środa, 26 grudnia 2012

55. Całkowite oddanie



Obróciła szklankę w dłoni, przyglądając się resztce soku pomarańczowego na jej dnie. Kilka kropelek ze ściany naczynia stoczyło się po szkle, zostawiając za sobą wilgotny szlak; dziewczyna westchnęła, wciągnąwszy powietrze przez nos, i wypiła to, co jeszcze do wypicia zostało, od niechcenia przesuwając wzrokiem po karczmie, w której siedziała.
Ludzi było sporo, ale, na szczęście, jeszcze się nie upili na tyle, by zacząć ją irytować. Mogła więc spędzić tu trochę więcej czasu, nie bojąc się, że nabierze ochoty do wszczęcia bójki. Wyraźnie zabroniono jej takich rozrywek, tłumacząc, że to nie pomoże w przygotowywaniu wszystkiego do zadania.
Jeśli spytać Aithne o zdanie, nie podobało się jej zlecenie. Podkradanie się, fortele, podchody, przebrania i inne tego typu atrakcje nie leżały w jej guście. Lubiła krwawe walki, ryzyko, otwarte starcie, gdzie nikt nie wyskakiwał z cienia jak poparzony, tylko wszyscy ścierali się ze sobą w jednej linii. Ale skoro przyjęli, to trudno, przynajmniej będzie z tego kasa. A ona miała wolne, bo niczego do zrobienia jej nie przydzielili, ot, za zadanie wyznaczyli tylko próby nie zwracania na siebie uwagi. Więc nie zwracała na siebie uwagi, popijając soczek pomarańczowy i umierając z nudów.
Gdyby nie cała ta chora sytuacja, w jaką się uwikłała, pewnie byłaby teraz w środku własnego zlecenia. Albo, gdyby nie nękały jej takie sprzeczne uczucia, czas spędzałaby z przyjaciółmi. Tymczasem unikała wszystkich, z naciskiem na dwie osoby – Anabde oraz Erriana.
Nie potrafiła się z nimi skonfrontować, omijanie szerokim łukiem było łatwiejsze. Kiedy tylko ich zauważała, starała się iść w zupełnie przeciwnym kierunku, a gdy została zmuszona do spędzenia pewnego czasu w ich towarzystwie, ograniczała kontakty do niezbędnego minimum, nie zdradzając się z jakąkolwiek sympatią.
Genialna taktyka. Ciekawe, jak długo tak pociągniesz, głupku.
Stuknęła szklanką w blat, widząc kątem oka, że ktoś w rogu karczmy zaczął się już awanturować. Miała ochotę wstać i obić mu mordę, ale nie wolno jej było. Dlatego zgarbiła ramiona i warknęła zirytowana, czując, że niedługo nadmiar energii ją rozniesie.
Ile można siedzieć w jednej karczmie i się szykować? Głupia wiedźma, same beznadziejne rzeczy wymyśliła i teraz oni muszą cierpieć. A zwłaszcza ona, niewinna upadła. Może wyjdzie na miasto i tam zrobi burdę?
Zerknęła za okno i zmrużyła oczy, widząc zapadający zmierzch. Nie, nie wyjdzie. Zaraz będzie ciemno jak w dupie, to jej nie odpowiadało. Czyli trzeba tu zostać, ewentualnie za pewien czas uciec do pokoju, zanim pijacy sprowokują do bójki. Żaden z nich nie dosięgał jej nawet do pięt, zmiotłaby ich z powierzchni ziemi, ot! Ale nie, bądź grzeczna i nie rób problemów. Co za podłe, niesprawiedliwe życie.
Odsunęła pustą szklankę poza zasięg rąk i przeciągnęła dłońmi po twarzy, zbierając się do podniesienia oraz ruszenia z powrotem do pokoju. Musi poudawać trochę dłużej łagodną owieczkę, która nie skrzywdziłaby nawet muchy, mimo że zdecydowanie nie czuła się dobrze w tej roli. Jednak czego się nie robi dla pieniędzy, prawda? Oparła się na blacie i napięła mięśnie, już przymierzając się do wstania.
Poczuła na ramieniu ciepłą dłoń i zastygła, mimowolnie wstrzymując oddech. Nie zdążyła jakkolwiek zareagować – nawet nie chciała reagować i nie chodziło tu wcale o przykazanie bycia grzeczną – kiedy niespodziewany towarzysz pochylił się nad nią lekko, poczuła jego zapach. Wcale nie chciała, żeby nogi zdradziecko pod nią zadrżały, ale udało się jej z tym nie zdradzić.
Przynajmniej bardzo w to wierzyła.
– Ai, możemy pogadać? – spytał znajomy, cichy głos, na tyle niski, by nikt poza nimi nie usłyszał tych słów.
Upadła potrzebowała dłuższej chwili zebrania się w sobie, by zdołać odpowiedzieć tak, jak to zrobiła. Nie chciała przyznawać się do swojej słabości, nie zamierzała tego robić, nikt nie powinien jej taką widzieć.
Przymknęła na ułamek sekundy oczy.
– Nie zamierzam z tobą gadać, szlachciuro – warknęła lodowato i odtrąciła jego rękę, zmuszając, by się cofnął i przestał być tak blisko.
Za blisko. Otumaniająco blisko. Czuła się tak, jakby jej wnętrzności związano w supeł, a z mózgu zrobiono gąbkę.
 Spojrzała na zaskoczonego Erriana, starając się uwierzyć w to, że powinna się nim brzydzić. Tylko najpierw musiała uspokoić serce.
Młody mag przyjrzał się jej krótko, niezbyt nachalnie, nie mogła się o to na niego wściec. Dostrzegła w jego oczach błysk zawodu, ale postanowiła go z pełną determinacją zignorować. Mniej będzie cierpiał, jeśli przystanie na jej warunki gry.
– To nie zajmie długo – uparł się cierpliwie, przywołując na usta ciepły, przyjazny uśmiech; tym razem nie musiała się zmuszać, żeby się zdenerwować.
Nienawidziła tego uśmiechu, po prostu nienawidziła! Kiedy powinien się na nią wściec, obrazić, brzydzić się nią, on uśmiechał się tak, jakby wszystko rozumiał, jakby nie potrafił się na nią gniewać, jakby wybaczył jej wszystko już na początku, zanim jeszcze te błędy popełniła. Nienawidziła tego. Nie znosiła.
A najbardziej z całej tej sytuacji brzydziła się tego, że tak żałośnie się od tego uśmiechu uzależniła.
– Powiedziałam już – skwitowała pełnym niechęci głosem i zerwała kontakt wzrokowy, spojrzenie przenosząc na schody.
Nie potrafiła zachowywać się aż tak dumnie czy wyniośle jak Anabde, ale to jedyne, co jej przyszło na myśl, kiedy wymijała Erriana i ruszała w swoją stronę. Dlatego uniosła brodę, zdystansowała wzrok, spróbowała choć trochę przypominać przyjaciółkę. Nie wyszło najlepiej, ale, ku swojej uldze, nie usłyszała wołania młodego maga. Chyba także za nią nie poszedł. To dobrze, świetnie, doskonale.
Na schodach odetchnęła i od razu się zgarbiła, jakby uszło z niej całe powietrze. Przymknęła oczy, przyłożyła dłoń do czoła, policzyła w myślach do pięciu, opierając się ramieniem na ścianie. Konfrontacja wyczerpała ją do tego stopnia, iż nagle bardzo zamarzyła zwinąć się w kłębek i zasnąć.
Coraz dotkliwiej brakowało jej obecności Faryale, z klaczą widywała się tylko przez krótkie chwile w stajni, podczas których rozpaczliwie ukrywała przed nią swoje nastroje. Co za żałosna, niekończąca się gra.
Znalazła się na korytarzu i śmiało ruszyła do drzwi wspólnego pokoju, mając nadzieję, że nikogo w środku nie zastanie. Najgorzej by było, gdyby kryła się tam Anabde, wtedy Aithne musiałaby znowu uciekać. Tylko dokąd? Zostałaby poniekąd otoczona; zgrzytnęła niezadowolona zębami, uświadamiając sobie, że sama doprowadziła do tej sytuacji. Jeden ich ruch i usłyszy „szach-mat”. Musiała tak ustawić pionki, żeby to ona dyktowała warunki, nie miotała się w panice z kąta w kąt.
W ostatniej chwili usłyszała za sobą kroki. Drgnęła, obróciła się gwałtownie, przytrzymując klamkę drzwi, i spojrzała prosto na maszerującego do niej Erriana. Nie wyglądał na szczęśliwego. Nie wyglądał na skłonnego do kompromisów.
Dostrzegła w jego oczach chłód – nie obdarzał ją nim, dla niej zawsze był wyrozumiały. Wreszcie do niej dotarło, że musiała go doprowadzić do ostateczności tymi ciągłymi unikami.
Zająknęła się, by coś powiedzieć, ale nie zdążyła.
Chwycił ją za ramię z zaskakująca siłą, aż zachłysnęła się powietrzem, otwierając szeroko oczy. W pierwszym odruchu chciała się wyrwać, ale już sięgnął do klamki i nacisnął ją mocno, nie zwracając uwagi na leżącą tam jej dłoń. Syknęła przez zęby; przygniótł jej palce, jednak nie zdołała na niego warknąć.
Przejście stanęło otworem, a Errian gwałtownie obrócił ją twarzą do pokoju i nadzwyczaj nieczule wepchnął do środka, nie dbając nawet o to, czy kogoś tam zastaną, czy będą jednak sami. Aithne potknęła się w progu, straciła równowagę i poleciała w przód, a młody mag ją puścił, nie odwracając z niej niezadowolonego, wprost strasznego spojrzenia.
Nie trudził się zamykaniem drzwi; mimo to one same trzasnęły, przyprawiając spłoszoną Przeklętą o dreszcze na plecach. Zatrzymała się bezradna na środku pomieszczenia, rozstawiwszy szeroko nogi.
I czekała, pewna, że zaraz stanie się coś strasznego.
Errian podszedł do niej kilka kroków i spokojnie przyjrzał się pozamykanym oknom, jakby szacował, czy zdoła mu przez nie uciec. Sama musiała przyznać, że przez chwilę rozważała taką możliwość, ale jak to będzie wyglądać? Mieli zachować dyskrecję, upadłego anioła przeciskającego się na parapet i zrzucającego ludziom doniczki na głowy nie można nazwać dyskretnym.
Potem uświadomiła sobie, że to tylko zademonstruje jej słabość i to, jak jest na niego podatna. Tak stać się nie mogło.
Dlatego spojrzała odważnie prosto w oczy młodego maga, już się wewnętrznie strosząc oraz przygotowując na konfrontację. Dobrze, porozmawia z nim. Przez dwie najbliższe minuty. Potem wyjdzie pierwszą lepszą dziurą, byle dalej od niego i tych lodowatych, błękitnych oczu.
– Przestań robić uniki – rzucił wreszcie spokojnie, w jego głosie zabrakło chłodu, który dostrzegła w spojrzeniu.
Zająknęła się zaskoczona, zaraz zaciskając zęby i prostując się sztywno, by stać się trochę większą niż w rzeczywistości.
– Nie robię żadnych uników – warknęła, odruchowo przyjmując swoją typową strategię „iść w zaparte”.
Co z tego, że doskonale wiedziała, iż nie miała racji.
– Uciekasz – odparł krótko, wzruszając niedbale ramionami, i ta nonszalancja trochę ją zabolała; jakby powiedział „w sumie niewiele mnie to obchodzi”. – Od kiedy tylko wydostałaś się z celi, zaczęłaś uciekać. Ile można? – zainteresował się, przekrzywiając głowę, przyjrzał się jej uważniej.
– Nie uciekam – prychnęła od razu, by momentalnie skulić się pod jego ostrzejszym spojrzeniem. – Nic ci do tego – dodała przez zaciśnięte zęby, odwracając wzrok, bo inaczej przegrałaby tę potyczkę.
Errian uniósł brew, nie odrywając od niej lodowatych oczu, ale teraz łatwiej było to znieść. Gdyby bardzo się postarała, dałaby radę nawet o tym całkowicie zapomnieć. Chyba.
– Nic? – powtórzył uprzejmie zdumiony i prychnął.
Uzmysłowiła sobie, że prawie go nie poznaje, takiego wściekłego, zimnego i odpychającego. Rozmawiał po to, żeby przestała uciekać, a jego postawa sugerowała, że niewiele go obchodzi, czy przerwie proceder, czy dalej będzie grała w tę gierkę. Nie wiedziała, dlaczego taki się stał – pierwszy raz widziała go wściekłego w taki sposób.
Tylko właściwie nie powinno to jej obchodzić. Niech sobie będzie jaki chce, to już nie jej sprawa. Niech znika. Niech przestanie na nią patrzeć.
– Nic mi do tego, że przede mną uciekasz – odezwał się znów, bardziej stwierdzając niż pytając, w jego głosie zabrzmiała irytacja. – Pewnie.
– Niby co cię to ma obchodzić? – warknęła, skuliwszy ramiona, ale popatrzyła mu krótko, intensywnie w oczy, starając się nie ugiąć pod naporem jego spojrzenia.
Nie do końca się jej udało, ale zanim odwróciła wzrok, zacisnęła z uporem usta, przymrużając powieki. Dopiero potem zainteresowała się z powrotem podłogą i jednym wystającym z niej gwoździem. Ktoś go nie dobił. Albo próbował wyrwać deskę.
– Może to, że uciekasz przede mną – wycedził, podszedłszy do niej bliżej, stanął tuż przed nią, za blisko, niebezpiecznie blisko, poczuła jego oddech na policzku.
Nie uniosła spojrzenia, wiedząc, że wtedy zostanie nieodwołalnie pokonana.
– Nie zachowuj się jak centrum świata – prychnęła, siląc się na chłodną, możliwie jak najbardziej wyrachowaną kpinę. – Nie masz z tym nic wspólnego, nie pochlebiaj sobie – uparła się, przestając rozumieć, jaki cel przyświeca tej grze.
Na pewno był istotny. Czemu jednak musiała się w niej bronić przed człowiekiem, któremu zaufała i bez którego coraz trudniej się jej żyło? Chyba właśnie z tego powodu. Chyba właśnie dlatego, że to wszystko jest głupotą. Chyba właśnie po to, by zapomnieli, a między nimi zagościło to błogosławione „nic”. Tak będzie lepiej przede wszystkim dla niego.
– Nic – powtórzył kolejny raz, jego głos zadrżał od tłumionej z trudem złości.
Chwycił ją dość nieczule za brodę i zmusił, by obróciła twarz w jego stronę, przez co spojrzała mu w oczy. Wydało się jej, że całe jej wnętrzności skręciły się w bolesny, obezwładniający supeł, i nagle zrozumiała, że jest zupełnie bezbronna. Ta świadomość sprawiła, że jeszcze rozpaczliwiej chciała się od tego uwolnić.
– Czyli to wszystko to nic – stwierdził dla pewności, nie puszczając jej, jednak też nie wzmacniając uścisku, bo z nim nie walczyła.
To wszystko, zadźwięczało jej w głowie, sprawiając, że zrobiło się jej niedobrze.
Musiała się od niego uwolnić. Teraz, zaraz, natychmiast, już. Przestraszyła się. Bała się od samego początku, ale w tym momencie przestała rozumieć, czego chciała. Bo nagle ogarnęło ją obezwładniające pragnienie, by ją przytulił i udowodnił, o jakim wszystkim mówił. Był za blisko. A ona była skłonna przegrać.
– Puść mnie – wydusiła spłoszona, próbując oswobodzić brodę.
– Nie unikaj rozmowy – warknął, zignorowawszy jej wypowiedź, nadal świdrował ją miażdżącym, zimnym spojrzeniem.
– Puść – powtórzyła uparcie, teraz bardziej jękliwie, wyraźnie spanikowana.
– Aithne – rzucił wściekły, mocniej zaciskając palce na brodzie, kiedy zaczęła się skuteczniej wyrywać.
– To boli – wyszeptała słabo, zamykając oczy; przestraszyła się, przestała rozumieć, tak bardzo chciała, żeby już nie był zły.
I w tym wszystkim kryła się nadal potrzeba natychmiastowej ucieczki.
Te słowa Aithne sprawiły, że Errian momentalnie zabrał rękę i cofnął się dwa kroki, jakby zszokowany tym, co zrobił. Spojrzał na upadłą skołowany, otworzywszy szeroko oczy, potem przeczesał włosy palcami i przemaszerował nerwowo po pokoju, nie zwracając na nią przez kilka sekund uwagi.
Przeklęta przez ten czas stała sztywno tam, gdzie ją zostawił, trochę czekając na atak, na nagły cios w plecy. Nie wiedziała, skąd wzięło się to wrażenie, po prostu nie mogła się opanować.
– Przepraszam – mruknął pod nosem, rozcierając z wyraźnym niezadowoleniem kark, wzrok nadal przesuwał po zakurzonej podłodze. – Dlaczego? – spytał niespodziewanie z dziwną desperacją, zatrzymując się i wbijając w nią czujne spojrzenie.
Zadrżała, tym razem zwyczajnie nie potrafiąc zerwać kontaktu wzrokowego. Zastygła, zastanawiając się, co się tak naprawdę w nim dzieje, bo teraz przypominał przerażone zwierzę w potrzasku bardziej od niej samej. Powstrzymała się od przygryzienia wargi, nagle czując, że nie potrafi znieść jego dezorientacji oraz bólu.
– Nie umiem – szepnęła, po czym zdrętwiała, przerażona tym, że uległa.
Że pękła pod naporem jego oczu i zaczęła mówić.
Błyskawicznie odwróciła się do niego plecami, skrzyżowała ręce i wbiła wzrok w ścianę. Ściana była nudna i mało absorbująca, dlatego skupiła się od razu na oknie, byle tylko już do końca rozmowy go ignorować.
– Nie umiesz z nimi wszystkimi czy ze mną? – spytał cicho, znów znajomym, łagodnym głosem, od słuchania którego nieświadomie rozluźniła ramiona. – Czy może z samą sobą? – dodał niespodziewanie.
Przygryzła wargę. Czemu zrozumiał, co miała na myśli? Czemu nie dopytywał jak każdy normalny człowiek, tylko przeszedł nad niedopowiedzeniem do porządku dziennego i kontynuował rozmowę? Czemu tak bardzo chciała na niego spojrzeć?
– Ze wszystkim – odparła wreszcie, czując, że już nawet nie ma siły kłamać.
Od początku nie miała, ale jeszcze z tym walczyła.
– Ucieczka to nie rozwiązanie – stwierdził, usłyszała, że ruszył w jej stronę, ale zatrzymał się w rozsądnej odległości. – Tylko pogarsza sprawę.
– Musiałam uciec, bo byłyby oczekiwania. Spojrzenia. Rozmowy – wymamrotała, odwracając głowę, przez co dostrzegła go kątem oka, jak stał za jej plecami.
Wpatrywał się w nią dziwnie, z niemą prośbą, troską, z tyloma trudnymi do opisania uczuciami, że znów poczuła się ich niegodna. Zasługiwał lepiej, nie mógł przywiązać się do czegoś takiego, czym była ona.
– Wstydziłaś się? – dopytał delikatnie, stawiając kolejny krok w jej stronę.
Potrząsnęła głową, przenosząc wzrok na okno. Zaraz nią pokiwała. Potem ją spuściła, interesując się teraz podłogą.
– Bałam się. Boję się – stwierdziła, obejmując się mocniej ramionami.
– Mnie? – odgadł z dziwnym, idealnym spokojem, jakby doskonale wiedział, że o to właśnie chodzi, ale chciał to usłyszeć.
– Ciebie – przytaknęła.
Cisza się przedłużyła. Czuła, że choć tej odpowiedzi się spodziewał, to jednak go zabolała. Ale nie chciała dłużej kłamać, była z nim szczera; choć ta szczerość bolała także ją. To wszystko okazało się tak cholernie zagmatwane, że naprawdę pragnęła to rzucić w cholerę i wrócić do poprzedniego, prostszego życia.
– I siebie – dodała wreszcie, przełykając z trudem ślinę, bo w gardle utknęła jej dziwna, nieprzyjemna gula.
– Nie ma potrzeby – stwierdził zaraz, w jego głosie zabrzmiała dziwna determinacja, jakby postanowił za wszelką cenę zmienić jej nastawienie.
– Nie rozumiesz – odparła, kręcąc trochę w panice głową.
Jeszcze tego brakowało, żeby wpierał jej nieprawdę.
– To pozwól mi zrozumieć – poprosił, wyciągając rękę do jej ramienia; dzieliły go ledwie centymetry, gdyby postawił krok, mógłby ją bez trudu objąć i nawet nie musiałby jej przyciągać bliżej siebie.
Nim dotknął jej ręki, obróciła się gwałtownie i uciekła bokiem, ruszając nader nerwowo do drzwi.
Uciekała. Z całą swoją desperacją oraz rozpaczą, po prostu przyznała się do porażki, ale nie zamierzała dać pokonać się ostatecznie. Wyglądało na to, że nie sposób jej w tym momencie zatrzymać.
– To nie ma sensu – rzuciła tylko.
