Obróciła
szklankę w dłoni, przyglądając się resztce soku pomarańczowego na jej dnie.
Kilka kropelek ze ściany naczynia stoczyło się po szkle, zostawiając za sobą
wilgotny szlak; dziewczyna westchnęła, wciągnąwszy powietrze przez nos, i
wypiła to, co jeszcze do wypicia zostało, od niechcenia przesuwając wzrokiem po
karczmie, w której siedziała.
Ludzi było
sporo, ale, na szczęście, jeszcze się nie upili na tyle, by zacząć ją irytować.
Mogła więc spędzić tu trochę więcej czasu, nie bojąc się, że nabierze ochoty do
wszczęcia bójki. Wyraźnie zabroniono jej takich rozrywek, tłumacząc, że to nie
pomoże w przygotowywaniu wszystkiego do zadania.
Jeśli spytać
Aithne o zdanie, nie podobało się jej zlecenie. Podkradanie się, fortele,
podchody, przebrania i inne tego typu atrakcje nie leżały w jej guście. Lubiła
krwawe walki, ryzyko, otwarte starcie, gdzie nikt nie wyskakiwał z cienia jak
poparzony, tylko wszyscy ścierali się ze sobą w jednej linii. Ale skoro
przyjęli, to trudno, przynajmniej będzie z tego kasa. A ona miała wolne, bo
niczego do zrobienia jej nie przydzielili, ot, za zadanie wyznaczyli tylko
próby nie zwracania na siebie uwagi. Więc nie zwracała na siebie uwagi,
popijając soczek pomarańczowy i umierając z nudów.
Gdyby nie cała
ta chora sytuacja, w jaką się uwikłała, pewnie byłaby teraz w środku własnego
zlecenia. Albo, gdyby nie nękały jej takie sprzeczne uczucia, czas spędzałaby z
przyjaciółmi. Tymczasem unikała wszystkich, z naciskiem na dwie osoby – Anabde
oraz Erriana.
Nie potrafiła
się z nimi skonfrontować, omijanie szerokim łukiem było łatwiejsze. Kiedy tylko
ich zauważała, starała się iść w zupełnie przeciwnym kierunku, a gdy została
zmuszona do spędzenia pewnego czasu w ich towarzystwie, ograniczała kontakty do
niezbędnego minimum, nie zdradzając się z jakąkolwiek sympatią.
Genialna
taktyka. Ciekawe, jak długo tak pociągniesz, głupku.
Stuknęła
szklanką w blat, widząc kątem oka, że ktoś w rogu karczmy zaczął się już
awanturować. Miała ochotę wstać i obić mu mordę, ale nie wolno jej było.
Dlatego zgarbiła ramiona i warknęła zirytowana, czując, że niedługo nadmiar
energii ją rozniesie.
Ile można
siedzieć w jednej karczmie i się szykować? Głupia wiedźma, same beznadziejne
rzeczy wymyśliła i teraz oni muszą cierpieć. A zwłaszcza ona, niewinna upadła.
Może wyjdzie na miasto i tam zrobi burdę?
Zerknęła za
okno i zmrużyła oczy, widząc zapadający zmierzch. Nie, nie wyjdzie. Zaraz
będzie ciemno jak w dupie, to jej nie odpowiadało. Czyli trzeba tu zostać,
ewentualnie za pewien czas uciec do pokoju, zanim pijacy sprowokują do bójki.
Żaden z nich nie dosięgał jej nawet do pięt, zmiotłaby ich z powierzchni ziemi,
ot! Ale nie, bądź grzeczna i nie rób problemów. Co za podłe, niesprawiedliwe
życie.
Odsunęła pustą
szklankę poza zasięg rąk i przeciągnęła dłońmi po twarzy, zbierając się do
podniesienia oraz ruszenia z powrotem do pokoju. Musi poudawać trochę dłużej
łagodną owieczkę, która nie skrzywdziłaby nawet muchy, mimo że zdecydowanie nie
czuła się dobrze w tej roli. Jednak czego się nie robi dla pieniędzy, prawda? Oparła
się na blacie i napięła mięśnie, już przymierzając się do wstania.
Poczuła na
ramieniu ciepłą dłoń i zastygła, mimowolnie wstrzymując oddech. Nie zdążyła
jakkolwiek zareagować – nawet nie chciała reagować i nie chodziło tu wcale o
przykazanie bycia grzeczną – kiedy niespodziewany towarzysz pochylił się nad
nią lekko, poczuła jego zapach. Wcale nie chciała, żeby nogi zdradziecko pod
nią zadrżały, ale udało się jej z tym nie zdradzić.
Przynajmniej
bardzo w to wierzyła.
– Ai, możemy
pogadać? – spytał znajomy, cichy głos, na tyle niski, by nikt poza nimi nie
usłyszał tych słów.
Upadła
potrzebowała dłuższej chwili zebrania się w sobie, by zdołać odpowiedzieć tak,
jak to zrobiła. Nie chciała przyznawać się do swojej słabości, nie zamierzała
tego robić, nikt nie powinien jej taką widzieć.
Przymknęła na
ułamek sekundy oczy.
– Nie
zamierzam z tobą gadać, szlachciuro – warknęła lodowato i odtrąciła jego rękę,
zmuszając, by się cofnął i przestał być tak blisko.
Za blisko.
Otumaniająco blisko. Czuła się tak, jakby jej wnętrzności związano w supeł, a z
mózgu zrobiono gąbkę.
Spojrzała na zaskoczonego Erriana, starając
się uwierzyć w to, że powinna się nim brzydzić. Tylko najpierw musiała uspokoić
serce.
Młody mag
przyjrzał się jej krótko, niezbyt nachalnie, nie mogła się o to na niego
wściec. Dostrzegła w jego oczach błysk zawodu, ale postanowiła go z pełną
determinacją zignorować. Mniej będzie cierpiał, jeśli przystanie na jej warunki
gry.
– To nie
zajmie długo – uparł się cierpliwie, przywołując na usta ciepły, przyjazny
uśmiech; tym razem nie musiała się zmuszać, żeby się zdenerwować.
Nienawidziła
tego uśmiechu, po prostu nienawidziła! Kiedy powinien się na nią wściec,
obrazić, brzydzić się nią, on uśmiechał się tak, jakby wszystko rozumiał, jakby
nie potrafił się na nią gniewać, jakby wybaczył jej wszystko już na początku,
zanim jeszcze te błędy popełniła. Nienawidziła tego. Nie znosiła.
A najbardziej
z całej tej sytuacji brzydziła się tego, że tak żałośnie się od tego uśmiechu
uzależniła.
– Powiedziałam
już – skwitowała pełnym niechęci głosem i zerwała kontakt wzrokowy, spojrzenie
przenosząc na schody.
Nie potrafiła
zachowywać się aż tak dumnie czy wyniośle jak Anabde, ale to jedyne, co jej
przyszło na myśl, kiedy wymijała Erriana i ruszała w swoją stronę. Dlatego
uniosła brodę, zdystansowała wzrok, spróbowała choć trochę przypominać
przyjaciółkę. Nie wyszło najlepiej, ale, ku swojej uldze, nie usłyszała wołania
młodego maga. Chyba także za nią nie poszedł. To dobrze, świetnie, doskonale.
Na schodach
odetchnęła i od razu się zgarbiła, jakby uszło z niej całe powietrze.
Przymknęła oczy, przyłożyła dłoń do czoła, policzyła w myślach do pięciu,
opierając się ramieniem na ścianie. Konfrontacja wyczerpała ją do tego stopnia,
iż nagle bardzo zamarzyła zwinąć się w kłębek i zasnąć.
Coraz
dotkliwiej brakowało jej obecności Faryale, z klaczą widywała się tylko przez
krótkie chwile w stajni, podczas których rozpaczliwie ukrywała przed nią swoje
nastroje. Co za żałosna, niekończąca się gra.
Znalazła się
na korytarzu i śmiało ruszyła do drzwi wspólnego pokoju, mając nadzieję, że
nikogo w środku nie zastanie. Najgorzej by było, gdyby kryła się tam Anabde,
wtedy Aithne musiałaby znowu uciekać. Tylko dokąd? Zostałaby poniekąd otoczona;
zgrzytnęła niezadowolona zębami, uświadamiając sobie, że sama doprowadziła do
tej sytuacji. Jeden ich ruch i usłyszy „szach-mat”. Musiała tak ustawić pionki,
żeby to ona dyktowała warunki, nie miotała się w panice z kąta w kąt.
W ostatniej
chwili usłyszała za sobą kroki. Drgnęła, obróciła się gwałtownie, przytrzymując
klamkę drzwi, i spojrzała prosto na maszerującego do niej Erriana. Nie wyglądał
na szczęśliwego. Nie wyglądał na skłonnego do kompromisów.
Dostrzegła w
jego oczach chłód – nie obdarzał ją nim, dla niej zawsze był wyrozumiały.
Wreszcie do niej dotarło, że musiała go doprowadzić do ostateczności tymi
ciągłymi unikami.
Zająknęła się,
by coś powiedzieć, ale nie zdążyła.
Chwycił ją za
ramię z zaskakująca siłą, aż zachłysnęła się powietrzem, otwierając szeroko
oczy. W pierwszym odruchu chciała się wyrwać, ale już sięgnął do klamki i
nacisnął ją mocno, nie zwracając uwagi na leżącą tam jej dłoń. Syknęła przez
zęby; przygniótł jej palce, jednak nie zdołała na niego warknąć.
