwie chwilę po świcie, ta część
miasta była opuszczona; do muzyki wodnych ptaków i wszędobylskich wróbli, szumu
wody oraz skrzypienia zardzewiałych haków dokładał się jedynie gwizd
mieszkającego nieopodal oraz codziennie spacerującego w okolicy mężczyzny.
Ufny, chętnie
opowiadał o tym, co widział, a że miał dobrą pamięć do twarzy, mógł podzielić
się wartościowymi informacjami. Rudowłosej kobiecie w płaszczu z kapturem
podrzucił nie tylko potwierdzenie domysłów i dotychczas zasłyszanych
informacji, również pewną nieśmiałą nadzieję.
Urok poranka
odebrał ponurości opuszczonym, rozpadającym się magazynom. Kierując się
wskazówkami napotkanego po drodze pana (swoją drogą nabierała wprawy w
zaczepianiu nieznajomych i wypytywaniu ich o dziwne rzeczy. Inna sprawa, że
może jeden na dziesięciu wiedział coś, co mogło mieć wartość), ruszyła w stronę
środkowego budynku, do pierwszego ledwie zaglądając. Przekroczyła zdewastowane
deski i zatrzymała się metr od wyjścia, przymrużając powieki, by łatwiej było
rozeznać się w półmroku.
Magazyn
zawalony był najróżniejszymi skrzyniami, beczkami oraz płachtami skrywającymi w
sobie zawartość, której dotychczas nikt nie uznał za wartą kradzieży. Anabde
poszła śladem pozostawionych w kurzu kroków i zamarła dopiero wtedy, gdy wyszła
na niewielki pusty plac o wytartej z pyłu podłodze.
Zmarszczyła
czoło i kucnęła, by przekonać się o jednym: ślady wskazywały, iż faktycznie
odbyła się tu walka. Przymknęła na chwilę powieki i pokiwała do siebie głową,
odnajdując w powietrzu ledwie wyczuwalne, wyciszające się już drgania
magii.
Z pewnością
znalazła się w odpowiednim miejscu.
Wreszcie
natrafiła na ślady krwi, kilka metrów od niej. Widok posoki pierwszy,
może drugi raz w życiu przyprawił nekromantkę o nieprzyjemny dreszcz, ale
pokonała uczucie i zbliżyła się do plam. Uklękła, zawiesiła dłoń nad ciemnym
śladem i przygryzła w skupieniu wargę. Hipotez było kilka. Krew nie musiała
świadczyć o śmierci któregoś z walczących, mogła też być wynikiem niegroźnej
dla Przeklętego rany, trzeba to sprawdzić.
Gdy poczuła
chłodny, wilgotny dotyk na zmyśle magicznym, kościste palce sięgające jej
umysłu, cofnęła rękę i odwróciła głowę, czując kolejne ukłucie strachu. Śmierć.
Wyczuła, że ktoś umarł w tym miejscu. Jednak niezależnie od tego, jak długo tu
ślęczała i jak wiele prób podjęła, nie mogła nawiązać kontaktu z
zamordowanym.
No tak, łowcy.
Nie oszczędzą nawet dusz pobratymców.
Podniosła się,
otrzepała spodnie z kurzu i podeszła do kolejnego śladu, jaki zauważyła tuż po
znalezieniu się na pustym placu. Pochyliła się, by zacisnąć palce na rękojeści
miecza i unieść broń, ustawiając ją pod nikłe, wpadające przez brudne szyby
światło. Przebiegła spojrzeniem po znajomej klindze, przesunęła palcem po
chłodnym, zabrudzonym krwią metalu i skupiła się na trzymanej rękojeści,
upewniając w swoich obawach.
Miecz z
głośnym łoskotem opadł na ziemię. Anabde cofnęła się o krok i zadrżała pod natłokiem
myśli, rozpaczliwie próbując odgonić od siebie wszystkie nachalne wizje.
Potrzebowała chwili, by pozbierać się i zganić za gwałtowną reakcję.
