Anabde
patrzyła, jak różowe krople wymieszanej z wodą krwi ściekają po jej ramionach i
wpadają do przejrzystego strumyka. Zmarszczyła z niepokojem czoło,
zastanawiając się, skąd ten dziwny, trudny do pojęcia ucisk w żołądku; jakby
robiło jej różnicę, czyja to była krew, a przecież nie powinno to mieć żadnego
znaczenia.
Jednak kiedy
przypatrywała się zakrzepłej na skórze posoce, przypominała sobie nie tylko
scenę sprzed kilku godzin, Aithne przeszywającą mieczem łowcę, ale również
niechciane uderzenie strachu.
Strachu o
niego? Nie może być.
Zacisnęła
niezadowolona wargi i zaczęła mocniej szorować, aż skóra stała się czerwona nie
od posoki, a z podrażnienia.
Wreszcie
Anabde wstała i sięgnęła po potarganą bluzkę, wycierając skórę tą częścią
materiału, która nie była umazana krwią. Potem rzuciła ciuch na pobliski
krzaczek – do niczego już się nie nadawał. Przygładziła boki nowej bluzki,
którą miała na sobie, sięgnęła po niewielką torbę i ruszyła głębiej w las.
Odrzuciła
denerwujące, zupełnie irracjonalne myśli i westchnęła. Miała przed sobą zadanie
do wykonania, wszystko musiało jednak pozostać w tajemnicy.
Doszedłszy do
wniosku, że odległość od ogniska jest dla niej satysfakcjonująca, zatrzymała
się między drzewami i rzuciła torbę obok wystających nad ziemię korzeni. Na
szczęście okolica była pełna potrzebnych jej ziół – zebrała liście i korzonki
po drodze, by teraz ułożyć je na kamieniu i zacząć ścierać w drobny proszek.
Zadanie
należało do nużących i niewdzięcznych, a do tego długotrwałych, ale w końcu
miała już odpowiednią ilość substancji. Rozejrzała się uważnie dookoła,
odetchnęła głęboko i zabrała się do roboty.
Jeden z jej
pierwszych mistrzów nauczył ją, jak z pomocą ziół i rytuałów postawić barierę
ochronną przydającą się podczas przyzywania umarłych; potrafiła stworzyć ją samodzielnie,
własną mocą, jednak zioła pozwalały jej na zaoszczędzenie energii.
Któryś z
kolejnych nauczycieli powtarzał jej, by tworzony krąg nie był zbyt mały; jak
zwykł mówić, tak naprawdę nigdy nie wiemy, czy przyzywana osoba była tym, za
kogo się podawała. Gdyby przywołana dusza okazała się za duża na utworzony
krąg, przy odpowiedniej sile mogłaby go złamać i wydostać się na wolność –
bardzo nieprzyjemna sprawa.
Wykorzystała
ich wskazówki, by stworzyć krąg rytualny, po czym stanęła w odpowiednim miejscu
i przymknęła na chwilę oczy.
Każdy z jej
mistrzów potrzebował wielu godzin zbierania składników, tworzenia mikstur i mamrotania
nudnych formułek zaklęć. Ona potrzebowała kilka sekund na odnalezienie w sobie
mocy i wyruszenie umysłem na spacer po krainie umarłych.
Nic. Otworzyła
oczy, by przymrużyć je w zastanowieniu, ale podjęła kolejną próbę. Wędrowała
wśród zimnych jednostek i pustych oczu, szukając konkretnej osoby, jednak jej
działania nie przynosiły skutków. Pobladła nieznacznie, zastanawiając się, czy może popełnia błąd;
przeanalizowała swoje działania i nie znalazła żadnej nieprawidłowości.
Stopniowo jej
ciało zaczęła zalewać ulga. Nie znalazła znajomej, bliskiej ogniu duszy, a
przecież tak charakterystycznej osobowości nie sposób przeoczyć. Zaraz
przypomniała sobie, że nie musi to oznaczać, iż Larkin żyje. Istnieje wiele
sposobów, by unicestwić duszę, lub sprawić, by była ona nie do wykrycia w
świecie zmarłych.
Odetchnęła
głęboko, rozluźniła napięte mięśnie ramion i zabrała się za realizowanie
kolejnego punktu planu. Znowu przymknęła oczy, skoncentrowała się i zanurzyła w
niebezpiecznym, odległym, a jednak w pewien sposób znajomym świecie. Ogarnęła
ją ciemność, pochłonęła jej umysł, grożąc unicestwieniem; Anabde odepchnęła się
jednak od dna i ruszyła spokojnym spacerem po ogrodzie nieskończonej liczby
umarłych dusz.
Przypomniała
sobie wszystko, co zapamiętała na temat szukanego mężczyzny: skupiła uwagę nie
na danych osobowych, które przecież mogły być fałszywe, a na specyfice jego
gestów i wyrazów twarzy, nietypowości spojrzenia, brzmieniu głosu. Ze wspomnień
ułożyła najdokładniejszy obraz Revelina, na jaki było ją stać. Już po chwili na
jej czole pojawiła się pojedyncza zmarszczka.
Dokładnie w
tym samym momencie powietrze pośrodku kręgu zaczęło gęstnieć. Po okolicy
rozniósł się nieprzyjemny chłód, wilgoć zwiększyła się nieco, świergot ptaków
zamilkł, zastąpiony przez dziwne brzęczenie. Anabde uśmiechnęła się pod nosem z
zadowoleniem i uchyliła powieki.
Natrafiła na
spojrzenie pustych oczu Revelina, zachodzących mgiełką dawnej barwy tęczówek.
Zwróciła jednak uwagę nie na miodowe włosy czy łobuzerski uśmiech, a
imponujące, hebanowe skrzydła swobodnie rozłożone.
W pierwszej
chwili otworzyła szerzej oczy w czystym zdumieniu, potem jednak uśmiechnęła się
z rozbawieniem. Dobrze, że wzmocniła odpowiednio barierę, ostrożność popłaca.
Mężczyzna stał
w nonszalanckiej pozie, z rękoma skrzyżowanymi na torsie. Skrzydła poruszyły
się lekko, jakby chciał zwrócić na siebie uwagę kobiety, pióra zaszeleściły, a
dźwięk rozniósł się po kręgu przywołania echem.
– Anabde! –
rzucił dość radosnym tonem; jego głos brzmiał tak, jakby wołał z dna studni. –
Już myślałem, że się nie doczekam. Ile można sterczeć w tym nudnym pustkowiu,
nim członkowie drużyny złożą odwiedziny? – Mężczyzna uniósł ramiona i
przeciągnął się z głośnym pomrukiem. – Gdzie reszta, tylko ty się stęskniłaś?
Pewnie chcesz się dowiedzieć, jak zginąłem, co?
Jego pogodny
uśmiech miał w sobie pewną gorzkość; pod maską rozbawienia i dobrego nastroju
ukrył poczucie porażki. Nekromantka zastanowiła się, jak wiele lat miał stojący
przed nią upadły i jak potężny był – miała przeczucie, że byłaby zaskoczona
odpowiedzią.
– Zabił cię
Arathain za pośrednictwem swojego magicznego tworu – odpowiedziała spokojnie,
mrużąc ostrzegawczo stalowe oczy, gdy upadły podszedł do krawędzi kręgu.
Sięgnął dłonią
do przeźroczystej bariery i zmarszczył brwi.
– Och. Tak, to
prawda – przyznał powoli, jeszcze chwilę wpatrując się w miejsce, które musiało
być magicznym murem, bo nie mógł sięgnąć dalej.
Potem
przeniósł zaciekawione spojrzenie na rudowłosą, oceniając ją w myślach.
– Wobec tego
po co mnie ściągnęłaś? – zapytał, przechylając nieznacznie głowę.
Wzrok pustych
oczu martwej duszy był wyjątkowo nieprzyjemny; miało się wrażenie, że śmiercią
można się zarazić poprzez samo patrzenie. Anabde jednak bez zawahania spojrzała
mu w oczy i uniosła brodę.
