poniedziałek, 5 listopada 2012

35. Odkryte sekrety



Anabde patrzyła, jak różowe krople wymieszanej z wodą krwi ściekają po jej ramionach i wpadają do przejrzystego strumyka. Zmarszczyła z niepokojem czoło, zastanawiając się, skąd ten dziwny, trudny do pojęcia ucisk w żołądku; jakby robiło jej różnicę, czyja to była krew, a przecież nie powinno to mieć żadnego znaczenia.
Jednak kiedy przypatrywała się zakrzepłej na skórze posoce, przypominała sobie nie tylko scenę sprzed kilku godzin, Aithne przeszywającą mieczem łowcę, ale również niechciane uderzenie strachu.
Strachu o niego? Nie może być.
Zacisnęła niezadowolona wargi i zaczęła mocniej szorować, aż skóra stała się czerwona nie od posoki, a z podrażnienia.
Wreszcie Anabde wstała i sięgnęła po potarganą bluzkę, wycierając skórę tą częścią materiału, która nie była umazana krwią. Potem rzuciła ciuch na pobliski krzaczek – do niczego już się nie nadawał. Przygładziła boki nowej bluzki, którą miała na sobie, sięgnęła po niewielką torbę i ruszyła głębiej w las.
Odrzuciła denerwujące, zupełnie irracjonalne myśli i westchnęła. Miała przed sobą zadanie do wykonania, wszystko musiało jednak pozostać w tajemnicy.
Doszedłszy do wniosku, że odległość od ogniska jest dla niej satysfakcjonująca, zatrzymała się między drzewami i rzuciła torbę obok wystających nad ziemię korzeni. Na szczęście okolica była pełna potrzebnych jej ziół – zebrała liście i korzonki po drodze, by teraz ułożyć je na kamieniu i zacząć ścierać w drobny proszek.
Zadanie należało do nużących i niewdzięcznych, a do tego długotrwałych, ale w końcu miała już odpowiednią ilość substancji. Rozejrzała się uważnie dookoła, odetchnęła głęboko i zabrała się do roboty.
Jeden z jej pierwszych mistrzów nauczył ją, jak z pomocą ziół i rytuałów postawić barierę ochronną przydającą się podczas przyzywania umarłych; potrafiła stworzyć ją samodzielnie, własną mocą, jednak zioła pozwalały jej na zaoszczędzenie energii.
Któryś z kolejnych nauczycieli powtarzał jej, by tworzony krąg nie był zbyt mały; jak zwykł mówić, tak naprawdę nigdy nie wiemy, czy przyzywana osoba była tym, za kogo się podawała. Gdyby przywołana dusza okazała się za duża na utworzony krąg, przy odpowiedniej sile mogłaby go złamać i wydostać się na wolność – bardzo nieprzyjemna sprawa.
Wykorzystała ich wskazówki, by stworzyć krąg rytualny, po czym stanęła w odpowiednim miejscu i przymknęła na chwilę oczy.
Każdy z jej mistrzów potrzebował wielu godzin zbierania składników, tworzenia mikstur i mamrotania nudnych formułek zaklęć. Ona potrzebowała kilka sekund na odnalezienie w sobie mocy i wyruszenie umysłem na spacer po krainie umarłych.
Nic. Otworzyła oczy, by przymrużyć je w zastanowieniu, ale podjęła kolejną próbę. Wędrowała wśród zimnych jednostek i pustych oczu, szukając konkretnej osoby, jednak jej działania nie przynosiły skutków. Pobladła nieznacznie,  zastanawiając się, czy może popełnia błąd; przeanalizowała swoje działania i nie znalazła żadnej nieprawidłowości.
Stopniowo jej ciało zaczęła zalewać ulga. Nie znalazła znajomej, bliskiej ogniu duszy, a przecież tak charakterystycznej osobowości nie sposób przeoczyć. Zaraz przypomniała sobie, że nie musi to oznaczać, iż Larkin żyje. Istnieje wiele sposobów, by unicestwić duszę, lub sprawić, by była ona nie do wykrycia w świecie zmarłych.
Odetchnęła głęboko, rozluźniła napięte mięśnie ramion i zabrała się za realizowanie kolejnego punktu planu. Znowu przymknęła oczy, skoncentrowała się i zanurzyła w niebezpiecznym, odległym, a jednak w pewien sposób znajomym świecie. Ogarnęła ją ciemność, pochłonęła jej umysł, grożąc unicestwieniem; Anabde odepchnęła się jednak od dna i ruszyła spokojnym spacerem po ogrodzie nieskończonej liczby umarłych dusz.
Przypomniała sobie wszystko, co zapamiętała na temat szukanego mężczyzny: skupiła uwagę nie na danych osobowych, które przecież mogły być fałszywe, a na specyfice jego gestów i wyrazów twarzy, nietypowości spojrzenia, brzmieniu głosu. Ze wspomnień ułożyła najdokładniejszy obraz Revelina, na jaki było ją stać. Już po chwili na jej czole pojawiła się pojedyncza zmarszczka.
Dokładnie w tym samym momencie powietrze pośrodku kręgu zaczęło gęstnieć. Po okolicy rozniósł się nieprzyjemny chłód, wilgoć zwiększyła się nieco, świergot ptaków zamilkł, zastąpiony przez dziwne brzęczenie. Anabde uśmiechnęła się pod nosem z zadowoleniem i uchyliła powieki.
Natrafiła na spojrzenie pustych oczu Revelina, zachodzących mgiełką dawnej barwy tęczówek. Zwróciła jednak uwagę nie na miodowe włosy czy łobuzerski uśmiech, a imponujące, hebanowe skrzydła swobodnie rozłożone.
W pierwszej chwili otworzyła szerzej oczy w czystym zdumieniu, potem jednak uśmiechnęła się z rozbawieniem. Dobrze, że wzmocniła odpowiednio barierę, ostrożność popłaca.
Mężczyzna stał w nonszalanckiej pozie, z rękoma skrzyżowanymi na torsie. Skrzydła poruszyły się lekko, jakby chciał zwrócić na siebie uwagę kobiety, pióra zaszeleściły, a dźwięk rozniósł się po kręgu przywołania echem.
– Anabde! – rzucił dość radosnym tonem; jego głos brzmiał tak, jakby wołał z dna studni. – Już myślałem, że się nie doczekam. Ile można sterczeć w tym nudnym pustkowiu, nim członkowie drużyny złożą odwiedziny? – Mężczyzna uniósł ramiona i przeciągnął się z głośnym pomrukiem. – Gdzie reszta, tylko ty się stęskniłaś? Pewnie chcesz się dowiedzieć, jak zginąłem, co?
Jego pogodny uśmiech miał w sobie pewną gorzkość; pod maską rozbawienia i dobrego nastroju ukrył poczucie porażki. Nekromantka zastanowiła się, jak wiele lat miał stojący przed nią upadły i jak potężny był – miała przeczucie, że byłaby zaskoczona odpowiedzią.
– Zabił cię Arathain za pośrednictwem swojego magicznego tworu – odpowiedziała spokojnie, mrużąc ostrzegawczo stalowe oczy, gdy upadły podszedł do krawędzi kręgu.
Sięgnął dłonią do przeźroczystej bariery i zmarszczył brwi.
– Och. Tak, to prawda – przyznał powoli, jeszcze chwilę wpatrując się w miejsce, które musiało być magicznym murem, bo nie mógł sięgnąć dalej.
Potem przeniósł zaciekawione spojrzenie na rudowłosą, oceniając ją w myślach.
– Wobec tego po co mnie ściągnęłaś? – zapytał, przechylając nieznacznie głowę.