Dopiero wtedy
ujrzała coś jeszcze, blade lśnienie pomiędzy nierówno ustawionymi skrzyniami.
Zmarszczyła czoło i ruszyła w tamtą stronę, musząc odrobinę się wysilić, by
wyciągnąć zablokowany przedmiot. Chuchnęła na kosmyk włosów, który opadł jej na
czoło, koniec końców odgarnęła go palcami i przyjrzała się znalezisku.
Złamany
miecz.
Po
przeanalizowaniu dotychczas zebranych informacji i ułożeniu ich w logiczny oraz
prawdopodobny przebieg wydarzeń, zdołała opanować nerwy. Gdy wychodziła z
magazynu, po upewnieniu się, że nic więcej w tym miejscu nie znajdzie, czuła
się nawet odrobinę lepiej.
Cador
odprowadzał towarzyszy uważnym, częściowo zmartwionym spojrzeniem, aż wreszcie,
gdy ostatnia osoba zniknęła za zakrętem, zerknął na wiedźmę.
– Północna,
hm? – mruknął, na chwilę unosząc głowę i zapatrując się w niebo.
Nie minęło
pięć sekund, jak obrócił się o czterdzieści pięć stopni, schował dłonie do
kieszeni i ruszył przed siebie.
– Północna –
przytaknęła, pewien czas przypatrując się jego plecom, gdy zostawił ją w tyle,
kierując się do celu wyprawy.
Zmarszczyła
lekko czoło, ostatecznie wzruszając do siebie ramionami i podążając jego śladem
bez słowa. Trochę przytłoczyło ją rozdzielenie z grupą; nie wiedziała czemu, po
prostu nagle odniosła wrażenie, że atmosfera zrobiła się o wiele cięższa.
Dlatego, by pozbyć się tego wrażenia, skupiła się na czekającym ich zadaniu,
analizując, gdzie najlepiej szukać informacji.
O wszelkich
porwaniach zwykle wiedzieli handlarze niewolników, których w tej dzielnicy
akurat nie brakowało. Mieli kilka swoich powszechnie znanych melin, pozostali
ukrywali się po kątach, ale nadal wszyscy zdawali sobie sprawę z ich obecności.
Wystarczyłoby
przejść się po kilku z nich, ostrożnie wypytując o zgubę i nie zdradzając się z
prawdziwym powodem zainteresowania. Ze szczątkowych haseł da się ułożyć wstępny
obraz całości. Ariene uznała, że plan był dobry jak każdy inny.
Nie kwapiła
się z doganianiem Cadora, pozwalając mu prowadzić. Sama rozglądała się dokoła
ukradkiem bądź obserwowała brudną drogę pod nogami, na nowo i na nowo składając
myśli. Wcale nie cieszyła się, że musiała tu z nim przyjechać.
Różnice między
poszczególnymi dzielnicami miasta nie były wyraźne, nie wiązało się to z
drastyczną zmianą wyglądu budynków czy mijanych ludzi, jednak czuło się granicę
między jedną a drugą strefą.
Gdy Cador
doszedł do wniosku – oceniając sam nie wiedział po czym – że znalazł
się w odpowiedniej części urokliwego miasta, zatrzymał się przed najbliższym
skrzyżowaniem. Wtedy obrócił się do ciągle idącej za nim kobiety i uśmiechnął
lekko.
– Jaki jest
plan? – zapytał, nieszczególnie przejęty tym, że oto zatrzymał się na
środku ulicy.
Nie była
specjalnie zatłoczona, nie widać było nadjeżdżających wozów, tylko kilka osób
spojrzało na niego krzywo.
– Handlarze
niewolników – odparła nieco zbyt oschle, niż chciała, dlatego odchrząknęła
lekko i spuściła wzrok, wymijając go.
Ruszyła w
odpowiednią część dzielnicy, odtwarzając w pamięci mapę miasta. Pierwszy
budynek nie powinien znajdować się daleko; wspólnie sprawdzą, czy plan w ogóle
ma rację bytu, a potem najwyżej się rozdzielą, by przyspieszyć poszukiwania. I
by sobie ulżyć, jak w przypadku Ariene.