– Wiesz, co
się stało z Larkinem? – zapytała, jak zwykle nie owijając w bawełnę.
Revelin uniósł
zaskoczony brwi i zamrugał intensywnie, wpatrując się w rozmówczynię bez
zrozumienia.
– Z Larkinem?
– powtórzył głupio.
– Z Larkinem –
potwierdziła, zachowując stoicki spokój.
Przypatrywała
się upadłemu badawczo, gdy spacerkiem wracał na środek kręgu. Piórami skrzydeł
poruszały nieistniejące, obecne tylko po drugiej stronie podmuchy wiatru,
których cichy świst przenikał do rzeczywistości żyjących.
– Tu go nie ma
– zauważył, uśmiechając się wesoło.
Anabde
prychnęła pod nosem, w jej oczach
pojawiła się jawna dezaprobata; jakby myślał, że tego nie sprawdziła.
– Wiem –
odpowiedziała krótko.
– Zniknął?
– Gdyby nadal
tu był, raczej bym nie pytała.
– Och. No tak.
Revelin
zmrużył oczy, po czym odwrócił się do niej bokiem, przykładając palce do brody.
Chwilę trwał w zastanowieniu, a kobieta nie przerywała mu, czekając na
odpowiedź.
Współpraca na
razie szła gładko; obawiała się, że Revelin będzie się z nią raczej drażnił,
szantażował ją, a koniec końców zachowa dla siebie najważniejsze informacje.
– Wydaje mi
się, że go widziałem – zaczął ostrożnie.
Odpowiedział
na intensywne spojrzenie kobiety, po czym kontynuował:
– Na chwilę
przed śmiercią. Demencja zaskoczył mnie swoją siłą, sam nie był zdziwiony moją
potęgą. Tuż przed zadaniem ostatecznego ciosu odwrócił się jednak, a ja miałem
czas, by rozejrzeć się po okolicy w poszukiwaniu ratunku. Zdaje mi się, że
wtedy ujrzałem z boku konia z jeźdźcem na grzbiecie, mignęła mi przed oczami
ruda plama. Czy to był Larkin, czy jakaś zjawa lub przywidzenie, tego ci nie
powiem.
Anabde
pokiwała głową, analizując słowa zmarłego. Może Larkin odjechał, a może to nie
był on – jak zauważył sam Revelin, równie dobrze mógł to być duch lub omamy
wzrokowe. Nic nie jest pewne.
Ale jeśli
Larkin odjechał, dlaczego miałby opuścić ich bez słowa? Gdzie miałby się udać?
I po co? Revelin nie mógł udzielić odpowiedzi na żadną z jej wątpliwości, dodał
tylko kolejne.
Jeszcze chwilę
milczała i już miała odesłać upadłego z powrotem, gdy coś wpadło jej do głowy.
Przechyliła głowę, a gdy wątpliwość nie chciała jej opuścić, postanowiła
zasięgnąć języka.
– Jak długo
ukrywałeś się jako człowiek? – zapytała spokojnie.
Revelin
spojrzał na nią ze zwątpieniem; raczej nie wyglądała na zainteresowaną jego
historią życiową, więc dlaczego chciała wiedzieć? Pytanie było niecodzienne i
nie miało nic wspólnego z omawianym tematem, nawet planował je zbyć, gdy wpadło
mu, że zmarłemu podzielenie się taką informacją nie zrobi żadnej różnicy.
Przynajmniej przeciągnie jakoś rozmowę.
– Od ponad
siedemdziesięciu lat nie ściągałem artefaktu ani na sekundę, a od ćwierć wieku
nie używałem magii w stopniu wykraczającym poza ludzkie możliwości –
odpowiedział, przechylając głowę w niemym pytaniu o powód jej ciekawości.
Wyjaśniła:
– Wobec tego
jakim cudem Arathain wiedział o twojej prawdziwej tożsamości i mocy? – rzuciła
bardziej do siebie, marszcząc w zastanowieniu czoło.
Revelin
zacisnął usta; nie mógł tego przyznać, ale i jego dręczyła ta kwestia.
Dopilnował przecież, by wszyscy, którzy mogli go wsypać, wąchali kwiatki od
spodu, nie było szans, by ktoś odgadł jego prawdziwą naturę.
– Nie mam
pojęcia – przyznał wreszcie bardzo niechętnie.
Zapadło
milczenie, gdy nagle upadłemu coś wpadło do głowy. Informacja, która mogła mieć
pewną wartość.
– W pewnym
momencie uchylił się jego płaszcz. Pod spodem miał bogatą kamizelkę,
charakterystyczną, bo trzybarwną. Błękit, biel i...
– Złoto –
weszła mu w zdanie nekromantka.
Revelin uniósł
brew, po czym pokiwał głową.
– Złoto.
Zgadza się. Skąd...? – zapytał mało składnie.
– Takie same
kolory ma pistolet, jaki mi dał. Pistolet, który zabija nie tylko ludzi, ale
również Przeklętych i nieumarłych – wyjaśniła. – Nie kojarzysz niczego
związanego z takim zestawieniem kolorów? Jakiejś organizacji, rodu,
czegokolwiek?
Revelin
pokręcił natychmiast głową, rozwiewając jej nadzieje. Zgarbił się i na krótką
chwilę przestał wyglądać jak przesadnie pewny siebie łobuz, ukazując drugie,
słabe, pokonane oblicze.
– Uważałbym na
niego – mruknął w chwili, gdy Anabde zaczęła przygotowywać się do odesłania
duszy.
Zaprzestała
swych działań i uchyliła powieki, unosząc brew.
– Na Arathaina
– wyjaśnił. – Miałem ponad trzysta lat. Uwierz mi, byłem potężny, myślę, że z
łatwością pokonałbym Aithne czy Larkina. Może nawet ich razem. A jemu udało się
mnie zaskoczyć i zniszczyć. I to żeby osobiście! Nasłał na mnie swój twór. Nikt
nie wie, w co jest ten facet wplątany i jakie idee nim kierują, może się
okazać, że wasza grupa nadal jest w niebezpieczeństwie.
Anabde
zmarszczyła nieznacznie brwi i pokiwała głową, przyjmując do wiadomości małe
kazanie zmarłego.
Miał sporo
racji. Trzeba było dowiedzieć się czegoś o kombinacji złota, bieli i błękitu,
odnaleźć informacje na temat samego Arathaina, przeanalizować jego przybycie i
działania; mógł naprawdę stwarzać zagrożenie.
– Co się
właściwie z nim stało? – zapytał jeszcze mężczyzna, przerywając jej zamyślenie.
Gdy uniosła na
niego wzrok, napotkała, o ironio, śmiertelnie poważne oczy.
– Nie wiemy
dokładnie – przyznała, nagle orientując się, jak głupim zachowaniem z ich
strony było zignorowanie zniknięcia Arathaina.
Potężny mag,
niepewny sojusznik, a oni wzruszyli ramionami nad jego losem. Jak mogli być aż
tak lekkomyślni?
– Zeszliśmy do
podziemi, bo tam ukryty był artefakt. Jedna z pułapek zadziałała, powodując, że
sufit zaczął się walić. Prawie wszystkim udało się umknąć, ale Arathain i jego,
hm, towarzyszka stali dokładnie w tym miejscu, na które zwaliły się gruzy –
wyjaśniła pokrótce, uznając, że co jak co, ale zmarłego, który udzielił jej
pomocy, może poczęstować okrojonymi informacjami.
– Towarzyszka?
Arathain kogoś wyrwał? – podchwycił od razu Revelin, jak zwykle wyciągając z
wypowiedzi rozmówczyni to, co jego ciekawiło najbardziej.
No co, czy
zmarli nie mogą interesować się sprawami łóżkowymi tak samo, jak żywi?