Wzrok pustych oczu martwej duszy był wyjątkowo nieprzyjemny; miało się wrażenie, że śmiercią można się zarazić poprzez samo patrzenie. Anabde jednak bez zawahania spojrzała mu w oczy i uniosła brodę.
– Wiesz, co się stało z Larkinem? – zapytała, jak zwykle nie owijając w bawełnę.
Revelin uniósł zaskoczony brwi i zamrugał intensywnie, wpatrując się w rozmówczynię bez zrozumienia.
– Z Larkinem? – powtórzył głupio.
– Z Larkinem – potwierdziła, zachowując stoicki spokój.
Przypatrywała się upadłemu badawczo, gdy spacerkiem wracał na środek kręgu. Piórami skrzydeł poruszały nieistniejące, obecne tylko po drugiej stronie podmuchy wiatru, których cichy świst przenikał do rzeczywistości żyjących.
– Tu go nie ma – zauważył, uśmiechając się wesoło.
Anabde prychnęła pod nosem, w jej  oczach pojawiła się jawna dezaprobata; jakby myślał, że tego nie sprawdziła.
– Wiem – odpowiedziała krótko.
– Zniknął?
– Gdyby nadal tu był, raczej bym nie pytała.
– Och. No tak.
Revelin zmrużył oczy, po czym odwrócił się do niej bokiem, przykładając palce do brody. Chwilę trwał w zastanowieniu, a kobieta nie przerywała mu, czekając na odpowiedź.
Współpraca na razie szła gładko; obawiała się, że Revelin będzie się z nią raczej drażnił, szantażował ją, a koniec końców zachowa dla siebie najważniejsze informacje.
– Wydaje mi się, że go widziałem – zaczął ostrożnie.
Odpowiedział na intensywne spojrzenie kobiety, po czym kontynuował:
– Na chwilę przed śmiercią. Demencja zaskoczył mnie swoją siłą, sam nie był zdziwiony moją potęgą. Tuż przed zadaniem ostatecznego ciosu odwrócił się jednak, a ja miałem czas, by rozejrzeć się po okolicy w poszukiwaniu ratunku. Zdaje mi się, że wtedy ujrzałem z boku konia z jeźdźcem na grzbiecie, mignęła mi przed oczami ruda plama. Czy to był Larkin, czy jakaś zjawa lub przywidzenie, tego ci nie powiem.
Anabde pokiwała głową, analizując słowa zmarłego. Może Larkin odjechał, a może to nie był on – jak zauważył sam Revelin, równie dobrze mógł to być duch lub omamy wzrokowe. Nic nie jest pewne.
Ale jeśli Larkin odjechał, dlaczego miałby opuścić ich bez słowa? Gdzie miałby się udać? I po co? Revelin nie mógł udzielić odpowiedzi na żadną z jej wątpliwości, dodał tylko kolejne.
Jeszcze chwilę milczała i już miała odesłać upadłego z powrotem, gdy coś wpadło jej do głowy. Przechyliła głowę, a gdy wątpliwość nie chciała jej opuścić, postanowiła zasięgnąć języka.
– Jak długo ukrywałeś się jako człowiek? – zapytała spokojnie.
Revelin spojrzał na nią ze zwątpieniem; raczej nie wyglądała na zainteresowaną jego historią życiową, więc dlaczego chciała wiedzieć? Pytanie było niecodzienne i nie miało nic wspólnego z omawianym tematem, nawet planował je zbyć, gdy wpadło mu, że zmarłemu podzielenie się taką informacją nie zrobi żadnej różnicy. Przynajmniej przeciągnie jakoś rozmowę.
– Od ponad siedemdziesięciu lat nie ściągałem artefaktu ani na sekundę, a od ćwierć wieku nie używałem magii w stopniu wykraczającym poza ludzkie możliwości – odpowiedział, przechylając głowę w niemym pytaniu o powód jej ciekawości.
Wyjaśniła:
– Wobec tego jakim cudem Arathain wiedział o twojej prawdziwej tożsamości i mocy? – rzuciła bardziej do siebie, marszcząc w zastanowieniu czoło.
Revelin zacisnął usta; nie mógł tego przyznać, ale i jego dręczyła ta kwestia. Dopilnował przecież, by wszyscy, którzy mogli go wsypać, wąchali kwiatki od spodu, nie było szans, by ktoś odgadł jego prawdziwą naturę.
– Nie mam pojęcia – przyznał wreszcie bardzo niechętnie.
Zapadło milczenie, gdy nagle upadłemu coś wpadło do głowy. Informacja, która mogła mieć pewną wartość.
– W pewnym momencie uchylił się jego płaszcz. Pod spodem miał bogatą kamizelkę, charakterystyczną, bo trzybarwną. Błękit, biel i...
– Złoto – weszła mu w zdanie nekromantka.
Revelin uniósł brew, po czym pokiwał głową.
– Złoto. Zgadza się. Skąd...? – zapytał mało składnie.
– Takie same kolory ma pistolet, jaki mi dał. Pistolet, który zabija nie tylko ludzi, ale również Przeklętych i nieumarłych – wyjaśniła. – Nie kojarzysz niczego związanego z takim zestawieniem kolorów? Jakiejś organizacji, rodu, czegokolwiek?
Revelin pokręcił natychmiast głową, rozwiewając jej nadzieje. Zgarbił się i na krótką chwilę przestał wyglądać jak przesadnie pewny siebie łobuz, ukazując drugie, słabe, pokonane oblicze.
– Uważałbym na niego – mruknął w chwili, gdy Anabde zaczęła przygotowywać się do odesłania duszy.
Zaprzestała swych działań i uchyliła powieki, unosząc brew.
– Na Arathaina – wyjaśnił. – Miałem ponad trzysta lat. Uwierz mi, byłem potężny, myślę, że z łatwością pokonałbym Aithne czy Larkina. Może nawet ich razem. A jemu udało się mnie zaskoczyć i zniszczyć. I to żeby osobiście! Nasłał na mnie swój twór. Nikt nie wie, w co jest ten facet wplątany i jakie idee nim kierują, może się okazać, że wasza grupa nadal jest w niebezpieczeństwie.
Anabde zmarszczyła nieznacznie brwi i pokiwała głową, przyjmując do wiadomości małe kazanie zmarłego.
Miał sporo racji. Trzeba było dowiedzieć się czegoś o kombinacji złota, bieli i błękitu, odnaleźć informacje na temat samego Arathaina, przeanalizować jego przybycie i działania; mógł naprawdę stwarzać zagrożenie.
– Co się właściwie z nim stało? – zapytał jeszcze mężczyzna, przerywając jej zamyślenie.
Gdy uniosła na niego wzrok, napotkała, o ironio, śmiertelnie poważne oczy.
– Nie wiemy dokładnie – przyznała, nagle orientując się, jak głupim zachowaniem z ich strony było zignorowanie zniknięcia Arathaina.
Potężny mag, niepewny sojusznik, a oni wzruszyli ramionami nad jego losem. Jak mogli być aż tak lekkomyślni?
– Zeszliśmy do podziemi, bo tam ukryty był artefakt. Jedna z pułapek zadziałała, powodując, że sufit zaczął się walić. Prawie wszystkim udało się umknąć, ale Arathain i jego, hm, towarzyszka stali dokładnie w tym miejscu, na które zwaliły się gruzy – wyjaśniła pokrótce, uznając, że co jak co, ale zmarłego, który udzielił jej pomocy, może poczęstować okrojonymi informacjami.
– Towarzyszka? Arathain kogoś wyrwał? – podchwycił od razu Revelin, jak zwykle wyciągając z wypowiedzi rozmówczyni to, co jego ciekawiło najbardziej.
No co, czy zmarli nie mogą interesować się sprawami łóżkowymi tak samo, jak żywi?