Obrócił się za nią, sięgnął do ramienia, które mu uciekło, złapał je mocno i pociągnął Aithne w tył, z powrotem do siebie. Straciła równowagę, zaskoczona, poleciała bezwładnie na ścianę i tam ją przytrzymał, nie pozwalając uciec. Zachłysnęła się przerażona powietrzem, kiedy jej spojrzenie znów skrzyżowało się z jego oczami.
– Niczego od ciebie nie chcę – stwierdził cicho, miękko, delikatnie trzymając ją za ramiona, ale na tyle stanowczo, by mu się nie wymknęła. – Niczego nie oczekuję. Nie stawiam żądań, nie tworzę wizerunku, do którego masz się dostosować. Mam tylko jedną prośbę – dokończył, jego spojrzenie stało się intensywniejsze.
Aithne milczała, bardziej dlatego, że bała się odezwać niż dlatego, że nie znalazła żadnej dobrej odpowiedzi. Serce waliło jej jak oszalałe, a w głowie zaczęło się kręcić, poczuła się bardzo mała, żałosna oraz bezbronna.
– Zostań ze mną – szepnął, delikatnie dotykając jej policzka i przytrzymując go z wyczuciem, żeby nie odwróciła spojrzenia, żeby nadal widzieć jej ciemne oczy.
Zdrętwiała, wciskając się plecami w ścianę. Jej serce raz jeszcze załomotało w piersi, a potem rozlał się w niej dziwny chłód.
O to samo go wtedy poprosiła. Bez zastanowienia, zdesperowana, rozpaczliwie pragnąca akceptacji. Nie pytał, nie słuchał rozsądku, po prostu się zgodził, zaakceptował, rozumiejąc. Tym razem role tak boleśnie się odwróciły, zupełnie jakby cały świat sobie z niej szydził.
Skuliła się, próbując jeszcze ostatni raz uciec. Potem chłód w piersi został rozproszony dziwnym dreszczem, uniosła wzrok i spojrzała mu prosto w oczy. Ta ucieczka od początku była bezsensowna – to właśnie tam ujrzała. Od samego początku oboje znali wynik tego głupiego starcia. Westchnęła, opuszczając głowę.
A potem odepchnęła się od ściany i wsparła się na jego torsie, z nieopisaną ulgą się w niego wtulając. Objął ją ramionami, przyciągając do siebie, poczuła ciepło jego ciała i znowu zadrżała, z lubością się mu poddając.
Tęskniła za tym. Za nim. Nie przyznałaby się do tego, ale naprawdę cholernie pragnęła wrócić do tego, co było przed jej zniknięciem. Już było jej wszystko jedno, cokolwiek ktokolwiek pomyśli i jakkolwiek odbierze to Anabde. Drugi raz nie zdobędzie się na ucieczkę.
– Przepraszam – szepnęła w jego ramię, czując, że musi mu wyjaśnić.
Nieważne, czy to wszystko zakończy, musiała mu powiedzieć. Musiała wyjawić każdy szczegół.
Jeszcze nigdy nie czuła takiej potrzeby. Jeszcze nigdy nikomu o tym nie powiedziała. Nawet Anabde. Nawet Larkinowi. Faryale wiedziała tylko poprzez ich mentalne połączenie.
– Nie masz za co, przecież… – spróbował zaprzeczyć, starając się ją odsunąć od siebie, by dostrzec jej twarz.
Nic z tego, przylgnęła do niego kurczowo, jeszcze bardziej rozpaczliwie unikając kontaktu wzrokowego, jakby ją bolał.
– Przepraszam, ja po prostu nie mogę – wychrypiała, wczepiając się kurczowo w jego koszulę. – Nie… nie mogę – jęknęła, kręcąc słabo głową.
Errian przyglądał się jej dużymi ze zdumienia oczami, niepewnie obejmując za ramiona i czekając, aż powie coś więcej. Przez chwilę myślał, że wrócili do punktu wyjścia i znowu będzie musiał ją przekonywać, by przestała uciekać, ale tym razem nie odgadł.
– Ciągle o tym pamiętam, to mi nie daje spokoju, paraliżuje mnie, kiedy tylko… – urwała, zdesperowana szukając odpowiedniego słowa; odsunęła się od niego z własnej woli, ale patrzyła w podłogę. – Pomyślę, że mogłoby się powtórzyć – dokończyła cicho, zdławionym głosem, wyraźnie zadrżała.
Errian natychmiast ją objął, widząc, że lada moment mogła wpaść w histerię. Nie rozumiał niczego z tego, co mówiła, ale cierpliwie czekał, aż zdoła to z siebie wydusić. A jeśli nie zdoła – w porządku, on po prostu ją uspokoi, może kiedyś mu powie. To była jej decyzja. Tylko zaczął się poważnie martwić.
– Ai, o czym ty mówisz? – nie wytrzymał w końcu, gdy zająknęła się kilkakrotnie i spuściła głowę, milknąc ostatecznie.
Cisza się przedłużyła. Nie patrzyła na niego, drżała, raz zaciskała dłonie na jego koszuli, raz je rozluźniała, nieznacznie chwiała się na boki. Miał ochotę objąć ją mocno i przytulić, ale czuł, że nie powinien. Dlatego śledził uważnie wzrokiem jej twarz, szukając, czekając, gorączkowo myśląc. O co chodziło, o czym mówiła, czemu akurat teraz?
I wtedy odsunęła się od niego o pół kroku, chwyciła dół swojej bluzki i zaczęła się rozbierać. Młody mag wytrzeszczył oczy, nieruchomiejąc na moment, przez umysł przebiegła mu nieprzyjemna, bolesna myśl – może chodziło o ich wspólną noc? Może ją skrzywdził? Może też dlatego uciekła?
Zacisnął zęby i złapał jej ręce, stanowczo powstrzymując od zdjęcia ubrania, spróbował odszukać jej oczy.
– Co ty wy…? – zaczął zdenerwowany.
Uniosła na niego wzrok, bez strachu spoglądając prosto w jego twarz. Znieruchomiał, przytłoczony bólem oraz desperacją w jej spojrzeniu, zupełnie jakby zmusiła się do czegoś, co było ponad jej siły.
Błagała go. Błagała, by pozwolił, by się nie wtrącał, by zaakceptował, by zaczekał. Chłód, który go ogarnął, niewiele miał wspólnego z furią, wręcz go unieruchomił. Sztywno cofnął ręce, odsuwając się od niej pół kroku.
Jeszcze kilka sekund stała nieruchomo, z powrotem opuściwszy głowę. I wreszcie pociągnęła bluzkę, ściągając ją z siebie; ledwie wydostała się z materiału, puściła go, by opadł bezwładnie na podłogę. Coś stuknęło i Errian znów potrzebował krótkiej chwili na zrozumienie, co oznaczał ten dźwięk. Pojął to, kiedy na jej plecach pojawiły się czarne, rozpostarte aktualnie skrzydła. Odruchowo wstrzymał oddech, patrząc na nie z podziwem, podczas gdy Aithne obejmowała się ciasno ramionami.
Odwróciła się do niego plecami, ustawiając głowę tak, by nie widział jej twarzy. Zmarszczył czoło, mimowolnie się napinając.
– Przy łopatce – stwierdziła cicho, jej głos okazał się zachrypnięty. – Możesz dotknąć – dodała od razu, tym razem usłyszał w tym wiele pustki oraz zrezygnowania.
Młody mag przyjrzał się jej czujnie, choć nie mógł uchwycić oczu. Wreszcie westchnął i posłusznie nachylił się nad nią, by lepiej widzieć w półmroku tę część skrzydeł, o której najwyraźniej mówiła.
Na dworze zapadał zmierzch, promienie słońca utonęły za horyzontem, przez co ciemność powoli gęstniała. Powinien zapalić za chwilę świecę, by Aithne nie poczuła się nieswojo.
Zastygł, dostrzegłszy coś dziwnego. Chyba to miała na myśli – cienka, nierówna linia w srebrnawym odcieniu ciągnąca się dokoła skrzydeł, tuż przy miejscu, skąd wyrastały. Od łopatki dzieliły ją ledwie centymetry.
Errian, na chwilę zapominając o jakichkolwiek oporach, sięgnął dłonią do odkrycia i delikatnie go dotknął, przesuwając po nim palcami. Aithne gwałtownie zdrętwiała, jakby wbił jej sztylet pod żebra, nawet on poczuł wstrząsający nią dreszcz. Zanim jednak się cofnął, już się uspokoiła, opuszczając z dziwnym poddaństwem ramiona. A do młodzieńca dotarło, że to, czego dotykał, było skórą.
Zmarszczył czoło.
– Zawsze cięli w tym samym miejscu – stwierdziła, tym razem w jej głosie pobrzmiała dziwna, pełna goryczy kpina. – Trudno zrobić na Przeklętym bliznę – dodała ciszej, mocniej obejmując się ramionami.
Cisza dzwoniła w uszach. Errian cofnął rękę, postąpił krok za siebie, jakby słowa upadłej uderzyły w niego tak silnie, że aż stracił równowagę. Na jego twarzy przerażenie wymieszało się z niedowierzaniem, przyglądał się jej pustym wzrokiem, z trudem oddychając.
Powoli, nieznośnie powoli do niego docierało, że każda szrama, jaką dostrzegł na jej ciele, nie mogła być wynikiem zwykłego wypadku podczas walki. Przeklęci w końcu sprawnie się regenerowali.
Lodowata pustka w piersi pogłębiła się.
Chwycił Aithne za ramiona i obrócił przodem do siebie, nie zauważając jej zmieszania oraz zaskoczenia. Bez najmniejszego skrępowania chwycił jej nadgarstki, odciągając ręce, którymi się obejmowała, od ciała, by mógł mu się dokładnie przyjrzeć.
Chciał jeszcze raz zobaczyć te blizny, spojrzeć na nie ze świadomością tego, co mu powiedziała. Przesunął palcami po pierwszej z nich, na brzuchu, ciągnącą się aż na talię. Obok znajdowała się siatka mniejszych, bledszych, kolejna większa zahaczała o pierś. Zmarszczył czoło, wędrując tym szlakiem z coraz większą nerwowością.
Aithne wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami, uniósłszy z niejakim przestrachem ręce i czekając, aż Errian skończy to, co właśnie robił, cokolwiek miało to na celu. Wyglądała na przestraszoną.
– Wszystkie? – spytał z napięciem, mrużąc gniewnie oczy.
Upadła odetchnęła z abstrakcyjną ulgą i potrząsnęła nerwowo głową.
– Głupi jesteś, nie – parsknęła, siląc się na swobodny, trochę karcący ton.
Gdyby nie to, że najważniejsza była dla niej teraz ta rozmowa, pewnie wpadłaby w panikę na myśl, że ktoś mógłby wejść do pokoju i ich zastać.
– Tę mam po atrakcjach w nawiedzonym domu – stwierdziła, wskazując bliznę, która musiała znajdować się na udzie pod spodniami.
Errian milczał niepokojąco długo, tym razem świdrując przerażającym wzrokiem jej twarz, jakby oczekiwał, że Aithne przyzna się do kłamstwa.
– Wszystkie oprócz tej? – odezwał się znów takim tonem, że najpewniej żadna odpowiedź nie mogła go zadowolić.
Upadła jednak nie czuła strachu. Odwzajemniała jego spojrzenie swobodnie, dziwnie rozluźniona, nawet uśmiechnęła się lekko. Podsunęła mu pod nos lewą dłoń, unosząc kciuk, by zwrócił na niego uwagę.
– I… – przerwała na chwilę, mrużąc oczy, by dojrzeć szramę w półmroku. – O, tej – stwierdziła, wskazując bliznę w kształcie pierścionka. – Robiłam sobie kanapkę po ciemku – wyjaśniła, wzruszając trochę niedbale ramionami.
Errian spojrzał na nią zszokowany, wytrzeszczywszy oczy. Wreszcie jednak potrząsnął lekko głową i przytaknął bez przekonania, wzdychając.
No tak, w ciemnościach panikowała, pewnie trzęsły się jej ręce. Ale wolał nie wiedzieć, jak mocno urąbała ten palec, że na Przeklętej została po tym blizna.
Odetchnął, kładąc dłonie na jej ramionach, i delikatnie ją do siebie przyciągnął. Nim się odezwał, spojrzał jej bardzo poważnie w oczy.
– Kto ci to zrobił? – spytał spokojnie, ale tonem żądającym odpowiedzi.
W tym momencie skuliła się, jakby ją uderzył, zrobiła się jeszcze mniejsza niż przed chwilą. Uciekła przed nim wzrokiem, znów osłaniając się ramionami, pobłądziła spojrzeniem po podłodze. Errian milczał, czekając, a kiedy delikatnie się od niego oswobodziła, nie zatrzymywał jej. Tylko obserwował, jak sięgała po bluzkę, naciągała ją przez głowę, skrzydła znikały, poddane działaniu broszki.
Przeszła na bok i usiadła na najbliższym łóżku – chyba Anabde – po turecku. Zapatrzyła się w swoje nogi, jakby były najciekawsze na świecie, jakby tylko one się liczyły. Młody mag obrócił się za nią, ale nie ruszył się z miejsca, nadal się jej przyglądając.
– Kiedyś, zanim jeszcze się urodziłeś, była taka organizacja – odezwała się cicho, tonem trochę jak bajarz, jakby chciała opowiedzieć mu bajkę.
Dziwnie się poczuł, uświadamiając sobie, że Aithne chodziła po Lostarze jako dorosła kobieta, gdy on jeszcze biegał po posiadłości rodziców i próbował chować się przed domowymi nauczycielami.
– Za cel obrała sobie wytępienie wszystkich Przeklętych, bo według nich zagrażaliśmy Lostarowi – ciągnęła, mnąc w palcach pościel. – Moja rodzina stała się celem – stwierdziła i spojrzała na niego przelotnie. – Przeżyłam tylko dlatego, że wyszłam wtedy na spacer. Spalili ich żywcem magicznym ogniem – dodała ciszej i urwała gwałtownie.
Errian dostrzegł w jej oczach pustkę, jak gdyby przypominała sobie to wydarzenie tysięczny raz z rzędu, jakby jego obraz wyrył się w jej pamięci z fotogeniczną dokładnością. Uzmysłowił sobie z pewnym przerażeniem, jakie koszmary nękają ją nocą.
– Kiedy przybiegłam, nie było co zbierać – kontynuowała, odetchnąwszy głęboko, jakby szykowała się do skoku na głęboką wodę. – Znalazłam tylko Ashar’carrego – mruknęła, spojrzeniem odruchowo wędrując do swojego łóżka, gdzie pod poduszką trzymała osłonę z ukochanym, potężnym mieczem.
Errian popatrzył w tę samą stronę, przekrzywiając lekko głowę. Zatem broń była jakby ostatnią pamiątką po rodzinie – stąd taka silna więź łącząca Aithne z ostrzem. Oczywiście dochodziły do tego też inne czynniki, ale wydawało się mu, że to najistotniejszy.
– Byłam w panice – podjęła wątek drżącym głosem, jakby zbliżała się do partii, która sprawiała jej więcej bólu. – Uciekłam do mojego jedynego przyjaciela, Da… Darrena – zająknęła się, kuląc się na łóżku jak zbite zwierzątko. – Ukrył mnie przed rodziną i całą wioską, a żebym mogła normalnie funkcjonować w jego świecie, dał mi… – urwała gwałtownie, na oślep odszukując dłonią broszkę.
Odpięła ją od bluzki i bez słowa wyjaśnienia podała Errianowi, nie patrząc na niego. Mag sięgnął po biżuterię niepewnie, nagle oszołomiony tym, jak wielkie musiała mieć dla Aithne znaczenie – coś, co dostała od pierwszego przyjaciela, od kogoś, kto był przy niej, kiedy cały świat zwalił się jej na głowę. To nie był tylko magiczny artefakt, to był prawdziwy skarb, którym podzieliła się z nim.
Zrozumiał, dlaczego tak bardzo uważała na spinkę, dlaczego tak często, w stresie, po nią sięgała, uspokajała się jej dotykiem. A potem przypomniał sobie, jak bez wahania cisnęła biżuterią o kamienie w Perrianie, by rzucić się za nim w przepaść.
To, co stało się z jego żołądkiem, było trudne do zdefiniowania. Zacisnął palce na broszce i przesunął po niej kciukiem, czując rysę, która zrobiła się przy upadku. Przyjrzał się czarnemu kwiatu na szmaragdzie i powoli uniósł wzrok na Aithne.
Nagle wszystkie wątpliwości zaczęły znikać, a kawałki skomplikowanej układanki odnajdywały stopniowo swoje miejsce.
– Podobno po jego babci – mówiła dalej, wzruszywszy ramionami. – Był strasznie dumny, że mógł mi pomóc – dodała cicho, uśmiechając się bez wesołości, ot, uniosła bezuczuciowo kącik ust. – Niedługo potem po mnie przyszli – szepnęła.
Odwróciła wzrok, milknąc. Errian nie chciał jej poganiać, zamiast tego podszedł niepewnie do łóżka, na którym siedziała, i usiadł obok niej, jednak w pewnej odległości, by nie przytłaczać jej swoją obecnością. Obrócił broszkę w dłoni, powstrzymując chęć poznania jej magicznych właściwości.
W chwili, kiedy poznał jej historię, stała się dla niego dziwną świętością. Fragmentem duszy Aithne. Coś takiego nie mogło być badane naukowo dla suchego poznania parametrów. Zerknął na złożone na plecach upadłej skrzydła i położył biżuterię między nim a Przeklętą.
– Zabili go na moich oczach – wychrypiała wtedy, zapatrując się przed siebie pustym wzrokiem; mag drgnął, obracając do niej twarz. – Sparaliżowało mnie, nigdy nie widziałam śmierci.
Uniosła dłonie i spojrzała na nie z przerażeniem, jakby dostrzegała na nich niewidoczną dla Erriana krew. Powstrzymał chęć zareagowania, czekając w napięciu.
– Mogli mnie wtedy zarżnąć – podjęła pustym, zmienionym głosem. – Może byłoby tak lepiej. Ale Ashar’carre zdecydował inaczej i poprowadził moje ręce. – Jej dłonie drgnęły nerwowo, jakby chciały zacisnąć się na rękojeści miecza. – Zabiłam ich wszystkich. Pierwszy raz w życiu. Byłam cała we krwi, miałam czerwoną skórę, twarz, krew była nawet pod paznokciami. Zabiłam wszystkich – powtórzyła jakby w histerii, jej ciałem wstrząsnął dreszcz przerażenia oraz obrzydzenia. – Nie mogłam już nawet znaleźć ciała Darrena pod trupami. Uciekłam – dokończyła, powoli opuszczając ręce.
Errian obserwował ją, nie mając pojęcia, jak powinien zareagować. Poczuł się tak, jakby położona na pościeli broszka stworzyła między nimi twardy, niemożliwy do przebycia mur, jakby sam się od niej, zupełnie bezwiednie, odgrodził.
– To było… jakbym przestała istnieć – odezwała się niespodziewanie, usłyszał znów gorycz; wyprostowała się sztywno, przekrzywiając jakby w transie głowę. – Nie było już mnie, małej Aithne. Stałam się tym – dotknęła swojej klatki piersiowej – a nawet jeszcze nie – dodała z dziwnym, niepokojącym uśmieszkiem. – Nie wiem, kim wtedy byłam – przyznała, garbiąc się lekko. – Kimś lepszym niż teraz, ale gorszym niż na początku.
Zamilkła na kilka sekund, oddychając ciężko.
– Ruszyłam ich zabić – wyrzuciła z siebie niemal z obrzydzeniem.
Errian obserwował ją w napięciu, marszcząc z troską czoło. To, co widział w jej oczach, jakie zmiany tam dostrzegał, to wszystko go przeraziło.
Ale nie ona. Ona go nie przerażała, z czego sama chyba nie zdawała sobie sprawy.
– Szukałam. Wszędzie. Walczyłam, mordowałam, ale nadal… nie przekroczyłam granicy – przyznała i popatrzyła na niego przelotnie, jakby go tak naprawdę nie widziała. – Nadal była we mnie przynajmniej zemsta. Walczyłam tak, jak należało walczyć, honorowo – ciągnęła, zamknąwszy oczy. – Całe poprzednie życie uczyłam się walki mieczem, potem musiałam dołożyć do tego tylko zabijanie. I wtedy… wtedy znalazłam – wychrypiała.
Granatowe oczy stały się duże i okrągłe, zajaśniała w nich pustka, przerażenie, zagubienie. Gwałtownie się skuliła, jej ciało zadrżało niekontrolowanie, otoczyła głowę ramionami, jakby chciała uciec, zniknąć, schować się, cokolwiek.
Erriana uderzył niepokój, od którego aż wstrzymał oddech. Bał się ruszyć, widząc ją w takim stanie, ale wreszcie wyciągnął rękę i niepewnie dotknął jej ramienia. Nie zareagowała.
Poczuł, jak mięśnie napinają się pod jego palcami, jakby chciała uciec. I wtedy odsłoniła oczy, unosząc głowę, na jej twarzy malowały się trudne do zdefiniowania uczucia.
Strach, niepewność, dziwna nieobecność, jakby przeniosła się do świata wspomnień. Spojrzenie natomiast wyrażało pustkę.
Otworzyła usta, zająknęła się i zaczęła mówić.