Przejście
stanęło otworem, a Errian gwałtownie obrócił ją twarzą do pokoju i nadzwyczaj
nieczule wepchnął do środka, nie dbając nawet o to, czy kogoś tam zastaną, czy
będą jednak sami. Aithne potknęła się w progu, straciła równowagę i poleciała w
przód, a młody mag ją puścił, nie odwracając z niej niezadowolonego, wprost
strasznego spojrzenia.
Nie trudził
się zamykaniem drzwi; mimo to one same trzasnęły, przyprawiając spłoszoną
Przeklętą o dreszcze na plecach. Zatrzymała się bezradna na środku
pomieszczenia, rozstawiwszy szeroko nogi.
I czekała,
pewna, że zaraz stanie się coś strasznego.
Errian
podszedł do niej kilka kroków i spokojnie przyjrzał się pozamykanym oknom,
jakby szacował, czy zdoła mu przez nie uciec. Sama musiała przyznać, że przez
chwilę rozważała taką możliwość, ale jak to będzie wyglądać? Mieli zachować
dyskrecję, upadłego anioła przeciskającego się na parapet i zrzucającego
ludziom doniczki na głowy nie można nazwać dyskretnym.
Potem
uświadomiła sobie, że to tylko zademonstruje jej słabość i to, jak jest na
niego podatna. Tak stać się nie mogło.
Dlatego
spojrzała odważnie prosto w oczy młodego maga, już się wewnętrznie strosząc
oraz przygotowując na konfrontację. Dobrze, porozmawia z nim. Przez dwie
najbliższe minuty. Potem wyjdzie pierwszą lepszą dziurą, byle dalej od niego i
tych lodowatych, błękitnych oczu.
– Przestań
robić uniki – rzucił wreszcie spokojnie, w jego głosie zabrakło chłodu, który
dostrzegła w spojrzeniu.
Zająknęła się
zaskoczona, zaraz zaciskając zęby i prostując się sztywno, by stać się trochę
większą niż w rzeczywistości.
– Nie robię
żadnych uników – warknęła, odruchowo przyjmując swoją typową strategię „iść w
zaparte”.
Co z tego, że
doskonale wiedziała, iż nie miała racji.
– Uciekasz –
odparł krótko, wzruszając niedbale ramionami, i ta nonszalancja trochę ją
zabolała; jakby powiedział „w sumie niewiele mnie to obchodzi”. – Od kiedy
tylko wydostałaś się z celi, zaczęłaś uciekać. Ile można? – zainteresował się,
przekrzywiając głowę, przyjrzał się jej uważniej.
– Nie uciekam
– prychnęła od razu, by momentalnie skulić się pod jego ostrzejszym spojrzeniem.
– Nic ci do tego – dodała przez zaciśnięte zęby, odwracając wzrok, bo inaczej
przegrałaby tę potyczkę.
Errian uniósł
brew, nie odrywając od niej lodowatych oczu, ale teraz łatwiej było to znieść.
Gdyby bardzo się postarała, dałaby radę nawet o tym całkowicie zapomnieć.
Chyba.
– Nic? –
powtórzył uprzejmie zdumiony i prychnął.
Uzmysłowiła
sobie, że prawie go nie poznaje, takiego wściekłego, zimnego i odpychającego.
Rozmawiał po to, żeby przestała uciekać, a jego postawa sugerowała, że niewiele
go obchodzi, czy przerwie proceder, czy dalej będzie grała w tę gierkę. Nie
wiedziała, dlaczego taki się stał – pierwszy raz widziała go wściekłego w taki
sposób.
Tylko
właściwie nie powinno to jej obchodzić. Niech sobie będzie jaki chce, to już
nie jej sprawa. Niech znika. Niech przestanie na nią patrzeć.
– Nic mi do
tego, że przede mną uciekasz – odezwał się znów, bardziej stwierdzając niż
pytając, w jego głosie zabrzmiała irytacja. – Pewnie.
– Niby co cię
to ma obchodzić? – warknęła, skuliwszy ramiona, ale popatrzyła mu krótko,
intensywnie w oczy, starając się nie ugiąć pod naporem jego spojrzenia.
Nie do końca
się jej udało, ale zanim odwróciła wzrok, zacisnęła z uporem usta, przymrużając
powieki. Dopiero potem zainteresowała się z powrotem podłogą i jednym wystającym
z niej gwoździem. Ktoś go nie dobił. Albo próbował wyrwać deskę.
– Może to, że
uciekasz przede mną – wycedził, podszedłszy do niej bliżej, stanął tuż przed
nią, za blisko, niebezpiecznie blisko, poczuła jego oddech na policzku.
Nie uniosła
spojrzenia, wiedząc, że wtedy zostanie nieodwołalnie pokonana.
– Nie zachowuj
się jak centrum świata – prychnęła, siląc się na chłodną, możliwie jak
najbardziej wyrachowaną kpinę. – Nie masz z tym nic wspólnego, nie pochlebiaj
sobie – uparła się, przestając rozumieć, jaki cel przyświeca tej grze.
Na pewno był
istotny. Czemu jednak musiała się w niej bronić przed człowiekiem, któremu
zaufała i bez którego coraz trudniej się jej żyło? Chyba właśnie z tego powodu.
Chyba właśnie dlatego, że to wszystko jest głupotą. Chyba właśnie po to, by
zapomnieli, a między nimi zagościło to błogosławione „nic”. Tak będzie lepiej
przede wszystkim dla niego.
– Nic –
powtórzył kolejny raz, jego głos zadrżał od tłumionej z trudem złości.
Chwycił ją
dość nieczule za brodę i zmusił, by obróciła twarz w jego stronę, przez co
spojrzała mu w oczy. Wydało się jej, że całe jej wnętrzności skręciły się w
bolesny, obezwładniający supeł, i nagle zrozumiała, że jest zupełnie bezbronna.
Ta świadomość sprawiła, że jeszcze rozpaczliwiej chciała się od tego uwolnić.
– Czyli to
wszystko to nic – stwierdził dla pewności, nie puszczając jej, jednak też nie
wzmacniając uścisku, bo z nim nie walczyła.
To wszystko, zadźwięczało jej w głowie,
sprawiając, że zrobiło się jej niedobrze.
Musiała się od
niego uwolnić. Teraz, zaraz, natychmiast, już. Przestraszyła się. Bała się od
samego początku, ale w tym momencie przestała rozumieć, czego chciała. Bo nagle
ogarnęło ją obezwładniające pragnienie, by ją przytulił i udowodnił, o jakim
wszystkim mówił. Był za blisko. A ona była skłonna przegrać.
– Puść mnie –
wydusiła spłoszona, próbując oswobodzić brodę.
– Nie unikaj
rozmowy – warknął, zignorowawszy jej wypowiedź, nadal świdrował ją miażdżącym,
zimnym spojrzeniem.
– Puść –
powtórzyła uparcie, teraz bardziej jękliwie, wyraźnie spanikowana.
– Aithne –
rzucił wściekły, mocniej zaciskając palce na brodzie, kiedy zaczęła się
skuteczniej wyrywać.
– To boli –
wyszeptała słabo, zamykając oczy; przestraszyła się, przestała rozumieć, tak
bardzo chciała, żeby już nie był zły.
I w tym
wszystkim kryła się nadal potrzeba natychmiastowej ucieczki.
Te słowa
Aithne sprawiły, że Errian momentalnie zabrał rękę i cofnął się dwa kroki,
jakby zszokowany tym, co zrobił. Spojrzał na upadłą skołowany, otworzywszy
szeroko oczy, potem przeczesał włosy palcami i przemaszerował nerwowo po
pokoju, nie zwracając na nią przez kilka sekund uwagi.
Przeklęta
przez ten czas stała sztywno tam, gdzie ją zostawił, trochę czekając na atak,
na nagły cios w plecy. Nie wiedziała, skąd wzięło się to wrażenie, po prostu
nie mogła się opanować.
– Przepraszam
– mruknął pod nosem, rozcierając z wyraźnym niezadowoleniem kark, wzrok nadal
przesuwał po zakurzonej podłodze. – Dlaczego? – spytał niespodziewanie z dziwną
desperacją, zatrzymując się i wbijając w nią czujne spojrzenie.
Zadrżała, tym
razem zwyczajnie nie potrafiąc zerwać kontaktu wzrokowego. Zastygła,
zastanawiając się, co się tak naprawdę w nim dzieje, bo teraz przypominał
przerażone zwierzę w potrzasku bardziej od niej samej. Powstrzymała się od
przygryzienia wargi, nagle czując, że nie potrafi znieść jego dezorientacji
oraz bólu.
– Nie umiem –
szepnęła, po czym zdrętwiała, przerażona tym, że uległa.
Że pękła pod
naporem jego oczu i zaczęła mówić.
Błyskawicznie
odwróciła się do niego plecami, skrzyżowała ręce i wbiła wzrok w ścianę. Ściana
była nudna i mało absorbująca, dlatego skupiła się od razu na oknie, byle tylko
już do końca rozmowy go ignorować.
– Nie umiesz z
nimi wszystkimi czy ze mną? – spytał cicho, znów znajomym, łagodnym głosem, od
słuchania którego nieświadomie rozluźniła ramiona. – Czy może z samą sobą? –
dodał niespodziewanie.
Przygryzła
wargę. Czemu zrozumiał, co miała na myśli? Czemu nie dopytywał jak każdy
normalny człowiek, tylko przeszedł nad niedopowiedzeniem do porządku dziennego
i kontynuował rozmowę? Czemu tak bardzo chciała na niego spojrzeć?