Anabde nie była w stanie powstrzymać rozbawionego uśmieszku, gdy zobaczyła błyszczące oczy umarłego i jego wyjątkowo sugestywny uśmieszek.  
– Ciężko powiedzieć – odparła, kręcąc niedowierzająco głową. – Nie zaglądałam im do łóżka. Nazywała się Jen.
– Jen. Hm. Ładna? – zapytał, zacierając ręce.
– Zgrabna – przyznała, co wywołało chichot u jej rozmówcy.
Aż trudno uwierzyć, że ma na głowie większe zmartwienia niż partnerki łóżkowe Arathaina, na przykład bycie martwym.
– Cicha woda brzegi rwie – skomentował wesoło.
Zdawało się, że upadły się rozluźnił; zachowywał się względnie naturalnie, nawet jego martwe oczy lśniły spokojem. Widząc to, Anabde natychmiastowo się napięła, wietrząc podstęp.
– Właściwie jak to się stało, że Larkin niepostrzeżenie wyszedł? Nikogo z nim nie było? – zapytał Revelin, znów przenosząc na kobietę dość zaciekawione spojrzenie.
Nekromantka po raz kolejny porzuciła myśl o odesłaniu duszy, choć zaczęła się zastanawiać, dlaczego w ogóle dyskutuje z Revelinem. Nie miała w tym żadnych korzyści, rozrywka też była marna; czyżby budziła się w niej litość? W końcu zaświaty dla kogoś tak chętnie korzystającego z życia musiały być naprawdę nudne.
– Była z nim Ariene. Kazał jej zostać w gospodzie, a sam poszedł sprawdzić, co z wami – odpowiedziała, ciągle rozważając natychmiastowe odesłanie duszy.
Postanowiła, że da upadłemu jeszcze dwie minuty w ramach nagrody za udzielenie jej informacji, a później wyśle go z powrotem w zaświaty.
Tymczasem Revelin milczał, wyraźnie rozważając jej słowa; gdy znów na nią spojrzał, jego uśmieszek był dość niepokojący.
– Dlaczego była z nim tylko Ariene? Gdzie ty wtedy byłaś?
– W pokoju – odpowiedziała spokojnie, mając nadzieję, że to odwiedzie rozmówcę od drążenia tematu.
Nie udało się.
– Co robiłaś? – zapytał zaraz, patrząc na nią z tym samym, wymownym uśmieszkiem.
Kobieta ucichła na chwilę. Nie miała w zwyczaju kłamać, a milczenie mówiłoby więcej niż tysiąc słów. Trzeba było dobrać słowa ostrożnie, tak, by Revelin stracił zainteresowanie.
Cholerne dwie minuty, naprawdę się starzeje, skoro okazuje litość takim typkom jak on.  
– Spałam – prychnęła wreszcie.
– Z kim? – zapytał bez chwili wahania.
Nie mogła znaleźć właściwej odpowiedzi, a kiedy cisza zaczęła się przedłużać, upadły skojarzył fakty.
– Poszłaś do łóżka z łowcą – palnął, otwierając szeroko oczy.
Chwilę patrzył na nią z przesadnym, kiepsko granym zdumieniem, później jego wargi rozciągnęły się w bardzo brzydkim uśmiechu.
– I żyjesz. Nie no, Ruda, szacunek. – Revelin zachichotał, zakrywając usta dłonią.
Anabde zacisnęła wargi w wąską linię, uznając, że zaprzeczanie nie ma sensu, a potwierdzanie teorii tym bardziej.
– Twój czas się skończył. Dziękuję za pomoc – oznajmiła.
W szarych oczach natychmiast pojawiła się dziwna głębia, a powietrze w kręgu zadrżało.
– Żegnaj, Revelin.
Upadły rozejrzał się dookoła w popłochu, natychmiast się napinając. Czarne skrzydła uderzyły w powietrze, szeleszcząc przy tym głośno; dźwięk zachował ten charakterystyczny pogłos, jakby dochodził z daleka.
– Anabde, ej, nie odsyłaj mnie. Mogę ci pomagać, zostanę twoim strażnikiem! Nadal mam dużo magii, przydam ci się przecież, no weź – powiedział, wlepiając w nią błagalne spojrzenie.
Podszedł do krawędzi kręgu i stanął naprzeciwko kobiety, uśmiechając się w pewny siebie sposób. Jakby sądził, że jego oferta spotka się z aprobatą.  
– Myślisz, że puszczę cię wolno? – mruknęła rzeczywiście rozbawiona, przechylając głowę i uśmiechając się słodko. – Wybacz, ale nie zasłużyłeś sobie na jakiekolwiek zaufanie.
Postać upadłego anioła zaczęła się powoli rozpływać, choć spojrzenie pustych oczu nadal było wyraźne i intensywne. Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, jednak nie był w stanie wydobyć z siebie dźwięku; zamiast tego złożył dłonie w geście prośby.
Istniała możliwość, by zatrzymała ducha Revelina w tym świecie. Mogłaby przerwać krąg, nie odsyłając duszy – coś jakby spuściła psa ze smyczy. Niebezpieczna gra, nie zawsze się opłacała; gdy nie było się pewnym wierności duszy, można było skończyć jako jej pierwsza ofiara. Revelin stałby się zjawą złączoną z Anabde magicznym wiązem. By całkowicie się uwolnić, musiałby ją zabić. Nie miała powodu, by podejmować takie ryzyko.
– Żegnaj – powtórzyła spokojnie.
Przymknęła na chwilę oczy, odpychając duszę upadłego ze świata żywych; gdy na ułamek sekundy udało jej się wygrać starcie z broniącym się, a bądź co bądź potężnym przeciwnikiem, postawiła krok do przodu i przerwała krąg.
Po obecności duszy nie został żaden ślad.

Cador, bądź mądry, dojrzały i odpowiedzialny, kretynie, porusz błyskotliwy temat, zachowuj się przy damie. I na pewno nie... Właśnie. Słuchasz ty mnie w ogóle?
Jasnozielone oczy błysnęły dziko, gdy mężczyzna doszedł do wniosku, że dłużej się uroczej wiedźmie martwić nie pozwoli. Ponieważ w danej chwili nie był w pełni sił umysłowych, wobec czego jego kreatywność (której zazwyczaj miał niemałe pokłady) leżała i kwiczała, postanowił zdać się na Erriana.
Uśmiech, jaki teraz zatańczył na ustach pana obrońcy, miał mało wspólnego z odpowiedzialnym, dorosłym człowiekiem.
– To jak to było z tymi łaskotkami? – zapytał niewinnym głosikiem.
Nim się biedna Ariene zdążyła połapać co, jak i gdzie, i w ogóle o czym ten gość bredzi, on w ułamku sekundy wstał ze swojego miejsca i ją dopadł.
Łaskotki miała, a i owszem, odkrycie to przysporzyło mu wiele radości.
Ariene najpierw wrzasnęła jak obdzierana ze skóry, jednak wrzask szybko przeszedł w bliżej nieokreślony skowyt. Przycisnęła rozpaczliwie łokcie do boków i spróbowała się swojemu oprawcy wywinąć, zbyt oszołomiona atakiem, by zareagować jakkolwiek bardziej stanowczo. Zwłaszcza że po kilku sekundach zabrakło jej tchu.
– Przestań! – pisnęła, na przemian się śmiejąc i próbując oddychać.
Machnęła na oślep rękoma, w coś chyba trafiła, oby w niego, może mu zęby wybiła, Ariene, opanuj się, nie chichocz jak dzika, oczadziała kretynka na dopalaczach! Cudownie, po prostu cudownie, aż się popłakała, idealnie, oby tak dalej, panno Tenshi.
