niedziela, 1 września 2013

82. Bryluen zaprasza



Okolica wydawała się ponura. Niezbyt wysokie, stojące na pograniczu normalnych oraz karłowatych drzewa miały powyginane konary, a liście były w bardziej szarej niż zielonej barwie. Krótka, twarda trawa niemalże niechętnie uginała się pod końskimi kopytami, żwir drogi, którą jechała grupa, trzeszczał nieprzyjemnie w ciszy.
Dokoła, choć oko wykol, ani jednej żywej duszy – gdzieś na niebie kołował myszołów, wypatrując nowej ofiary wśród lekko wyżynnych terenów. Wzgórza wybrzuszały nieco zbyt suchą ziemię, przysłaniając potencjalne zagrożenie; nawet powietrze zdawało się twardsze niż w innych częściach Lostaru, przy mocniejszych podmuchach wiatru miało się wrażenie, że żywioł zacznie zdzierać skórę z policzków.
Wiedzieli, co to oznaczało. Zbliżali się do Bryluen, leżącego na pograniczu Estrille z Perrianem miasta złodziei. Droga nie zajęła długo, przemierzyli od świtu około pięćdziesięciu mil, utrzymując dobre, ale nie zabójcze tempo. Jedyną granicą czasową była pora dnia – nie powinni wjeżdżać do miasta nocą, tak zwykle postępowali albo głupi, albo nieostrożni.
Bryluen rządziło się własnymi prawami, a najważniejszym prawem było to, że prawo nie obowiązywało.
Nie rozmawiali wiele. Przygnębienie rozdzieleniem z Anabde oraz Sheridanem, zamartwianie się jak o nich, tak i o powodzenie zadania, niezbyt przyjemna atmosfera towarzysząca zbliżaniu się do znienawidzonego Perrianu – to wszystko sprawiało, że jechali w ciszy, pogrążeni w ponurych rozmyślaniach.
Od czasu do czasu ktoś konsultował z prowadzącą Ariene kierunek, czasami ktoś zakaszlał albo kichnął. Nawet Leanelle powstrzymała się od marudzenia, przybita nieobecnością opiekunki.
– Zjeżdżamy z traktu – zakomunikowała wiedźma, wstrzymując znudzoną Jutrzenkę, by poczekała na ostatnie konie.
– O? – zdziwił się Aidan, podnosząc się z szyi swojego wielkiego ogiera i przenosząc na kobietę baczne spojrzenie.
– Nie wjeżdża się do Bryluen główną drogą – wyjaśniła krótko, skręcając Jutrzenkę w zagajnik karłowatych drzewek.
Kiedy kilka pytających spojrzeń skierowało się, nie wiadomo dlaczego, na Cadora, ten uniósł ręce w geście niewiedzy. 
– Chyba wie co mówi – poinformował towarzyszy, pierwsze słowo ściszając, by nie dotarło do uszu wiedźmy.
Potem zacmokał na znużonego wędrówką izabela, który, chcąc nie chcąc, ruszył ślamazarnym stępem w ślad za Jutrzenką. 
Już od dawna widzieli niezbyt wysokie, ale solidne mury otaczające miasto. Gdy podjechali bliżej, Meara wytrzeszczyła w zdumieniu oczy; nim ktokolwiek zdążył się sprzeciwić, ścisnęła gniadosza łydkami i podgalopowała pod sam mur.
Wychylając się z siodła, przesunęła palcami po chłodnym kamieniu, potem gwałtownie cofnęła rękę. Przechyliła głowę jak małe dziecko i otrzeźwiała dopiero wtedy, gdy zorientowała się, że grupa odjechała dużo dalej. 
– A to niby co? – zainteresowała się, kiedy już dogoniła towarzyszy. – Znaczy, że mur, to wiem, ale czemu? W miastach to tak zawsze?
– Pewnie dla bezpieczeństwa – zaryzykował odpowiedź Aidan, przenosząc wzrok na dziewczynę w pewnym zamyśleniu; zaraz zerknął na fortyfikacje, przymrużając oczy. – Może nie chcą, by ludzie stamtąd wychodzili.
– Albo nie chcą, by ludzie tam wchodzili – zauważył Caleb, nie spojrzawszy nawet na obronne konstrukcje. – Gdyby jakikolwiek wymiar sprawiedliwości wpadł między domy, wyrżnąłby zapewne połowę miasta. To dla ich bezpieczeństwa, zgaduję – dodał, przypatrując się ledwo widocznej w trawie ścieżce, którą pewnie poruszała się Ariene.
Niedługo potem dotarli do wąskiej wyrwy w murze; można było pomyśleć, że tędy niezauważeni wślizgną się do miasta, ale nic bardziej mylnego. Przejścia pilnowało kilku uzbrojonych mężczyzn o niezbyt sympatycznych gębach. Łypnęli na przyjezdnych podejrzliwie, po czym wymienili porozumiewawcze spojrzenia, niektórzy uśmiechnęli się znacząco, pomrukując między sobą.
Ariene wyprostowała się w siodle, unosząc do przyjaciół rękę w geście nakazującym zatrzymać konie.
– Ja z nimi porozmawiam. Zaczekajcie nieopodal – powiedziała spokojnie, względnie proszącym głosem, aczkolwiek trudno było sobie wyobrazić, by ktokolwiek się wiedźmie sprzeciwił.
– Dobry pomysł, nadajesz się na mięso armatnie – pochwaliła Aithne, przyjrzawszy się mężczyznom nieprzychylnie, nie polemizowała jednak długo, chętnie przystając na przywództwo kobiety.
Cador zapatrzył się na facetów wielkimi oczami, później podobnym spojrzeniem obdarzył Ariene, a im bliżej bandziorów znajdowała się wiedźma, tym więcej zdruzgotania widać było w zielonych oczach. I bynajmniej nie martwił się o jej przyszłość we względnym bezpieczeństwie oraz zdrowiu; najbardziej dobijała go świadomość, że jakoś się ze strażnikami dogada.
            W co on się wpakował, czasami sam się nad tym zastanawiał. Ale bardzo rzadko. 
Wszyscy grzecznie ustawili się w bliskiej odległości od strażników. Gdy Meara nabrała nagłej ochoty na zapoznanie się z wyrwą w murze (bo jak się takie coś robi, to samo?) i zacmokała na wierzchowca, Cador silnym uchwytem złapał ją za ramię i przytrzymał w miejscu. Dziewczyna spojrzała na niego, zrobiła smutną minkę, a jako że nie poskutkowało, grzecznie zrezygnowała z pomysłu.
Ariene zatrzymała Jutrzenkę bokiem do wyszczerzonych nieprzyjemnie mężczyzn, patrząc na nich bez cienia strachu czy niepewności w oczach. Kiedy pochylała się nad nimi lekko, by łatwiej się rozmawiało, sprawiała wrażenie kogoś, kto znalazł się we właściwym miejscu o właściwym czasie.
– Chcemy wjechać do miasta – stwierdziła spokojnie, opierając się ręką na kłębie Jutrzenki dla większej wygody w dziwnej pozycji.