Zeskoczyła na ziemię i poprawiła osłonę wiszącą przy pasie, rozglądając się po ciemnej ulicy czujnie. Wokół nie było żywej duszy, stary, duży budynek stał na granicy opuszczonej dzielnicy, niczym słup wyznaczający koniec zamieszkanej części miasta. W ten sposób lokatorzy mogli liczyć na spokój na swych włościach, ale nie wzbudzali podejrzeń przebywaniem w pustej części domostw. Sprytne. Ale nie wystarczająco, nie na tyle, by uśpić jej czujność oraz ją zmylić.
– Muszą tu być – mruknęła pod nosem, kładąc dłoń na rękojeści Ashar’carrego, co dodało jej otuchy.
Nie bała się, oczywiście, że się nie bała. Jeśli potrafiła zabić całą ich grupę tyle lat temu, to tym bardziej poradzi sobie teraz. Nie wątpiła, nie zamierzała się wycofać.
Cały ten czas tropiła, śledziła, węszyła, zbierała informacje, eliminowała niewygodnych świadków. Wszystko po to, by tej nocy stanąć pod ich drzwiami, wejść tam i ostatecznie wszystko skończyć. Nic po tej organizacji nie zostanie. Zetrze ich w pył.
– Widzę ten cholerny herb – dodała, zawieszając na kilka sekund wzrok na niedużym, ledwie widocznym w ciemnościach rysunku na drzwiach.
Właściwie ktoś po prostu wyrył w drewnie kontury – w pustce wisiał miecz o najprostszym możliwym wykonaniu, ostrzem do dołu, a wokół niego oplatała się kwitnąca róża. Aithne doskonale wiedziała, że w rzeczywistości kwiat miał czarne płatki, broń natomiast szkarłatną klingę, tutaj jednak nie dało się pokazać kolorów.
Obróciła głowę do stojącej obok siwej klaczy, kiedy zwierzę skubnęło rękaw jej bluzki, zwracając na siebie uwagę dziewczyny.
To nie jest dobry pomysł, Ai, stwierdziła twardo Faryale, tuląc z niepokojem uszy. Nie możesz iść tam sama, to nie jest podwórkowy gang podlotków.
– Mierzyłam się z bardziej wymagającymi przeciwnikami – parsknęła upadła, wzruszając niedbale ramionami. – Nawet się mnie nie spodziewają. Do rana skończę całe to polowanie, zobaczysz – dodała z zacięciem, na jej ustach zabłąkał się triumfalny uśmiech.
Ruszyła raźnym krokiem do drzwi, ale klacz wyciągnęła za nią łeb i chwyciła zębami tył koszulki właścicielki, zatrzymując ją. Przeklęta syknęła zirytowana, miażdżąc wierzchowca wściekłym spojrzeniem.
Nie bagatelizuj tego przeciwnika!, żachnęła się Faryale, jej oczy błysnęły złością, kiedy wpatrywała się w przyjaciółkę. Naprawdę muszę ci przypominać, że zabili twoich rodziców w przeciągu niecałych piętnastu minut? Nie powiesz mi chyba, że nie było z kim się w tym przypadku mierzyć, dodała z ironią, kładąc uszy po sobie tak mocno, że aż zniknęły pod srebrnawą grzywą.
– Zaatakowali ich z zaskoczenia! – warknęła, z trudem opanowując głos, by tego nie wykrzyknąć. – Teraz ja zastanę ich w tej norze, wyrżnę ich we własnych łóżkach. Zobaczysz. To będzie rzeź, nie walka – syknęła, ciemne oczy rozbłysły obłędem.
Aithne, błagam, posłuchaj mnie!, jęknęła Faryale, kiedy upadła oswobodziła się z uścisku jej zębów i ruszyła śmiało do drzwi, krokiem tak pewnym siebie, jakby potyczkę już wygrała i teraz zmierzała po nagrodę.
– Nie histeryzuj. Wrócę przed świtem – oznajmiła niedbale Przeklęta, wzruszyła ramionami i położyła dłoń na klamce, przystając. – Lepiej wymyśl, dokąd się udamy, jak już to zakończę – dodała, błysnęła zębami w uśmiechu, a potem otworzyła drzwi i weszła do środka.
Faryale została na pogrążonej w nocy ulicy, wpatrując się w budynek w napięciu, chłodny wiatr poruszał jej długą grzywą oraz ogonem, przeplatając je niewidzialnymi palcami. Klacz rozdęła chrapy, chłonąc napływające zewsząd zapachy, po czym opuściła nisko łeb, tuląc uszy.
Obyś miała tym razem rację, maleńka.