Dziwnie się
czuła od dłuższej chwili, to ją niepokoiło.
Kilka ulic
przed celem minęła się z jakby znajomym młodzieńcem – chłopak zatrzymał się,
przypatrując się jej, gdy szli w jego kierunku, po czym nagle uśmiechnął się i
nieśmiało pomachał. Ariene odwzajemniła powitanie, gorączkowo się
zastanawiając, skąd go zna i dlaczego powinna traktować go przyjaźnie.
Na szczęście
młodzieniec nie zamierzał zagadywać spotkanej znajomej – w Bryluen ludzie na
ulicy ogółem rzadko rozmawiali, co w tym momencie wydało się podłej wiedźmie
genialnym rozwiązaniem.
Rozejrzała się
krótko i wybrała drogę w lewo, wchodząc między ciaśniej postawione budynki. W
następnym zaułku trafią do celu, o ile się nie myliła. A wątpiła, by poszła
gdzieś źle, za dobrze miasto znała.
Uniósł ze
zdziwieniem brew, nie spodziewając się niechęci z jej strony; nie poświęcił
wiele czasu na zastanawianie się, co ją znowu ugryzło, wzniósł oczy ku niebu,
westchnął sobie i ruszył jej śladem.
Na przyjaznego
młodzieńca nie zareagował, ot, przyglądał się mu chwilę dłużej niż innym.
Nieświadomie jego spojrzenie nabrało nieprzychylności; mogło się zdawać, że
Cador bardziej wkomponowywał się w miasto przestępców niż ten chłopaczek. Ba,
idealnie tu pasował, gdy tylko nieznacznie przygarbił ramiona i przymrużył
jasnozielone oczy.
Młodzieniec
nabrał głębokiego wdechu, ale wtedy obrońca ruszył, elastycznym i bezszelestnym
krokiem. Dość szybko zniknął mu z oczu.
W końcu
dogonił wiedźmę i zrównał się z nią, wtedy zwolnił kroku, by szli ramię w
ramię.
Nie odezwała
się słowem przez całą drogę, przypatrując się tylko mijanym budynkom i
pozamykanym drzwiom, jakby to od nich wszystko zależało. Wreszcie stanęła przed
jednopiętrowym domem; okiennice ledwie wisiały na zawiasach, na ulicy leżały dachówki
zerwane z dachu, balustrada przy schodach prowadzących do wejścia była w jednym
miejscu nadłamana, jakby ktoś na nią wpadł.
Ariene wspięła
się po stopniach i przyjrzała się drewnu tuż nad klamką, szukając niedużego
symbolu – kwadratu w kole. Widząc wyryte w deskach linie, uśmiechnęła się lekko
i znów wyprostowała, oglądając się przez ramię na Cadora. Nie przypatrywała mu
się długo, zapukała wyuczonym rytmem i otworzyła przejście, śmiało wchodząc do
środka.
Znaleźli się w
ascetycznie pustym, niedużym pomieszczeniu. Poza kilkoma beczkami, zamykaną
szafką w rogu oraz biurkiem naprzeciw drzwi, w pokoju nie było dosłownie nic.
Siedzący na
krześle mężczyzna zdjął nogi z blatu i przyjrzał się gościom podejrzliwie –
zaraz w jego oczach pojawiło się blade zrozumienie i z powrotem ułożył stopy na
biurku, przygważdżając buciorami pogniecione papiery.
– Dawno cię u
nas nie było – rzucił niedbale, krzyżując ręce za głową. – Nowe mięso? – dodał
zainteresowany i wyszczerzył zęby.
Ariene także
się uśmiechnęła, ale zdawkowo.
– Ani dla
ciebie, ani dla swoich. Tym razem jestem pazerna – odparła i ruszyła w stronę
mężczyzny, zerknąwszy krótko na Cadora, jakby się upewniała, że nic go nie
zjadło, kiedy nie patrzyła.