– Ze wszystkim
– odparła wreszcie, czując, że już nawet nie ma siły kłamać.
Od początku
nie miała, ale jeszcze z tym walczyła.
– Ucieczka to
nie rozwiązanie – stwierdził, usłyszała, że ruszył w jej stronę, ale zatrzymał
się w rozsądnej odległości. – Tylko pogarsza sprawę.
– Musiałam
uciec, bo byłyby oczekiwania. Spojrzenia. Rozmowy – wymamrotała, odwracając
głowę, przez co dostrzegła go kątem oka, jak stał za jej plecami.
Wpatrywał się
w nią dziwnie, z niemą prośbą, troską, z tyloma trudnymi do opisania uczuciami,
że znów poczuła się ich niegodna. Zasługiwał lepiej, nie mógł przywiązać się do
czegoś takiego, czym była ona.
– Wstydziłaś
się? – dopytał delikatnie, stawiając kolejny krok w jej stronę.
Potrząsnęła
głową, przenosząc wzrok na okno. Zaraz nią pokiwała. Potem ją spuściła,
interesując się teraz podłogą.
– Bałam się.
Boję się – stwierdziła, obejmując się mocniej ramionami.
– Mnie? –
odgadł z dziwnym, idealnym spokojem, jakby doskonale wiedział, że o to właśnie
chodzi, ale chciał to usłyszeć.
– Ciebie –
przytaknęła.
Cisza się
przedłużyła. Czuła, że choć tej odpowiedzi się spodziewał, to jednak go
zabolała. Ale nie chciała dłużej kłamać, była z nim szczera; choć ta szczerość
bolała także ją. To wszystko okazało się tak cholernie zagmatwane, że naprawdę
pragnęła to rzucić w cholerę i wrócić do poprzedniego, prostszego życia.
– I siebie –
dodała wreszcie, przełykając z trudem ślinę, bo w gardle utknęła jej dziwna,
nieprzyjemna gula.
– Nie ma potrzeby
– stwierdził zaraz, w jego głosie zabrzmiała dziwna determinacja, jakby
postanowił za wszelką cenę zmienić jej nastawienie.
– Nie
rozumiesz – odparła, kręcąc trochę w panice głową.
Jeszcze tego
brakowało, żeby wpierał jej nieprawdę.
– To pozwól mi
zrozumieć – poprosił, wyciągając rękę do jej ramienia; dzieliły go ledwie
centymetry, gdyby postawił krok, mógłby ją bez trudu objąć i nawet nie musiałby
jej przyciągać bliżej siebie.
Nim dotknął
jej ręki, obróciła się gwałtownie i uciekła bokiem, ruszając nader nerwowo do
drzwi.
Uciekała. Z
całą swoją desperacją oraz rozpaczą, po prostu przyznała się do porażki, ale
nie zamierzała dać pokonać się ostatecznie. Wyglądało na to, że nie sposób jej
w tym momencie zatrzymać.
– To nie ma
sensu – rzuciła tylko.
Obrócił się za
nią, sięgnął do ramienia, które mu uciekło, złapał je mocno i pociągnął Aithne
w tył, z powrotem do siebie. Straciła równowagę, zaskoczona, poleciała
bezwładnie na ścianę i tam ją przytrzymał, nie pozwalając uciec. Zachłysnęła
się przerażona powietrzem, kiedy jej spojrzenie znów skrzyżowało się z jego
oczami.
– Niczego od
ciebie nie chcę – stwierdził cicho, miękko, delikatnie trzymając ją za ramiona,
ale na tyle stanowczo, by mu się nie wymknęła. – Niczego nie oczekuję. Nie
stawiam żądań, nie tworzę wizerunku, do którego masz się dostosować. Mam tylko
jedną prośbę – dokończył, jego spojrzenie stało się intensywniejsze.
Aithne
milczała, bardziej dlatego, że bała się odezwać niż dlatego, że nie znalazła
żadnej dobrej odpowiedzi. Serce waliło jej jak oszalałe, a w głowie zaczęło się
kręcić, poczuła się bardzo mała, żałosna oraz bezbronna.
– Zostań ze
mną – szepnął, delikatnie dotykając jej policzka i przytrzymując go z
wyczuciem, żeby nie odwróciła spojrzenia, żeby nadal widzieć jej ciemne oczy.
Zdrętwiała,
wciskając się plecami w ścianę. Jej serce raz jeszcze załomotało w piersi, a
potem rozlał się w niej dziwny chłód.
O to samo go
wtedy poprosiła. Bez zastanowienia, zdesperowana, rozpaczliwie pragnąca
akceptacji. Nie pytał, nie słuchał rozsądku, po prostu się zgodził,
zaakceptował, rozumiejąc. Tym razem role tak boleśnie się odwróciły, zupełnie
jakby cały świat sobie z niej szydził.
Skuliła się,
próbując jeszcze ostatni raz uciec. Potem chłód w piersi został rozproszony
dziwnym dreszczem, uniosła wzrok i spojrzała mu prosto w oczy. Ta ucieczka od
początku była bezsensowna – to właśnie tam ujrzała. Od samego początku oboje
znali wynik tego głupiego starcia. Westchnęła, opuszczając głowę.
A potem
odepchnęła się od ściany i wsparła się na jego torsie, z nieopisaną ulgą się w
niego wtulając. Objął ją ramionami, przyciągając do siebie, poczuła ciepło jego
ciała i znowu zadrżała, z lubością się mu poddając.
Tęskniła za
tym. Za nim. Nie przyznałaby się do tego, ale naprawdę cholernie pragnęła
wrócić do tego, co było przed jej zniknięciem. Już było jej wszystko jedno,
cokolwiek ktokolwiek pomyśli i jakkolwiek odbierze to Anabde. Drugi raz nie
zdobędzie się na ucieczkę.
– Przepraszam
– szepnęła w jego ramię, czując, że musi mu wyjaśnić.
Nieważne, czy
to wszystko zakończy, musiała mu powiedzieć. Musiała wyjawić każdy szczegół.
Jeszcze nigdy
nie czuła takiej potrzeby. Jeszcze nigdy nikomu o tym nie powiedziała. Nawet
Anabde. Nawet Larkinowi. Faryale wiedziała tylko poprzez ich mentalne
połączenie.
– Nie masz za
co, przecież… – spróbował zaprzeczyć, starając się ją odsunąć od siebie, by
dostrzec jej twarz.
Nic z tego,
przylgnęła do niego kurczowo, jeszcze bardziej rozpaczliwie unikając kontaktu
wzrokowego, jakby ją bolał.
– Przepraszam,
ja po prostu nie mogę – wychrypiała, wczepiając się kurczowo w jego koszulę. –
Nie… nie mogę – jęknęła, kręcąc słabo głową.
Errian
przyglądał się jej dużymi ze zdumienia oczami, niepewnie obejmując za ramiona i
czekając, aż powie coś więcej. Przez chwilę myślał, że wrócili do punktu
wyjścia i znowu będzie musiał ją przekonywać, by przestała uciekać, ale tym
razem nie odgadł.
– Ciągle o tym
pamiętam, to mi nie daje spokoju, paraliżuje mnie, kiedy tylko… – urwała,
zdesperowana szukając odpowiedniego słowa; odsunęła się od niego z własnej
woli, ale patrzyła w podłogę. – Pomyślę, że mogłoby się powtórzyć – dokończyła
cicho, zdławionym głosem, wyraźnie zadrżała.
Errian
natychmiast ją objął, widząc, że lada moment mogła wpaść w histerię. Nie
rozumiał niczego z tego, co mówiła, ale cierpliwie czekał, aż zdoła to z siebie
wydusić. A jeśli nie zdoła – w porządku, on po prostu ją uspokoi, może kiedyś
mu powie. To była jej decyzja. Tylko zaczął się poważnie martwić.
– Ai, o czym
ty mówisz? – nie wytrzymał w końcu, gdy zająknęła się kilkakrotnie i spuściła
głowę, milknąc ostatecznie.
Cisza się
przedłużyła. Nie patrzyła na niego, drżała, raz zaciskała dłonie na jego
koszuli, raz je rozluźniała, nieznacznie chwiała się na boki. Miał ochotę objąć
ją mocno i przytulić, ale czuł, że nie powinien. Dlatego śledził uważnie
wzrokiem jej twarz, szukając, czekając, gorączkowo myśląc. O co chodziło, o
czym mówiła, czemu akurat teraz?
I wtedy
odsunęła się od niego o pół kroku, chwyciła dół swojej bluzki i zaczęła się
rozbierać. Młody mag wytrzeszczył oczy, nieruchomiejąc na moment, przez umysł
przebiegła mu nieprzyjemna, bolesna myśl – może chodziło o ich wspólną noc?
Może ją skrzywdził? Może też dlatego uciekła?
Zacisnął zęby
i złapał jej ręce, stanowczo powstrzymując od zdjęcia ubrania, spróbował
odszukać jej oczy.
– Co ty wy…? –
zaczął zdenerwowany.
Uniosła na
niego wzrok, bez strachu spoglądając prosto w jego twarz. Znieruchomiał,
przytłoczony bólem oraz desperacją w jej spojrzeniu, zupełnie jakby zmusiła się
do czegoś, co było ponad jej siły.
Błagała go. Błagała,
by pozwolił, by się nie wtrącał, by zaakceptował, by zaczekał. Chłód, który go
ogarnął, niewiele miał wspólnego z furią, wręcz go unieruchomił. Sztywno cofnął
ręce, odsuwając się od niej pół kroku.