– Każdy czegoś tam chce – odparł stojący najbardziej z przodu mężczyzna, unosząc brodę i przekrzywiając wyczekująco głowę. – Ale w tym skurwionym życiu niczego nie dostaje się za darmo – dodał i uśmiechnął się paskudnie.
Ariene uniosła z uprzejmym zainteresowaniem brew, chwilę milcząc.
– Podaj swoją cenę – zaproponowała wreszcie nader swobodnie, nawet wzruszyła lekko ramionami, jakby żadna propozycja nie mogła jej zaskoczyć.
– Złotnik od osoby – zażądał niebotyczną kwotę, uśmiechając się jeszcze szerzej. – Zanim spytasz, zapłaty w naturze nie przewidujemy. Dość nam tu dziwek do dupczenia – zastrzegł zaraz, przymrużając z satysfakcją oczy.
– Nie zamierzałam pytać – oznajmiła niewzruszona, kiwając głową w pewnym zastanowieniu, jakby naprawdę rozważała zapłacenie bandytom dziewięciu złotników.
Co poniektórzy w grupie wymienili zaniepokojone spojrzenia, ale nie wtrącali się, próbując nadal wierzyć, że Ariene doskonale wie, co robi, i wcale nie wpakuje ich w tragiczną kabałę, jak to zaczynało powoli wyglądać.
– Nie zamierzam także płacić – dodała i uśmiechnęła się do mężczyzny ładnie, podpierając od niechcenia brodę na dłoni; teraz z pewnością było jej niewygodnie na grzbiecie Jutrzenki, ale zdawała się to ignorować.
– W takim razie my nie zamierzamy was wpuścić – wyjaśnił zasady gry mężczyzna, rozkładając bezradnie ręce, jego wodniste oczka błysnęły nieprzyjemnie. – No, chyba że zostawicie w depozycie jakąś zagubioną duszyczkę. W drodze wyjątku przyjmiemy taki przereklamowany prezent – uznał, uśmiechając się paskudnie.
– Jasne – skwitowała Ariene, przymrużając powieki, w jednej chwili cała jej nonszalancja zniknęła.
Ręka wiedźmy śmignęła do kołnierza mężczyzny, druga natomiast sięgnęła do pokrowca na udzie. Ruch był na tyle gwałtowny, że Jutrzenka wzdrygnęła się, nieco przestraszona, ale dzielnie stała w miejscu, podczas gdy Ariene przyciągała do siebie szefa grupy i przykładała mu sztylet do gardła.
– Może w takim razie utnę ci jaja i posłucham, jak wtedy będziesz cienko śpiewał? – zainteresowała się lekkim, dziewczęcym głosem, uśmiechając się ładnie. – Co, Szybki?
Mężczyzna otworzył szerzej oczy, jakby coś do niego dotarło. Machnął nerwowo ręką na towarzyszy, którzy już chcieli chwytać za broń, na co ci odstąpili posłusznie od zamiaru. To nieco rozluźniło szeregi w grupce stłoczonej przy wjeździe, jednak nie uspokoiło do końca. Co poniektórzy na wszelki wypadek złożyli dłonie na głowicach mieczy.
– Zmora – wydusił Szybki, jeszcze chwilę wpatrując się w Ariene z przerażeniem.
– Oschle witasz starych kumpli – skwitowała zadowolona wiedźma, powoli prostując się w siodle, ale mężczyzny nadal nie puszczając, przez co lekko go poddusiła.
Uniósł uspokajająco ręce.
– Nie poznałem cię z początku, wybacz – zapewnił pospiesznie.
– Kiepsko u ciebie i z pamięcią, i ze wzrokiem – uznała, puszczając go niedbale i chowając sztylet z powrotem do osłony. – Oni są ze mną, masz z tym jakiś problem? – zainteresowała się od razu, spoglądając na Szybkiego bez specjalnego przejęcia.
Mężczyzna łypnął na grupę, po czym westchnął ciężko.
– Właźcie. I ani pary z gęby, że wpuściłem – zastrzegł, niechętnie się poddając, i ruchem ręki cofnął swoich ludzi z przejścia w wyrwie.
– Wiedziałam, że się dogadamy – podsumowała zadowolona Ariene i skinęła na przyjaciół, uśmiechając się do nich.
– Co to było – mruknął cicho Aidan, otwierając szeroko oczy.
Odpowiedziała mu wymowna cisza. Wreszcie ktoś przełamał milczenie zaskoczenia i zacmokał na wierzchowca; reszta grupy podążyła za przewodnikiem, mniej lub bardziej oprzytomniała. 
Jakby teraz do nich dotarło, kim naprawdę była ich urocza podła wiedźma.
Zaraz po znalezieniu się wewnątrz muru Meara podjechała do brunetki, spoglądając na nią świecącymi jasno, rozbieganymi oczami. Jej wesoły gniadosz postawił uszy, skory do zabawy, i chciał szturchnąć Jutrzenkę pyskiem; powstrzymał się w ostatniej chwili, gdy kobyła łypnęła na niego groźnie. Zwiesił łeb i maszerował dalej bez takiej werwy. 
– Znałaś ich? Jak ty to zrobiłaś? – zainteresowała się, patrząc na koleżankę z pewnym podziwem. – I czekaj, jak to było? Zmora, tak? Sama sobie nadałaś to przezwisko? 
Cador nie wykazał szczególnego zainteresowania, czy raczej nie dał po sobie poznać, że odpowiedzi na zadane przez Mearę pytania jakkolwiek go ciekawiły. 
Tymczasem z jednej z sakw przypiętych do siodła wierzchowca Leanelle wychylił się łebek zaspanego smoczka. Stworzonko zamlaskało, potem ziewnęło szeroko, wreszcie zdecydowało się opuścić bezpieczne legowisko.
Hessan ostrożnie wsunął pazurki w czaprak, by nie podrażnić niosącego go wierzchowca, po czym wspiął się na siodło, by zaraz znaleźć się na ramieniu pańci. Rozglądał się dookoła z umiarkowaną ciekawością, ale niezwykle cieszyły go zdumione oraz zachwycone spojrzenia, jakimi był obdarowywany przez mijanych ludzi. 
– Próżny jesteś, wiesz? – mruknęła rozbawiona szatynka, gdy pod naporem wzroku jakiejś kobiety smok zaczął przesadnie się prężyć.
Ariene jechała śmiało przodem, przypatrując się ulicom uważnie, jakby szukała ukrytego zjazdu w boczną drogę. Na pytania Meary przez chwilę nie odpowiadała; przede wszystkim dlatego, że podłapała czyjeś podejrzliwe spojrzenie i je odwzajemniła z równą intensywnością, by na koniec uśmiechnąć się niepokojąco.
Natręt odpuścił, otworzywszy szerzej oczy.
– Tak, znałam. Tu znają się prawie wszyscy w gruncie rzeczy – zwróciła się już z normalnym wyrazem twarzy do Meary. – Każdy z każdym robi interesy. A otrzymanie wolnego wjazdu nie było takie trudne, po prostu trzeba wiedzieć, jak się tu targuje. Wychowywałam się w tym świecie, to dla mnie naturalne – dodała z uśmiechem i wzruszyła lekko ramionami.