Cador
zatrzymał się koło drzwi i tam pozostał, opierając się ramieniem o ścianę.
Skrzyżował ręce na torsie, dość luźno, by móc w każdej chwili sięgnąć po broń,
i na dobry początek rozejrzał się uważnie po pomieszczeniu.
W
przeciwległym kącie pokoju ukryte były drzwi, poza tym do ucieczki nadawałoby
się jedno większe okno po prawej stronie. No i wejście, które miał za plecami,
oczywiście. W samym pomieszczeniu nie było nikogo więcej, jednak Cador
zgadywał, że odpowiednio uzbrojeni strażnicy czekają za ukrytym przejściem.
Opracowawszy ewentualne plany obrony i ucieczki, wrócił świadomością do zdarzeń
bieżących.
Odpowiedział
na spojrzenie Ariene, jednak nie wykonał w jej stronę żadnego gestu, nie
wyglądało również, by miał zamiar wziąć udział w rozmowie. Odciążył nogę i
jeszcze raz przysłuchał się otoczeniu, cały czas pozostając czujnym.
– Zatem co
cię… was – poprawił się z przekąsem mężczyzna – tu sprowadza w moje skromne
progi? – spytał szczerze zainteresowany, rozkładając ręce.
Ariene dotarła
do biurka, niedbale zepchnęła jego nogi z blatu i sama na nim przysiadła,
uśmiechając się zdawkowo. Chwilę poświęciła przyglądaniu się rozmówcy; wydawało
się jej, że nie pamiętała blizny przecinającej jego lewy policzek, bo szrama
ciągnąca się od prawej skroni do lewego kącika ust była znajoma.
Ostatecznie
zapatrzyła się w ciemne oczy i wzruszyła ramionami.
– Tęskniłam –
stwierdziła krótko, przypatrując się mężczyźnie wyczekująco, jakby to on miał
do niej interes, nie na odwrót.
– Z pewnością.
Potrzebujesz pomocy, co? – odgadł, splatając dłonie na brzuchu i uśmiechając
się triumfalnie. – I jak zawsze przychodzisz do mnie. Co będę z tego miał? –
zainteresował się szczerze.
– Spokój na
najbliższe lata – odparła, przekrzywiając głowę. – Wynoszę się stąd niedługo i
to zdecydowanie na stałe, zmieniam branżę. Przyszłam po mój dług – skwitowała,
opierając się dłonią na blacie i pochylając się nad rozmówcą.
– Szkoda
takiego talentu – zmartwił się pokazowo. – No cóż, zatem jak mam ten dług
wdzięczności u ciebie spłacić, nasza śliczna Zmoro? – spytał, prostując się, by
przysunąć swoją twarz do jej.
– Prawdziwymi
informacjami w jak najbardziej konkretnej oraz przydatnej formie. W końcu
zawsze wiesz, co w trawie piszczy – mruknęła zadowolona, z powrotem cofając
ramiona, by zwiększyć dystans od niego.
Cador wyciszył
oddech, skupiając się na liczeniu. Pierwszy, drugi, trzeci. Uniósł przenikliwe
spojrzenie na ukryte drzwi i zmarszczył czoło; trzech strażników zaraz za
ścianą. Następnie zerknął kątem oka przez okno, by upewnić się, że na podwórzu
nadal jest spokojnie. Dopiero wtedy pozwolił sobie na przyglądnięcie się
znajomemu Ariene; jego spojrzenie było ukradkowe i mężczyzna nie zanotował, że
jest obserwowany.
Jeden z tych,
którzy wolą siedzieć w bezpiecznej kryjówce i wyrównać rachunki obietnicami lub
przekrętami. Napięte mięśnie twarzy i trudny do spostrzeżenia tik świadczyły o
nerwowości, sposób siedzenia sugerował, że facet w każdej chwili jest gotowy do
ucieczki lub obrony. Cador przechylił głowę, zastanawiając się, czy to wyuczona
przez wiele lat pracy w branży reakcja, czy przyczyną jego zdenerwowania jest
sama Ariene. Ciekawe.