Anabde nie
była w stanie powstrzymać rozbawionego uśmieszku, gdy zobaczyła błyszczące oczy
umarłego i jego wyjątkowo sugestywny uśmieszek.
– Ciężko
powiedzieć – odparła, kręcąc niedowierzająco głową. – Nie zaglądałam im do
łóżka. Nazywała się Jen.
– Jen. Hm.
Ładna? – zapytał, zacierając ręce.
– Zgrabna – przyznała,
co wywołało chichot u jej rozmówcy.
Aż trudno
uwierzyć, że ma na głowie większe zmartwienia niż partnerki łóżkowe Arathaina,
na przykład bycie martwym.
– Cicha woda
brzegi rwie – skomentował wesoło.
Zdawało się,
że upadły się rozluźnił; zachowywał się względnie naturalnie, nawet jego martwe
oczy lśniły spokojem. Widząc to, Anabde natychmiastowo się napięła, wietrząc
podstęp.
– Właściwie
jak to się stało, że Larkin niepostrzeżenie wyszedł? Nikogo z nim nie było? –
zapytał Revelin, znów przenosząc na kobietę dość zaciekawione spojrzenie.
Nekromantka po
raz kolejny porzuciła myśl o odesłaniu duszy, choć zaczęła się zastanawiać,
dlaczego w ogóle dyskutuje z Revelinem. Nie miała w tym żadnych korzyści,
rozrywka też była marna; czyżby budziła się w niej litość? W końcu zaświaty dla
kogoś tak chętnie korzystającego z życia musiały być naprawdę nudne.
– Była z nim
Ariene. Kazał jej zostać w gospodzie, a sam poszedł sprawdzić, co z wami –
odpowiedziała, ciągle rozważając natychmiastowe odesłanie duszy.
Postanowiła,
że da upadłemu jeszcze dwie minuty w ramach nagrody za udzielenie jej
informacji, a później wyśle go z powrotem w zaświaty.
Tymczasem
Revelin milczał, wyraźnie rozważając jej słowa; gdy znów na nią spojrzał, jego
uśmieszek był dość niepokojący.
– Dlaczego
była z nim tylko Ariene? Gdzie ty wtedy byłaś?
– W pokoju –
odpowiedziała spokojnie, mając nadzieję, że to odwiedzie rozmówcę od drążenia
tematu.
Nie udało się.
– Co robiłaś?
– zapytał zaraz, patrząc na nią z tym samym, wymownym uśmieszkiem.
Kobieta
ucichła na chwilę. Nie miała w zwyczaju kłamać, a milczenie mówiłoby więcej niż
tysiąc słów. Trzeba było dobrać słowa ostrożnie, tak, by Revelin stracił
zainteresowanie.
Cholerne dwie
minuty, naprawdę się starzeje, skoro okazuje litość takim typkom jak on.
– Spałam –
prychnęła wreszcie.
– Z kim? –
zapytał bez chwili wahania.
Nie mogła
znaleźć właściwej odpowiedzi, a kiedy cisza zaczęła się przedłużać, upadły
skojarzył fakty.
– Poszłaś do
łóżka z łowcą – palnął, otwierając szeroko oczy.
Chwilę patrzył
na nią z przesadnym, kiepsko granym zdumieniem, później jego wargi rozciągnęły
się w bardzo brzydkim uśmiechu.
– I żyjesz.
Nie no, Ruda, szacunek. – Revelin zachichotał, zakrywając usta dłonią.
Anabde
zacisnęła wargi w wąską linię, uznając, że zaprzeczanie nie ma sensu, a
potwierdzanie teorii tym bardziej.
– Twój czas
się skończył. Dziękuję za pomoc – oznajmiła.
W szarych
oczach natychmiast pojawiła się dziwna głębia, a powietrze w kręgu zadrżało.
– Żegnaj,
Revelin.
Upadły
rozejrzał się dookoła w popłochu, natychmiast się napinając. Czarne skrzydła
uderzyły w powietrze, szeleszcząc przy tym głośno; dźwięk zachował ten
charakterystyczny pogłos, jakby dochodził z daleka.
– Anabde, ej,
nie odsyłaj mnie. Mogę ci pomagać, zostanę twoim strażnikiem! Nadal mam dużo
magii, przydam ci się przecież, no weź – powiedział, wlepiając w nią błagalne
spojrzenie.
Podszedł do
krawędzi kręgu i stanął naprzeciwko kobiety, uśmiechając się w pewny siebie
sposób. Jakby sądził, że jego oferta spotka się z aprobatą.
– Myślisz, że
puszczę cię wolno? – mruknęła rzeczywiście rozbawiona, przechylając głowę i
uśmiechając się słodko. – Wybacz, ale nie zasłużyłeś sobie na jakiekolwiek
zaufanie.
Postać
upadłego anioła zaczęła się powoli rozpływać, choć spojrzenie pustych oczu
nadal było wyraźne i intensywne. Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, jednak
nie był w stanie wydobyć z siebie dźwięku; zamiast tego złożył dłonie w geście
prośby.
Istniała
możliwość, by zatrzymała ducha Revelina w tym świecie. Mogłaby przerwać krąg,
nie odsyłając duszy – coś jakby spuściła psa ze smyczy. Niebezpieczna gra, nie
zawsze się opłacała; gdy nie było się pewnym wierności duszy, można było
skończyć jako jej pierwsza ofiara. Revelin stałby się zjawą złączoną z Anabde
magicznym wiązem. By całkowicie się uwolnić, musiałby ją zabić. Nie miała
powodu, by podejmować takie ryzyko.
– Żegnaj –
powtórzyła spokojnie.
Przymknęła na
chwilę oczy, odpychając duszę upadłego ze świata żywych; gdy na ułamek sekundy
udało jej się wygrać starcie z broniącym się, a bądź co bądź potężnym
przeciwnikiem, postawiła krok do przodu i przerwała krąg.
Po obecności
duszy nie został żaden ślad.
Cador, bądź
mądry, dojrzały i odpowiedzialny, kretynie, porusz błyskotliwy temat, zachowuj
się przy damie. I na pewno nie... Właśnie. Słuchasz ty mnie w ogóle?
Jasnozielone
oczy błysnęły dziko, gdy mężczyzna doszedł do wniosku, że dłużej się uroczej
wiedźmie martwić nie pozwoli. Ponieważ w danej chwili nie był w pełni sił
umysłowych, wobec czego jego kreatywność (której zazwyczaj miał niemałe
pokłady) leżała i kwiczała, postanowił zdać się na Erriana.
Uśmiech, jaki
teraz zatańczył na ustach pana obrońcy, miał mało wspólnego z odpowiedzialnym, dorosłym
człowiekiem.
– To jak to
było z tymi łaskotkami? – zapytał niewinnym głosikiem.
Nim się biedna
Ariene zdążyła połapać co, jak i gdzie, i w ogóle o czym ten gość bredzi, on w
ułamku sekundy wstał ze swojego miejsca i ją dopadł.
Łaskotki miała,
a i owszem, odkrycie to przysporzyło mu wiele radości.
Ariene
najpierw wrzasnęła jak obdzierana ze skóry, jednak wrzask szybko przeszedł w
bliżej nieokreślony skowyt. Przycisnęła rozpaczliwie łokcie do boków i
spróbowała się swojemu oprawcy wywinąć, zbyt oszołomiona atakiem, by zareagować
jakkolwiek bardziej stanowczo. Zwłaszcza że po kilku sekundach zabrakło jej
tchu.
– Przestań! –
pisnęła, na przemian się śmiejąc i próbując oddychać.
Machnęła na
oślep rękoma, w coś chyba trafiła, oby w niego, może mu zęby wybiła, Ariene,
opanuj się, nie chichocz jak dzika, oczadziała kretynka na dopalaczach!
Cudownie, po prostu cudownie, aż się popłakała, idealnie, oby tak dalej, panno
Tenshi.