Na chwilę przerwała i obejrzała się za siebie, jakby sprawdzała, czy wszyscy nadążają, nikt się nie zgubił i na nikogo żaden przestępca nie dybie. Uchwyciła nieco pytające spojrzenie Caleba, na które odpowiedziała, ale jakby trochę przyjaciela zignorowała i znów zainteresowała się Mearą.
– Zmora – przytaknęła z dziwnym uśmiechem. – Nie, tak zaczęto mnie nazywać. Przebicie się przez warstwy tego świata było trudne i wymagało… różnych wyrzeczeń. Kiedy osiągnęłam wreszcie to, co chciałam, mogłam działać na własnych zasadach i to chyba te zasady zaczęły siać strach wśród kolegów po fachu. Zaczęli nazywać mnie Zmorą, bo mówili, że przypominam tę rasę demona – wyjaśniła usłużnie, skręcając Jutrzenkę w boczną drogę.
– Nie oddalaj się – mruknął Errian, wyciągając dłoń do grzywy Faryale i ciągnąc lekko klacz za swoim ogierem.
– Yhym – odparła trochę niedbale Aithne, jeszcze przez chwilę się wychylając, by zobaczyć rozłożone na niedużym kramie towary. – Przecież nie zginę – dodała niezadowolona, przenosząc na niego wzrok.
Choć raz go posłuchaj, maleńka, poprosiła zmęczonym głosem Faryale, samej obierając kurs za Errianem, jakby zwątpiła w przyjaciółkę.
– Wychowałaś się tu? – powtórzyła naprawdę zaskoczona Meara, mrugając, jakby to miało jej odmienić wizerunek koleżanki.
Nic się nie stało, nadal była uśmiechniętą oraz ładną podłą wiedźmą. Niesamowite.
Już otwierała usta, by zapytać o coś jeszcze – nie o zmory, bo o nich opowiadał jej ojciec, ale o wiele innych rzeczy – gdy ktoś jej w tym przeszkodził: 
– Dokąd teraz, pani kapitan? – zapytał Cador, przerywając lustrowanie spojrzeniem tłumu i spoglądając na kobietę z charakterystycznym uśmiechem.
– Do stajni. Jest tu taka jedna, gdzie możemy śmiało zostawić konie – odparła z lekkim uśmiechem, na zdumiony komentarz Meary ponownie odpowiadając skinieniem głowy. – Przemierzanie Bryluen wierzchem pewnie źle by się skończyło, a musimy unikać konfliktów oraz zamieszania tak długo, jak tylko to możliwe. Słyszałaś, Ai? – zwróciła się z naciskiem do mocno rozkojarzonej upadłej.
Dziewczyna nie zareagowała na słowa podłej wiedźmy, rozglądając się dokoła z żywym zainteresowaniem, jakby miasto niezwykle ją zaciekawiło. W odpowiedzi westchnął Errian i spojrzał na Ariene nieco umęczony.
– Słyszała – odparł za nią, uśmiechając się wymownie.
– Zdaję się na ciebie – mruknęła rozbawiona kobieta i skinęła głową przed siebie. – Stajnie są niedaleko. Potem weźmiemy się do pracy – postanowiła i oddała wodze Jutrzence; klacz od razu ruszyła żwawiej.
– Trzeba mieć oczy dokoła głowy – skwitował w zamyśleniu Caleb i zerknął znacząco na Aidana, który rozkojarzył się podobnie do Aithne. – Młody, nie daj się zaskoczyć – dodał z westchnieniem.
– Nie dam – obiecał po prostu, uśmiechając się.
Pod stajnię zajechali szybko i sprawnie, a co najważniejsze – w spokoju. Nawet jeżeli ktoś chciał ich zaczepić (a było paru takich, którzy wyglądali na zainteresowanych), widok towarzyszącej grupie Ariene zazwyczaj wystarczył. W innych przypadkach sprawdzała się trzeźwość któregoś z bardziej odpowiedzialnych członków grupy i jego (bądź jej) nieprzyjemne spojrzenie.
Sam budynek stajni wyglądał przyzwoicie, stajenni zaś sprawiali wrażenie zorientowanych w temacie. Jeżeli chodzi o bezpieczeństwo zwierzaków, Ariene zapewniała, że zostawiając konie tutaj, nie muszą się martwić; cóż im pozostało, jeśli nie uwierzyć jej słowom?
            Pożegnali się z wierzchowcami, jeszcze raz upewnili, że zobaczą je ponownie, po czym wyszli całą grupą przed budynek stajni. Jakoś tak wyszło, iż to na Ariene padła odpowiedzialność dowodzenia grupą, tak więc na niej skupiły się wyczekujące spojrzenia będące niemymi pytaniami „co dalej?”.
Leanelle, spłoszona przesadnym zainteresowaniem przechodniów przesiadującym na jej ramieniu Hessanem, ukryła się za swoim nauczycielem. Smok początkowo był oburzony ukryciem się w cieniu, jednak pogodził się z losem, gdy stojąca nieopodal Meara zaczęła drapać go pod brodą.
Caleb, zdawałoby się, nie zwrócił większej uwagi na chowającą się za nim dziewczynę, jakby jej nawet nie zauważył. Wrażenie, oczywiście, było mylne, ale mężczyzna nie zamierzał Leanelle jeszcze bardziej peszyć okazywanym jej zainteresowaniem tym razem ze swojej strony. Skupił spojrzenie na Ariene, która w dziwnym zamyśleniu naciągała na dłonie skórzane rękawiczki.
– W porządku – westchnęła nieco ciężko i przymknęła na moment oczy. – Tutaj nie wsypuje się swoich. Dostajemy na siebie nawzajem zlecenia i robimy sobie świństwa, bo taka to praca, ale się nie wsypujemy. Dlatego nie istnieje możliwość dowiedzenia się czegokolwiek o porwanej dziewczynce, zwyczajnie nikt nam tego nie zdradzi – wyjaśniła na początek i machnęła ręką, wskazując piętrzące się za nimi budynki. – Rozdzielimy się, by zdobyć jak najwięcej informacji na własną rękę.
– To na pewno bezpieczne? – wtrącił Aidan, mimowolnie zerkając na Leanelle oraz Mearę; miał dziwne wrażenie, że one najgorzej odnajdą się w Bryluen.
– Nic tu nie jest bezpieczne – uświadomiła mu Ariene. – Powinniśmy pozostać w jak najmniejszych grupach, wypadałoby, że w dwójkach. Nie wyobrażam sobie jednak, by puścić Leę, Mearę bądź ciebie bez nadzoru głupiego myśliwego – stwierdziła z pewnym niezadowoleniem.
Aidan skrzywił się, ale nie oponował, samokrytycznie przyznając podłej wiedźmie rację. Co nie znaczyło, że nie poczuł się dotknięty.
– Caleb, weźmiesz ich i udasz się w południową część miasta, tam jest zwykle najspokojniej – zwróciła się bezpośrednio do myśliwego. – Ai, Errian, do zachodniej. Ja i Cador pójdziemy do północnej – skwitowała.
– A wschodnia? – zainteresował się Aidan, gdy zebrani przytaknęli w ciszy i nie zadali nurtującego go pytania.