– Nie-e róóób taaak! – jęknęła, znowu starając się odsunąć jak najdalej Cadora i przy okazji nie umrzeć od tego śmiechu.
Bardzo chciał, by to, co pojawiło się w tej chwili w jego oczach, można było nazwać dumą z osiągniętego rezultatu. Niestety, błyskowi temu bliżej było do swego rodzaju rozczulenia, którego źródło leżało w śmiechu panny Tenshi. Zdecydowanie lepiej prezentowała się popłakana ze śmiechu niż zasępiona i smutna.
– No dobra, dobra – uznał w końcu, na chwilę przestając ją łaskotać.
Pozwolił jej na odzyskanie oddechu i otarcie łez z kącików oczu, po czym uśmiechnął się diabelsko.
– Albo i nie! – dodał wtedy, wracając do zaniechanej czynności.
Sam też się śmiał, bo to strasznie zabawne łaskotać innych ludzi. Zwłaszcza, jak ci ludzie mordują, kopią i... czy ona usiłowała go ugryźć?
Koniec końców kobieta, wyraźnie wykończona śmianiem się wbrew własnej woli, wylądowała na plecach; zadowolony oprawca spojrzał na nią z góry, na chwilę wstrzymując tortury.
– Przyrzeknij mi, że tego wieczoru nie przestaniesz się uśmiechać – powiedział wyjątkowo poważnie.
– Ty mnie chciałeś zabić – wychrypiała w odpowiedzi, obejmując się ramionami tak pieczołowicie, jakby jej co najmniej głębokie rany cięte zadał, a nie połaskotał.
Potem popatrzyła na niego nadal szklistymi oczami, dysząc jak po bardzo ciężkim biegu.
Nikt nie łaskotał jej od… od dzieciństwa, ostatnim razem tak torturował ją chyba ojciec, jeśli pamięć jej nie myliła. Albo młody stajenny, któremu uwielbiała przeszkadzać w pracy, był starszy niecałe dziesięć lat, to bez trudu powalał małe dziecko, jakie mu się między nogami wytrwale kręciło, ciągle zawracając głowę.
– Nie lubię cię – mruknęła marudnie i nieco żałośnie odpełzła kawałek od Cadora, żeby przypadkiem jej znowu swoimi plugawymi łapskami nie sięgnął. – Skrzywdziłeś mnie.
– Przyrzeknij albo skrzywdzę cię ponownie – odpowiedział szeroko uśmiechnięty.
I dlatego, że rola „tego niedobrego człowieka” jakoś mu się spodobała, i dlatego, że dziecinna wersja Ariene miała swój urok.
A żeby nie było wątpliwości, że nie rzuca słów na wiatr, przesunął się jej śladem, by dzieląca ich odległość nie zwiększyła się. Wyciągnął jeszcze ręce przed siebie, pokazując śmiercionośne palce, którymi lada moment mógł zaatakować.
– Przyrzeknij – powtórzył, co by nie było wątpliwości, że albo to, albo łaskotkowa śmierć.
– Jesteś bardzo złym człowiekiem – jęknęła i pacnęła go po łapach, póki jeszcze nie postradała całej siły sprawczej. – Kto cię wychował, potworze? Idź sobie – zażądała, nadal jeszcze nie powróciwszy do siebie po tym ewidentnym sadyzmie.
Potem jednak dotarło do niej, że tacy źli do szpiku ludzie zwykle nie rzucają gróźb na wiatr, co nieco ją przestraszyło. Najpierw wytrzeszczyła na Cadora oczy, następnie pisnęła spłoszona, by opamiętać się zaraz i warknąć wymownie, by choć trochę autorytetu (nawet szczątkowego!) odzyskać w oczach obrońcy.
– Jaką mam pewność, że nie jesteś podłą szumowiną, podła szumowino? – spytała; za dobrze znała takich, co wymagali nie wiadomo czego, a potem się ze swojej strony umowy nie wywiązywali. – Następnym razem będę kopać – dodała szybko.
– Musisz mi zaufać – przyznał rozbrajająco szczerze.
Nie kwestionował prawdziwości różnych epitetów, jakimi go obdarzyła, jednak ten uśmiech mówił sam za siebie – coś w słowach wiedźmy było. Dobrzy ludzie tak się nie uśmiechają.
– Masz dziesięć sekund, żeby mi przyrzec albo znów zacznę łaskotać! – zdenerwował się wreszcie.
Żeby wyglądać nieco groźniej, skrzyżował ręce na torsie i zadarł wysoko brodę. Odchrząknął znacząco, co by zwrócić kobiety uwagę, po czym ostentacyjnie odwrócił głowę w drugą stronę.
– Dziesięć, dziewięć... – zaczął odliczać.
I naprawdę wyglądał bardzo złowieszczo. Tylko kącik ust drgał mu nieco, chcąc już wspiąć się w górę, ale tego – na całe szczęście – nie mogła widzieć.
– Zaufać, w dupę mnie… – zaczęła zirytowana, kiedy jednak usłyszała to odliczanie, błyskawicznie zamilkła, niejako pobladłszy.
Nerwowo przeanalizowała wszelkie za i przeciw, wspomniała brak litości, z jakim bezczelnie ją łaskotał, zmusiła ociężały umysł do pracy i doszła do wniosku, że jedno bardzo jej się opłaca, a drugie bardzo nie.
– Dobra, przyrzekam, już, spadaj – burknęła, unosząc obronnie ręce. – I tak cię nie lubię, potworze – zastrzegła zaraz, mruknąwszy pod nosem nieładnie.
Na chwilę straciła zainteresowanie Cadorem, bo oto ktoś postanowił do nich dołączyć, czym prawdopodobnie uratował biedną wiedźmę od… no, od czegoś na pewno. Spojrzała na Erriana, dochodząc do wniosku, że jest nieswój. Inaczej niż kiedy odchodził.
– Co się…? – zaczęła dość troskliwie, siadając składnie na ziemi.
Gdy młody mag zajął miejsce przy ognisku, dostrzegła coś, czego nie widziała do tej pory.
– Co ci się stało w twarz? – zmieniła koncepcję pytania, przyglądając się dorodnemu czerwonemu śladowi na jego policzku.
– Potknąłem się – mruknął niechętnie, nie patrząc na nią.
Cador uśmiechnął się triumfalnie i już miał wiedźmie przypomnieć, że obiecała mu permanentną radość, a tej nie widział na jej twarzy. Przeczucie jednak podpowiedziało mu, że powinien zerknąć na nowoprzybyłego.
To właśnie uczynił – obejrzał sobie Erriana od góry do dołu, ocenił jego ogólny stan i uznał, że coś mu z tym potknięciem nie pasuje.
– I to, na co upadłeś, miało drobną dłoń o pięciu palcach? – zainteresował się, rozpoznając konkretny kształt na policzku maga.
– O Silthe – mruknęła Ariene, pochyliwszy się nieco do Erriana, by lepiej widzieć. – Coś ty zrobił? – zaniepokoiła się i trudno orzec, czy martwiła się o niego czy drugą osobę, która wzięła udział w, ekhm, potknięciu.
– Nic – zirytował się młody mag i odsunął się od Ariene, rzuciwszy jej rozeźlone spojrzenie. – Głowa mi nie odpadnie – dodał, odwracając ostentacyjnie wzrok.
– Ale chyba słyszałam trzask pękającego serca – wyrwało się wiedźmie, dlatego też szybko zasłoniła usta dłonią i wyprostowała się, otwierając szerzej oczy. – Nie, naprawdę, to było niechcący – zapewniła szybko, uchwyciwszy jego pełne wyrzutu spojrzenie.
A potem zachichotała.