– Nie-e róóób
taaak! – jęknęła, znowu starając się odsunąć jak najdalej Cadora i przy okazji
nie umrzeć od tego śmiechu.
Bardzo chciał,
by to, co pojawiło się w tej chwili w jego oczach, można było nazwać dumą z
osiągniętego rezultatu. Niestety, błyskowi temu bliżej było do swego rodzaju
rozczulenia, którego źródło leżało w śmiechu panny Tenshi. Zdecydowanie lepiej
prezentowała się popłakana ze śmiechu niż zasępiona i smutna.
– No dobra,
dobra – uznał w końcu, na chwilę przestając ją łaskotać.
Pozwolił jej
na odzyskanie oddechu i otarcie łez z kącików oczu, po czym uśmiechnął się
diabelsko.
– Albo i nie!
– dodał wtedy, wracając do zaniechanej czynności.
Sam też się
śmiał, bo to strasznie zabawne łaskotać innych ludzi. Zwłaszcza, jak ci ludzie
mordują, kopią i... czy ona usiłowała go ugryźć?
Koniec końców
kobieta, wyraźnie wykończona śmianiem się wbrew własnej woli, wylądowała na
plecach; zadowolony oprawca spojrzał na nią z góry, na chwilę wstrzymując
tortury.
– Przyrzeknij
mi, że tego wieczoru nie przestaniesz się uśmiechać – powiedział wyjątkowo
poważnie.
– Ty mnie
chciałeś zabić – wychrypiała w odpowiedzi, obejmując się ramionami tak
pieczołowicie, jakby jej co najmniej głębokie rany cięte zadał, a nie
połaskotał.
Potem
popatrzyła na niego nadal szklistymi oczami, dysząc jak po bardzo ciężkim
biegu.
Nikt nie
łaskotał jej od… od dzieciństwa, ostatnim razem tak torturował ją chyba ojciec,
jeśli pamięć jej nie myliła. Albo młody stajenny, któremu uwielbiała
przeszkadzać w pracy, był starszy niecałe dziesięć lat, to bez trudu powalał
małe dziecko, jakie mu się między nogami wytrwale kręciło, ciągle zawracając
głowę.
– Nie lubię
cię – mruknęła marudnie i nieco żałośnie odpełzła kawałek od Cadora, żeby
przypadkiem jej znowu swoimi plugawymi łapskami nie sięgnął. – Skrzywdziłeś
mnie.
– Przyrzeknij
albo skrzywdzę cię ponownie – odpowiedział szeroko uśmiechnięty.
I dlatego, że
rola „tego niedobrego człowieka” jakoś mu się spodobała, i dlatego, że
dziecinna wersja Ariene miała swój urok.
A żeby nie
było wątpliwości, że nie rzuca słów na wiatr, przesunął się jej śladem, by
dzieląca ich odległość nie zwiększyła się. Wyciągnął jeszcze ręce przed siebie,
pokazując śmiercionośne palce, którymi lada moment mógł zaatakować.
– Przyrzeknij
– powtórzył, co by nie było wątpliwości, że albo to, albo łaskotkowa śmierć.
– Jesteś
bardzo złym człowiekiem – jęknęła i pacnęła go po łapach, póki jeszcze nie
postradała całej siły sprawczej. – Kto cię wychował, potworze? Idź sobie –
zażądała, nadal jeszcze nie powróciwszy do siebie po tym ewidentnym sadyzmie.
Potem jednak
dotarło do niej, że tacy źli do szpiku ludzie zwykle nie rzucają gróźb na
wiatr, co nieco ją przestraszyło. Najpierw wytrzeszczyła na Cadora oczy,
następnie pisnęła spłoszona, by opamiętać się zaraz i warknąć wymownie, by choć
trochę autorytetu (nawet szczątkowego!) odzyskać w oczach obrońcy.
– Jaką mam
pewność, że nie jesteś podłą szumowiną, podła szumowino? – spytała; za dobrze
znała takich, co wymagali nie wiadomo czego, a potem się ze swojej strony umowy
nie wywiązywali. – Następnym razem będę kopać – dodała szybko.
– Musisz mi
zaufać – przyznał rozbrajająco szczerze.
Nie
kwestionował prawdziwości różnych epitetów, jakimi go obdarzyła, jednak ten
uśmiech mówił sam za siebie – coś w słowach wiedźmy było. Dobrzy ludzie tak się
nie uśmiechają.
– Masz
dziesięć sekund, żeby mi przyrzec albo znów zacznę łaskotać! – zdenerwował się
wreszcie.
Żeby wyglądać
nieco groźniej, skrzyżował ręce na torsie i zadarł wysoko brodę. Odchrząknął
znacząco, co by zwrócić kobiety uwagę, po czym ostentacyjnie odwrócił głowę w
drugą stronę.
– Dziesięć,
dziewięć... – zaczął odliczać.
I naprawdę
wyglądał bardzo złowieszczo. Tylko kącik ust drgał mu nieco, chcąc już wspiąć
się w górę, ale tego – na całe szczęście – nie mogła widzieć.
– Zaufać, w
dupę mnie… – zaczęła zirytowana, kiedy jednak usłyszała to odliczanie,
błyskawicznie zamilkła, niejako pobladłszy.
Nerwowo
przeanalizowała wszelkie za i przeciw, wspomniała brak litości, z jakim
bezczelnie ją łaskotał, zmusiła ociężały umysł do pracy i doszła do wniosku, że
jedno bardzo jej się opłaca, a drugie bardzo nie.
– Dobra,
przyrzekam, już, spadaj – burknęła, unosząc obronnie ręce. – I tak cię nie
lubię, potworze – zastrzegła zaraz, mruknąwszy pod nosem nieładnie.
Na chwilę
straciła zainteresowanie Cadorem, bo oto ktoś postanowił do nich dołączyć, czym
prawdopodobnie uratował biedną wiedźmę od… no, od czegoś na pewno. Spojrzała na
Erriana, dochodząc do wniosku, że jest nieswój. Inaczej niż kiedy odchodził.
– Co się…? –
zaczęła dość troskliwie, siadając składnie na ziemi.
Gdy młody mag
zajął miejsce przy ognisku, dostrzegła coś, czego nie widziała do tej pory.
– Co ci się
stało w twarz? – zmieniła koncepcję pytania, przyglądając się dorodnemu
czerwonemu śladowi na jego policzku.
– Potknąłem
się – mruknął niechętnie, nie patrząc na nią.
Cador
uśmiechnął się triumfalnie i już miał wiedźmie przypomnieć, że obiecała mu
permanentną radość, a tej nie widział na jej twarzy. Przeczucie jednak
podpowiedziało mu, że powinien zerknąć na nowoprzybyłego.
To właśnie
uczynił – obejrzał sobie Erriana od góry do dołu, ocenił jego ogólny stan i
uznał, że coś mu z tym potknięciem nie pasuje.
– I to, na co
upadłeś, miało drobną dłoń o pięciu palcach? – zainteresował się, rozpoznając
konkretny kształt na policzku maga.
– O Silthe –
mruknęła Ariene, pochyliwszy się nieco do Erriana, by lepiej widzieć. – Coś ty
zrobił? – zaniepokoiła się i trudno orzec, czy martwiła się o niego czy drugą
osobę, która wzięła udział w, ekhm, potknięciu.
– Nic –
zirytował się młody mag i odsunął się od Ariene, rzuciwszy jej rozeźlone
spojrzenie. – Głowa mi nie odpadnie – dodał, odwracając ostentacyjnie wzrok.
– Ale chyba
słyszałam trzask pękającego serca – wyrwało się wiedźmie, dlatego też szybko
zasłoniła usta dłonią i wyprostowała się, otwierając szerzej oczy. – Nie,
naprawdę, to było niechcący – zapewniła szybko, uchwyciwszy jego pełne wyrzutu
spojrzenie.
A potem
zachichotała.