Mężczyzna
roześmiał się ochryple, odchylając na moment głowę, jakby podła wiedźma
powiedziała coś wyjątkowo śmiesznego.
– Zawsze
prawiłaś komplementy tak, że każdemu facetowi serce rośnie – stwierdził nadal
rozbawiony i zetknął ze sobą czubki palców, zawieszając na znajomej
wyczekujące, dość czujne spojrzenie.
– Twoje serce
nie rośnie już chyba od ładnych kilku lat, co? – mruknęła tylko i założyła nogę
na nogę, wygodniej sadowiąc się na blacie biurka.
– Mogłabyś się
zdziwić – odparł po krótkim, jakby urażonym milczeniu, po czym uśmiechnął się z
przekąsem.
– Oddam
atrakcje innej chętnej – spasowała, unosząc uspokajająco dłoń. – Potrzebuję
jakichkolwiek wieści o ostatnio sprowadzonych do Bryluen dziewczynkach z dobrych
domów – przeszła do konkretów, zapatrując się na znajomego z większą powagą.
– O ostatnio
sprowadzonych? Zawęź okres czasu – poprosił mężczyzna, zmrużywszy z pewną
podejrzliwością oczy. – Właściwie po co ci ta wiedza?
– Nie pytamy o
to, na co nie chcemy znać odpowiedzi – skarciła go bardziej dziewczęcym głosem
i wzruszyła ramionami. – Dwa, trzy tygodnie. Młode, poniżej szesnastki –
doprecyzowała.
– Zapytaj
Sama, on się zaczął kręcić przy tym interesie. Nie bawię się w dzieciaki. A jak
nie Sam, to Elbert, z niego też niezły dewiant – podpowiedział, odchylając
głowę. – Niczego szczególnego nie słyszałem, ale mogę podpytać w ramach długu –
zaofiarował się jeszcze z krzywym uśmiechem.
– Jak my
wszyscy – odniosła się półgłosem do komentarza o Elbercie, po czym zeskoczyła z
biurka. – W takim razie podpytaj, a będziemy kwita. Wrócę za kilka godzin,
sprężaj się – dodała, unosząc ostrzegawczo palec i ruszając w stronę drzwi.
– A powiedz
mi, od kiedy to się ustatkowałaś? – zaciekawił się jeszcze, nim Ariene opuściła
jego skromny gabinet; ruchem głowy wskazał Cadora, przymrużając w pewnym
zamyśleniu oczy.
Podła wiedźma
przystanęła, obróciła się częściowo do znajomego, po czym uśmiechnęła się w
naprawdę specyficzny, trudny do zinterpretowania sposób. Zaraz po tym uniosła
pożegnalnie dłoń i spojrzała wyczekująco na Cadora, w jednej chwili znów stając
się znaną na co dzień Ariene.
Cador
odpowiedział na jej spojrzenie lekkim uśmiechem, potem obrócił się przodem do
drzwi i otworzył je, przepuszczając kobietę przodem. Gdy przekroczyła próg, on
na moment obejrzał się na jej dawnego znajomego. Przechylił głowę, obdarzając
mężczyznę przeciągłym spojrzeniem, a potem, bardzo powoli, na jego ustach
pojawił się dziwny uśmiech.
Kiedy wyszedł z budynku i spojrzał na towarzyszkę, wszystko wróciło do normy. Przymrużył pogodnie oczy i zatrzymał się, czekając na kolejne rozkazy.
Kiedy wyszedł z budynku i spojrzał na towarzyszkę, wszystko wróciło do normy. Przymrużył pogodnie oczy i zatrzymał się, czekając na kolejne rozkazy.