Od śmiechu ledwie powstrzymał się Cador, ale kilkakrotne powtórzenie mantry „bądź odpowiedzialnym, dorosłym człowiekiem” podziałało, bo zachował spokój. Jeszcze by było, żeby własnego pracodawcę wyśmiał, mógłby nie dostać przez to wypłaty.  
– Mam iść jej pilnować, by nie zrobiła nic głupiego? Czy lepiej zostawić ją w spokoju? – zapytał, przechylając lekko głowę i przypatrując się Errianowi badawczo.
Co też ten chłopak zrobił, że zasłużył sobie na policzek?
– Nie poszła daleko, jest ciemno – mruknął najpierw młody mag, by zaraz wyprostować się z pewnym oszołomieniem na twarzy i spojrzeć na Cadora… no cóż, ważne, że spojrzał, określenie tego, w jaki sposób, było dość trudne.
– Nie wyskakuj teraz z jakimiś unikami – wtrąciła Ariene i dźgnęła Erriana palcem w czoło, na siłę odchylając mu głowę. – Wiemy, o co tu chodzi, rozgryźliśmy cię – dodała nieco ponurym, niskim głosem, co wypadło przerażająco, zwłaszcza przy jej pobladłej od zmęczenia twarzy i zaczerwienionych od śmiechu aż do łez oczach.
– Teraz następuje moment, w którym dostaję sztyletem pod żebro? – zainteresował się młodzieniec, odsuwając od swojej twarzy rączkę Ariene.
– Teraz następuje moment, w którym triumfuję nad swoją ofiarą! – oznajmiła radośnie i zachichotała serdecznie, uśmiechając się nadzwyczaj urokliwie.
Errian uniósł sceptycznie brew.
– Nie chcę wiedzieć, co on ci zrobił, jak byliście sami.
Całe szczęście, że wiedźma oszczędziła jego drugi policzek. Ale głowa zabolała, aż się młody mag od tego ciosu skulił, krzywiąc wymownie.
Cador uśmiechnął się iście diabelsko; postanowienie o byciu dojrzałym człowiekiem poszło się paść. Zatarł dłonie, spoglądając na Erriana w ten taki znaczący sposób, mówiący mniej więcej „my wiemy i ty wiesz, pora, abyś się przyznał. Twój mały sekrecik wyjdzie na jaw!”.
– Coś narozrabiał, Souen? – zapytał spokojnie, w tak zwanym międzyczasie posyłając Ariene porozumiewawcze spojrzenie.
– Chyba nie lubi rozmawiać o rodzicach – stwierdził wreszcie, łypiąc na parkę z niezadowoleniem. – Jest w gorącej wodzie kąpana, zapytanie o samopoczucie w jej przypadku też mogłoby się skończyć tragedią.
Ariene przymrużyła oczy, przyglądając się mu przez chwilę. Przekrzywiła głowę w jedną, w drugą stronę, po czym nagle pochyliła się nad nieszczęśnikiem, przysuwając twarz tuż do jego twarzy.
– Jasne – mruknęła zwięźle.
Errian skrzywił się, odsuwając się na tyle, by zwiększyć między nimi dystans, ale żeby nie wyglądało to na ucieczkę.
Ariene jeszcze chwilę przeszywała go spojrzeniem, po czym pochyliła się bardziej, przez co jej twarz znalazła się na wysokości ramion młodzieńca. Przyjrzała się mu znowu.
Po niedługim czasie kucała, wpatrując się w rękę, którą opierał się na ziemi. Młody mag obserwował jej poczynania ze szczerym niepokojem, nie mając pojęcia, do czego wiedźma cholerna zmierza.
– Mam cię – uznała, sięgając do jego rękawa i ściągając coś z niego.
Nieduże, ciemnoszare piórko puchowe zakołysało się leniwie, kiedy Ariene ścisnęła je między palcami, obracając na wysokości oczu.
Errian warknął pod nosem coś, co brzmiało jak „kurwa”.
Brew Cadora powędrowała wysoko w górę, ale po chwili na jego ustach pokraśniał kolejny uśmiech. Spojrzał na Ariene z wyraźnym podziwem, by później skupić swoją uwagę na niewielkim piórku trzymanym przez wiedźmę.
– No proszę – wymruczał z zadowoleniem. – Zaplątało się przypadkiem?
Odwrócił głowę w stronę Erriana, który, biedny, mógł się poczuć naprawdę zażenowany intensywnością spojrzenia obrońcy.
– Powoli, Errian – mruknęła wtedy Ariene, uśmiechając się do trzymanej zdobyczy. – Jest trochę jak zwierzątko, które ktoś kiedyś bardzo skrzywdził. Jeśli poznasz tę tajemnicę, będziesz za nią odpowiedzialny – oznajmiła, rozłożyła dłoń i delikatnie w nią dmuchnęła, posyłając piórko w twarz młodzieńca.
Errian popatrzył na nią zdezorientowany, mimowolnie łapiąc puszek, by nigdzie nie odleciał. W jego oczach odbiła się głęboka dezorientacja.
– Nie słuchaj mnie! – postanowiła wtedy wiedźma i zachichotała serdecznie. – Jestem paskudną babą, która uwielbia dręczyć zakochanych idiotów – dodała pogodnie, podniosła się z klęczek i przemaszerowała na drugą stronę ogniska, przeciągając się.
– Właśnie widzę – zgodził się z jej słowami Errian. – Niezły z was duet, z tym paskudnym facetem – rzucił  rozbawiony i pokręcił głową.
– Grunt to dobrze dobierać współpracowników – odparła niezrażona, oglądając się przez ramię. – Ewentualnie szybko ich eliminować, kilka kursów z jednego końca lasu na drugi, a komuś z pewnością plecy nie wytrzymają.
Jesteś okropna, panno Tenshi.
Cador nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko ze złośliwym rozbawieniem, najpierw potwierdzając w ten sposób słowa Erriana (bo nigdy nie twierdził, że paskudny nie jest), później komentując wypowiedź Ariene.
I jakoś, sam nie rozumiał dlaczego, brzęczały mu w uszach słowa wiedźmy: „uwielbia dręczyć zakochanych idiotów”. Zdanie to jakby odbiło się echem od jego umysłu, pobrzmiewając kilka razy, za każdym razem coraz ciszej. Gdy wreszcie było ledwo słyszalne, jakby kobieta szeptała mu je do ucha, przymknął powieki i uśmiechnął się sam do siebie.
Niemniej jednak nadal był Cadorem Reamonnem, nie zapominajmy o tym.
– Ciekawe, czy jakaś wyjątkowo zmęczona wiedźma wytrzymałaby kilka kursów z jednego końca lasu na drugi. Może zasnęłaby po drodze? – zainteresował się, posyłając kobiecie wyzywające spojrzenie. – Swoją drogą gorzej się nie mogłeś zakochać, biedaku – powrócił do porzuconego tematu.
Wzniósł spojrzenie na gwiazdy i przystawił palec do brody, przybierając pozę człowieka myślącego.
– Już nawet nie wiem co lepsze: ty i Aithne czy Anka z Sherem? – dodał, by natychmiast ostentacyjnie zatkać usta dłonią. – Ups – mruknął, jednak nie wyglądał na zbyt przejętego wydaniem tajemnicy.
Uśmiechał się diabelsko, a to nieprzyjemnie sugerowało, że pan Reamonn dopiero zaczął knuć i spiskować. Oj, źle się to skończy, zwłaszcza jeśli nadal będzie mu partnerowała pewna urocza wiedźma.
Errian spojrzał na Cadora zszokowany. Anabde i Sheridan? Jak to? Kiedy? Gdzie? Chwila. Rozejrzał się dokoła, otwierając szerzej oczy. Aha, teraz. Jak się Aithne dowie, nastąpi koniec świata, nie ma bata.