Od śmiechu
ledwie powstrzymał się Cador, ale kilkakrotne powtórzenie mantry „bądź
odpowiedzialnym, dorosłym człowiekiem” podziałało, bo zachował spokój. Jeszcze
by było, żeby własnego pracodawcę wyśmiał, mógłby nie dostać przez to
wypłaty.
– Mam iść jej
pilnować, by nie zrobiła nic głupiego? Czy lepiej zostawić ją w spokoju? –
zapytał, przechylając lekko głowę i przypatrując się Errianowi badawczo.
Co też ten
chłopak zrobił, że zasłużył sobie na policzek?
– Nie poszła
daleko, jest ciemno – mruknął najpierw młody mag, by zaraz wyprostować się z
pewnym oszołomieniem na twarzy i spojrzeć na Cadora… no cóż, ważne, że
spojrzał, określenie tego, w jaki sposób, było dość trudne.
– Nie wyskakuj
teraz z jakimiś unikami – wtrąciła Ariene i dźgnęła Erriana palcem w czoło, na
siłę odchylając mu głowę. – Wiemy, o co tu chodzi, rozgryźliśmy cię – dodała nieco
ponurym, niskim głosem, co wypadło przerażająco, zwłaszcza przy jej pobladłej
od zmęczenia twarzy i zaczerwienionych od śmiechu aż do łez oczach.
– Teraz
następuje moment, w którym dostaję sztyletem pod żebro? – zainteresował się
młodzieniec, odsuwając od swojej twarzy rączkę Ariene.
– Teraz
następuje moment, w którym triumfuję nad swoją ofiarą! – oznajmiła radośnie i
zachichotała serdecznie, uśmiechając się nadzwyczaj urokliwie.
Errian uniósł
sceptycznie brew.
– Nie chcę
wiedzieć, co on ci zrobił, jak byliście sami.
Całe
szczęście, że wiedźma oszczędziła jego drugi policzek. Ale głowa zabolała, aż
się młody mag od tego ciosu skulił, krzywiąc wymownie.
Cador
uśmiechnął się iście diabelsko; postanowienie o byciu dojrzałym człowiekiem
poszło się paść. Zatarł dłonie, spoglądając na Erriana w ten taki znaczący
sposób, mówiący mniej więcej „my wiemy i ty wiesz, pora, abyś się przyznał.
Twój mały sekrecik wyjdzie na jaw!”.
– Coś
narozrabiał, Souen? – zapytał spokojnie, w tak zwanym międzyczasie posyłając
Ariene porozumiewawcze spojrzenie.
– Chyba nie
lubi rozmawiać o rodzicach – stwierdził wreszcie, łypiąc na parkę z
niezadowoleniem. – Jest w gorącej wodzie kąpana, zapytanie o samopoczucie w jej
przypadku też mogłoby się skończyć tragedią.
Ariene
przymrużyła oczy, przyglądając się mu przez chwilę. Przekrzywiła głowę w jedną,
w drugą stronę, po czym nagle pochyliła się nad nieszczęśnikiem, przysuwając
twarz tuż do jego twarzy.
– Jasne –
mruknęła zwięźle.
Errian
skrzywił się, odsuwając się na tyle, by zwiększyć między nimi dystans, ale żeby
nie wyglądało to na ucieczkę.
Ariene jeszcze
chwilę przeszywała go spojrzeniem, po czym pochyliła się bardziej, przez co jej
twarz znalazła się na wysokości ramion młodzieńca. Przyjrzała się mu znowu.
Po niedługim
czasie kucała, wpatrując się w rękę, którą opierał się na ziemi. Młody mag
obserwował jej poczynania ze szczerym niepokojem, nie mając pojęcia, do czego
wiedźma cholerna zmierza.
– Mam cię –
uznała, sięgając do jego rękawa i ściągając coś z niego.
Nieduże,
ciemnoszare piórko puchowe zakołysało się leniwie, kiedy Ariene ścisnęła je
między palcami, obracając na wysokości oczu.
Errian warknął
pod nosem coś, co brzmiało jak „kurwa”.
Brew Cadora
powędrowała wysoko w górę, ale po chwili na jego ustach pokraśniał kolejny
uśmiech. Spojrzał na Ariene z wyraźnym podziwem, by później skupić swoją uwagę
na niewielkim piórku trzymanym przez wiedźmę.
– No proszę –
wymruczał z zadowoleniem. – Zaplątało się przypadkiem?
Odwrócił głowę
w stronę Erriana, który, biedny, mógł się poczuć naprawdę zażenowany
intensywnością spojrzenia obrońcy.
– Powoli,
Errian – mruknęła wtedy Ariene, uśmiechając się do trzymanej zdobyczy. – Jest
trochę jak zwierzątko, które ktoś kiedyś bardzo skrzywdził. Jeśli poznasz tę
tajemnicę, będziesz za nią odpowiedzialny – oznajmiła, rozłożyła dłoń i
delikatnie w nią dmuchnęła, posyłając piórko w twarz młodzieńca.
Errian
popatrzył na nią zdezorientowany, mimowolnie łapiąc puszek, by nigdzie nie
odleciał. W jego oczach odbiła się głęboka dezorientacja.
– Nie słuchaj
mnie! – postanowiła wtedy wiedźma i zachichotała serdecznie. – Jestem paskudną
babą, która uwielbia dręczyć zakochanych idiotów – dodała pogodnie, podniosła
się z klęczek i przemaszerowała na drugą stronę ogniska, przeciągając się.
– Właśnie
widzę – zgodził się z jej słowami Errian. – Niezły z was duet, z tym paskudnym
facetem – rzucił rozbawiony i pokręcił
głową.
– Grunt to
dobrze dobierać współpracowników – odparła niezrażona, oglądając się przez
ramię. – Ewentualnie szybko ich eliminować, kilka kursów z jednego końca lasu
na drugi, a komuś z pewnością plecy nie wytrzymają.
Jesteś
okropna, panno Tenshi.
Cador nie
odpowiedział. Uśmiechnął się tylko ze złośliwym rozbawieniem, najpierw
potwierdzając w ten sposób słowa Erriana (bo nigdy nie twierdził, że paskudny
nie jest), później komentując wypowiedź Ariene.
I jakoś, sam
nie rozumiał dlaczego, brzęczały mu w uszach słowa wiedźmy: „uwielbia dręczyć
zakochanych idiotów”. Zdanie to jakby odbiło się echem od jego umysłu,
pobrzmiewając kilka razy, za każdym razem coraz ciszej. Gdy wreszcie było ledwo
słyszalne, jakby kobieta szeptała mu je do ucha, przymknął powieki i uśmiechnął
się sam do siebie.
Niemniej jednak
nadal był Cadorem Reamonnem, nie zapominajmy o tym.
– Ciekawe, czy
jakaś wyjątkowo zmęczona wiedźma wytrzymałaby kilka kursów z jednego końca lasu
na drugi. Może zasnęłaby po drodze? – zainteresował się, posyłając kobiecie
wyzywające spojrzenie. – Swoją drogą gorzej się nie mogłeś zakochać, biedaku –
powrócił do porzuconego tematu.
Wzniósł
spojrzenie na gwiazdy i przystawił palec do brody, przybierając pozę człowieka
myślącego.
– Już nawet
nie wiem co lepsze: ty i Aithne czy Anka z Sherem? – dodał, by natychmiast
ostentacyjnie zatkać usta dłonią. – Ups – mruknął, jednak nie wyglądał na zbyt
przejętego wydaniem tajemnicy.
Uśmiechał się
diabelsko, a to nieprzyjemnie sugerowało, że pan Reamonn dopiero zaczął knuć i
spiskować. Oj, źle się to skończy, zwłaszcza jeśli nadal będzie mu partnerowała
pewna urocza wiedźma.
Errian
spojrzał na Cadora zszokowany. Anabde i Sheridan? Jak to? Kiedy? Gdzie? Chwila.