Ariene
odetchnęła głęboko zapachem ulic Bryluen – zapachem cokolwiek ostrym oraz
nieprzyjemnym, ale jakby nie zwróciła na to uwagi – po czym przekrzywiła głowę,
by lepiej widzieć drogę, którą powinni się udać. Następnie zerknęła w przeciwną
stronę, nadal jeszcze rozważając w myślach różne za i przeciw realizacji nowego
planu.
Nie miała
powodu, by staremu znajomemu nie wierzyć, ale doza ostrożności zawsze była konieczna.
Poza tym powinni zaoszczędzić na czasie, każda godzina była istotna – od
pewnego momentu po porwaniu złoczyńcy zwykle zaczynali się nudzić, już
kilkakrotnie widywała takie sytuacje. Docierali do krytycznej granicy.
– Sam znajduje
się na lewo, Elbert na prawo – stwierdziła powoli, zapatrzywszy się przed
siebie. – Wszystkie siedziby handlarzy niewolników oznaczone są tuż ponad
klamką symbolem kwadratu otoczonego kołem. Sugerowałabym rozdzielenie, to
pozwoliłoby nam zaoszczędzić trochę czasu – dodała nadal w zamyśleniu, ważąc
każde słowo. – Poszedłbyś do Elberta, szukaj symbolu po lewej stronie ulicy,
dwupiętrowy budynek z wejściem do piwnicy obok drzwi frontowych – opisała
dodatkowo.
Już miała się
odwrócić i ruszyć w swoją stronę, ale z bliżej nieznanych jej przyczyn nawet
nie drgnęła. Koniec końców przygryzła lekko wargę i niepewnie uniosła dłoń; na
moment się zawahała, ostatecznie jednak przytuliła ją do jego policzka,
spoglądając na Cadora z zatroskaniem, którego nie potrafiła ukryć.
– Poradzisz
sobie? – mruknęła, doskonale wiedząc, że przytaknie; szybko uznała, że
zabrzmiała głupio, dlatego uciekła spojrzeniem w bok. – Miałam na myśli… bądź
ostrożny – poprawiła się pospiesznie.
– Mhm –
mruknął, obejmując ją w pasie i przyciągając do siebie.
Pochylił się,
by pocałować ją krótko, odgarnął jeszcze kosmyk włosów z jej czoła.
– Postaram
się – obiecał mało konkretnie.
Trochę
rozbawiła go jej troska. Nie miał zamiaru z tego żartować, bo był w stanie to
zrozumieć – ot, sam odczuwał podobnie irracjonalne lęki o jej osobę.
Niemniej jednak doskonale odnalazł się w mało zachęcającym środowisku i nawet
nie wyróżniał się z tłumu, nie powinna więc za bardzo się obawiać. Da sobie
radę, zawsze dawał.
– Spotkamy się
tutaj? – zapytał jeszcze, odsuwając się i przechylając głowę.
Nie czekał na
odpowiedź, uśmiechnął się pogodnie i odwrócił, ruszając w wyznaczonym przez
kobietę kierunku. Rozejrzał się czujnie dookoła, przygarbił nieco ramiona i po
niedługiej chwili już go nie było.
Dobra, wracam do gry, bo nudno u was i pustką zieje. I wogóle, już nadrabiam zaległości.
OdpowiedzUsuńE, Nearyh, miszczu internetów, zastanawiałaś się nad rozkładaniem rozdziałów na dwie części i publikacją osobno? Bo wcholerę chce mi się czytać, ale sama długość odstrasza ._. Ile średnio stron ma wasz rozdział?
Sira
...sama kiedyś wrzeszczałaś, że żądasz rozdziałów dłuższych niż 9 stron A4, więc zaczęłam wrzucać rozdziały o długości 13 stron A4 ._.
UsuńAle ja ciągle wrzeszczę, wiesz ._. Chociaż teraz, kiedy już wszystko nadrobiłam, nie wydaje się to aż tak długie.