– Jesteś beznadziejny – oznajmiła Ariene, wymierzając obrońcy pstryczka w nos. – Wygadać się przy pierwszym podejściu, takie rzeczy się wyciąga w lepszych momentach – zawyrokowała, kręcąc z dezaprobatą głową.
– Oboje jesteście nienormalnymi sadystami – uznał młody mag i popatrzył to na jedno, to na drugie.
Wiedźma zachichotała i rozłożyła ręce, dając młodzieńcowi do zrozumienia, że nie wie, jak to się stało, że się tak upodliła. Złe towarzystwo po prostu, małe dziewczynki nie powinny przebywać wśród morderców i złodziei, ot.
– Już mnie tak nie komplementuj, jeszcze się zarumienię – poprosiła, przymrużając z dziwnym uśmieszkiem oczy.
– Ty nie masz serca, ty się nie rumienisz – naprostował Errian, wskazując Ariene palcem.
– Ranisz mnie, brutalu. Zresztą ze wszystkich zebranych tu pań najmniej serducha pokazuje Aithne, a jej tego nie wypominasz! Jestem dyskryminowana – westchnęła męczeńsko, robiąc smutną minę, która wypadła naprawdę wiarygodnie.
– Nie jestem beznadziejny – odpowiedział Cador, nie przestając się uśmiechać.
Ze sporą satysfakcją, co powinno być niepokojące, zwłaszcza w obecnych okolicznościach.
– Pomyśl tylko. On nic nie powie, bo niby jak? Głupi nie jest, zorientował się już, że z nami się nie zadziera.  A... – urwał, przemyślał sobie, czy opłaca mu się powiedzieć, jak mogą wykorzystać wiedzę Erriana, po czym doszedł do wniosku, że nie opłaca się wystarczająco. – Właśnie – dokończył więc mało składnie. – Ja to chyba jednak ustępuję tej pani pod względem sadystyczności – uznał wreszcie po dłuższej obserwacji.
Mała paskuda z niej wylazła, ot co!
– Jesteś beznadziejny, szantażysto. Przestańcie mnie oczerniać, bo zacznę płakać – oznajmiła, wydymając usta i krzyżując ręce na piersiach.
– I kto tu jest szantażystą? – westchnął filozoficznie Errian i oparł głowę na dłoni, przyglądając się duetowi z pewnym rozbawieniem. – Nie ugnę się pod szantażem, nawet emocjonalnym. Jak chcesz, to płacz.
– Typowy szlachcic – prychnęła i pokazała młodemu magowi język.
Ariene, zmęczenie zdecydowanie źle na ciebie działa. Za bardzo się rozluźniłaś, powinnaś zachować większą czujność, nie pozwolić sobie… albo chrzanić.
– Typowa szlachcianka – odparł, odwdzięczając się pięknym za nadobne.
– Ja przynajmniej jestem ładna.
W tym momencie Cador wybuchnął śmiechem, nie dając Errianowi szansy na zripostowanie Ariene.
– Punkt dla Ari! – zadecydował, kręcąc niedowierzająco głową.
To jej się udało, trzeba przyznać.
Gdy przestał się śmiać, a rozmowa rozbrzmiała na nowo, on zamilkł na chwilę. Choć jedna osoba musiała zachować czujność w tym gronie; wychodziło na to, że padło na niego. Spełniał więc swą powinność, od czasu do czasu kontrolując otoczenie wszystkimi dostępnymi zmysłami.
Nie wyglądało na to, by znajdowali się w zagrożeniu – czuły słuch wychwycił wprawdzie cichą rozmowę w oddali, lecz Cador domyślał się, kim byli dyskutujący. Uśmiechnął się pod nosem na myśl o tym, że na razie rozmawiają.
Na razie.
– Dobra, zakochany idioto, podręczę cię potem – postanowiła wielkodusznie Ariene, wyciągając przed siebie nogi, by ogrzać je przy ognisku.
– Dzięki, podła kobieto – mruknął Errian, nie wykazując żadnych objawów niezadowolenia z tego ataku, przyjął go dzielnie na klatę.
Bądź też zignorował.
– Do usług, chłopcze – odparła, opierając się ze sobą rękoma i odchylając głowę.
Czarne, teraz rozpuszczone włosy zamiotły ziemię, przesuwając po niej kilka drobnych gałązek. Ariene zamrugała, obserwując zbliżający się do nich sztywnym krokiem kształt. Kształt przystanął, zawahał się, a potem z warknięciem podjął marsz.
– Hej, Aithne – przywitała się wiedźma.
Errian drgnął nerwowo i wbił wzrok w ziemię, jakby nie potrafił na upadłą spojrzeć. Może to i lepiej, bo dziewczyna i tak wyglądała jak ktoś, kto zamierza dokonać brutalnego morderstwa.
Cador przeniósł średnio zainteresowane spojrzenie na swoją podopieczną, oceniając jej ogólny stan. Uniósł brew w udawanym zdziwieniu, dzielnie przyjmując rolę nieświadomego zdarzeń ostatnich minut.
– Coś się stało? – spytał nad wyraz troskliwie, jakby faktycznie poczuł się w obowiązku opiekowania biedną upadłą.
Ledwie powstrzymywał uśmiech, który cisnął mu się na usta; miał nadzieję, że Aithne nie zareaguje nad wyraz barwnie, bo wtedy śmiech może go pokonać.          
– Czy ja wyglądam, jakby coś się stało? – warknęła wyraźnie wściekła, cedząc słowa przez zęby.
Ariene przekrzywiła głowę, wyprostowawszy się. Chwilę toczyła bitwę z kosmykiem włosów, który opadł jej na twarz i nie mogła go zdmuchnąć, a rączek spod brody nie chciało jej się ruszać. Ostatecznie się poddała.
– Nie, wcale – zapewniła bardzo wiarygodnym tonem, chociaż oczy błysnęły jej niepokojąco.
Errian wolał nie komentować całej sytuacji, kontemplując swoje buty, jednak na usta cisnęły mu się słowa „wszyscy zginiemy. A już na pewno ja”. Ale zachował jeszcze trochę instynktu samozachowawczego, dlatego obuwie okazało się ciekawsze.
– Morda, głupia wiedźmo – rzuciła radośnie i promiennie upadła.
– Wybacz, mój błąd – pokajała się głupia wiedźma, starając się nie pokazać po sobie pewnej niezdrowej satysfakcji.
– Tak mi się zdawało... – mruknął Cador, ale posłusznie wycofał się z drążenia tematu.
Chwilę jeszcze obserwował rudą uważnie, aż w końcu uśmiechnął się lekko. Postanowił, że będzie dla swej podopiecznej łaskawy i odwróci uwagę towarzystwa od jej radosnego humorku.
– Plecy mnie bolą – jęknął, wyciągając ręce w górę i przeciągając się z wyraźnym dyskomfortem. – Ciekawe przez kogo – dodał, a żeby nie było wątpliwości, kogo oskarża o swój nienajlepszy stan, spojrzał na głupią wiedźmę z wyrzutem.
– Nie mam bladego pojęcia – stwierdziła z przejęciem Ariene, uśmiechając się jak kot, który upolował ładną, tłustą mysz. – Pomasować?
– Nie przy ludziach – poprosił mimowolnie Errian, by trochę poniewczasie ugryźć się w język.
Brawo, panie Souen.
Aithne warknęła krótko, aczkolwiek na młodego maga nie spojrzała, jakby ten nie istniał. To wyjście zdecydowanie było najprostsze, chłopak popierał je całym sercem. No, może nie całym, ale tą rozsądną częścią.