Rozejrzał się dokoła, otwierając szerzej oczy. Aha, teraz. Jak się Aithne
dowie, nastąpi koniec świata, nie ma bata.
– Jesteś
beznadziejny – oznajmiła Ariene, wymierzając obrońcy pstryczka w nos. – Wygadać
się przy pierwszym podejściu, takie rzeczy się wyciąga w lepszych momentach –
zawyrokowała, kręcąc z dezaprobatą głową.
– Oboje
jesteście nienormalnymi sadystami – uznał młody mag i popatrzył to na jedno, to
na drugie.
Wiedźma
zachichotała i rozłożyła ręce, dając młodzieńcowi do zrozumienia, że nie wie,
jak to się stało, że się tak upodliła. Złe towarzystwo po prostu, małe
dziewczynki nie powinny przebywać wśród morderców i złodziei, ot.
– Już mnie tak
nie komplementuj, jeszcze się zarumienię – poprosiła, przymrużając z dziwnym
uśmieszkiem oczy.
– Ty nie masz
serca, ty się nie rumienisz – naprostował Errian, wskazując Ariene palcem.
– Ranisz mnie,
brutalu. Zresztą ze wszystkich zebranych tu pań najmniej serducha pokazuje
Aithne, a jej tego nie wypominasz! Jestem dyskryminowana – westchnęła
męczeńsko, robiąc smutną minę, która wypadła naprawdę wiarygodnie.
– Nie jestem
beznadziejny – odpowiedział Cador, nie przestając się uśmiechać.
Ze sporą
satysfakcją, co powinno być niepokojące, zwłaszcza w obecnych okolicznościach.
– Pomyśl
tylko. On nic nie powie, bo niby jak? Głupi nie jest, zorientował się już, że z
nami się nie zadziera. A... – urwał,
przemyślał sobie, czy opłaca mu się powiedzieć, jak mogą wykorzystać wiedzę
Erriana, po czym doszedł do wniosku, że nie opłaca się wystarczająco. – Właśnie
– dokończył więc mało składnie. – Ja to chyba jednak ustępuję tej pani pod
względem sadystyczności – uznał wreszcie po dłuższej obserwacji.
Mała paskuda z
niej wylazła, ot co!
– Jesteś
beznadziejny, szantażysto. Przestańcie mnie oczerniać, bo zacznę płakać –
oznajmiła, wydymając usta i krzyżując ręce na piersiach.
– I kto tu
jest szantażystą? – westchnął filozoficznie Errian i oparł głowę na dłoni,
przyglądając się duetowi z pewnym rozbawieniem. – Nie ugnę się pod szantażem,
nawet emocjonalnym. Jak chcesz, to płacz.
– Typowy
szlachcic – prychnęła i pokazała młodemu magowi język.
Ariene,
zmęczenie zdecydowanie źle na ciebie działa. Za bardzo się rozluźniłaś,
powinnaś zachować większą czujność, nie pozwolić sobie… albo chrzanić.
– Typowa
szlachcianka – odparł, odwdzięczając się pięknym za nadobne.
– Ja
przynajmniej jestem ładna.
W tym momencie
Cador wybuchnął śmiechem, nie dając Errianowi szansy na zripostowanie Ariene.
– Punkt dla
Ari! – zadecydował, kręcąc niedowierzająco głową.
To jej się
udało, trzeba przyznać.
Gdy przestał
się śmiać, a rozmowa rozbrzmiała na nowo, on zamilkł na chwilę. Choć jedna
osoba musiała zachować czujność w tym gronie; wychodziło na to, że padło na
niego. Spełniał więc swą powinność, od czasu do czasu kontrolując otoczenie
wszystkimi dostępnymi zmysłami.
Nie wyglądało
na to, by znajdowali się w zagrożeniu – czuły słuch wychwycił wprawdzie cichą
rozmowę w oddali, lecz Cador domyślał się, kim byli dyskutujący. Uśmiechnął się
pod nosem na myśl o tym, że na razie rozmawiają.
Na razie.
– Dobra,
zakochany idioto, podręczę cię potem – postanowiła wielkodusznie Ariene,
wyciągając przed siebie nogi, by ogrzać je przy ognisku.
– Dzięki,
podła kobieto – mruknął Errian, nie wykazując żadnych objawów niezadowolenia z
tego ataku, przyjął go dzielnie na klatę.
Bądź też
zignorował.
– Do usług,
chłopcze – odparła, opierając się ze sobą rękoma i odchylając głowę.
Czarne, teraz
rozpuszczone włosy zamiotły ziemię, przesuwając po niej kilka drobnych gałązek.
Ariene zamrugała, obserwując zbliżający się do nich sztywnym krokiem kształt.
Kształt przystanął, zawahał się, a potem z warknięciem podjął marsz.
– Hej, Aithne
– przywitała się wiedźma.
Errian drgnął
nerwowo i wbił wzrok w ziemię, jakby nie potrafił na upadłą spojrzeć. Może to i
lepiej, bo dziewczyna i tak wyglądała jak ktoś, kto zamierza dokonać brutalnego
morderstwa.
Cador
przeniósł średnio zainteresowane spojrzenie na swoją podopieczną, oceniając jej
ogólny stan. Uniósł brew w udawanym zdziwieniu, dzielnie przyjmując rolę
nieświadomego zdarzeń ostatnich minut.
– Coś się
stało? – spytał nad wyraz troskliwie, jakby faktycznie poczuł się w obowiązku
opiekowania biedną upadłą.
Ledwie
powstrzymywał uśmiech, który cisnął mu się na usta; miał nadzieję, że Aithne
nie zareaguje nad wyraz barwnie, bo wtedy śmiech może go pokonać.
– Czy ja wyglądam,
jakby coś się stało? – warknęła wyraźnie wściekła, cedząc słowa przez zęby.
Ariene
przekrzywiła głowę, wyprostowawszy się. Chwilę toczyła bitwę z kosmykiem
włosów, który opadł jej na twarz i nie mogła go zdmuchnąć, a rączek spod brody
nie chciało jej się ruszać. Ostatecznie się poddała.
– Nie, wcale –
zapewniła bardzo wiarygodnym tonem, chociaż oczy błysnęły jej niepokojąco.
Errian wolał
nie komentować całej sytuacji, kontemplując swoje buty, jednak na usta cisnęły
mu się słowa „wszyscy zginiemy. A już na pewno ja”. Ale zachował jeszcze trochę
instynktu samozachowawczego, dlatego obuwie okazało się ciekawsze.
– Morda,
głupia wiedźmo – rzuciła radośnie i promiennie upadła.
– Wybacz, mój
błąd – pokajała się głupia wiedźma, starając się nie pokazać po sobie pewnej
niezdrowej satysfakcji.
– Tak mi się
zdawało... – mruknął Cador, ale posłusznie wycofał się z drążenia tematu.
Chwilę jeszcze
obserwował rudą uważnie, aż w końcu uśmiechnął się lekko. Postanowił, że będzie
dla swej podopiecznej łaskawy i odwróci uwagę towarzystwa od jej radosnego
humorku.
– Plecy mnie
bolą – jęknął, wyciągając ręce w górę i przeciągając się z wyraźnym
dyskomfortem. – Ciekawe przez kogo – dodał, a żeby nie było wątpliwości, kogo
oskarża o swój nienajlepszy stan, spojrzał na głupią wiedźmę z wyrzutem.
– Nie mam
bladego pojęcia – stwierdziła z przejęciem Ariene, uśmiechając się jak kot,
który upolował ładną, tłustą mysz. – Pomasować?
– Nie przy
ludziach – poprosił mimowolnie Errian, by trochę poniewczasie ugryźć się w
język.
Brawo, panie
Souen.
Aithne
warknęła krótko, aczkolwiek na młodego maga nie spojrzała, jakby ten nie
istniał. To wyjście zdecydowanie było najprostsze, chłopak popierał je całym
sercem. No, może nie całym, ale tą rozsądną częścią.