– Wschodnia strona jest Dzielnicą Milczenia. Tam porywaczy nie będzie na pewno, my też mamy swoje zasady – wyjaśniła spokojnie, uśmiechając się.
Cador uniósł brew, mimo wszystko trochę zaskoczony, że Ariene nadal zaliczała się do wspólnoty mieszkańców Bryluen. Nie skomentował tego w żaden sposób, nawet nie dał po sobie poznać, iż podobna myśl wpadła mu do głowy; skinął tylko nieznacznie głową i poczekał, aż towarzysze się rozejdą.

– Podać ci coś? 
Karczmarka tupała nerwowo stopą, stojąc obok zakapturzonej postaci. Przybysz siedział przy tym stole od dobrych kilku godzin, oparty łokciami o blat, z pochyloną głową. Kobieta mogła się założyć, że podsłuchiwał, tak samo jak dałaby sobie rękę uciąć za to, że parał się niegodną profesją. 
Jakie było jej zdziwienie, gdy postać uniosła głowę. To była ładna twarz. Kobieta o przyciągających uwagę, szarych oczach i powiekach pociągniętych czarnym cieniem, ostrych rysach i ustach w kolorze malin. Było w niej coś, co kazało się na chwilę zastanowić nad jej powodem przebywania w karczmie; w pierwszej chwili oczy nieznajomej zdawały się być smutne oraz strapione. 
Zakapturzona powoli pokręciła głową. Karczmarka, mimo wszystko kobieta interesu, wzruszyła szerokimi ramionami i oddaliła się powolnym, ciężkim krokiem osoby bardzo otyłej. Powiedziała mężowi, by jeszcze nie wypraszać niepokojącej postaci, może po prostu na kogoś czeka. 
Karczmarka miała wrażenie, że czeka wręcz z wytęsknieniem. Że kogoś jej brakuje.
            Obserwowała stolik zakapturzonej kobiety cały wieczór, jako że była bardzo ciekawską osóbką, a zakapturzona postacią wyjątkowo intrygującą. Miała rację co do podsłuchiwania, nieznajoma drgała ożywiona, gdy siedzący blisko niej goście rozmawiali o wydarzeniach w mieście. Wszelkie burdy, niepokojącej hałasy oraz znajdowane trupy budziły jej uwagę, toteż i karczmarka zaczęła przysłuchiwać się plotkom.  
Nastała pora, którą jedni określali późnym wieczorem, inni zaś zaliczali już do nocy. Do przybytku zaczęli napływać głośniejsi, bardziej gwałtowni oraz skorzy do picia goście; z drugiej strony oni także plotkowali najwięcej.
Zakapturzona kobieta nadal siedziała bez ruchu na swoim miejscu, ukryta w rogu pomieszczenia. 
– I on mi, słuchaj tego, wmawiał, że to przeklęte miejsce jest – rzucił miastowy kowal, klepiąc po plecach najdroższego przyjaciela.
Kowal miał donośny głos, zagłuszający karczemne hałasy. 
– I poszliśmy tam wczoraj, rozumiesz. Bo on mi mówi, że tam wieczorem jakieś okropne hałasy, że podejrzany typek się tam kręcił. Ja mu na to, że głupi, ale poszliśmy. I co? I trupa żeśmy znaleźli, ot co. 
Jego przyjaciel słuchał z zapałem, wyglądało na to, że zakapturzona kobieta również się ożywiła. 
– I co, i co? – zainteresował się mężczyzna. – I co to za trup był? 
Kowal odchylił się na ławie z uśmiechem świadczącym, że nowina jest pierwszej jakości.
            – I ja ci mówię, że człowiek to-to nie był – oznajmił bardzo z siebie zadowolony, kiwając na karczmarkę, żeby podała mu kolejny kufel piwa. – On miał skrzydła. 
– Skrzydła? – powtórzył zaskoczony przyjaciel. – No co ty pierdolisz. 
– No jak żywcem skrzydła! Takie błoniaste. 
Karczmarka ujrzała kątem oka, jak zakapturzona kobieta zaciska palce na blacie stołu. Chyba drżała. Bardzo dziwna sprawa.
A nagle się podniosła.
Jej krzesło zaszurało o podłogę, gwałtowny ruch zwrócił na nią uwagę wszystkich. 
– Gdzie to było? – zapytała napiętym głosem.
Uniosła brodę, przez co kaptur zsunął się na ramiona, ukazując znaną już karczmarce twarz oraz burzę włosów o niesamowitym kolorze ciemnej czerwieni. Kobieta patrzyła prosto na kowala, który uniósł wysoko brwi w bezgranicznym zdumieniu. 
– No-no, lalunia, a co dostanę za to, że ci powiem? – zaśmiał się znacząco, najwyraźniej uważając, że jego zagranie było godne podziwu.
Nieznajoma zazgrzytała zębami, bardzo zdenerwowana. Nim jednak zdążyła zrobić cokolwiek, karczmarka postanowiła się wtrącić: 
– A powiedz jej, cholero jedna. Co ci szkodzi? Piwo za darmo będziesz miał, co? – zaproponowała, stawiając przed mężczyzną kufel po brzegi wypełniony ciemnym, mocnym trunkiem.
Podparła się pod boki i łypnęła na kowala znacząco; na obfitych policzkach wystąpiły rumieńce, które wszystkim stałym bywalcom przybytku mówiły, że karczmarka jest zła oraz zdeterminowana. 
Nie wiedziała, dlaczego chciała pomóc nieznajomej kobiecie. Może zwyczajnie zrobiło jej się żal zakapturzonej damy, która przesiedziała cały dzień w gospodzie w poszukiwaniu skrawka informacji.
Z tego, co opowiadał jej zapijaczony mąż, poprzedniego dnia kobieta przesiadywała w oberży po drugiej stronie miasta, podobno rozmawiała też z paroma kanaliami znanymi ze sprzedawania plotek. Karczmarka dorobiła sobie do tego teorię mówiącą, że nieznajoma szukała kogoś bliskiego, rodziny, może ukochanego. 
– No jak taka jest rozmowa, to ja jak najbardziej – zapewnił kowal bez chwili wahania, nie chcąc, by właścicielka jego ulubionej gospody miała powód do wyproszenia go.
Obrócił się na ławie tak, żeby widzieć twarz nadal wpatrzonej w niego śmiertelnie poważnej rudowłosej. 
– Lalunia, kojarzysz opuszczone magazyny nad nabrzeżem? – Widząc jej minę, postanowił poczęstować ją instrukcjami: – Idziesz w górę rzeki i stoją trzy takie wielkie, paskudne, rozwalają się i szkoda wchodzić. No, to tam żeśmy właśnie znaleźli trupka. 
– Co zrobiliście z ciałem? – zapytała od razu.
Brzmiała trochę strasznie. 
– Jak wyglądał ten mężczyzna? 
– Co? A, przystojniaczek taki. Wyrzuciliśmy trupa do rzeki, popłynął z prądem – odparł kowal, już zajmując się darmowym piwem.
Wypił solidny łyk i otarł pianę z krzaczastych wąsów. Nieznajoma babka to na strasznie zdenerwowaną mu wyglądała, nie ma co. A teraz pobladła jeszcze bardziej, jak trup.