Było cicho. Podejrzanie cicho.
Szła ostrożnie korytarzami, cała napięta, w ciągłej gotowości, czuła na każdy szmer, każde poruszenie, zaciskając dłoń na rękojeści Ashar’carrego. Nikogo nie spotkała. Kluczyła w budynku już od kilkunastu minut, oddychając nadzwyczaj ostrożnie, a na nikogo się nie natknęła. Sypialnie były puste, na posłaniach nikt nie spał, jakby wszyscy gdzieś zniknęli. Może to zły adres? Może trop prowadził w ślepą uliczkę?
Nie, to niemożliwe. Nie mogła się pomylić.
Najpierw przetrząśnie cały ten dom, a jeśli kogokolwiek odszuka, zarżnie na miejscu. Na pewno chociaż jeden członek organizacji tu przebywał, nie wyruszyli wszyscy w teren jednej nocy. Po prostu nie szukała wystarczająco dokładnie – musiała sprawdzić wyższe piętra, zdecydowanie.
Przemknęła po schodach cicho, stawiając stopy tak, by stopnie nie trzeszczały. Nim skręciła w kolejny korytarz, pogłaskała przypiętą do płaszcza broszkę. Mimowolnie się uśmiechnęła i pewniejsza siebie wkroczyła w ciemność nieoświetlonego pomieszczenia, gotowa na zmierzenie się z każdym przeciwnikiem.
Najpierw poczuła otumaniające uderzenie w tył głowy, przed oczami zatańczyły jej czarne plamy. Poleciała bezwładnie w przód, jednak zdołała zachować przytomność oraz odzyskać równowagę. Gwałtownie dobywając Ashar’carrego, pokręciła głową na boki, rozpaczliwie próbując dostrzec przeciwnika, ale mrok był zbyt gęsty. Ledwo widziała dłoń trzymającą rękojeść miecza. Z jej gardła wyrwał się groźny warkot; skoczyła.
Coś trzasnęło w powietrzu i po chwili poczuła piekący ból nadgarstka. Twardy rzemień owinął się mocno wokół jej ręki, wyrywając broń z uścisku – szarpnęła się rozpaczliwie, po czym spróbowała linę zerwać drugą dłonią, ale wtedy i lewy przegub został pochwycony. Aithne wytrzeszczyła zdumiona oczy i napięła mięśnie, pospiesznie szacując, czy fizycznie zdoła się oswobodzić.
Uznała, że nie ma czasu na głupią zabawę, przymknęła powieki i w ułamku sekundy uwolniła potężną falę ponurej, ciężkiej magii – która nigdy nie wydostała się z jej ciała. Upadła wrzasnęła rozdzierająco, kiedy rzemienie rozpaliły się niczym rozgrzane do czerwoności żelazo, wpalając się oszałamiającym bólem w jej ciało. Nogi się pod nią ugięły, ale duma nie pozwoliła upaść. Zamroczona doznaniami spróbowała raz jeszcze, tym razem ze słabszym uderzeniem magii.
Ta sama kara spadła na nią niczym grom z jasnego nieba, na chwilę sprawiając, że straciła poczucie rzeczywistości. Kiedy otworzyła oczy, odkryła, że leży na podłodze, a w zasięgu jej wzroku znajduje się porzucony Ashar’carre. Postanowiła sięgnąć po niego oplecioną, zmaltretowaną ręką, ale jak tylko nią ruszyła, dłoń przebiło na wylot cudze ostrze.
Kolejny wrzask przeciął ciszę, jednak nie zdążył rozbrzmieć do końca. Aithne poczuła silne uderzenie w twarz, splunęła krwią i przetoczyła się bezwładnie po podłodze, sprawdzając przegryzionym językiem, czy ma wszystkie zęby. Następny cios spadł na nogę – ostrze rozcięło ciało od kostki aż po biodro, rozrywając jednocześnie spodnie. Upadłej zakręciło się w głowie, kiedy gorąca krew zwilżyła skórę; spróbowała się podnieść, by podjąć kolejną walkę.
Następny rzemień trzasnął w powietrzu i oplótł się wokół gardła Przeklętej, ciągnąc ją gwałtownie w tył. Charknęła, dusząc się, kopnęła dziko nogami i wywróciła oczami – nic to nie pomogło, dalej sunęła po podłodze, łapiąc coraz mniej powietrza.
Wreszcie wbiła paznokcie w deski i, zadrapując drewno, wyhamowała, nawet nie czując bólu wywołanego wbitymi w palce drzazgami. Poderwała się gwałtownie i wtedy poczuła zagłębiające się w brzuchu ostrze miecza. Stęknęła, zamierając.
W ciemności dostrzegła subtelny blask oczu, usłyszała oddech, oprawca chyba się uśmiechnął. A kiedy wyszarpnął z niej broń, ona opadła na kolana, otoczona salwą szyderczego śmiechu dobywającego się z dziesiątek gardeł. Zakręciło się jej w głowie; była zbyt oszołomiona porażką, by zwracać uwagę na ból. Rąk już nie czuła.
– Witaj w swojej śmierci, potworze – wychrypiał niski, basowy głos mężczyzny, który usłyszała pierwszy raz w życiu.
Wyszczerzyła zęby i szarpnęła się ostatkiem sił, by skoczyć w stronę nieznajomego i zabić chociaż jego. Liny, które ją trzymały, rozbłysły oślepiającym srebrnym światłem i gwałtownie oddały pobraną z ciała upadłej magię, aż przypalając jej skórę.
Wrzask był tym razem tak głośny, że rozdarł ciszę nocy także na zewnątrz, płosząc kręcące się w pobliżu nietoperze.