– Idę do koni
– postanowiła Aithne, ruszając do pasących się w spokoju kawałek dalej
zwierząt.
Znajdowały się
na tyle blisko, że nie uciekła od spojrzeń zebranych, ale uciekła od czegoś o
wiele gorszego, zatem była całkiem zadowolona.
– Nic nie mów
– rozkazała powietrzu, rozległo się znajome, zdegustowane parsknięcie.
Tak, Aithne
znów gadała do konia.
– W pierwszej
chwili chciałem się zgodzić, ale jak tak dłużej na ciebie patrzę... – Przyjrzał
się bliżej niepokojącemu uśmieszkowi Ariene, po czym przytaknął sam sobie. – To
byłoby bezpieczne?
Bo w sumie
masaż by mu się przydał, prawda. Pomimo sprzeciwu Erriana, którego to obrońca
generalnie zignorował (biedny mag, czym sobie zasłużył na takie traktowanie? I
Aithne, i Cador... Może wszyscy przestaną go zauważać!).
– Chyba musisz
się sam przekonać, prawda? – zauważyła bardzo ładnym, dziewczęcym głosem,
przymrużyła oczy i oparła brodę na dłoniach, z uroczym uśmiechem czekając na
odpowiedź obrońcy.
Errian patrzył
na nich chwilę, najwyraźniej nie dowierzając własnym oczom, po czym zerknął w
stronę Aithne, tak, żeby nikt tego zerknięcia nie zauważył.
Wiedział,
popełnił błąd, trochę nie pomyślał, trochę bardzo, ale, prawdę mówiąc, ani
przez moment nie żałował. Uśmiechnął się lekko do siebie.
Widać było, że
Cador się wahał. Ważył w myślach argumenty za i przeciw; pokusa była silna, ale
z drugiej strony nie chciał kolejnego ciosu w plecy. Wreszcie westchnął,
przenosząc na wiedźmę spojrzenie nieco zrezygnowane.
– Nie ufam ci
– zawyrokował.
Niechętnie bo
niechętnie, ale coś siedziało w tych szafirowych oczach. Intuicja podpowiadała
mu, że jest idiotą, lecz gdyby zgodził się na masaż, byłby skończonym idiotą.
Ariene
zachichotała serdecznie, jakby powiedział coś naprawdę śmiesznego. Odgarnęła
włosy najpierw na plecy, potem przeczesała je palcami, a na koniec zgarnęła je
z powrotem na ramię i zaczęła pleść warkocz.
– Twój wybór –
oznajmiła śpiewnym głosem.
–
Prawdopodobnie zachował co ważniejsze części ciała tą decyzją – wtrącił Errian,
posławszy wiedźmie uśmiech.
Ręce Ariene
zamarły na chwilę, jej czoło się zmarszczyło, w oczach pojawiło się pewne
zamyślenie. Potem znowu się roześmiała i pokręciła głową.
– Nie powinnam
się była wychowywać z facetami – uznała jeszcze bardziej rozbawiona.
Errian
przeanalizował wnikliwie swoje słowa, by zaraz z rozmachem uderzyć dłonią w
czoło. W życiu nie wpadłby na to, o czym ona pomyślała! Znaczy, na pewno nie
wpadłby, że ona o tym pomyśli, przecież… kurczę.
Cador
przeanalizował zachowanie towarzyszy, przemyślał sobie wszystko i szczęka
gruchnęła mu o ziemię.
Znaczy, że
podtekst w wypowiedzi Erriana był niezamierzony i on nie zdawał sobie sprawy z
tego, co mówi?
W jakim
świecie żył ten chłopak?
Niemniej
jednak obrońca nie podzielił się swoimi przemyśleniami z resztą, bo jeszcze by
wyszedł na starego zboczucha. Albo niedojrzałego gówniarza, a starał się nie
być ani jednym, ani drugim.
Zamiast tego
odchrząknął znacząco, przeczesał płowe włosy palcami i ledwie powstrzymał się
od ziewnięcia.
– Jak
rozdzielamy warty? – zainteresował się, czując, że za niedługo zostanie
pokonany przez zmęczenie.
Ariene
wzruszyła ramionami, zerknęła za siebie w stronę dziwnie cichej Aithne, a potem
znowu skupiła się na warkoczu. Zakończyła go kilkoma sprawnymi ruchami,
westchnęła zadowolona i oparła głowę na dłoniach, przymykając oczy.
– Ja mogę
wziąć pierwszą – zadeklarował się Errian, czując, że i tak nie zaśnie.
Tak jakoś.
– Wy lepiej
się prześpijcie, ja jestem jeszcze w dobrej kondycji. I… – dodał, by unieść z
uprzejmym zainteresowaniem brew, kiedy Ariene nagle przechyliła się na bok,
tracąc równowagę. – Zasnęła – wydusił w pierwszym momencie.
Wiedźma chyba
się nie przejęła tak bezczelną utratą przytomności, głowa kiwnęła się jej
niekontrolowanie i ostatecznie poleciała na spotkanie z ziemią.
Cador
błyskawicznie wychylił się i złapał Ariene za ramiona, cudem powstrzymując ją
przed przygrzaniem czołem w podłoże. W myślach podziękował Silthe za swój
niebywały refleks i za to, że akurat siedział najbliższej, chociaż za to
powinna być raczej wdzięczna wiedźma.
Uniósł
zdziwiony brwi, gdy okazało się, że cało zajście nie obudziło panny Tenshi;
nadal miała przymknięte powieki, a jej ciało było bezwładne w jego ramionach.
Dla świętego spokoju sprawdził jej tętno, ale żyła – najwidoczniej musiała być
bardzo, bardzo zmęczona.
– Mówiłem jej,
żeby poszła spać, to nie – burknął niezadowolony.
Oparł na
chwilę głowę kobiety o swoje ramię, by móc wychylić się i przygotować coś
podobnego do posłania. Ostrożnie położył Ariene tak, że jej policzek znalazł
się na czyimś tobołku, po czym przykrył ją szczelnie kocem.
– No. Będzie –
uznał wreszcie, dokładnie obejrzawszy swoje dzieło.
Wiedźma
uśmiechała się przez sen, więc chyba było jej wygodnie. Dopiero wtedy wrócił
spojrzeniem do Erriana i kiwnął głową.
– To ja wezmę
drugą. A później... później się zobaczy – stwierdził spokojnie.
Pewnie wyjdzie
na to, że wszystkie następne warty będą jego, ale co zrobić.
– Trzecią
wezmę ja i Faryale – oznajmiła Aithne, wróciwszy niemalże w chwale do obozu.
Niemalże, bo
patrzyła tylko na Cadora, najwyraźniej zdeterminowana, by zapomnieć o istnieniu
Erriana. Zacisnęła zęby i stanęła cała napięta przy ognisku, co pewien czas
opuszczając wzrok na tańczące na drewnie płomienie.
– Czwarta nie
będzie w całości, to się obudzi głupiego łowcę. Zrobię to z przyjemnością –
zaręczyła dodatkowo, wykrzywiając usta.
Młody mag
obrócił głowę, spoglądając na pasące się konie i nakazując sobie w myślach, by
nie patrzeć na upadłą. Lepiej nie kusić losu, cholera wie, co się zaraz stanie.
Może spadnie na nich meteoryt albo nagle ziemia się osunie, albo cokolwiek.
Ale na nią nie
patrz. Po prostu… nie patrz.
– Doskonale –
uznał ugodowo Cador, odpowiadając na spojrzenie Aithne.
Uniósł kącik
ust w przyjacielskim półuśmiechu, jednak nic nie powiedział; niektóre rzeczy
lepiej jest przemilczeć. A ruda upadła wyglądała jak bomba, którą uruchomić
mogło każde nieprzemyślane słowo.