– Idę do koni – postanowiła Aithne, ruszając do pasących się w spokoju kawałek dalej zwierząt.
Znajdowały się na tyle blisko, że nie uciekła od spojrzeń zebranych, ale uciekła od czegoś o wiele gorszego, zatem była całkiem zadowolona.
– Nic nie mów – rozkazała powietrzu, rozległo się znajome, zdegustowane parsknięcie.
Tak, Aithne znów gadała do konia.
– W pierwszej chwili chciałem się zgodzić, ale jak tak dłużej na ciebie patrzę... – Przyjrzał się bliżej niepokojącemu uśmieszkowi Ariene, po czym przytaknął sam sobie. – To byłoby bezpieczne?
Bo w sumie masaż by mu się przydał, prawda. Pomimo sprzeciwu Erriana, którego to obrońca generalnie zignorował (biedny mag, czym sobie zasłużył na takie traktowanie? I Aithne, i Cador... Może wszyscy przestaną go zauważać!).
– Chyba musisz się sam przekonać, prawda? – zauważyła bardzo ładnym, dziewczęcym głosem, przymrużyła oczy i oparła brodę na dłoniach, z uroczym uśmiechem czekając na odpowiedź obrońcy.
Errian patrzył na nich chwilę, najwyraźniej nie dowierzając własnym oczom, po czym zerknął w stronę Aithne, tak, żeby nikt tego zerknięcia nie zauważył.
Wiedział, popełnił błąd, trochę nie pomyślał, trochę bardzo, ale, prawdę mówiąc, ani przez moment nie żałował. Uśmiechnął się lekko do siebie.
Widać było, że Cador się wahał. Ważył w myślach argumenty za i przeciw; pokusa była silna, ale z drugiej strony nie chciał kolejnego ciosu w plecy. Wreszcie westchnął, przenosząc na wiedźmę spojrzenie nieco zrezygnowane.
– Nie ufam ci – zawyrokował.
Niechętnie bo niechętnie, ale coś siedziało w tych szafirowych oczach. Intuicja podpowiadała mu, że jest idiotą, lecz gdyby zgodził się na masaż, byłby skończonym idiotą.
Ariene zachichotała serdecznie, jakby powiedział coś naprawdę śmiesznego. Odgarnęła włosy najpierw na plecy, potem przeczesała je palcami, a na koniec zgarnęła je z powrotem na ramię i zaczęła pleść warkocz.
– Twój wybór – oznajmiła śpiewnym głosem.
– Prawdopodobnie zachował co ważniejsze części ciała tą decyzją – wtrącił Errian, posławszy wiedźmie uśmiech.
Ręce Ariene zamarły na chwilę, jej czoło się zmarszczyło, w oczach pojawiło się pewne zamyślenie. Potem znowu się roześmiała i pokręciła głową.
– Nie powinnam się była wychowywać z facetami – uznała jeszcze bardziej rozbawiona.
Errian przeanalizował wnikliwie swoje słowa, by zaraz z rozmachem uderzyć dłonią w czoło. W życiu nie wpadłby na to, o czym ona pomyślała! Znaczy, na pewno nie wpadłby, że ona o tym pomyśli, przecież… kurczę.
Cador przeanalizował zachowanie towarzyszy, przemyślał sobie wszystko i szczęka gruchnęła mu o ziemię.
Znaczy, że podtekst w wypowiedzi Erriana był niezamierzony i on nie zdawał sobie sprawy z tego, co mówi?
W jakim świecie żył ten chłopak?
Niemniej jednak obrońca nie podzielił się swoimi przemyśleniami z resztą, bo jeszcze by wyszedł na starego zboczucha. Albo niedojrzałego gówniarza, a starał się nie być ani jednym, ani drugim.
Zamiast tego odchrząknął znacząco, przeczesał płowe włosy palcami i ledwie powstrzymał się od ziewnięcia.
– Jak rozdzielamy warty? – zainteresował się, czując, że za niedługo zostanie pokonany przez zmęczenie.
Ariene wzruszyła ramionami, zerknęła za siebie w stronę dziwnie cichej Aithne, a potem znowu skupiła się na warkoczu. Zakończyła go kilkoma sprawnymi ruchami, westchnęła zadowolona i oparła głowę na dłoniach, przymykając oczy.
– Ja mogę wziąć pierwszą – zadeklarował się Errian, czując, że i tak nie zaśnie.
Tak jakoś.
– Wy lepiej się prześpijcie, ja jestem jeszcze w dobrej kondycji. I… – dodał, by unieść z uprzejmym zainteresowaniem brew, kiedy Ariene nagle przechyliła się na bok, tracąc równowagę. – Zasnęła – wydusił w pierwszym momencie.
Wiedźma chyba się nie przejęła tak bezczelną utratą przytomności, głowa kiwnęła się jej niekontrolowanie i ostatecznie poleciała na spotkanie z ziemią.
Cador błyskawicznie wychylił się i złapał Ariene za ramiona, cudem powstrzymując ją przed przygrzaniem czołem w podłoże. W myślach podziękował Silthe za swój niebywały refleks i za to, że akurat siedział najbliższej, chociaż za to powinna być raczej wdzięczna wiedźma.
Uniósł zdziwiony brwi, gdy okazało się, że cało zajście nie obudziło panny Tenshi; nadal miała przymknięte powieki, a jej ciało było bezwładne w jego ramionach. Dla świętego spokoju sprawdził jej tętno, ale żyła – najwidoczniej musiała być bardzo, bardzo zmęczona.
– Mówiłem jej, żeby poszła spać, to nie – burknął niezadowolony.
Oparł na chwilę głowę kobiety o swoje ramię, by móc wychylić się i przygotować coś podobnego do posłania. Ostrożnie położył Ariene tak, że jej policzek znalazł się na czyimś tobołku, po czym przykrył ją szczelnie kocem.
– No. Będzie – uznał wreszcie, dokładnie obejrzawszy swoje dzieło.
Wiedźma uśmiechała się przez sen, więc chyba było jej wygodnie. Dopiero wtedy wrócił spojrzeniem do Erriana i kiwnął głową.
– To ja wezmę drugą. A później... później się zobaczy – stwierdził spokojnie.
Pewnie wyjdzie na to, że wszystkie następne warty będą jego, ale co zrobić.
– Trzecią wezmę ja i Faryale – oznajmiła Aithne, wróciwszy niemalże w chwale do obozu.
Niemalże, bo patrzyła tylko na Cadora, najwyraźniej zdeterminowana, by zapomnieć o istnieniu Erriana. Zacisnęła zęby i stanęła cała napięta przy ognisku, co pewien czas opuszczając wzrok na tańczące na drewnie płomienie.
– Czwarta nie będzie w całości, to się obudzi głupiego łowcę. Zrobię to z przyjemnością – zaręczyła dodatkowo, wykrzywiając usta.
Młody mag obrócił głowę, spoglądając na pasące się konie i nakazując sobie w myślach, by nie patrzeć na upadłą. Lepiej nie kusić losu, cholera wie, co się zaraz stanie. Może spadnie na nich meteoryt albo nagle ziemia się osunie, albo cokolwiek.
Ale na nią nie patrz. Po prostu… nie patrz.
– Doskonale – uznał ugodowo Cador, odpowiadając na spojrzenie Aithne.
Uniósł kącik ust w przyjacielskim półuśmiechu, jednak nic nie powiedział; niektóre rzeczy lepiej jest przemilczeć. A ruda upadła wyglądała jak bomba, którą uruchomić mogło każde nieprzemyślane słowo.
– Tylko obudź go tak, żebyście nie zaczęli się na siebie drzeć nad ranem. Niektórzy będą spać – poprosił jeszcze, wstając.