UsuńE, planujecie zamianę szablonu? (Pomijając fakt że nadal parzy oczy na komórce... armia wyłażąca z tyłka faceta z prawej - so epic xD)
W każdym razie miałam długą przerwę i czytając te rozdziały "na świeżo" mam wrażenie, jakby ktoś mi pieprznął w głowę psychoanalizą O_o Muszę się znowu przyzwyczaić, bo same opisy majstersztyk.
Czuję się dziwnie po rozdziale o Sheridanowym miszczu. Szykowałam się na coś większego, ale podczas konfrontacji Sher-Gair cały czas miałam w głowie męską wersję Aithne, tyle że bardziej wkurzającą(co do samej Ai, teraz zaczęła też mnie wkurzać, niwim czemu). Polubiłam od dzisiaj oficjalnie Ariene, chociaż ma bardzo pretensjonalne przezwisko i jest jak merysłup w tym mieście.
Meara zlała mi się z Leą, Lea z Aidanem, o Calebie prawie nic... Anabde ostatnio wypadła chyba najbardziej autentycznie wśród całej tej gromady.
Dobra, to chyba już wszystko. No nic, wracam do kursu rysowania ust xD
No to mam skracać czy nie? ._.
UsuńEeee, nie myślałam o tym, bo ja szablony zmieniam zwykle raz w życiu i to wszystko. Musiałabym znowu długo grzebać ;_;
Yyy, z tymi opisami to nie wiem, to ironia była w sensie, czy co? :< Bo ja nie mam pojęcia już, co chciałaś przekazać.
...czyli jak ktoś walczy, to od razu Aithne i wkurzający? Spoko xD Zresztą poniekąd skojarzenie dobre, bo Sher się trochę zawzorował na całej drużynie, żeby wygrać. Poza tym właśnie stwierdził, że jesteś beznadziejna xD
...nie jest pretensjonalne to przezwisko ._. Zmora to rasa wyższego Przeklętego, która dysponuje tym samym odłamem magii, co Ariene, tyle że ma to wrodzone, no, mniejsza. I Ariene bardzo często naśladowała działania zmór przy wykonywaniu zadań, stąd się utarło. A że jest znana... no cóż, zagłębiać się nie będę w sprawę, bo Cador się wścieknie ;_;
Meara i Lea?! Matuchno boska, to już wyższy poziom abstrakcji. Bo tę Leę z Aidanem jeszcze da się zrozumieć, on też taki przestraszony.
Natuś, miałam naprawdę długi komentarz i komputer mi się wyłączył, gnój T__T Mogę się sprężyć? Mogę. No to tak:
Usuń1. Nie, to nie była ironia, tylko opis wrażenia po tak długiej nieobecności. Wiesz, tak jakbyś czytała dla śmiechu naprawdę kiepskiego harlequina i nagle wzięła się za "Dziady". SZOK xD
2. Jak dla mnie Gair jest trochę przekombinowany. Gdybym nie znała fabuły powiedziałabym, że Sher to stary, dojrzały miszcz, a G. to niewyżyty dzieciak. A Aithne to bardzo-bardzo dzieciak, więc tak mi się kojarzy i nie ma to nic wspólnego z walką, która jest bardzo sprawna i dobra i nic tylko się cieszyć xD
3. Wiem, w tekście było to wyjaśnione i mi to nie umknęło. Niemniej nadal pretensjonalne xD A merysłup wychodzi szczególnie, kiedy czyta się wyakcentowane fragmenty o tym, jaka Ariene jest piękna i niewinna z urody, jaka z niej perfekcyjna zabójczyni i że wszędzie ma znajomości i wtyki. Pomimo tego, lubię ją.
4. No bo właściwie… za nami już osiemdziesiąt rozdziałów, a Lea i Aidan nadal są dla mnie jak ruchome tło dla pierwszego składu z Perrianu. Z kolei Meary nie mogę określić, ale skoro ani Lei, ani Aidana do tej pory nie mogę określić, to (jestem nieogarnięta) zalicza się do tych sierotek z tyłu xD
I nie pitolmy, nie odpowiadaj, tylko nowy rozdział poproszę ^^