W ciemność pchnął ją ból, z ciemności wyrwał także ból.
Otworzyła oczy, kiedy czaszkę przeszył nieprzyjemny prąd, spróbowała unieść głowę, ale wtedy uderzenie się ponowiło. Stęknęła i spróbowała się poruszyć, jednak odkryła, że ledwie czuje swoje ciało. Kolejne łupnięcie w głowę, znów przymknęła powieki.
Trochę to trwało, nim zrozumiała, że ciągnięto ją gdzieś po schodach, nie przejmując się tym, że obijała się bezwładnie o stopnie. Przyjęła te doznania z pewną ulgą, bo kolejne dawki bólu utrzymywały ciało w słodkim odrętwieniu – bała się tego, co poczuje, gdy to minie.
Ktoś, kto ciągnął ją w ciemność, nagle się zatrzymał, chwycił ją za włosy i szarpnął do góry, unosząc prawie na wysokość swojej twarzy. Z gardła upadłej wyrwał się żałosny jęk, skrzywiła się i spróbowała spojrzeć nieznajomemu w oczy, ale ich nie widziała. Z trudem złapała powietrze, próbując rozluźnić napięte w panice mięśnie.
Zapomnij o bólu, zapomnij, zapomnij, zaraz się uwolnisz.
Usłyszała zadowolony rechot, potem dźwięk rozdzieranego materiału. Ostrze przeszło nie tylko przez bluzkę, ale też przez jej ciało, orając pół boku oraz spory fragment brzucha. Zaskomliła cicho, zaraz przygryzając ze złością język – nie pokazuj swojej słabości! Potem szarpnęło, ręka z włosów zniknęła, a ona runęła bezwładna na coś twardego. Uderzyła ramieniem o zimną ścianę i osunęła się na kamienie posadzki.
Dłuższą chwilę nic się nie działo, dlatego ostrożnie spróbowała rozeznać się w swojej sytuacji. Poruszyła rękoma – były skrępowane. Oparła się na murze i uniosła się po nim, by, jeszcze zgięta w pół, zaryć głową w sufit. Opadła na kolana i przesunęła się w bok. Nie umiała oszacować, jaką odległość przebyła, zanim uderzyła w ścianę, ale nie mogło być tam więcej niż jeden metr. Skuliła się w swojej celi o kształcie kwadratu, zastanawiając się, jakim cudem miała się uwolnić, skoro nie posiadała ani magii, ani broni.
I wtedy w ciemnościach dostrzegła kontur czyjejś ręki. Wytrzeszczyła przerażona oczy, kiedy złapano ją za nadgarstek i przyciągnięto bliżej wyjścia z pułapki. Ostrze błysnęło i zatopiło się w jej ramieniu, ból wygiął jej zmęczone ciało w łuk, wyrwał także zachrypnięty jęk z gardła.
Klinga została z niej wyszarpnięta i z wyczuciem rozcięła skórę na wysokości obojczyków, na tyle, by pociekła krew, ale nie za głęboko. Aithne nie miała odwagi się ruszyć, kiedy ramię – jedyne, co z oprawcy widziała w tym oświetleniu – rysowało na jej ciele szkarłatną mozaikę.
 – Powiesz wszystko – usłyszała pełen triumfu głos. – O nich.
– Nie wiem… – zaczęła spłoszona, otwierając szerzej oczy.
Ostrze zatopiło się w jej biodrze, szczerbiąc kość. Upadła zawyła i szarpnęła się, co tylko pogorszyło ból; zacisnęła zęby i wciągnęła gwałtownie powietrze ze świstem, walcząc z samą sobą.
– Nic wam nie powiem – warknęła zatem, postanawiając się im stawiać choćby do końca świata; a przynajmniej do momentu, kiedy wymyśli, jak się uwolnić.
– Mamy czas.
Znów chwycono ją za włosy, odchylono brutalnie głowę i przeciągnięto sztyletem po gardle, ale na tyle umiejętnie, by go nie poderżnąć, jednak żeby bolało. I żeby była krew, dużo krwi.
Aithne zakrztusiła się, już prawie nie czując bólu nerek, kiedy kopnięto ją z całej siły w plecy, by potoczyła się głębiej do celi.
Skuliła się na posadzce i obiecała sobie, że wytrzyma. To nie mogło trwać długo. Zaraz wymyśli, jak uciec, i się oswobodzi.