Jeszcze kilka
sekund stała nieruchomo, z powrotem opuściwszy głowę. I wreszcie pociągnęła
bluzkę, ściągając ją z siebie; ledwie wydostała się z materiału, puściła go, by
opadł bezwładnie na podłogę. Coś stuknęło i Errian znów potrzebował krótkiej
chwili na zrozumienie, co oznaczał ten dźwięk. Pojął to, kiedy na jej plecach
pojawiły się czarne, rozpostarte aktualnie skrzydła. Odruchowo wstrzymał
oddech, patrząc na nie z podziwem, podczas gdy Aithne obejmowała się ciasno
ramionami.
Odwróciła się
do niego plecami, ustawiając głowę tak, by nie widział jej twarzy. Zmarszczył
czoło, mimowolnie się napinając.
– Przy łopatce
– stwierdziła cicho, jej głos okazał się zachrypnięty. – Możesz dotknąć –
dodała od razu, tym razem usłyszał w tym wiele pustki oraz zrezygnowania.
Młody mag
przyjrzał się jej czujnie, choć nie mógł uchwycić oczu. Wreszcie westchnął i
posłusznie nachylił się nad nią, by lepiej widzieć w półmroku tę część
skrzydeł, o której najwyraźniej mówiła.
Na dworze
zapadał zmierzch, promienie słońca utonęły za horyzontem, przez co ciemność
powoli gęstniała. Powinien zapalić za chwilę świecę, by Aithne nie poczuła się
nieswojo.
Zastygł,
dostrzegłszy coś dziwnego. Chyba to miała na myśli – cienka, nierówna linia w
srebrnawym odcieniu ciągnąca się dokoła skrzydeł, tuż przy miejscu, skąd
wyrastały. Od łopatki dzieliły ją ledwie centymetry.
Errian, na
chwilę zapominając o jakichkolwiek oporach, sięgnął dłonią do odkrycia i
delikatnie go dotknął, przesuwając po nim palcami. Aithne gwałtownie
zdrętwiała, jakby wbił jej sztylet pod żebra, nawet on poczuł wstrząsający nią
dreszcz. Zanim jednak się cofnął, już się uspokoiła, opuszczając z dziwnym
poddaństwem ramiona. A do młodzieńca dotarło, że to, czego dotykał, było skórą.
Zmarszczył
czoło.
– Zawsze cięli
w tym samym miejscu – stwierdziła, tym razem w jej głosie pobrzmiała dziwna,
pełna goryczy kpina. – Trudno zrobić na Przeklętym bliznę – dodała ciszej,
mocniej obejmując się ramionami.
Cisza dzwoniła
w uszach. Errian cofnął rękę, postąpił krok za siebie, jakby słowa upadłej
uderzyły w niego tak silnie, że aż stracił równowagę. Na jego twarzy
przerażenie wymieszało się z niedowierzaniem, przyglądał się jej pustym
wzrokiem, z trudem oddychając.
Powoli,
nieznośnie powoli do niego docierało, że każda szrama, jaką dostrzegł na jej
ciele, nie mogła być wynikiem zwykłego wypadku podczas walki. Przeklęci w końcu
sprawnie się regenerowali.
Lodowata
pustka w piersi pogłębiła się.
Chwycił Aithne
za ramiona i obrócił przodem do siebie, nie zauważając jej zmieszania oraz
zaskoczenia. Bez najmniejszego skrępowania chwycił jej nadgarstki, odciągając
ręce, którymi się obejmowała, od ciała, by mógł mu się dokładnie przyjrzeć.
Chciał jeszcze
raz zobaczyć te blizny, spojrzeć na nie ze świadomością tego, co mu
powiedziała. Przesunął palcami po pierwszej z nich, na brzuchu, ciągnącą się aż
na talię. Obok znajdowała się siatka mniejszych, bledszych, kolejna większa
zahaczała o pierś. Zmarszczył czoło, wędrując tym szlakiem z coraz większą
nerwowością.
Aithne
wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami, uniósłszy z niejakim
przestrachem ręce i czekając, aż Errian skończy to, co właśnie robił, cokolwiek
miało to na celu. Wyglądała na przestraszoną.
– Wszystkie? –
spytał z napięciem, mrużąc gniewnie oczy.
Upadła
odetchnęła z abstrakcyjną ulgą i potrząsnęła nerwowo głową.
– Głupi
jesteś, nie – parsknęła, siląc się na swobodny, trochę karcący ton.
Gdyby nie to,
że najważniejsza była dla niej teraz ta rozmowa, pewnie wpadłaby w panikę na
myśl, że ktoś mógłby wejść do pokoju i ich zastać.
– Tę mam po
atrakcjach w nawiedzonym domu – stwierdziła, wskazując bliznę, która musiała
znajdować się na udzie pod spodniami.
Errian milczał
niepokojąco długo, tym razem świdrując przerażającym wzrokiem jej twarz, jakby
oczekiwał, że Aithne przyzna się do kłamstwa.
– Wszystkie
oprócz tej? – odezwał się znów takim tonem, że najpewniej żadna odpowiedź nie
mogła go zadowolić.
Upadła jednak
nie czuła strachu. Odwzajemniała jego spojrzenie swobodnie, dziwnie
rozluźniona, nawet uśmiechnęła się lekko. Podsunęła mu pod nos lewą dłoń,
unosząc kciuk, by zwrócił na niego uwagę.
– I… –
przerwała na chwilę, mrużąc oczy, by dojrzeć szramę w półmroku. – O, tej –
stwierdziła, wskazując bliznę w kształcie pierścionka. – Robiłam sobie kanapkę
po ciemku – wyjaśniła, wzruszając trochę niedbale ramionami.
Errian
spojrzał na nią zszokowany, wytrzeszczywszy oczy. Wreszcie jednak potrząsnął
lekko głową i przytaknął bez przekonania, wzdychając.
No tak, w
ciemnościach panikowała, pewnie trzęsły się jej ręce. Ale wolał nie wiedzieć,
jak mocno urąbała ten palec, że na Przeklętej została po tym blizna.
Odetchnął,
kładąc dłonie na jej ramionach, i delikatnie ją do siebie przyciągnął. Nim się
odezwał, spojrzał jej bardzo poważnie w oczy.
– Kto ci to
zrobił? – spytał spokojnie, ale tonem żądającym odpowiedzi.
W tym momencie
skuliła się, jakby ją uderzył, zrobiła się jeszcze mniejsza niż przed chwilą.
Uciekła przed nim wzrokiem, znów osłaniając się ramionami, pobłądziła
spojrzeniem po podłodze. Errian milczał, czekając, a kiedy delikatnie się od
niego oswobodziła, nie zatrzymywał jej. Tylko obserwował, jak sięgała po
bluzkę, naciągała ją przez głowę, skrzydła znikały, poddane działaniu broszki.
Przeszła na
bok i usiadła na najbliższym łóżku – chyba Anabde – po turecku. Zapatrzyła się
w swoje nogi, jakby były najciekawsze na świecie, jakby tylko one się liczyły.
Młody mag obrócił się za nią, ale nie ruszył się z miejsca, nadal się jej
przyglądając.
– Kiedyś,
zanim jeszcze się urodziłeś, była taka organizacja – odezwała się cicho, tonem
trochę jak bajarz, jakby chciała opowiedzieć mu bajkę.
Dziwnie się
poczuł, uświadamiając sobie, że Aithne chodziła po Lostarze jako dorosła
kobieta, gdy on jeszcze biegał po posiadłości rodziców i próbował chować się
przed domowymi nauczycielami.
– Za cel
obrała sobie wytępienie wszystkich Przeklętych, bo według nich zagrażaliśmy
Lostarowi – ciągnęła, mnąc w palcach pościel. – Moja rodzina stała się celem –
stwierdziła i spojrzała na niego przelotnie. – Przeżyłam tylko dlatego, że
wyszłam wtedy na spacer. Spalili ich żywcem magicznym ogniem – dodała ciszej i
urwała gwałtownie.
Errian
dostrzegł w jej oczach pustkę, jak gdyby przypominała sobie to wydarzenie
tysięczny raz z rzędu, jakby jego obraz wyrył się w jej pamięci z fotogeniczną
dokładnością. Uzmysłowił sobie z pewnym przerażeniem, jakie koszmary nękają ją
nocą.
– Kiedy
przybiegłam, nie było co zbierać – kontynuowała, odetchnąwszy głęboko, jakby
szykowała się do skoku na głęboką wodę. – Znalazłam tylko Ashar’carrego –
mruknęła, spojrzeniem odruchowo wędrując do swojego łóżka, gdzie pod poduszką
trzymała osłonę z ukochanym, potężnym mieczem.
Errian
popatrzył w tę samą stronę, przekrzywiając lekko głowę. Zatem broń była jakby
ostatnią pamiątką po rodzinie – stąd taka silna więź łącząca Aithne z ostrzem.
Oczywiście dochodziły do tego też inne czynniki, ale wydawało się mu, że to
najistotniejszy.
– Byłam w
panice – podjęła wątek drżącym głosem, jakby zbliżała się do partii, która
sprawiała jej więcej bólu. – Uciekłam do mojego jedynego przyjaciela, Da…
Darrena – zająknęła się, kuląc się na łóżku jak zbite zwierzątko. – Ukrył mnie
przed rodziną i całą wioską, a żebym mogła normalnie funkcjonować w jego
świecie, dał mi… – urwała gwałtownie, na oślep odszukując dłonią broszkę.