            – Jak wyglądał ten mężczyzna? – powtórzyła bardziej stanowczo, cedząc każde słowo.
Karczmarka zmarszczyła niezadowolona czoło i już miała zwrócić bezczelnej uwagę, gdy coś w tym spojrzeniu kazało jej się powstrzymać.
Kowal zerknął na właścicielkę, a gdy skinęła głową, machnął ręką. 
– A ja to wiem? Głównie to był zakrwawiony, lalunia. Ale ciemne włosy miał, ostre rysy twarzy, no, taki właśnie – wyjaśnił oględnie. – Co ja, żeby się na facetów gapić. 
– Miał długie włosy? – zapytała rudowłosa.
Chyba znowu drżała. 
Cisza się przedłużała, kiedy kowal próbował sobie przypomnieć ten szczegół. Blada, nieznajoma kobieta wyglądała, jakby była na skraju wytrzymania. 
– Nie – uznał wreszcie. – Miał je krótko obcięte, na pewno. 
To było dziwne, kiedy całe napięcie w jednej chwili opuściło chude ciało nieznajomej. Westchnęła, odwróciła wzrok i wyglądało, jakby trochę się uśmiechnęła. 
– Dziękuję – mruknęła zupełnie innym głosem.
Karczmarka i kowal wymienili spojrzenia, a zanim się obejrzeli, rudowłosa kobieta wychodziła już z gospody. 
– Co to za baba była – zastanowił się na głos, póki co odstawiając kufel piwa.
Jakoś odechciało mu się pić. 
– Faceci to ślepi jak krety, no słowo daję – oburzyła się karczmarka, wywracając oczyma. – To zraniona kobieta była. Ona go szuka.

Nawet stare, poobijane łajby zacumowane w doku wyglądały pięknie, skąpane w blasku wschodzącego słońca. O tak wczesnej porze, ledwie chwilę po świcie, ta część miasta była opuszczona; do muzyki wodnych ptaków i wszędobylskich wróbli, szumu wody oraz skrzypienia zardzewiałych haków dokładał się jedynie gwizd mieszkającego nieopodal oraz codziennie spacerującego w okolicy mężczyzny.
Ufny, chętnie opowiadał o tym, co widział, a że miał dobrą pamięć do twarzy, mógł podzielić się wartościowymi informacjami. Rudowłosej kobiecie w płaszczu z kapturem podrzucił nie tylko potwierdzenie domysłów i dotychczas zasłyszanych informacji, również pewną nieśmiałą nadzieję. 
Urok poranka odebrał ponurości opuszczonym, rozpadającym się magazynom. Kierując się wskazówkami napotkanego po drodze pana (swoją drogą nabierała wprawy w zaczepianiu nieznajomych i wypytywaniu ich o dziwne rzeczy. Inna sprawa, że może jeden na dziesięciu wiedział coś, co mogło mieć wartość), ruszyła w stronę środkowego budynku, do pierwszego ledwie zaglądając. Przekroczyła zdewastowane deski i zatrzymała się metr od wyjścia, przymrużając powieki, by łatwiej było rozeznać się w półmroku. 
Magazyn zawalony był najróżniejszymi skrzyniami, beczkami oraz płachtami skrywającymi w sobie zawartość, której dotychczas nikt nie uznał za wartą kradzieży. Anabde poszła śladem pozostawionych w kurzu kroków i zamarła dopiero wtedy, gdy wyszła na niewielki pusty plac o wytartej z pyłu podłodze.
Zmarszczyła czoło i kucnęła, by przekonać się o jednym: ślady wskazywały, iż faktycznie odbyła się tu walka. Przymknęła na chwilę powieki i pokiwała do siebie głową, odnajdując w powietrzu ledwie wyczuwalne, wyciszające się już drgania magii. 
Z pewnością znalazła się w odpowiednim miejscu. 
Wreszcie natrafiła na ślady krwi, kilka metrów od niej. Widok  posoki pierwszy, może drugi raz w życiu przyprawił nekromantkę o nieprzyjemny dreszcz, ale pokonała uczucie i zbliżyła się do plam. Uklękła, zawiesiła dłoń nad ciemnym śladem i przygryzła w skupieniu wargę. Hipotez było kilka. Krew nie musiała świadczyć o śmierci któregoś z walczących, mogła też być wynikiem niegroźnej dla Przeklętego rany, trzeba to sprawdzić. 
Gdy poczuła chłodny, wilgotny dotyk na zmyśle magicznym, kościste palce sięgające jej umysłu, cofnęła rękę i odwróciła głowę, czując kolejne ukłucie strachu. Śmierć. Wyczuła, że ktoś umarł w tym miejscu. Jednak niezależnie od tego, jak długo tu ślęczała i jak wiele prób podjęła, nie mogła nawiązać kontaktu z zamordowanym. 
No tak, łowcy. Nie oszczędzą nawet dusz pobratymców. 
Podniosła się, otrzepała spodnie z kurzu i podeszła do kolejnego śladu, jaki zauważyła tuż po znalezieniu się na pustym placu. Pochyliła się, by zacisnąć palce na rękojeści miecza i unieść broń, ustawiając ją pod nikłe, wpadające przez brudne szyby światło. Przebiegła spojrzeniem po znajomej klindze, przesunęła palcem po chłodnym, zabrudzonym krwią metalu i skupiła się na trzymanej rękojeści, upewniając w swoich obawach. 
Miecz z głośnym łoskotem opadł na ziemię. Anabde cofnęła się o krok i zadrżała pod natłokiem myśli, rozpaczliwie próbując odgonić od siebie wszystkie nachalne wizje. Potrzebowała chwili, by pozbierać się i zganić za gwałtowną reakcję.
Dopiero wtedy ujrzała coś jeszcze, blade lśnienie pomiędzy nierówno ustawionymi skrzyniami. Zmarszczyła czoło i ruszyła w tamtą stronę, musząc odrobinę się wysilić, by wyciągnąć zablokowany przedmiot. Chuchnęła na kosmyk włosów, który opadł jej na czoło, koniec końców odgarnęła go palcami i przyjrzała się znalezisku.
Złamany miecz. 
Po przeanalizowaniu dotychczas zebranych informacji i ułożeniu ich w logiczny oraz prawdopodobny przebieg wydarzeń, zdołała opanować nerwy. Gdy wychodziła z magazynu, po upewnieniu się, że nic więcej w tym miejscu nie znajdzie, czuła się nawet odrobinę lepiej.

Cador odprowadzał towarzyszy uważnym, częściowo zmartwionym spojrzeniem, aż wreszcie, gdy ostatnia osoba zniknęła za zakrętem, zerknął na wiedźmę. 
– Północna, hm? – mruknął, na chwilę unosząc głowę i zapatrując się w niebo.
Nie minęło pięć sekund, jak obrócił się o czterdzieści pięć stopni, schował dłonie do kieszeni i ruszył przed siebie.
– Północna – przytaknęła, pewien czas przypatrując się jego plecom, gdy zostawił ją w tyle, kierując się do celu wyprawy.