Przyjrzał się towarzyszom z góry, zastanawiając się, czy bezpiecznie będzie ich opuścić chociaż na minutę. Koniec końców stwierdził, że zachowa się bezlitośnie.
– Zdrzemnę się, póki mam czas. Obudź mnie, jak przyjdzie moja kolej – powiedział do Erriana, uśmiechając się doń pokrzepiająco.
Nie żeby miało mu to jakoś pomóc, prawda. A potem odwrócił się i wyruszył na poszukiwanie koca, który gdzieś tam odłożył, ale nie do końca wiedział gdzie.
– Dobranoc – rzucił za nim Errian, zaraz przenosząc wzrok na Aithne, bo jednak należało się z tym zmierzyć i… – A ty dokąd? – spytał zdumiony, widząc, że upadła rusza z powrotem do koni.
– Do Faryale – odparła, zatrzymując się na chwilę.
– Chyba lepiej by było, gdybyś postarała się zdrzemnąć – zaryzykował propozycję, wpatrując się w jej plecy uważnie; nie, nie chciał, by w jego oczach odbiła się troska, ale naprawdę nad tym nie zapanował.
Aithne chwilę milczała, jakby rozmyślała nad jego słowami. Wreszcie wzruszyła ramionami, opuszczając głowę, przestąpiła z nogi na nogę, a potem… zawróciła. Zgodnie z jego prośbą.
Errian spojrzał na nią zdumiony, zaraz taktycznie przenosząc wzrok na najbliższe drzewo, żeby nie narazić się na krzyk upadłej. Ale… jak to się stało, że go posłuchała?
Koc się znalazł, był przykryty stertą różnych mniej lub bardziej potrzebnych rzeczy. Cador uniósł swoje znalezisko wysoko, rozłożył, narzucił sobie na ramiona i ruszył w drogę powrotną do ogniska. Stanął nad dającym przyjemne ciepło ogniem, posłał ostatnie spojrzenie Aithne i Errianowi, po czym usiadł i zaczął przygotowywać sobie wygodne posłanie koło Ariene.
– Tak, tak, dobranoc – odpowiedział magowi, poprawił jeszcze tobołek, co to mu miał za poduszkę służyć, po czym nakrył się kocem i postanowił iść spać.
Nim zamknął oczy, zerknął przelotnie na Aithne – złośliwy uśmiech sam wprosił się na jego usta. Biedna, taka stara, a momentami taka dziecinna...
Potem przymknął powieki. Z przyzwyczajenia skupił się jeszcze na chwilę na otoczeniu, nasłuchując; nie doczekawszy się żadnego niepokojącego dźwięku, z czystym sumieniem oddał się w objęcia Morfeusza.
Chwilę potem większość z tych, co mogła iść spać, ułożyła się do snu. To jest Aithne legła z drugiej strony Cadora, po czym odwróciła się do niego dup… plecami. Najpewniej wybrała to miejsce tylko dlatego, że było najdalej od Erriana, naprawdę zachowywała się jak dziecko, ale co poradzić.
Ariene uznała, że należy zmienić pozycję, bo nie jest do końca wygodnie na tym tobołku. Wierciła się strasznie pewną chwilę, to odkrywając jedną nogę, to znowu przykrywając, obróciła się z boku na bok i wreszcie sięgnęła po poduszkę, która gdzieś tu przecież musiała być, bo jak nie?
I znalazła, w końcu jak inaczej? Zamruczała zadowolona, objęła coś, co o wiele bardziej zasługiwało na miano poduszki, i wtuliła w to policzek, odetchnąwszy głęboko z zadowoleniem.
Ciepłe, miłe, nawet nie śmierdziało końskim potem i w ogóle. Dlatego przysunęła się jeszcze bliżej, żeby nie leżeć rozciągniętą nie wiadomo jak daleko. Wtedy mogła częściowo położyć się na kocu, bo już nie trzeba się było tak szczelnie okrywać.
Errian uśmiechnął się z rozbawieniem i nie skomentował, grzecznie odwracając wzrok. Najpierw myślał, że tę Ariene mordują pod okryciem, tak się wierciła, ale jednak nie. Zapatrzył się w płomienie, przymrużając oczy.
Cador drgnął, czując, że coś się go uczepiło. Uchylił powieki i ujrzał wtuloną w siebie Ariene, dodatkowo Ariene bardzo z siebie zadowoloną. Uniósł brew, chwilę zastanawiając się, co o tym w ogóle myśleć.
A potem stwierdził, że nie będzie myślał wcale, bo rola etatowej poduszki dziwnie mu odpowiadała. Starał się więcej nie ruszać, by nie zbudzić śpiącej wiedźmy; spróbował znów zapaść w sen.
A że zasypiał z uśmiechem na ustach, to już zupełnie inna sprawa.

2 komentarze:

  1. Stęskniłyście się? Bo ja tak ;< Sprawy służbowe mnie zatrzymały [brzmi, jakbym była w łazience XD]...
    Ostatnia scena jest genialna <3 Ej noo, ale bez utopii XD Niech ktoś komuś urwie kończynę, albo kogoś zje! Mam rzymską naturę i oczekuję czegoś zjadliwego i czegoś krwawego ^^ Wiem, że poprzednio była cała masa nieumarłych, a niedawno skrytobójcy [a jedna z głównych bohaterek opowiadania sama jest jednym] no ale... wiecie, czego mi brakuje? Głównego wątku opartego na homo viator... albo niech Natalia się popisze zuym znęcaniem się nad bohaterami ;3 I więcej zagadek! Mniej romansów [oprócz Erriana i Aithne, to jest epickie XD] dużo więcej fabuły, nowych wątków, większej dynamiki!
    Romans to zazwyczaj w fantasy wątek poboczny, nietrwały, mający dać czytelnikowi troszkę radochy. Przesyt romansów na kilometr kwadratowy, gwarantuje romansidło, a za niedyskretne romansidło będę się mścić <3 Kocham!
    ...
    Ja mam dzień niespełnionych ambicji, ciii XD Za pięć dni urodziny __-__ Nienawidzę listopada.

    Mam nadzieję, że przez ten długi okres czasu, kiedy to nie komentowałam, napisałyście troszkę? :3 Plosę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zauważyłam już pewną zależność w tymże pisaniu. Kiedy jest pewien moment przestoju, pozwalamy rozwinąć się relacjom wszystkich postaci, stąd może się to wydawać nieco rozciągnięte w czasie. To naturalne, że w grupie dorosłych ludzi, którzy są skazani na siebie, rodzą się różne zażyłości, a już zwłaszcza presja powstaje, gdy zostaje dwóch forever alone'ów xD Stąd rozwijamy romanse, nie traktujemy ich po macoszemu, tak samo jak też innych relacji, nie tylko romantycznych.
      Po czasie tego przestoju pojawia się znowu duży fragment tekstu, gdzie nie ma tego swoistego podsumowania, bo następują kolejne zmiany. Co więcej, zauważyłam, że później się to wyrównuje - teraz oni tego potrzebują, bo wszystko się dopiero rozwija. To nie tak, że teraz już tylko będą się wiecznie przytulać.
      No cóż, nasze fantasy rządzi się własnymi prawami. Może to kwestia tego, że zwykle jest jeden, dwóch głównych bohaterów, a tu jest ich sporo i w dodatku to straszne paskudy, które lubią korzystać z życia w tę czy w inną stronę :3
      Zawsze możesz ignorować rozdziały, gdzie skupiamy się na stosunkach w grupie oraz, ehem, międzyludzkich, i je tylko przewijać xD

      Mamy napisane około 800 stron A4 do przodu, o ile dobrze szacuję, so... xD

      Usuń