Odpięła ją od
bluzki i bez słowa wyjaśnienia podała Errianowi, nie patrząc na niego. Mag
sięgnął po biżuterię niepewnie, nagle oszołomiony tym, jak wielkie musiała mieć
dla Aithne znaczenie – coś, co dostała od pierwszego przyjaciela, od kogoś, kto
był przy niej, kiedy cały świat zwalił się jej na głowę. To nie był tylko
magiczny artefakt, to był prawdziwy skarb, którym podzieliła się z nim.
Zrozumiał,
dlaczego tak bardzo uważała na spinkę, dlaczego tak często, w stresie, po nią
sięgała, uspokajała się jej dotykiem. A potem przypomniał sobie, jak bez
wahania cisnęła biżuterią o kamienie w Perrianie, by rzucić się za nim w
przepaść.
To, co stało
się z jego żołądkiem, było trudne do zdefiniowania. Zacisnął palce na broszce i
przesunął po niej kciukiem, czując rysę, która zrobiła się przy upadku.
Przyjrzał się czarnemu kwiatu na szmaragdzie i powoli uniósł wzrok na Aithne.
Nagle
wszystkie wątpliwości zaczęły znikać, a kawałki skomplikowanej układanki
odnajdywały stopniowo swoje miejsce.
– Podobno po
jego babci – mówiła dalej, wzruszywszy ramionami. – Był strasznie dumny, że
mógł mi pomóc – dodała cicho, uśmiechając się bez wesołości, ot, uniosła
bezuczuciowo kącik ust. – Niedługo potem po mnie przyszli – szepnęła.
Odwróciła
wzrok, milknąc. Errian nie chciał jej poganiać, zamiast tego podszedł niepewnie
do łóżka, na którym siedziała, i usiadł obok niej, jednak w pewnej odległości,
by nie przytłaczać jej swoją obecnością. Obrócił broszkę w dłoni, powstrzymując
chęć poznania jej magicznych właściwości.
W chwili,
kiedy poznał jej historię, stała się dla niego dziwną świętością. Fragmentem
duszy Aithne. Coś takiego nie mogło być badane naukowo dla suchego poznania
parametrów. Zerknął na złożone na plecach upadłej skrzydła i położył biżuterię
między nim a Przeklętą.
– Zabili go na
moich oczach – wychrypiała wtedy, zapatrując się przed siebie pustym wzrokiem;
mag drgnął, obracając do niej twarz. – Sparaliżowało mnie, nigdy nie widziałam
śmierci.
Uniosła dłonie
i spojrzała na nie z przerażeniem, jakby dostrzegała na nich niewidoczną dla
Erriana krew. Powstrzymał chęć zareagowania, czekając w napięciu.
– Mogli mnie
wtedy zarżnąć – podjęła pustym, zmienionym głosem. – Może byłoby tak lepiej.
Ale Ashar’carre zdecydował inaczej i poprowadził moje ręce. – Jej dłonie
drgnęły nerwowo, jakby chciały zacisnąć się na rękojeści miecza. – Zabiłam ich
wszystkich. Pierwszy raz w życiu. Byłam cała we krwi, miałam czerwoną skórę,
twarz, krew była nawet pod paznokciami. Zabiłam wszystkich – powtórzyła jakby w
histerii, jej ciałem wstrząsnął dreszcz przerażenia oraz obrzydzenia. – Nie
mogłam już nawet znaleźć ciała Darrena pod trupami. Uciekłam – dokończyła,
powoli opuszczając ręce.
Errian
obserwował ją, nie mając pojęcia, jak powinien zareagować. Poczuł się tak,
jakby położona na pościeli broszka stworzyła między nimi twardy, niemożliwy do
przebycia mur, jakby sam się od niej, zupełnie bezwiednie, odgrodził.
– To było…
jakbym przestała istnieć – odezwała się niespodziewanie, usłyszał znów gorycz;
wyprostowała się sztywno, przekrzywiając jakby w transie głowę. – Nie było już
mnie, małej Aithne. Stałam się tym – dotknęła swojej klatki piersiowej – a
nawet jeszcze nie – dodała z dziwnym, niepokojącym uśmieszkiem. – Nie wiem, kim
wtedy byłam – przyznała, garbiąc się lekko. – Kimś lepszym niż teraz, ale
gorszym niż na początku.
Zamilkła na
kilka sekund, oddychając ciężko.
– Ruszyłam ich
zabić – wyrzuciła z siebie niemal z obrzydzeniem.
Errian
obserwował ją w napięciu, marszcząc z troską czoło. To, co widział w jej
oczach, jakie zmiany tam dostrzegał, to wszystko go przeraziło.
Ale nie ona.
Ona go nie przerażała, z czego sama chyba nie zdawała sobie sprawy.
– Szukałam.
Wszędzie. Walczyłam, mordowałam, ale nadal… nie przekroczyłam granicy –
przyznała i popatrzyła na niego przelotnie, jakby go tak naprawdę nie widziała.
– Nadal była we mnie przynajmniej zemsta. Walczyłam tak, jak należało walczyć,
honorowo – ciągnęła, zamknąwszy oczy. – Całe poprzednie życie uczyłam się walki
mieczem, potem musiałam dołożyć do tego tylko zabijanie. I wtedy… wtedy
znalazłam – wychrypiała.
Granatowe oczy
stały się duże i okrągłe, zajaśniała w nich pustka, przerażenie, zagubienie.
Gwałtownie się skuliła, jej ciało zadrżało niekontrolowanie, otoczyła głowę
ramionami, jakby chciała uciec, zniknąć, schować się, cokolwiek.
Erriana uderzył
niepokój, od którego aż wstrzymał oddech. Bał się ruszyć, widząc ją w takim
stanie, ale wreszcie wyciągnął rękę i niepewnie dotknął jej ramienia. Nie
zareagowała.
Poczuł, jak
mięśnie napinają się pod jego palcami, jakby chciała uciec. I wtedy odsłoniła
oczy, unosząc głowę, na jej twarzy malowały się trudne do zdefiniowania
uczucia.
Strach,
niepewność, dziwna nieobecność, jakby przeniosła się do świata wspomnień.
Spojrzenie natomiast wyrażało pustkę.
Otworzyła
usta, zająknęła się i zaczęła mówić.
Zeskoczyła na ziemię i poprawiła osłonę
wiszącą przy pasie, rozglądając się po ciemnej ulicy czujnie. Wokół nie było
żywej duszy, stary, duży budynek stał na granicy opuszczonej dzielnicy, niczym
słup wyznaczający koniec zamieszkanej części miasta. W ten sposób lokatorzy
mogli liczyć na spokój na swych włościach, ale nie wzbudzali podejrzeń przebywaniem
w pustej części domostw. Sprytne. Ale nie wystarczająco, nie na tyle, by uśpić
jej czujność oraz ją zmylić.
– Muszą tu być – mruknęła pod nosem, kładąc
dłoń na rękojeści Ashar’carrego, co dodało jej otuchy.
Nie bała się, oczywiście, że się nie bała. Jeśli
potrafiła zabić całą ich grupę tyle lat temu, to tym bardziej poradzi sobie
teraz. Nie wątpiła, nie zamierzała się wycofać.
Cały ten czas tropiła, śledziła, węszyła,
zbierała informacje, eliminowała niewygodnych świadków. Wszystko po to, by tej
nocy stanąć pod ich drzwiami, wejść tam i ostatecznie wszystko skończyć. Nic po
tej organizacji nie zostanie. Zetrze ich w pył.
– Widzę ten cholerny herb – dodała,
zawieszając na kilka sekund wzrok na niedużym, ledwie widocznym w ciemnościach
rysunku na drzwiach.
Właściwie ktoś po prostu wyrył w drewnie
kontury – w pustce wisiał miecz o najprostszym możliwym wykonaniu, ostrzem do
dołu, a wokół niego oplatała się kwitnąca róża. Aithne doskonale wiedziała, że
w rzeczywistości kwiat miał czarne płatki, broń natomiast szkarłatną klingę,
tutaj jednak nie dało się pokazać kolorów.
Obróciła głowę do stojącej obok siwej
klaczy, kiedy zwierzę skubnęło rękaw jej bluzki, zwracając na siebie uwagę
dziewczyny.
To nie jest
dobry pomysł, Ai, stwierdziła twardo Faryale, tuląc z
niepokojem uszy. Nie możesz iść tam sama, to nie jest podwórkowy gang
podlotków.
– Mierzyłam się z bardziej wymagającymi
przeciwnikami – parsknęła upadła, wzruszając niedbale ramionami. – Nawet się
mnie nie spodziewają. Do rana skończę całe to polowanie, zobaczysz – dodała z
zacięciem, na jej ustach zabłąkał się triumfalny uśmiech.
Ruszyła raźnym krokiem do drzwi, ale klacz
wyciągnęła za nią łeb i chwyciła zębami tył koszulki właścicielki, zatrzymując
ją. Przeklęta syknęła zirytowana, miażdżąc wierzchowca wściekłym spojrzeniem.
Nie
bagatelizuj tego przeciwnika!, żachnęła się Faryale, jej oczy błysnęły
złością, kiedy wpatrywała się w przyjaciółkę. Naprawdę muszę ci
przypominać, że zabili twoich rodziców w przeciągu niecałych piętnastu minut?
Nie powiesz mi chyba, że nie było z kim się w tym przypadku mierzyć, dodała
z ironią, kładąc uszy po sobie tak mocno, że aż zniknęły pod srebrnawą grzywą.