Zmarszczyła lekko czoło, ostatecznie wzruszając do siebie ramionami i podążając jego śladem bez słowa. Trochę przytłoczyło ją rozdzielenie z grupą; nie wiedziała czemu, po prostu nagle odniosła wrażenie, że atmosfera zrobiła się o wiele cięższa. Dlatego, by pozbyć się tego wrażenia, skupiła się na czekającym ich zadaniu, analizując, gdzie najlepiej szukać informacji.
O wszelkich porwaniach zwykle wiedzieli handlarze niewolników, których w tej dzielnicy akurat nie brakowało. Mieli kilka swoich powszechnie znanych melin, pozostali ukrywali się po kątach, ale nadal wszyscy zdawali sobie sprawę z ich obecności.
Wystarczyłoby przejść się po kilku z nich, ostrożnie wypytując o zgubę i nie zdradzając się z prawdziwym powodem zainteresowania. Ze szczątkowych haseł da się ułożyć wstępny obraz całości. Ariene uznała, że plan był dobry jak każdy inny.
Nie kwapiła się z doganianiem Cadora, pozwalając mu prowadzić. Sama rozglądała się dokoła ukradkiem bądź obserwowała brudną drogę pod nogami, na nowo i na nowo składając myśli. Wcale nie cieszyła się, że musiała tu z nim przyjechać.
Różnice między poszczególnymi dzielnicami miasta nie były wyraźne, nie wiązało się to z drastyczną zmianą wyglądu budynków czy mijanych ludzi, jednak czuło się granicę między jedną a drugą strefą.
Gdy Cador doszedł do wniosku – oceniając sam nie wiedział po czym – że znalazł się w odpowiedniej części urokliwego miasta, zatrzymał się przed najbliższym skrzyżowaniem. Wtedy obrócił się do ciągle idącej za nim kobiety i uśmiechnął lekko. 
– Jaki jest plan? – zapytał, nieszczególnie przejęty tym, że oto zatrzymał się na środku ulicy.
Nie była specjalnie zatłoczona, nie widać było nadjeżdżających wozów, tylko kilka osób spojrzało na niego krzywo.
– Handlarze niewolników – odparła nieco zbyt oschle, niż chciała, dlatego odchrząknęła lekko i spuściła wzrok, wymijając go.
Ruszyła w odpowiednią część dzielnicy, odtwarzając w pamięci mapę miasta. Pierwszy budynek nie powinien znajdować się daleko; wspólnie sprawdzą, czy plan w ogóle ma rację bytu, a potem najwyżej się rozdzielą, by przyspieszyć poszukiwania. I by sobie ulżyć, jak w przypadku Ariene.
Dziwnie się czuła od dłuższej chwili, to ją niepokoiło.
Kilka ulic przed celem minęła się z jakby znajomym młodzieńcem – chłopak zatrzymał się, przypatrując się jej, gdy szli w jego kierunku, po czym nagle uśmiechnął się i nieśmiało pomachał. Ariene odwzajemniła powitanie, gorączkowo się zastanawiając, skąd go zna i dlaczego powinna traktować go przyjaźnie.
Na szczęście młodzieniec nie zamierzał zagadywać spotkanej znajomej – w Bryluen ludzie na ulicy ogółem rzadko rozmawiali, co w tym momencie wydało się podłej wiedźmie genialnym rozwiązaniem.
Rozejrzała się krótko i wybrała drogę w lewo, wchodząc między ciaśniej postawione budynki. W następnym zaułku trafią do celu, o ile się nie myliła. A wątpiła, by poszła gdzieś źle, za dobrze miasto znała.
Uniósł ze zdziwieniem brew, nie spodziewając się niechęci z jej strony; nie poświęcił wiele czasu na zastanawianie się, co ją znowu ugryzło, wzniósł oczy ku niebu, westchnął sobie i ruszył jej śladem. 
Na przyjaznego młodzieńca nie zareagował, ot, przyglądał się mu chwilę dłużej niż innym. Nieświadomie jego spojrzenie nabrało nieprzychylności; mogło się zdawać, że Cador bardziej wkomponowywał się w miasto przestępców niż ten chłopaczek. Ba, idealnie tu pasował, gdy tylko nieznacznie przygarbił ramiona i przymrużył jasnozielone oczy.
Młodzieniec nabrał głębokiego wdechu, ale wtedy obrońca ruszył, elastycznym i bezszelestnym krokiem. Dość szybko zniknął mu z oczu. 
W końcu dogonił wiedźmę i zrównał się z nią, wtedy zwolnił kroku, by szli ramię w ramię.
Nie odezwała się słowem przez całą drogę, przypatrując się tylko mijanym budynkom i pozamykanym drzwiom, jakby to od nich wszystko zależało. Wreszcie stanęła przed jednopiętrowym domem; okiennice ledwie wisiały na zawiasach, na ulicy leżały dachówki zerwane z dachu, balustrada przy schodach prowadzących do wejścia była w jednym miejscu nadłamana, jakby ktoś na nią wpadł.
Ariene wspięła się po stopniach i przyjrzała się drewnu tuż nad klamką, szukając niedużego symbolu – kwadratu w kole. Widząc wyryte w deskach linie, uśmiechnęła się lekko i znów wyprostowała, oglądając się przez ramię na Cadora. Nie przypatrywała mu się długo, zapukała wyuczonym rytmem i otworzyła przejście, śmiało wchodząc do środka.
Znaleźli się w ascetycznie pustym, niedużym pomieszczeniu. Poza kilkoma beczkami, zamykaną szafką w rogu oraz biurkiem naprzeciw drzwi, w pokoju nie było dosłownie nic.
Siedzący na krześle mężczyzna zdjął nogi z blatu i przyjrzał się gościom podejrzliwie – zaraz w jego oczach pojawiło się blade zrozumienie i z powrotem ułożył stopy na biurku, przygważdżając buciorami pogniecione papiery.
– Dawno cię u nas nie było – rzucił niedbale, krzyżując ręce za głową. – Nowe mięso? – dodał zainteresowany i wyszczerzył zęby.
Ariene także się uśmiechnęła, ale zdawkowo.
– Ani dla ciebie, ani dla swoich. Tym razem jestem pazerna – odparła i ruszyła w stronę mężczyzny, zerknąwszy krótko na Cadora, jakby się upewniała, że nic go nie zjadło, kiedy nie patrzyła.
Cador zatrzymał się koło drzwi i tam pozostał, opierając się ramieniem o ścianę. Skrzyżował ręce na torsie, dość luźno, by móc w każdej chwili sięgnąć po broń, i na dobry początek rozejrzał się uważnie po pomieszczeniu.
W przeciwległym kącie pokoju ukryte były drzwi, poza tym do ucieczki nadawałoby się jedno większe okno po prawej stronie. No i wejście, które miał za plecami, oczywiście. W samym pomieszczeniu nie było nikogo więcej, jednak Cador zgadywał, że odpowiednio uzbrojeni strażnicy czekają za ukrytym przejściem. Opracowawszy ewentualne plany obrony i ucieczki, wrócił świadomością do zdarzeń bieżących. 
Odpowiedział na spojrzenie Ariene, jednak nie wykonał w jej stronę żadnego gestu, nie wyglądało również, by miał zamiar wziąć udział w rozmowie. Odciążył nogę i jeszcze raz przysłuchał się otoczeniu, cały czas pozostając czujnym.