Wydawało się jej, że nauczy się rozpoznawać, kiedy przychodzą.
Straciła poczucie czasu, nie wiedziała, jak długo siedziała w zamknięciu, w idealnych ciemnościach, dlatego skupiła się na oczekiwaniu nadejścia oprawców. Po każdej wizycie zostawiali ją na trochę samą, by rany się zregenerowały – jednak często zadawali ciosy w te same miejsca, przez co świeżo zrośnięta skóra znów była rozrywana. Aithne zaczęła podejrzewać, że nabawi się pierwszych w życiu blizn.
Teraz znów ją zaskoczyli. Złapali ją za włosy i pociągnęli bezwładną oraz osłabioną po posadzce; nawet się nie szarpała, starając się bronić przed ciosami. Ostrze jednak zadawało rany zbyt szybko, tak szybko, że nie nadążała ze skupianiem się na rzucanych przez mężczyzn pytaniach.
Chcieli wiedzieć, gdzie są Przeklęci. Nie miała czasu wychrypieć, że nie wie.
– Bezużyteczne ścierwo – warknięto w końcu nad jej głową, znów rozcinając wewnętrzną stronę uda. – Myślisz, że kiedy będziesz ich kryła, to ich uratujesz?
Resztkami świadomości kopnęła powietrze, chcąc trafić w któregoś oprawcę; zabrakło jej szczęścia, brakowało jej bardzo dużo szczęścia. To tylko rozjuszyło kata, rozległ się metaliczny brzdęk – odrzucił broń, wyjątkowo nie w nią, ale gdzieś na bok.
– Suko – rozległo się przez zaciśnięte zęby.
Potem złapano ją pod ramiona i uniesiono. Nie zdążyła napiąć mięśni i podeprzeć się nogami, bo oto czyjaś stopa runęła na jej piszczel. Rozległ się trzask łamanej kości, ale odgłos utonął w zachrypniętym, pełnym bólu wrzasku Aithne. Druga noga skończyła tak samo, jednak jeden koniec kości przebił skórę.
– Szlag, to się nie zregeneruje – wymamrotano ze złością; za karę, że to się stało, otrzymała siarczysty policzek, tylko czym to było w obliczu całego tego bólu?
To samo musiał pomyśleć kat, bo jeszcze na wszelki wypadek wbił sztylet niezbyt głęboko u dołu jej piersi i przeciągnął ostrze aż do biodra po przeciwnej stronie, żeby krew ładnie rozlała się po skórze.
Tymczasem prymitywnie i niedbale naprawił błąd w swej sztuce, ustawiając kość na tyle, by się mogła zrosnąć. Aithne milczała, głowa zwisała jej bezwładnie na piersi, łzy cieknące po policzkach rozrzedzały krew pokrywającą jej twarz. I całe ciało, cała była w skrzepach, posadzka celi była w skrzepach. Wszystko było w skrzepach. Tonęła w krwi, dusiła się nią, dławiła się, umierała na nowo i na nowo.
Rzucono ją jak szmacianą lalkę, kopnięcie tym razem trafiło w tył głowy. Uderzyła twarzą w bruk i złamała sobie nos, ale sił starczyło jej tylko na głuche stęknięcie. Nawet nie wycofywała się pod tylną ścianę celi. Nawet nie drgnęła. Znieruchomiała na posadzce i zaczekała na śmierć, ta jednak nie przyszła.
Postanowiła zatem czekać na przypływ nowych sił, by mogła ich wszystkich pokonać. Tak, jak to sobie kiedyś zaplanowała.

Uniosła słabo powieki, słysząc ciche skrzypnięcie zawiasów. Spokojnie zaczekała, aż sięgnęły po nią czyjeś ręce, dała się pociągnąć po ziemi, odrętwiała oraz bezwładna. Puszczono ją, więc osunęła się na posadzkę, twarde kamienie niemalże raniły drżącą, napiętą skórę. Chyba nie istniał taki skrawek jej ciała, który nie został zraniony. Podciągnęła słabo kolana pod siebie, zamykając znów oczy.
Nie było żadnej różnicy, ciemność wdzierała się do jej umysłu i spowijała go grubą, morderczą chmurą. A może już oślepła i na zawsze zostanie uwięziona w mroku.
Nie słuchała padających słów, nie zwracała uwagi na ciosy, wiedząc, że w końcu to się skończy. Czasami z jej gardła wyrywał się jęk, czasami krzyk, niekiedy ciało drętwiało, wstrząsane lodowatymi dreszczami. Ale nie skupiała się na kaleczącym ją ostrzu, co wyraźnie rozjuszyło oprawców.
Unieśli ją za ramiona i przytrzymali bezwładną rękę. Wystarczyło kilka sekund, by sprawnie wyłamali palce najpierw u jednej, potem u drugiej dłoni, czym udało się im wydobyć z niej bolesny skowyt.
Puścili znów, dlatego upadła, a to zabolało jeszcze bardziej. Spróbowała ułożyć ramiona tak, by miały jak najmniej kontaktu ze śliską od jej krwi posadzką. Zaraz powinno się to skończyć. Za moment. Jeszcze trochę.
– Dalej, kurwo, gadaj! – ktoś ryknął nad jej uchem.
Zadudniło jej w głowie, ale nawet się nie ruszyła, w duchu prosząc, by zadał już ten cios, jaki miała otrzymać, i by znów wrzucili ją do klatki.
Nic jej nie obchodziło. Ani życie, ani śmierć, ani upływający czas. Nic. Nie chciała nawet pomocy, zastanawiając się, jak mogłaby po tym wszystkim funkcjonować. Czy to w ogóle możliwe. Czy kiedykolwiek ją wypuszczą. Może zostanie tu już na zawsze jako ich zabawka.
– Jak nie chcesz po dobroci…
W ogóle nie chciała. Nie wiedziała, czego od niej oczekiwali – prawdopodobnie sami zapomnieli, ale ciągnęli to dlatego, że im się podobało. Bo mieli przewagę nad czymś potężniejszym od ich rasy, bo decydowali o czyimś życiu i śmierci, bo była przy nich żałosna.
Zabrali jej broń. Zabrali magię. Zabrali wolność. Niewiele już pozostało.
Kiedyś, między jednymi odwiedzinami a drugimi, pomyślała o Faryale. Miała nadzieję, że klacz odszukała nowego towarzysza wędrówek. Wspomnienie przyjaciółki zabolało jednak tak potwornie, że nawet ciosy ostrzem nie mogły zagłuszyć tego doznania. Więcej Aithne o niej nie myślała.
Poczuła mocną dłoń na włosach, pociągnięto ją w górę; bezwładna poddała się sile i pozwoliła się brutalnie przytrzymać, potem wykręcić sobie brodę. Słabo uchyliła powieki, dostrzegając błyszczące w dzikim uśmiechu zęby oprawcy. Trzymał coś.
Wtedy jego palce wbiły się w jej policzki, zmuszając do otworzenia ust – nie walczyła specjalnie, ale kiedy wlano jej gęsty płyn do gardła, zakrztusiła się i zaczęła pluć.
Po chwili, gdy puścił ją na posadzkę, zadrżała i zwymiotowała. Jej żołądek nie nawykł do tak dużych dawek płynów czy jakiejkolwiek treści do trawienia, dlatego zareagował nader gwałtowną obroną.
Usłyszała warknięcie pełne obrzydzenia, otrzymała kop w brzuch i potoczyła się bezwładnie po ziemi. Zatrzymała się dopiero na ścianie celi i znów się skuliła, zapadając z powrotem w odrętwienie.
– Może to cię przekona.
Nie zrozumiała, co miał na myśli, dopóki paraliżujący, nieludzki ból nie dopadł jej wnętrza, jakby to, co w nią wlano, zamierzało wypalić ją od środka.
Usłyszała oddalające się kroki, dźwięk jednak szybko utonął w jej zwierzęcym skowycie.

Życie skurczyło się do chwil, kiedy pozostawała świadoma, oraz do tych, kiedy świadomość ją opuszczała, by w słodkiej nicości się regenerowała.
Szacowanie, jak długo siedziała w ciasnej klatce, było bezsensowne – musiała się z tym pogodzić i tak się stało. Niestety odrętwienie postanowiło ją opuścić, ponieważ ciało znalazło się na krawędzi wytrzymałości; trudno się temu dziwić.
Wszystko bolało podwójnie. Wszystko przerażało potrójnie. Wszystko odczuwała tysiąckrotnie. Gdy tylko słyszała kroki, wpadała w panikę, gdy starczało jej sił, miotała się po swojej celi, próbując uciec. Zamieniała się w zaszczute zwierzę, ale nawet duma nie mogła jej od tego uratować. I nawet nie liczyła na to, że ją zabiją – chcieli usłyszeć, gdzie jest miasto Przeklętych, podczas gdy ona, teraz nawet skłonna im to zdradzić, byle skończyć cierpienie, nie miała pojęcia, gdzie tego miejsca szukać.
Podczas kiedy ciało umierało milion razy, raz za razem, jakby w nieprzerwanym, podłym cyklu, jej umysł nadal się trzymał. Walczył. Zdarzały się chwile jasności, gdy opracowywała plan ucieczki. Potem wszystko waliło się w gruzy, ale znów próbowała. Złamano ją ostatecznie przy tysięcznych chyba odwiedzinach – nawet ich nie liczyła.
Przyszli znowu, ich kroki wyrwały z jej piersi przerażony skowyt. Rechot zadudnił w uszach; chwycili ją i wyciągnęli z klatki, szarpiącą się oraz skamlącą. Dziś walczyła jeszcze bardziej zacięcie niż do tej pory, nawet bardziej niż na początku. To ich zdenerwowało, dlatego cisnęli nią o ścianę. I jeszcze raz. I kolejny.
Potem zaczął się typowy rytuał, od którego jej ciało wpadło w niekontrolowane drgawki. Znów tarzała się w krwi, czołgała się w niej, żałośnie próbując uciec od znienawidzonych dłoni, od ostrzy, czasami od broni palnej.
Kiedy pierwszy raz jej użyli, nie znała tego rodzaju orężu – szybko się z nim zaznajomiła od najmniej przyjemnej strony. Pewnie nowość zbrojeniowa w wolnym świecie. Prawdziwym świecie.
– Uparta bestia.
Skuliła ramiona i zapiszczała jak kopane szczenię, wierząc, że w końcu to się skończy. Nawet fizyczność Przeklętych miała swoje granice – jej zdawało się, że przekroczyła ją tysiąc razy, gdy torturowali ją z zatrważającą wprawą, znęcali się, czekali, aż zregeneruje siły, a potem zaczynali od nowa. Musiała w końcu umrzeć. Już niedługo, na pewno.
– Sama się o to prosisz.
Uniesiono ją za ręce – nie protestowała, bo wiedziała, że to zaboli jeszcze bardziej. Nie wyobrażała sobie, by znieść więcej bólu, dlatego zwisła bezwładnie w czyimś uścisku, zastanawiając się, co tym razem. Próbowali na niej już chyba wszystkiego, każdy sposób maltretowania ciała poznała na własnej skórze.
Wtedy rzucono ją na posadzkę tak, by wylądowała na brzuchu. Przegryzła sobie język, dlatego stęknęła głucho i wypluła trochę krwi. Czego znowu chcieli?
Lodowata dłoń zacisnęła się na jej skrzydle, na siłę je rozkładając. Aithne zdrętwiała oszołomiona, napinając mięśnie, nieczuła na ból, który wywołał wysiłek. Co wymyślili? Chyba nie…? Zadrżała i spróbowała się oswobodzić, ale wtedy pierwszy cios siekierą runął.
Wrzasnęła i wierzgnęła, machając wściekle wolnym skrzydłem. Z drugiego tryskała krew, plamiąc czarne pióra, które szybowały dokoła w powietrzu, stapiając się z ciemnością. Złapano ją i przytrzymano, antymagiczne powrozy zadrżały, potem rozjaśniły się srebrnym światłem, zmuszając ją do posłuszeństwa.
Nic nie bolało bardziej niż odcinane skrzydła. Nic nie mogło zagłuszyć tego cierpienia. I nie wiedziała, czy głośniej wrzeszczało ciało, czy umysł.
Bardzo chciała wierzyć, że umarła.