– Zaatakowali ich z zaskoczenia! – warknęła,
z trudem opanowując głos, by tego nie wykrzyknąć. – Teraz ja zastanę ich w tej
norze, wyrżnę ich we własnych łóżkach. Zobaczysz. To będzie rzeź, nie walka –
syknęła, ciemne oczy rozbłysły obłędem.
Aithne,
błagam, posłuchaj mnie!, jęknęła Faryale, kiedy upadła oswobodziła
się z uścisku jej zębów i ruszyła śmiało do drzwi, krokiem tak pewnym siebie,
jakby potyczkę już wygrała i teraz zmierzała po nagrodę.
– Nie histeryzuj. Wrócę przed świtem –
oznajmiła niedbale Przeklęta, wzruszyła ramionami i położyła dłoń na klamce,
przystając. – Lepiej wymyśl, dokąd się udamy, jak już to zakończę – dodała,
błysnęła zębami w uśmiechu, a potem otworzyła drzwi i weszła do środka.
Faryale została na pogrążonej w nocy ulicy,
wpatrując się w budynek w napięciu, chłodny wiatr poruszał jej długą grzywą
oraz ogonem, przeplatając je niewidzialnymi palcami. Klacz rozdęła chrapy,
chłonąc napływające zewsząd zapachy, po czym opuściła nisko łeb, tuląc uszy.
Obyś miała tym
razem rację, maleńka.
Było cicho. Podejrzanie cicho.
Szła ostrożnie korytarzami, cała napięta, w
ciągłej gotowości, czuła na każdy szmer, każde poruszenie, zaciskając dłoń na
rękojeści Ashar’carrego. Nikogo nie spotkała. Kluczyła w budynku już od
kilkunastu minut, oddychając nadzwyczaj ostrożnie, a na nikogo się nie
natknęła. Sypialnie były puste, na posłaniach nikt nie spał, jakby wszyscy
gdzieś zniknęli. Może to zły adres? Może trop prowadził w ślepą uliczkę?
Nie, to niemożliwe. Nie mogła się pomylić.
Najpierw przetrząśnie cały ten dom, a jeśli
kogokolwiek odszuka, zarżnie na miejscu. Na pewno chociaż jeden członek
organizacji tu przebywał, nie wyruszyli wszyscy w teren jednej nocy. Po prostu
nie szukała wystarczająco dokładnie – musiała sprawdzić wyższe piętra,
zdecydowanie.
Przemknęła po schodach cicho, stawiając
stopy tak, by stopnie nie trzeszczały. Nim skręciła w kolejny korytarz,
pogłaskała przypiętą do płaszcza broszkę. Mimowolnie się uśmiechnęła i
pewniejsza siebie wkroczyła w ciemność nieoświetlonego pomieszczenia, gotowa na
zmierzenie się z każdym przeciwnikiem.
Najpierw poczuła otumaniające uderzenie w
tył głowy, przed oczami zatańczyły jej czarne plamy. Poleciała bezwładnie w
przód, jednak zdołała zachować przytomność oraz odzyskać równowagę. Gwałtownie
dobywając Ashar’carrego, pokręciła głową na boki, rozpaczliwie próbując
dostrzec przeciwnika, ale mrok był zbyt gęsty. Ledwo widziała dłoń trzymającą
rękojeść miecza. Z jej gardła wyrwał się groźny warkot; skoczyła.
Coś trzasnęło w powietrzu i po chwili
poczuła piekący ból nadgarstka. Twardy rzemień owinął się mocno wokół jej ręki,
wyrywając broń z uścisku – szarpnęła się rozpaczliwie, po czym spróbowała linę
zerwać drugą dłonią, ale wtedy i lewy przegub został pochwycony. Aithne
wytrzeszczyła zdumiona oczy i napięła mięśnie, pospiesznie szacując, czy
fizycznie zdoła się oswobodzić.
Uznała, że nie ma czasu na głupią zabawę,
przymknęła powieki i w ułamku sekundy uwolniła potężną falę ponurej, ciężkiej
magii – która nigdy nie wydostała się z jej ciała. Upadła wrzasnęła
rozdzierająco, kiedy rzemienie rozpaliły się niczym rozgrzane do czerwoności
żelazo, wpalając się oszałamiającym bólem w jej ciało. Nogi się pod nią ugięły,
ale duma nie pozwoliła upaść. Zamroczona doznaniami spróbowała raz jeszcze, tym
razem ze słabszym uderzeniem magii.
Ta sama kara spadła na nią niczym grom z
jasnego nieba, na chwilę sprawiając, że straciła poczucie rzeczywistości. Kiedy
otworzyła oczy, odkryła, że leży na podłodze, a w zasięgu jej wzroku znajduje
się porzucony Ashar’carre. Postanowiła sięgnąć po niego oplecioną,
zmaltretowaną ręką, ale jak tylko nią ruszyła, dłoń przebiło na wylot cudze
ostrze.
Kolejny wrzask przeciął ciszę, jednak nie
zdążył rozbrzmieć do końca. Aithne poczuła silne uderzenie w twarz, splunęła
krwią i przetoczyła się bezwładnie po podłodze, sprawdzając przegryzionym
językiem, czy ma wszystkie zęby. Następny cios spadł na nogę – ostrze rozcięło
ciało od kostki aż po biodro, rozrywając jednocześnie spodnie. Upadłej
zakręciło się w głowie, kiedy gorąca krew zwilżyła skórę; spróbowała się
podnieść, by podjąć kolejną walkę.
Następny rzemień trzasnął w powietrzu i
oplótł się wokół gardła Przeklętej, ciągnąc ją gwałtownie w tył. Charknęła,
dusząc się, kopnęła dziko nogami i wywróciła oczami – nic to nie pomogło, dalej
sunęła po podłodze, łapiąc coraz mniej powietrza.
Wreszcie wbiła paznokcie w deski i, zadrapując
drewno, wyhamowała, nawet nie czując bólu wywołanego wbitymi w palce drzazgami.
Poderwała się gwałtownie i wtedy poczuła zagłębiające się w brzuchu ostrze
miecza. Stęknęła, zamierając.
W ciemności dostrzegła subtelny blask oczu,
usłyszała oddech, oprawca chyba się uśmiechnął. A kiedy wyszarpnął z niej broń,
ona opadła na kolana, otoczona salwą szyderczego śmiechu dobywającego się z
dziesiątek gardeł. Zakręciło się jej w głowie; była zbyt oszołomiona porażką,
by zwracać uwagę na ból. Rąk już nie czuła.
– Witaj w swojej śmierci, potworze –
wychrypiał niski, basowy głos mężczyzny, który usłyszała pierwszy raz w życiu.
Wyszczerzyła zęby i szarpnęła się ostatkiem
sił, by skoczyć w stronę nieznajomego i zabić chociaż jego. Liny, które ją
trzymały, rozbłysły oślepiającym srebrnym światłem i gwałtownie oddały pobraną
z ciała upadłej magię, aż przypalając jej skórę.
Wrzask był tym razem tak głośny, że rozdarł
ciszę nocy także na zewnątrz, płosząc kręcące się w pobliżu nietoperze.
W ciemność pchnął ją ból, z ciemności wyrwał
także ból.
Otworzyła oczy, kiedy czaszkę przeszył
nieprzyjemny prąd, spróbowała unieść głowę, ale wtedy uderzenie się ponowiło.
Stęknęła i spróbowała się poruszyć, jednak odkryła, że ledwie czuje swoje
ciało. Kolejne łupnięcie w głowę, znów przymknęła powieki.
Trochę to trwało, nim zrozumiała, że
ciągnięto ją gdzieś po schodach, nie przejmując się tym, że obijała się
bezwładnie o stopnie. Przyjęła te doznania z pewną ulgą, bo kolejne dawki bólu
utrzymywały ciało w słodkim odrętwieniu – bała się tego, co poczuje, gdy to
minie.
Ktoś, kto ciągnął ją w ciemność, nagle się
zatrzymał, chwycił ją za włosy i szarpnął do góry, unosząc prawie na wysokość
swojej twarzy. Z gardła upadłej wyrwał się żałosny jęk, skrzywiła się i
spróbowała spojrzeć nieznajomemu w oczy, ale ich nie widziała. Z trudem złapała
powietrze, próbując rozluźnić napięte w panice mięśnie.
Zapomnij o bólu, zapomnij, zapomnij, zaraz
się uwolnisz.
Usłyszała zadowolony rechot, potem dźwięk
rozdzieranego materiału. Ostrze przeszło nie tylko przez bluzkę, ale też przez
jej ciało, orając pół boku oraz spory fragment brzucha. Zaskomliła cicho, zaraz
przygryzając ze złością język – nie pokazuj swojej słabości! Potem szarpnęło,
ręka z włosów zniknęła, a ona runęła bezwładna na coś twardego. Uderzyła
ramieniem o zimną ścianę i osunęła się na kamienie posadzki.
Dłuższą chwilę nic się nie działo, dlatego
ostrożnie spróbowała rozeznać się w swojej sytuacji. Poruszyła rękoma – były
skrępowane. Oparła się na murze i uniosła się po nim, by, jeszcze zgięta w pół,
zaryć głową w sufit. Opadła na kolana i przesunęła się w bok. Nie umiała
oszacować, jaką odległość przebyła, zanim uderzyła w ścianę, ale nie mogło być
tam więcej niż jeden metr. Skuliła się w swojej celi o kształcie kwadratu,
zastanawiając się, jakim cudem miała się uwolnić, skoro nie posiadała ani
magii, ani broni.