– Zatem co cię… was – poprawił się z przekąsem mężczyzna – tu sprowadza w moje skromne progi? – spytał szczerze zainteresowany, rozkładając ręce.
Ariene dotarła do biurka, niedbale zepchnęła jego nogi z blatu i sama na nim przysiadła, uśmiechając się zdawkowo. Chwilę poświęciła przyglądaniu się rozmówcy; wydawało się jej, że nie pamiętała blizny przecinającej jego lewy policzek, bo szrama ciągnąca się od prawej skroni do lewego kącika ust była znajoma.
Ostatecznie zapatrzyła się w ciemne oczy i wzruszyła ramionami.
– Tęskniłam – stwierdziła krótko, przypatrując się mężczyźnie wyczekująco, jakby to on miał do niej interes, nie na odwrót.
– Z pewnością. Potrzebujesz pomocy, co? – odgadł, splatając dłonie na brzuchu i uśmiechając się triumfalnie. – I jak zawsze przychodzisz do mnie. Co będę z tego miał? – zainteresował się szczerze.
– Spokój na najbliższe lata – odparła, przekrzywiając głowę. – Wynoszę się stąd niedługo i to zdecydowanie na stałe, zmieniam branżę. Przyszłam po mój dług – skwitowała, opierając się dłonią na blacie i pochylając się nad rozmówcą.
– Szkoda takiego talentu – zmartwił się pokazowo. – No cóż, zatem jak mam ten dług wdzięczności u ciebie spłacić, nasza śliczna Zmoro? – spytał, prostując się, by przysunąć swoją twarz do jej.
– Prawdziwymi informacjami w jak najbardziej konkretnej oraz przydatnej formie. W końcu zawsze wiesz, co w trawie piszczy – mruknęła zadowolona, z powrotem cofając ramiona, by zwiększyć dystans od niego.
Cador wyciszył oddech, skupiając się na liczeniu. Pierwszy, drugi, trzeci. Uniósł przenikliwe spojrzenie na ukryte drzwi i zmarszczył czoło; trzech strażników zaraz za ścianą. Następnie zerknął kątem oka przez okno, by upewnić się, że na podwórzu nadal jest spokojnie. Dopiero wtedy pozwolił sobie na przyglądnięcie się znajomemu Ariene; jego spojrzenie było ukradkowe i mężczyzna nie zanotował, że jest obserwowany. 
Jeden z tych, którzy wolą siedzieć w bezpiecznej kryjówce i wyrównać rachunki obietnicami lub przekrętami. Napięte mięśnie twarzy i trudny do spostrzeżenia tik świadczyły o nerwowości, sposób siedzenia sugerował, że facet w każdej chwili jest gotowy do ucieczki lub obrony. Cador przechylił głowę, zastanawiając się, czy to wyuczona przez wiele lat pracy w branży reakcja, czy przyczyną jego zdenerwowania jest sama Ariene. Ciekawe.
Mężczyzna roześmiał się ochryple, odchylając na moment głowę, jakby podła wiedźma powiedziała coś wyjątkowo śmiesznego.
– Zawsze prawiłaś komplementy tak, że każdemu facetowi serce rośnie – stwierdził nadal rozbawiony i zetknął ze sobą czubki palców, zawieszając na znajomej wyczekujące, dość czujne spojrzenie.
– Twoje serce nie rośnie już chyba od ładnych kilku lat, co? – mruknęła tylko i założyła nogę na nogę, wygodniej sadowiąc się na blacie biurka.
– Mogłabyś się zdziwić – odparł po krótkim, jakby urażonym milczeniu, po czym uśmiechnął się z przekąsem.
– Oddam atrakcje innej chętnej – spasowała, unosząc uspokajająco dłoń. – Potrzebuję jakichkolwiek wieści o ostatnio sprowadzonych do Bryluen dziewczynkach z dobrych domów – przeszła do konkretów, zapatrując się na znajomego z większą powagą.
– O ostatnio sprowadzonych? Zawęź okres czasu – poprosił mężczyzna, zmrużywszy z pewną podejrzliwością oczy. – Właściwie po co ci ta wiedza?
– Nie pytamy o to, na co nie chcemy znać odpowiedzi – skarciła go bardziej dziewczęcym głosem i wzruszyła ramionami. – Dwa, trzy tygodnie. Młode, poniżej szesnastki – doprecyzowała.
– Zapytaj Sama, on się zaczął kręcić przy tym interesie. Nie bawię się w dzieciaki. A jak nie Sam, to Elbert, z niego też niezły dewiant – podpowiedział, odchylając głowę. – Niczego szczególnego nie słyszałem, ale mogę podpytać w ramach długu – zaofiarował się jeszcze z krzywym uśmiechem.
– Jak my wszyscy – odniosła się półgłosem do komentarza o Elbercie, po czym zeskoczyła z biurka. – W takim razie podpytaj, a będziemy kwita. Wrócę za kilka godzin, sprężaj się – dodała, unosząc ostrzegawczo palec i ruszając w stronę drzwi.
– A powiedz mi, od kiedy to się ustatkowałaś? – zaciekawił się jeszcze, nim Ariene opuściła jego skromny gabinet; ruchem głowy wskazał Cadora, przymrużając w pewnym zamyśleniu oczy.
Podła wiedźma przystanęła, obróciła się częściowo do znajomego, po czym uśmiechnęła się w naprawdę specyficzny, trudny do zinterpretowania sposób. Zaraz po tym uniosła pożegnalnie dłoń i spojrzała wyczekująco na Cadora, w jednej chwili znów stając się znaną na co dzień Ariene.
Cador odpowiedział na jej spojrzenie lekkim uśmiechem, potem obrócił się przodem do drzwi i otworzył je, przepuszczając kobietę przodem. Gdy przekroczyła próg, on na moment obejrzał się na jej dawnego znajomego. Przechylił głowę, obdarzając mężczyznę przeciągłym spojrzeniem, a potem, bardzo powoli, na jego ustach pojawił się dziwny uśmiech.
            Kiedy wyszedł z budynku i spojrzał na towarzyszkę, wszystko wróciło do normy. Przymrużył pogodnie oczy i zatrzymał się, czekając na kolejne rozkazy.
Ariene odetchnęła głęboko zapachem ulic Bryluen – zapachem cokolwiek ostrym oraz nieprzyjemnym, ale jakby nie zwróciła na to uwagi – po czym przekrzywiła głowę, by lepiej widzieć drogę, którą powinni się udać. Następnie zerknęła w przeciwną stronę, nadal jeszcze rozważając w myślach różne za i przeciw realizacji nowego planu.
Nie miała powodu, by staremu znajomemu nie wierzyć, ale doza ostrożności zawsze była konieczna. Poza tym powinni zaoszczędzić na czasie, każda godzina była istotna – od pewnego momentu po porwaniu złoczyńcy zwykle zaczynali się nudzić, już kilkakrotnie widywała takie sytuacje. Docierali do krytycznej granicy.