– Tylko obudź
go tak, żebyście nie zaczęli się na siebie drzeć nad ranem. Niektórzy będą spać
– poprosił jeszcze, wstając.
Przyjrzał się
towarzyszom z góry, zastanawiając się, czy bezpiecznie będzie ich opuścić
chociaż na minutę. Koniec końców stwierdził, że zachowa się bezlitośnie.
– Zdrzemnę
się, póki mam czas. Obudź mnie, jak przyjdzie moja kolej – powiedział do
Erriana, uśmiechając się doń pokrzepiająco.
Nie żeby miało
mu to jakoś pomóc, prawda. A potem odwrócił się i wyruszył na poszukiwanie
koca, który gdzieś tam odłożył, ale nie do końca wiedział gdzie.
– Dobranoc –
rzucił za nim Errian, zaraz przenosząc wzrok na Aithne, bo jednak należało się
z tym zmierzyć i… – A ty dokąd? – spytał zdumiony, widząc, że upadła rusza z
powrotem do koni.
– Do Faryale –
odparła, zatrzymując się na chwilę.
– Chyba lepiej
by było, gdybyś postarała się zdrzemnąć – zaryzykował propozycję, wpatrując się
w jej plecy uważnie; nie, nie chciał, by w jego oczach odbiła się troska, ale
naprawdę nad tym nie zapanował.
Aithne chwilę
milczała, jakby rozmyślała nad jego słowami. Wreszcie wzruszyła ramionami,
opuszczając głowę, przestąpiła z nogi na nogę, a potem… zawróciła. Zgodnie z
jego prośbą.
Errian
spojrzał na nią zdumiony, zaraz taktycznie przenosząc wzrok na najbliższe
drzewo, żeby nie narazić się na krzyk upadłej. Ale… jak to się stało, że go
posłuchała?
Koc się
znalazł, był przykryty stertą różnych mniej lub bardziej potrzebnych rzeczy. Cador
uniósł swoje znalezisko wysoko, rozłożył, narzucił sobie na ramiona i ruszył w
drogę powrotną do ogniska. Stanął nad dającym przyjemne ciepło ogniem, posłał
ostatnie spojrzenie Aithne i Errianowi, po czym usiadł i zaczął przygotowywać
sobie wygodne posłanie koło Ariene.
– Tak, tak,
dobranoc – odpowiedział magowi, poprawił jeszcze tobołek, co to mu miał za
poduszkę służyć, po czym nakrył się kocem i postanowił iść spać.
Nim zamknął
oczy, zerknął przelotnie na Aithne – złośliwy uśmiech sam wprosił się na jego
usta. Biedna, taka stara, a momentami taka dziecinna...
Potem
przymknął powieki. Z przyzwyczajenia skupił się jeszcze na chwilę na otoczeniu,
nasłuchując; nie doczekawszy się żadnego niepokojącego dźwięku, z czystym
sumieniem oddał się w objęcia Morfeusza.
Chwilę potem
większość z tych, co mogła iść spać, ułożyła się do snu. To jest Aithne legła z
drugiej strony Cadora, po czym odwróciła się do niego dup… plecami. Najpewniej
wybrała to miejsce tylko dlatego, że było najdalej od Erriana, naprawdę
zachowywała się jak dziecko, ale co poradzić.
Ariene uznała,
że należy zmienić pozycję, bo nie jest do końca wygodnie na tym tobołku.
Wierciła się strasznie pewną chwilę, to odkrywając jedną nogę, to znowu
przykrywając, obróciła się z boku na bok i wreszcie sięgnęła po poduszkę, która
gdzieś tu przecież musiała być, bo jak nie?
I znalazła, w
końcu jak inaczej? Zamruczała zadowolona, objęła coś, co o wiele bardziej
zasługiwało na miano poduszki, i wtuliła w to policzek, odetchnąwszy głęboko z
zadowoleniem.
Ciepłe, miłe,
nawet nie śmierdziało końskim potem i w ogóle. Dlatego przysunęła się jeszcze
bliżej, żeby nie leżeć rozciągniętą nie wiadomo jak daleko. Wtedy mogła
częściowo położyć się na kocu, bo już nie trzeba się było tak szczelnie
okrywać.
Errian
uśmiechnął się z rozbawieniem i nie skomentował, grzecznie odwracając wzrok.
Najpierw myślał, że tę Ariene mordują pod okryciem, tak się wierciła, ale
jednak nie. Zapatrzył się w płomienie, przymrużając oczy.
Cador drgnął,
czując, że coś się go uczepiło. Uchylił powieki i ujrzał wtuloną w siebie
Ariene, dodatkowo Ariene bardzo z siebie zadowoloną. Uniósł brew, chwilę
zastanawiając się, co o tym w ogóle myśleć.
A potem
stwierdził, że nie będzie myślał wcale, bo rola etatowej poduszki dziwnie mu
odpowiadała. Starał się więcej nie ruszać, by nie zbudzić śpiącej wiedźmy;
spróbował znów zapaść w sen.
A że zasypiał
z uśmiechem na ustach, to już zupełnie inna sprawa.
Stęskniłyście się? Bo ja tak ;< Sprawy służbowe mnie zatrzymały [brzmi, jakbym była w łazience XD]...
OdpowiedzUsuńOstatnia scena jest genialna <3 Ej noo, ale bez utopii XD Niech ktoś komuś urwie kończynę, albo kogoś zje! Mam rzymską naturę i oczekuję czegoś zjadliwego i czegoś krwawego ^^ Wiem, że poprzednio była cała masa nieumarłych, a niedawno skrytobójcy [a jedna z głównych bohaterek opowiadania sama jest jednym] no ale... wiecie, czego mi brakuje? Głównego wątku opartego na homo viator... albo niech Natalia się popisze zuym znęcaniem się nad bohaterami ;3 I więcej zagadek! Mniej romansów [oprócz Erriana i Aithne, to jest epickie XD] dużo więcej fabuły, nowych wątków, większej dynamiki!
Romans to zazwyczaj w fantasy wątek poboczny, nietrwały, mający dać czytelnikowi troszkę radochy. Przesyt romansów na kilometr kwadratowy, gwarantuje romansidło, a za niedyskretne romansidło będę się mścić <3 Kocham!
...
Ja mam dzień niespełnionych ambicji, ciii XD Za pięć dni urodziny __-__ Nienawidzę listopada.
Mam nadzieję, że przez ten długi okres czasu, kiedy to nie komentowałam, napisałyście troszkę? :3 Plosę?
Zauważyłam już pewną zależność w tymże pisaniu. Kiedy jest pewien moment przestoju, pozwalamy rozwinąć się relacjom wszystkich postaci, stąd może się to wydawać nieco rozciągnięte w czasie. To naturalne, że w grupie dorosłych ludzi, którzy są skazani na siebie, rodzą się różne zażyłości, a już zwłaszcza presja powstaje, gdy zostaje dwóch forever alone'ów xD Stąd rozwijamy romanse, nie traktujemy ich po macoszemu, tak samo jak też innych relacji, nie tylko romantycznych.
UsuńPo czasie tego przestoju pojawia się znowu duży fragment tekstu, gdzie nie ma tego swoistego podsumowania, bo następują kolejne zmiany. Co więcej, zauważyłam, że później się to wyrównuje - teraz oni tego potrzebują, bo wszystko się dopiero rozwija. To nie tak, że teraz już tylko będą się wiecznie przytulać.
No cóż, nasze fantasy rządzi się własnymi prawami. Może to kwestia tego, że zwykle jest jeden, dwóch głównych bohaterów, a tu jest ich sporo i w dodatku to straszne paskudy, które lubią korzystać z życia w tę czy w inną stronę :3
Zawsze możesz ignorować rozdziały, gdzie skupiamy się na stosunkach w grupie oraz, ehem, międzyludzkich, i je tylko przewijać xD
Mamy napisane około 800 stron A4 do przodu, o ile dobrze szacuję, so... xD