I wtedy w ciemnościach dostrzegła kontur
czyjejś ręki. Wytrzeszczyła przerażona oczy, kiedy złapano ją za nadgarstek i
przyciągnięto bliżej wyjścia z pułapki. Ostrze błysnęło i zatopiło się w jej
ramieniu, ból wygiął jej zmęczone ciało w łuk, wyrwał także zachrypnięty jęk z
gardła.
Klinga została z niej wyszarpnięta i z
wyczuciem rozcięła skórę na wysokości obojczyków, na tyle, by pociekła krew,
ale nie za głęboko. Aithne nie miała odwagi się ruszyć, kiedy ramię – jedyne,
co z oprawcy widziała w tym oświetleniu – rysowało na jej ciele szkarłatną
mozaikę.
–
Powiesz wszystko – usłyszała pełen triumfu głos. – O nich.
– Nie wiem… – zaczęła spłoszona, otwierając
szerzej oczy.
Ostrze zatopiło się w jej biodrze,
szczerbiąc kość. Upadła zawyła i szarpnęła się, co tylko pogorszyło ból;
zacisnęła zęby i wciągnęła gwałtownie powietrze ze świstem, walcząc z samą
sobą.
– Nic wam nie powiem – warknęła zatem,
postanawiając się im stawiać choćby do końca świata; a przynajmniej do momentu,
kiedy wymyśli, jak się uwolnić.
– Mamy czas.
Znów chwycono ją za włosy, odchylono
brutalnie głowę i przeciągnięto sztyletem po gardle, ale na tyle umiejętnie, by
go nie poderżnąć, jednak żeby bolało. I żeby była krew, dużo krwi.
Aithne zakrztusiła się, już prawie nie
czując bólu nerek, kiedy kopnięto ją z całej siły w plecy, by potoczyła się
głębiej do celi.
Skuliła się na posadzce i obiecała sobie, że
wytrzyma. To nie mogło trwać długo. Zaraz wymyśli, jak uciec, i się oswobodzi.
Wydawało się jej, że nauczy się rozpoznawać,
kiedy przychodzą.
Straciła poczucie czasu, nie wiedziała, jak
długo siedziała w zamknięciu, w idealnych ciemnościach, dlatego skupiła się na
oczekiwaniu nadejścia oprawców. Po każdej wizycie zostawiali ją na trochę samą,
by rany się zregenerowały – jednak często zadawali ciosy w te same miejsca,
przez co świeżo zrośnięta skóra znów była rozrywana. Aithne zaczęła
podejrzewać, że nabawi się pierwszych w życiu blizn.
Teraz znów ją zaskoczyli. Złapali ją za
włosy i pociągnęli bezwładną oraz osłabioną po posadzce; nawet się nie
szarpała, starając się bronić przed ciosami. Ostrze jednak zadawało rany zbyt
szybko, tak szybko, że nie nadążała ze skupianiem się na rzucanych przez
mężczyzn pytaniach.
Chcieli wiedzieć, gdzie są Przeklęci. Nie
miała czasu wychrypieć, że nie wie.
– Bezużyteczne ścierwo – warknięto w końcu
nad jej głową, znów rozcinając wewnętrzną stronę uda. – Myślisz, że kiedy
będziesz ich kryła, to ich uratujesz?
Resztkami świadomości kopnęła powietrze,
chcąc trafić w któregoś oprawcę; zabrakło jej szczęścia, brakowało jej bardzo
dużo szczęścia. To tylko rozjuszyło kata, rozległ się metaliczny brzdęk –
odrzucił broń, wyjątkowo nie w nią, ale gdzieś na bok.
– Suko – rozległo się przez zaciśnięte zęby.
Potem złapano ją pod ramiona i uniesiono.
Nie zdążyła napiąć mięśni i podeprzeć się nogami, bo oto czyjaś stopa runęła na
jej piszczel. Rozległ się trzask łamanej kości, ale odgłos utonął w
zachrypniętym, pełnym bólu wrzasku Aithne. Druga noga skończyła tak samo,
jednak jeden koniec kości przebił skórę.
– Szlag, to się nie zregeneruje –
wymamrotano ze złością; za karę, że to się stało, otrzymała siarczysty
policzek, tylko czym to było w obliczu całego tego bólu?
To samo musiał pomyśleć kat, bo jeszcze na
wszelki wypadek wbił sztylet niezbyt głęboko u dołu jej piersi i przeciągnął
ostrze aż do biodra po przeciwnej stronie, żeby krew ładnie rozlała się po
skórze.
Tymczasem prymitywnie i niedbale naprawił
błąd w swej sztuce, ustawiając kość na tyle, by się mogła zrosnąć. Aithne
milczała, głowa zwisała jej bezwładnie na piersi, łzy cieknące po policzkach
rozrzedzały krew pokrywającą jej twarz. I całe ciało, cała była w skrzepach,
posadzka celi była w skrzepach. Wszystko było w skrzepach. Tonęła w krwi, dusiła
się nią, dławiła się, umierała na nowo i na nowo.
Rzucono ją jak szmacianą lalkę, kopnięcie
tym razem trafiło w tył głowy. Uderzyła twarzą w bruk i złamała sobie nos, ale
sił starczyło jej tylko na głuche stęknięcie. Nawet nie wycofywała się pod
tylną ścianę celi. Nawet nie drgnęła. Znieruchomiała na posadzce i zaczekała na
śmierć, ta jednak nie przyszła.
Postanowiła zatem czekać na przypływ nowych
sił, by mogła ich wszystkich pokonać. Tak, jak to sobie kiedyś zaplanowała.
Uniosła słabo powieki, słysząc ciche
skrzypnięcie zawiasów. Spokojnie zaczekała, aż sięgnęły po nią czyjeś ręce,
dała się pociągnąć po ziemi, odrętwiała oraz bezwładna. Puszczono ją, więc
osunęła się na posadzkę, twarde kamienie niemalże raniły drżącą, napiętą skórę.
Chyba nie istniał taki skrawek jej ciała, który nie został zraniony.
Podciągnęła słabo kolana pod siebie, zamykając znów oczy.
Nie było żadnej różnicy, ciemność wdzierała
się do jej umysłu i spowijała go grubą, morderczą chmurą. A może już oślepła i
na zawsze zostanie uwięziona w mroku.
Nie słuchała padających słów, nie zwracała
uwagi na ciosy, wiedząc, że w końcu to się skończy. Czasami z jej gardła
wyrywał się jęk, czasami krzyk, niekiedy ciało drętwiało, wstrząsane lodowatymi
dreszczami. Ale nie skupiała się na kaleczącym ją ostrzu, co wyraźnie
rozjuszyło oprawców.
Unieśli ją za ramiona i przytrzymali
bezwładną rękę. Wystarczyło kilka sekund, by sprawnie wyłamali palce najpierw u
jednej, potem u drugiej dłoni, czym udało się im wydobyć z niej bolesny skowyt.
Puścili znów, dlatego upadła, a to zabolało
jeszcze bardziej. Spróbowała ułożyć ramiona tak, by miały jak najmniej kontaktu
ze śliską od jej krwi posadzką. Zaraz powinno się to skończyć. Za moment.
Jeszcze trochę.
– Dalej, kurwo, gadaj! – ktoś ryknął nad jej
uchem.
Zadudniło jej w głowie, ale nawet się nie
ruszyła, w duchu prosząc, by zadał już ten cios, jaki miała otrzymać, i by znów
wrzucili ją do klatki.
Nic jej nie obchodziło. Ani życie, ani
śmierć, ani upływający czas. Nic. Nie chciała nawet pomocy, zastanawiając się,
jak mogłaby po tym wszystkim funkcjonować. Czy to w ogóle możliwe. Czy
kiedykolwiek ją wypuszczą. Może zostanie tu już na zawsze jako ich zabawka.
– Jak nie chcesz po dobroci…
W ogóle nie chciała. Nie wiedziała, czego od
niej oczekiwali – prawdopodobnie sami zapomnieli, ale ciągnęli to dlatego, że
im się podobało. Bo mieli przewagę nad czymś potężniejszym od ich rasy, bo
decydowali o czyimś życiu i śmierci, bo była przy nich żałosna.
Zabrali jej broń. Zabrali magię. Zabrali
wolność. Niewiele już pozostało.
Kiedyś, między jednymi odwiedzinami a
drugimi, pomyślała o Faryale. Miała nadzieję, że klacz odszukała nowego
towarzysza wędrówek. Wspomnienie przyjaciółki zabolało jednak tak potwornie, że
nawet ciosy ostrzem nie mogły zagłuszyć tego doznania. Więcej Aithne o niej nie
myślała.
Poczuła mocną dłoń na włosach, pociągnięto
ją w górę; bezwładna poddała się sile i pozwoliła się brutalnie przytrzymać,
potem wykręcić sobie brodę. Słabo uchyliła powieki, dostrzegając błyszczące w
dzikim uśmiechu zęby oprawcy. Trzymał coś.
Wtedy jego palce wbiły się w jej policzki,
zmuszając do otworzenia ust – nie walczyła specjalnie, ale kiedy wlano jej
gęsty płyn do gardła, zakrztusiła się i zaczęła pluć.
Po chwili, gdy puścił ją na posadzkę,
zadrżała i zwymiotowała. Jej żołądek nie nawykł do tak dużych dawek płynów czy
jakiejkolwiek treści do trawienia, dlatego zareagował nader gwałtowną obroną.
Usłyszała warknięcie pełne obrzydzenia,
otrzymała kop w brzuch i potoczyła się bezwładnie po ziemi. Zatrzymała się
dopiero na ścianie celi i znów się skuliła, zapadając z powrotem w odrętwienie.
– Może to cię przekona.