– Sam znajduje się na lewo, Elbert na prawo – stwierdziła powoli, zapatrzywszy się przed siebie. – Wszystkie siedziby handlarzy niewolników oznaczone są tuż ponad klamką symbolem kwadratu otoczonego kołem. Sugerowałabym rozdzielenie, to pozwoliłoby nam zaoszczędzić trochę czasu – dodała nadal w zamyśleniu, ważąc każde słowo. – Poszedłbyś do Elberta, szukaj symbolu po lewej stronie ulicy, dwupiętrowy budynek z wejściem do piwnicy obok drzwi frontowych – opisała dodatkowo.
Już miała się odwrócić i ruszyć w swoją stronę, ale z bliżej nieznanych jej przyczyn nawet nie drgnęła. Koniec końców przygryzła lekko wargę i niepewnie uniosła dłoń; na moment się zawahała, ostatecznie jednak przytuliła ją do jego policzka, spoglądając na Cadora z zatroskaniem, którego nie potrafiła ukryć.
– Poradzisz sobie? – mruknęła, doskonale wiedząc, że przytaknie; szybko uznała, że zabrzmiała głupio, dlatego uciekła spojrzeniem w bok. – Miałam na myśli… bądź ostrożny – poprawiła się pospiesznie.
– Mhm – mruknął, obejmując ją w pasie i przyciągając do siebie.
Pochylił się, by pocałować ją krótko, odgarnął jeszcze kosmyk włosów z jej czoła. 
– Postaram się – obiecał mało konkretnie. 
Trochę rozbawiła go jej troska. Nie miał zamiaru z tego żartować, bo był w stanie to zrozumieć – ot, sam odczuwał podobnie irracjonalne lęki o jej osobę. Niemniej jednak doskonale odnalazł się w mało zachęcającym środowisku i nawet nie wyróżniał się z tłumu, nie powinna więc za bardzo się obawiać. Da sobie radę, zawsze dawał. 
– Spotkamy się tutaj? – zapytał jeszcze, odsuwając się i przechylając głowę.
Nie czekał na odpowiedź, uśmiechnął się pogodnie i odwrócił, ruszając w wyznaczonym przez kobietę kierunku. Rozejrzał się czujnie dookoła, przygarbił nieco ramiona i po niedługiej chwili już go nie było.

5 komentarzy:

  1. Dobra, wracam do gry, bo nudno u was i pustką zieje. I wogóle, już nadrabiam zaległości.
    E, Nearyh, miszczu internetów, zastanawiałaś się nad rozkładaniem rozdziałów na dwie części i publikacją osobno? Bo wcholerę chce mi się czytać, ale sama długość odstrasza ._. Ile średnio stron ma wasz rozdział?

    Sira

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...sama kiedyś wrzeszczałaś, że żądasz rozdziałów dłuższych niż 9 stron A4, więc zaczęłam wrzucać rozdziały o długości 13 stron A4 ._.

      Usuń
    2. Ale ja ciągle wrzeszczę, wiesz ._. Chociaż teraz, kiedy już wszystko nadrobiłam, nie wydaje się to aż tak długie.
      E, planujecie zamianę szablonu? (Pomijając fakt że nadal parzy oczy na komórce... armia wyłażąca z tyłka faceta z prawej - so epic xD)
      W każdym razie miałam długą przerwę i czytając te rozdziały "na świeżo" mam wrażenie, jakby ktoś mi pieprznął w głowę psychoanalizą O_o Muszę się znowu przyzwyczaić, bo same opisy majstersztyk.
      Czuję się dziwnie po rozdziale o Sheridanowym miszczu. Szykowałam się na coś większego, ale podczas konfrontacji Sher-Gair cały czas miałam w głowie męską wersję Aithne, tyle że bardziej wkurzającą(co do samej Ai, teraz zaczęła też mnie wkurzać, niwim czemu). Polubiłam od dzisiaj oficjalnie Ariene, chociaż ma bardzo pretensjonalne przezwisko i jest jak merysłup w tym mieście.
      Meara zlała mi się z Leą, Lea z Aidanem, o Calebie prawie nic... Anabde ostatnio wypadła chyba najbardziej autentycznie wśród całej tej gromady.
      Dobra, to chyba już wszystko. No nic, wracam do kursu rysowania ust xD

      Usuń
    3. No to mam skracać czy nie? ._.
      Eeee, nie myślałam o tym, bo ja szablony zmieniam zwykle raz w życiu i to wszystko. Musiałabym znowu długo grzebać ;_;
      Yyy, z tymi opisami to nie wiem, to ironia była w sensie, czy co? :< Bo ja nie mam pojęcia już, co chciałaś przekazać.
      ...czyli jak ktoś walczy, to od razu Aithne i wkurzający? Spoko xD Zresztą poniekąd skojarzenie dobre, bo Sher się trochę zawzorował na całej drużynie, żeby wygrać. Poza tym właśnie stwierdził, że jesteś beznadziejna xD
      ...nie jest pretensjonalne to przezwisko ._. Zmora to rasa wyższego Przeklętego, która dysponuje tym samym odłamem magii, co Ariene, tyle że ma to wrodzone, no, mniejsza. I Ariene bardzo często naśladowała działania zmór przy wykonywaniu zadań, stąd się utarło. A że jest znana... no cóż, zagłębiać się nie będę w sprawę, bo Cador się wścieknie ;_;
      Meara i Lea?! Matuchno boska, to już wyższy poziom abstrakcji. Bo tę Leę z Aidanem jeszcze da się zrozumieć, on też taki przestraszony.

      Usuń
    4. Natuś, miałam naprawdę długi komentarz i komputer mi się wyłączył, gnój T__T Mogę się sprężyć? Mogę. No to tak:
      1. Nie, to nie była ironia, tylko opis wrażenia po tak długiej nieobecności. Wiesz, tak jakbyś czytała dla śmiechu naprawdę kiepskiego harlequina i nagle wzięła się za "Dziady". SZOK xD
      2. Jak dla mnie Gair jest trochę przekombinowany. Gdybym nie znała fabuły powiedziałabym, że Sher to stary, dojrzały miszcz, a G. to niewyżyty dzieciak. A Aithne to bardzo-bardzo dzieciak, więc tak mi się kojarzy i nie ma to nic wspólnego z walką, która jest bardzo sprawna i dobra i nic tylko się cieszyć xD
      3. Wiem, w tekście było to wyjaśnione i mi to nie umknęło. Niemniej nadal pretensjonalne xD A merysłup wychodzi szczególnie, kiedy czyta się wyakcentowane fragmenty o tym, jaka Ariene jest piękna i niewinna z urody, jaka z niej perfekcyjna zabójczyni i że wszędzie ma znajomości i wtyki. Pomimo tego, lubię ją.
      4. No bo właściwie… za nami już osiemdziesiąt rozdziałów, a Lea i Aidan nadal są dla mnie jak ruchome tło dla pierwszego składu z Perrianu. Z kolei Meary nie mogę określić, ale skoro ani Lei, ani Aidana do tej pory nie mogę określić, to (jestem nieogarnięta) zalicza się do tych sierotek z tyłu xD
      I nie pitolmy, nie odpowiadaj, tylko nowy rozdział poproszę ^^

      Usuń