Tym razem czekała.
Skuliła się w kącie swojej klatki i czekała, kołysząc się w przód i w tył. Wiedziała, że przyjdą. Skrzydła znowu odrosły, rany prawie się zagoiły. Zaraz się zjawią. Czuła ich zapach – mieszał się z metalicznym odorem krwi, ale do niego już przywykła. Słyszała śmiech. Wiecznie się śmiali. Była gotowa.
Przyjdą, by znowu ją zabić, zostawiając przy życiu. To ich zabawa, ich rozrywka, ich sens istnienia. Nie umiała ich złamać. Ją samą roztrzaskano. Przeszłość utonęła w ciemności, przyszłość została zniszczona, teraźniejszość topiła się we krwi. Jej krwi. Niczego nie chciała. Nie miała marzeń. Nie miała planów. Próbowała tylko uciec od bólu.
Zapomniała o zemście. O strachu. O przyjaźni. O każdym uczuciu, które zawiodło ją prosto w pułapkę, prosto w szpony jej katów.
Zapominała nawet o własnym człowieczeństwie.
Kroki. Zadrżała, mocniej obejmując posiniaczonymi ramionami pokryte krwią nogi. Napięła mięśnie, choć wrzeszczały z bólu. Podwinęła górną wargę, szczerząc zęby jak warczący, przerażony wilk, z jej gardła wydobył się dziwny, naprawdę straszny dźwięk. Całkowicie zwierzęcy.
Zawiasy skrzypnęły. Skrzypiały zawsze. W ciemnościach pojawił się kontur rąk, które po nią sięgnęły. Sięgały zawsze. Otworzyła szerzej oczy, w których najpierw zajaśniała pustka, potem obłęd. Dziki obłęd.
Coś w niej pękło. Pękło ostatecznie i nieodwracalnie – przeważyła chęć śmierci. Ale nie zamierzała ginąć samotnie. Zamierzała pociągnąć za sobą tylu katów, ilu tylko zdoła. Byle zginąć. Byle się uwolnić od tego ciała. Od cierpienia. Od ciemności. Byle móc ostatni raz rozłożyć skrzydła i poczuć na skórze wiatr, nie ostrze.
Odepchnęła się od ściany i chwyciła wyciągniętą rękę, nie dbając o wrzynające się w nadgarstki liny. Zacisnęła na niej palce, a potem rzuciła się w przód, wypychając mężczyznę z celi i po raz pierwszy od niewyobrażalnie długiego czasu stanęła wyprostowana. Nie została zdezorientowana zapomnianym uczuciem, podążyła za morderczym instynktem. Nie myślała. Nie planowała. Po prostu łaknęła – krwi.
Przy odpowiednim natężeniu siły ręka mężczyzny pękła niczym zapałka i Aithne nawet nie poczuła zatapiającego się w ciele ostrza. Zaśmiała się ochryple, dziko, rozkoszując się ustępującymi pod naporem palców kośćmi. Sięgnęła dalej. Chwyciła jego głowę i pociągnęła w bok, uwolniwszy cały swój fizyczny potencjał. Zatrzymał się na ścianie – chrupnęło, więc uderzyła w ranę i wbiła się w czaszkę palcami.
Zanosząc się obłąkańczym śmiechem, rozerwała jego głowę na strzępy, fragmenty mózgu zostały na jej palcach. Usłyszała krzyki, nawoływania, ostrzeżenia, także szczęk broni. Przeciągnęła dłońmi po twarzy, dalej się zaśmiewając, potem syknęła, strosząc skrzydła. I znów skoczyła, zupełnie na oślep.
Magiczny prąd rzucił ją na kolana, przeturlała się po zbroczonej krwią posadzce. Ale to nie była jej krew, nie, to nie jej, wreszcie! Oblizała pokryte posoką usta, zaśmiała się ochryple i uniosła się na rękach. Liny jej nie zatrzymają. Myślą, że mogą ją kontrolować? Że teraz mogą ją zatrzymać? Nie, nie mogą. Nic nie może. Odnajdzie śmierć, tańcząc na ich trupach. Musiała ją znaleźć.
Uderzenie magii było potężne. Gdyby nie zostało skupione na blokujących artefaktach, prawdopodobnie całe miasto zamieniłoby się w gruzy. Albo nawet nie – fala zmiotłaby je z powierzchni ziemi. Tymczasem tylko powrozy rozpękły się i zwęgliły, uwalniając ręce Aithne; zaczęły już wrastać w skórę, dlatego gdy zostały unicestwione, zostawiły po sobie krwawe, paskudne rany.
Zapadła cisza, podczas której upadła z namaszczeniem unosiła ręce, przyglądając się wolności ze zdumieniem. Wyglądała jak zaciekawione zwierzątko badające coś nowego, co pojawiło się w jego do tej pory uporządkowanym świecie. Poruszyła palcami. Uśmiechnęła się. Ciszę rozdarł niski, mroczny chichot.
Nie mieli czasu na reakcję. Rzuciła się na nich jak wygłodniały wilk, gołymi rękoma rozrywała na strzępy, pomagając sobie ścianami, które mogła wykorzystać. Taplała się w krwi, zlizywała ją z twarzy, jej oczy błyszczały, z gardła ciągle wydobywał się śmiech, potworny, dziki śmiech. Wnętrzności pokryły posadzkę, gdzie tak często tarzała się we własnej krwi, dławiła się nią, czołgała się, żałośnie próbując uratować ciało. Teraz nic nie miało znaczenia. Teraz uwalniała duszę, która lada moment także by umarła.
Chwyciła pierwszą z brzegu broń i skoczyła na schody, ruszając biegiem na spotkanie następnych wrogów. Wiedziała, że będzie ich dużo, ale chciała znaleźć tego, który ją zabije. W tym celu musiała zniszczyć każdego, kogo napotka, aż trafi na silniejszego. Tylko przez kilka sekund mieli przewagę, gdy przyzwyczajone do mroku oczy spotkały się z porażająco jasną ciemnością nocy.
Otrzymała kilka poważnych ran. Ale czym to było w obliczu wiecznego odpoczynku, w obliczu śmierci, która zaraz ją odnajdzie?
Głowa mężczyzny potoczyła się po podłodze, zaraz dołączyły do niej ręce. Rozpadali się na kawałki na jej oczach i sama nie wiedziała, czy to od broni, którą wymachiwała, czy od magii, która nadal pozostawała na wolności. Nie myślała. Po prostu parła w przód, śmiejąc się dziko, wywracając w ekstazie oczami i z radością tańcząc na krwi.
Fragment świadomości odzyskała, gdy w jednym z pomieszczeń dostrzegła na stole lśniącą szmaragdową broszkę. Złapała głębszy oddech i porwała skarb z blatu, nie wierząc, że znów ją trzyma. Dostała ją pewna obca upadła od pewnego nieznajomego chłopca. A teraz ona, żądne krwi zwierzę, obracała ją w palcach, przekrzywiając głowę. Wzrok padł na drewnianą skrzynię.
Otworzyła wieko, pod spodem odkrywając ukochany miecz. Obca upadła kochała pamiątkę po swojej martwej, obcej rodzinie. Ona uśmiechnęła się dziko, zaśmiała się nisko i chwyciła oręż, z lubością czując, jak dłoń idealnie spoczywa na rękojeści. Przywiązała broszkę tasiemką, by jej nie zgubić.
Zawróciła, jeszcze bardziej podniecona czekającą ją walką.
I gdy dziesiątki kolejnych ciał zostały rozerwane na strzępy, rozniesione, unicestwione, znieruchomiała.
Patrzyła na drzwi. Zamknięte drzwi. Ręka drgnęła; cała zadrżała, odetchnęła. W budynku nikogo nie zostawiła przy życiu. Nikt jej nie zabił. Wynosiła na sobie krew wielu osób, które padły z jej ręki. Uśmiechnęła się.
Położyła dłoń na klamce i nacisnęła ją, popychając lekko drzwi. Uderzyło w nią świeże, tak obce powietrze, poczuła wiatr na skórze, krew zaczęła szybciej schnąć. Postąpiła kilka kroków w przód, patrząc, jak posoka dosłownie wylewa się przez próg i ścieka po stopniach. Zabiła aż tylu? Fragment wnętrzności popłynął wraz ze szkarłatną rzeką, mijając jej bosą stopę.
Zabawne. Wymordowała wszystkich. Zarżnęła ich tak, jak to sobie zaplanowała.
Wydostała się ze znienawidzonego budynku, przeszła kilka kroków po błotnistej ziemi – krew już w nią wsiąkała, w rozmokniętej glebie zostały odciski jej stóp. Zatrzymała się po paru metrach i odchyliła głowę, wielkimi ze zdumienia oczami zapatrując się w niebo.
Gwiazdy. Migotały gwiazdy. Księżyc częściowo skrył się za ciemną chmurą. Nad dachami przeleciał czarny ptak. W oddali rozległo się pohukiwanie sowy. Gdzieś kwitły kwiaty o intensywnym zapachu.
Upuściła miecz, osunęła się na kolana i objęła ramionami nagie ciało, kuląc się nagle. Nocną ciszę rozdarł dziki, wysoki, zwierzęcy skowyt, płosząc kilka śpiących ptaków oraz kołujące w pobliżu nietoperze. Obudził mieszkańców najbliższych budynków.
I trwał, i trwał, jakby miał się nigdy nie skończyć. Trwał, aż zabrakło jej tchu, a potem jeszcze trochę dłużej, póki nie poczuła, że się dusi. Zadrżała, milknąc, smętne, poranione skrzydła opadły na jej plecy.
Maleńka.
Kolejny dreszcz. Na oślep wyciągnęła ręce i wczepiła się w srebrną grzywę, wtulając się w śnieżnobiałą szyję klaczy. Faryale przygarnęła ją łbem, osłaniając od stojącego za nimi budynku.
I zapadła błogosławiona cisza.

– Pięć lat – szepnęła.
Po tych słowach umilkła, potok nieprzerwanych zdań się urwał, tylko ich oddechy mąciły idealny spokój w pokoju.
Aithne zgarbiła ramiona i skuliła się, unikając spojrzenia Erriana, ale on nie patrzył na nią. Pusty wzrok zawiesił gdzieś przed sobą, pozwalając, by prawda odnalazła swoje miejsce w jego umyśle i tam się zakorzeniła. By mógł w to uwierzyć, bo nadal coś w nim sprzeciwiało się wizji, jaką nakreśliła upadła.
Poczuł, jak przyspiesza mu tętno i sam nie wiedział, czy na ten moment ogarnął go strach, czy wściekłość. Musiał przymknąć oczy, bo nieco go zamroczyło, pochylił głowę i odetchnął głęboko, szukając w sobie opanowania. Zastanowił się, czy wyznanie Aithne cokolwiek zmieniło. Jakkolwiek. Co on by zrobił na jej miejscu?
Pięć lat.
Kiedy obrócił do niej głowę, nadal unikała jego spojrzenia. Była przerażona, drżała na całym ciele, z trudem oddychała. Nie wiedział, czy to wpływ przywołanych wspomnień, czy może obawy przed jego reakcją. Albo też samego faktu, że komuś to powiedziała, przed kimś zdradziła swój największy błąd oraz to, czego nie mogła sobie wybaczyć. Przyglądając się jej, dotarło do niego, że nienawidziła się za to, co z nią ta niewola zrobiła.
Uśmiechnął się łagodnie i ciepło, sięgając do jej policzka. Delikatnie uniósł jej głowę, by musiała na niego spojrzeć, a kiedy uchwycił granatowe oczy, zapatrzył się w nie intensywnie, ale nie karcąco. Odgarnął kilka kosmyków rudych włosów za ucho.
– Już dobrze, Ai – mruknął tylko, zupełnie nie panując nad brzmieniem własnego głosu; zadziały się z nim naprawdę dziwne rzeczy i nie miał pojęcia, jak określić ton, którego właśnie użył.
Aithne otworzyła szerzej oczy, jakby to proste zdanie ją zszokowało. Zadrżała ponownie, nie odrywając wzroku od młodego maga, bezbrzeżne zdumienie ustąpiło miejsca czemuś innemu.
Niewyobrażalnej uldze, poczuciu, że nie musi się już bać. Nigdy więcej. Choćby cały świat się walił, odnalazła swój mały azyl, gdzie się nie zgubi, gdzie nie zostanie zraniona ani opuszczona. Jej usta zadrżały, po chwili wyginając się w niepewnym, płochliwym uśmiechu.
To było tak, jakby mogła już zapomnieć o wszystkich swoich zbrodniach, grzechach oraz zdradach. Jakby nie musiała ich rozpamiętywać i obwiniać się o każdy popełniony błąd, bo w jego oczach nie widziała wyrzutu, obrzydzenia ani nawet strachu. Doskonale już wiedział, że gołymi rękoma zabiła tyle ludzi, że mogłaby, gdyby chciała, zmieść z powierzchni ziemi miasto. A mimo to siedział tuż obok, głaszcząc ją po policzku i uśmiechając się z nierozerwalnym uczuciem.
Kiedy on ją akceptował, kiedy on jej wybaczył, kiedy dla niego wszystko było w porządku – cały świat mógł się wypchać. Była idealna dla niego i tylko to się liczyło.
Skuliła się, przez krótką chwilę walcząc ze łzami, ale nie poradziła sobie z ich ilością. Po raz kolejny rozpłakała się przy nim jak małe dziecko i tym razem wcale się tego nie wstydziła. Nie zamierzała uciekać, chować się, unikać go. Zrozumiała, że teraz już nie było drogi odwrotu – zaufała mu najbardziej na świecie i całkowicie się mu oddała. Mogła tylko wierzyć, że nigdy jej nie odrzuci.
Errian westchnął cicho, ale zanim zareagował, Aithne objęła go mocno i wtuliła twarz w jego ramię, zanosząc się rozrywającym jego serce na kawałeczki szlochem. Przygarnął ją do siebie, zamykając w kurczowym uścisku ramion, i pozwolił płakać, opierając policzek na rudych włosach. Nie zamierzał wypuścić jej z rąk, póki się nie uspokoi, póki nie przestanie płakać, póki nie będzie dobrze.
– Już nikt cię nie skrzywdzi – szepnął cicho, pochylając się nad jej uchem, by na pewno usłyszała. – Nie pozwolę na to. Obiecuję – dodał, uśmiechając się blado, kiedy podciągnęła pod siebie nogi, układając się na jego kolanach jak małe, przestraszone dziecko, które szukało osłony przed wymyślonymi strachami.
Cisza się przedłużała, ale nie miał nic przeciwko niej. Wsłuchiwał się w jej szloch, obiecując sobie, że to ostatni raz, kiedy płacze, że już nigdy więcej do tego nie dopuści.
Drżała już mniej, rzadziej zachłystywała się powietrzem, uspokajała się. To przynosiło mu ulgę, ale nadal gdzieś w środku coś bolało. Najbardziej chyba świadomość tego, przez co przeszła, i tego, że nie było nikogo, kto by jej wcześniej pomógł. Sama broniła się przed jakimkolwiek wsparciem, ale czuł się irracjonalnie winny.
– Jestem potworem – szepnęła wtedy drżącym głosem.
Drgnął i delikatnie ją od siebie odsunął, by widzieć zalaną łzami twarz. Spróbował otrzeć jej policzki z wilgoci, ale niekoniecznie się to udało, kolejne krople stoczyły się ze szklistych, ciemnych oczu. Westchnął z lekką irytacją.
– Nie jesteś, Ai – zaprzeczył miękko. – Ratowałaś się. W gniewie robimy wiele rzeczy, których potem żałujemy, a wtedy chodziło o twoje życie. Nie jesteś potworem, słońce – powtórzył, odgarniając włosy z jej twarzy.
Otworzyła usta i zająknęła się, by coś jeszcze powiedzieć, ale nie pozwolił jej przytaczać kolejne argumenty. Pochylił się i pocałował ją lekko, ot, musnął wargami, skupiając jej myśli na sobie, żeby zapomniała.
Poza tym… Silthe jeden wiedział, jak bardzo mu jej brakowało.
– Głuptas – szepnął, tym razem całując ją w czoło. – Nie kłóć się ze mną, wiem lepiej – dodał nieco groźniejszym głosem, uśmiechnął się i znowu otarł łzy z jej oczu.
– Przepraszam – wymamrotała, już potulna opierając się o jego tors.
Pogłaskał ją po włosach, nie odpowiadając. Nie było sensu ciągnąć tej dyskusji, zresztą Aithne zabrakło argumentów. Wreszcie. Chyba nigdy się nie zdarzyło, by nie wiedziała, co powiedzieć albo by przyznała komuś rację. Uśmiechnął się szerzej.
Nie wiedział, ile tak siedzieli, ale w duchu dziękował towarzyszom, że nie zaglądali do pokoju pań. Bał się, że gdyby ktoś wszedł, Aithne znów wpadłaby w panikę. Na szczęście jednak wszystko było pod kontrolą, dlatego kiedy upadła rozluźniła się w jego objęciach, a szloch ucichł już dawno temu, mógł powziąć jakiekolwiek działania.
– Powinnaś iść spać, późno się zrobiło – mruknął, przesuwając ręce tak, by móc ją podnieść.
Wstał z nią w ramionach, nim zdążyła zareagować, i odkrył, że upadła jest zaskakująco lekka. Przystanął, spojrzał ze zdumieniem na umęczoną twarz Aithne, zaraz jednak się opamiętał i posłał jej uśmiech.
Bez najmniejszego problemu przeniósł ją do jej łóżka, położył na materacu i przykrył, nim zaprotestowała. Wyglądała na wyczerpaną, dlatego nie powinna mieć problemów z zaśnięciem.
Kiedy jeszcze poprawiał kołdrę, żeby dobrze dopasowała się do skrzydeł, Aithne uniosła dłoń i dotknęła jego policzka. Errian zastygł, przenosząc wzrok na Przeklętą; dostrzegł jej blady uśmiech, poczuł, jak jej ciepłe palce głaszczą go z czułością. Doznanie było całkowicie dezorientujące, dlatego jeszcze chwilę stał nieruchomo.
– Ja… – zaczęła cicho i urwała, nagle spłoszona tym, co chciała powiedzieć.
Uśmiechnął się. Ujął jej dłoń, pocałował ją i delikatnie odsunął od twarzy, układając z powrotem na materacu.
– Wiem, Ai – odparł spokojnie, nie chcąc, by zmuszała się do wypowiadania kolejnych trudnych słów, w końcu padło ich dziś bardzo dużo.
Sięgnął po broszkę, którą zostawili na poprzednim łóżku, wsunął ją pod poduszkę upadłej i przysiadł obok niej, unosząc rękę. Zapatrzył się na swoje palce, odtwarzając w myślach kilka wspomnień, a wreszcie nad jego dłonią pojawił się drobny płomyk. Rozjaśnił ciemność i rzucił ciepłe światło na maga oraz upadłą.
– Umiesz? – zdziwiła się cicho, uniósłszy brwi.
– Jestem elementalistą – przypomniał nieco rozbawiony, obracając do niej twarz. – I podpatrzyłem to u Larkina – przyznał uczciwie, lekko unosząc się z łóżka, by sięgnąć po stojącą na stole świecę.
Przysunął płomyk do knota, a ten momentalnie zapłonął. Errian przeniósł jedyne źródło światła na szafkę nocną obok Aithne, z powrotem zajmując poprzednie miejsce. Dostrzegł jeszcze pełen ulgi uśmiech upadłej, potem pozwolił jej wtulić się w niego, by mogła spokojnie zasnąć i nie obawiać się, że dopadną ją tej nocy koszmary.
Siedział tak długo, aż usnęła. Jej spokojny, równy oddech wreszcie opanował bicie jego serca, rozluźnił spięte mięśnie i rozjaśnił umysł. Kiedy poczuła się całkowicie bezpieczna, spłynęła na niego ta sama ulga, co niezmiernie młodego maga rozbawiło.
Postanowił wyjść, nie chcąc denerwować pozostałych lokatorek, gdyby zamierzały niedługo wrócić. Nim jednak podniósł się z łóżka i ruszył do drzwi, raz jeszcze spojrzał na śpiącą Aithne, uśmiechając się do niej ciepło.
– Dziękuję – szepnął, pochylając się i całując ją w policzek.
Dopiero wtedy wyszedł, zamknął za sobą cicho drzwi i skierował się do pokoju dzielonego z resztą panów.
Uśmiechnął się.

5 komentarzy:

  1. Przez chwilę miałam łezkę w oku O.o Ja. I łezka. Em... dziwne.
    I odkryłam częściową inspirację w środku tekstu piosenką Tarji Turunen "Damned and Divine", a gdzieś jeszcze Epiką XD Nie wiem gdzie, ale gdzieś się natknęłam na podobnie brzmiące wersy XD I się domagam umieszczenia Damned w ścieżce. I "Storm the Sorrow" Epiki <3 To mi tak pasuje, że aż dziwne <3
    No, ogółem... czułam się dziwnie czytając ten fragment po tej płomiennej ankosherowej dyskusji w poprzednim rozdziale. Nie, że źle. Zrobiło się tak... czulej. I cieplej, poniekąd.
    I odtąd będą się do siebie przyznawali, he?

    Jeden błąd inu - "nie obdarzał ją nim" - jej ^^

    A oprócz tego, zaczynam lubić pierwszą piosenkę na liście. Kasiowa czy Nataliowa?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie tam wstrząsnęło z lekkim obrzydzeniem, jak poprawiałam tekst, kiedy jej nogi połamali... xD
      Yyy, tekst nie był inspirowany, powiem szczerze xD Wszystkie sceny powstały w moim psychopatycznym umyśle, ale muszę piosenki sprawdzić i dodam do listy :3
      ... Czulej. Najbardziej czule było, jak rozerwała facetowi głowę na strzępy xDD

      Poprawię, jeśli znajdę konkretne zdanie xD

      Kasia ją podsunęła dla ogółu postaci oraz opowieści ^^

      Usuń
    2. Ej, ja nie skupiam się na masakrze, bo o niej było dosyć dużo wzmianek w zeszłych rozdziałach XD Z resztą, z takim natężeniem naprawdę kiepskich opowiadań do betowania człowiek staje się niewrażliwy na masakry. Serio X_x
      Czasami inspiracje stają się podświadome XD Najczęściej wspomina mi o tym Mika, bo biedaczka czasami wpisuje całe wersy w treść...
      ... Nightwish znasz, wiem z Szarej i z Zakazanej Magii. Słuchałaś kiedyś solowych albumów Tarji? Bo właśnie tytuł na twoim starym blogu o ZM przypomina ostatnie zdanie "Damned and Divine" - może mi się walnęło z treścią tutaj X_X
      ... Taa, w retrospekcji XD A dla mnie retrospekcje to tylko dodatek do akcji faktycznej, więc skupiłam się na dialogu XD

      Najłatwiej wkleić w wordpad i poszukać lupą ^^

      <3 Dobrze trafiła. Na początku mnie irytowała, ale teraz się chyba zakochałam XD Znaczy w piosence, nie w Kasi XDD

      P.S - stwierdziłam, że "pierdolę, nie robię".

      Usuń
    3. Wzmianek. A tu się psychopatycznie wyżyłam :3 Jak można być niewrażliwym na masakry, nawet mnie się trochę Ai żal zrobiło przy sprawdzaniu xDD
      Ehem, no dobrze, znam to, że są podświadome, ale trudno inspirować się czymś, czego się nigdy nie widziało/nie słyszało, a tak jest z tymi piosenkami xD
      I tak, po przesłuchaniu zorientowałam się, że ostatni wers pasuje do Zakazanej na belce i nie wiem, jak to się stało O_o Znaczy, przypadek. Bo dziś pierwszy raz usłyszałam... no, wczoraj xD Powinnam się tymi albumami zainteresować, bo lubię Tarję :3

      Nie no, mi chodzi o całe zdanie - bo gdzie pojedyncze zdanie jest, to znajdę xD

      CZEMU NIE W KASI? xDD

      Oj. Ej, nie, zrób :<

      Usuń
    4. Łups? XD
      Właściwie Monika jest psychofanką Nightwisha (i czuję, że mnie zetnie nożem kuchennym za to stwierdzenie), więc jestem na niego skazana miniumum trzy razy w tygodniu (szkolnym) XD Ona za to jest skazana na Kamelota, ale już mniejsza XD Tarję obydwie lubimy. Ale nie kochamy XD

      Bo to byłby DRAMAT XDD KAŚKA MNIE NIE LUBI XDD

      Nowy rozdział? ^^

      Usuń