Nie zrozumiała, co miał na myśli, dopóki
paraliżujący, nieludzki ból nie dopadł jej wnętrza, jakby to, co w nią wlano,
zamierzało wypalić ją od środka.
Usłyszała oddalające się kroki, dźwięk
jednak szybko utonął w jej zwierzęcym skowycie.
Życie skurczyło się do chwil, kiedy
pozostawała świadoma, oraz do tych, kiedy świadomość ją opuszczała, by w
słodkiej nicości się regenerowała.
Szacowanie, jak długo siedziała w ciasnej
klatce, było bezsensowne – musiała się z tym pogodzić i tak się stało. Niestety
odrętwienie postanowiło ją opuścić, ponieważ ciało znalazło się na krawędzi
wytrzymałości; trudno się temu dziwić.
Wszystko bolało podwójnie. Wszystko
przerażało potrójnie. Wszystko odczuwała tysiąckrotnie. Gdy tylko słyszała
kroki, wpadała w panikę, gdy starczało jej sił, miotała się po swojej celi,
próbując uciec. Zamieniała się w zaszczute zwierzę, ale nawet duma nie mogła
jej od tego uratować. I nawet nie liczyła na to, że ją zabiją – chcieli
usłyszeć, gdzie jest miasto Przeklętych, podczas gdy ona, teraz nawet skłonna
im to zdradzić, byle skończyć cierpienie, nie miała pojęcia, gdzie tego miejsca
szukać.
Podczas kiedy ciało umierało milion razy,
raz za razem, jakby w nieprzerwanym, podłym cyklu, jej umysł nadal się trzymał.
Walczył. Zdarzały się chwile jasności, gdy opracowywała plan ucieczki. Potem
wszystko waliło się w gruzy, ale znów próbowała. Złamano ją ostatecznie przy
tysięcznych chyba odwiedzinach – nawet ich nie liczyła.
Przyszli znowu, ich kroki wyrwały z jej
piersi przerażony skowyt. Rechot zadudnił w uszach; chwycili ją i wyciągnęli z
klatki, szarpiącą się oraz skamlącą. Dziś walczyła jeszcze bardziej zacięcie
niż do tej pory, nawet bardziej niż na początku. To ich zdenerwowało, dlatego
cisnęli nią o ścianę. I jeszcze raz. I kolejny.
Potem zaczął się typowy rytuał, od którego
jej ciało wpadło w niekontrolowane drgawki. Znów tarzała się w krwi, czołgała
się w niej, żałośnie próbując uciec od znienawidzonych dłoni, od ostrzy,
czasami od broni palnej.
Kiedy pierwszy raz jej użyli, nie znała tego
rodzaju orężu – szybko się z nim zaznajomiła od najmniej przyjemnej strony.
Pewnie nowość zbrojeniowa w wolnym świecie. Prawdziwym świecie.
– Uparta bestia.
Skuliła ramiona i zapiszczała jak kopane
szczenię, wierząc, że w końcu to się skończy. Nawet fizyczność Przeklętych
miała swoje granice – jej zdawało się, że przekroczyła ją tysiąc razy, gdy
torturowali ją z zatrważającą wprawą, znęcali się, czekali, aż zregeneruje
siły, a potem zaczynali od nowa. Musiała w końcu umrzeć. Już niedługo, na
pewno.
– Sama się o to prosisz.
Uniesiono ją za ręce – nie protestowała, bo
wiedziała, że to zaboli jeszcze bardziej. Nie wyobrażała sobie, by znieść
więcej bólu, dlatego zwisła bezwładnie w czyimś uścisku, zastanawiając się, co
tym razem. Próbowali na niej już chyba wszystkiego, każdy sposób maltretowania
ciała poznała na własnej skórze.
Wtedy rzucono ją na posadzkę tak, by
wylądowała na brzuchu. Przegryzła sobie język, dlatego stęknęła głucho i
wypluła trochę krwi. Czego znowu chcieli?
Lodowata dłoń zacisnęła się na jej skrzydle,
na siłę je rozkładając. Aithne zdrętwiała oszołomiona, napinając mięśnie,
nieczuła na ból, który wywołał wysiłek. Co wymyślili? Chyba nie…? Zadrżała i
spróbowała się oswobodzić, ale wtedy pierwszy cios siekierą runął.
Wrzasnęła i wierzgnęła, machając wściekle
wolnym skrzydłem. Z drugiego tryskała krew, plamiąc czarne pióra, które
szybowały dokoła w powietrzu, stapiając się z ciemnością. Złapano ją i
przytrzymano, antymagiczne powrozy zadrżały, potem rozjaśniły się srebrnym
światłem, zmuszając ją do posłuszeństwa.
Nic nie bolało bardziej niż odcinane
skrzydła. Nic nie mogło zagłuszyć tego cierpienia. I nie wiedziała, czy
głośniej wrzeszczało ciało, czy umysł.
Bardzo chciała wierzyć, że umarła.
Tym razem czekała.
Skuliła się w kącie swojej klatki i czekała,
kołysząc się w przód i w tył. Wiedziała, że przyjdą. Skrzydła znowu odrosły,
rany prawie się zagoiły. Zaraz się zjawią. Czuła ich zapach – mieszał się z
metalicznym odorem krwi, ale do niego już przywykła. Słyszała śmiech. Wiecznie
się śmiali. Była gotowa.
Przyjdą, by znowu ją zabić, zostawiając przy
życiu. To ich zabawa, ich rozrywka, ich sens istnienia. Nie umiała ich złamać.
Ją samą roztrzaskano. Przeszłość utonęła w ciemności, przyszłość została
zniszczona, teraźniejszość topiła się we krwi. Jej krwi. Niczego nie chciała.
Nie miała marzeń. Nie miała planów. Próbowała tylko uciec od bólu.
Zapomniała o zemście. O strachu. O
przyjaźni. O każdym uczuciu, które zawiodło ją prosto w pułapkę, prosto w
szpony jej katów.
Zapominała nawet o własnym człowieczeństwie.
Kroki. Zadrżała, mocniej obejmując
posiniaczonymi ramionami pokryte krwią nogi. Napięła mięśnie, choć wrzeszczały
z bólu. Podwinęła górną wargę, szczerząc zęby jak warczący, przerażony wilk, z
jej gardła wydobył się dziwny, naprawdę straszny dźwięk. Całkowicie zwierzęcy.
Zawiasy skrzypnęły. Skrzypiały zawsze. W
ciemnościach pojawił się kontur rąk, które po nią sięgnęły. Sięgały zawsze.
Otworzyła szerzej oczy, w których najpierw zajaśniała pustka, potem obłęd.
Dziki obłęd.
Coś w niej pękło. Pękło ostatecznie i
nieodwracalnie – przeważyła chęć śmierci. Ale nie zamierzała ginąć samotnie.
Zamierzała pociągnąć za sobą tylu katów, ilu tylko zdoła. Byle zginąć. Byle się
uwolnić od tego ciała. Od cierpienia. Od ciemności. Byle móc ostatni raz
rozłożyć skrzydła i poczuć na skórze wiatr, nie ostrze.
Odepchnęła się od ściany i chwyciła
wyciągniętą rękę, nie dbając o wrzynające się w nadgarstki liny. Zacisnęła na
niej palce, a potem rzuciła się w przód, wypychając mężczyznę z celi i po raz
pierwszy od niewyobrażalnie długiego czasu stanęła wyprostowana. Nie została
zdezorientowana zapomnianym uczuciem, podążyła za morderczym instynktem. Nie
myślała. Nie planowała. Po prostu łaknęła – krwi.
Przy odpowiednim natężeniu siły ręka
mężczyzny pękła niczym zapałka i Aithne nawet nie poczuła zatapiającego się w
ciele ostrza. Zaśmiała się ochryple, dziko, rozkoszując się ustępującymi pod
naporem palców kośćmi. Sięgnęła dalej. Chwyciła jego głowę i pociągnęła w bok,
uwolniwszy cały swój fizyczny potencjał. Zatrzymał się na ścianie – chrupnęło,
więc uderzyła w ranę i wbiła się w czaszkę palcami.
Zanosząc się obłąkańczym śmiechem, rozerwała
jego głowę na strzępy, fragmenty mózgu zostały na jej palcach. Usłyszała
krzyki, nawoływania, ostrzeżenia, także szczęk broni. Przeciągnęła dłońmi po
twarzy, dalej się zaśmiewając, potem syknęła, strosząc skrzydła. I znów
skoczyła, zupełnie na oślep.
Magiczny prąd rzucił ją na kolana,
przeturlała się po zbroczonej krwią posadzce. Ale to nie była jej krew, nie, to
nie jej, wreszcie! Oblizała pokryte posoką usta, zaśmiała się ochryple i
uniosła się na rękach. Liny jej nie zatrzymają. Myślą, że mogą ją kontrolować?
Że teraz mogą ją zatrzymać? Nie, nie mogą. Nic nie może. Odnajdzie śmierć,
tańcząc na ich trupach. Musiała ją znaleźć.
Uderzenie magii było potężne. Gdyby nie
zostało skupione na blokujących artefaktach, prawdopodobnie całe miasto
zamieniłoby się w gruzy. Albo nawet nie – fala zmiotłaby je z powierzchni
ziemi. Tymczasem tylko powrozy rozpękły się i zwęgliły, uwalniając ręce Aithne;
zaczęły już wrastać w skórę, dlatego gdy zostały unicestwione, zostawiły po
sobie krwawe, paskudne rany.
Zapadła cisza, podczas której upadła z
namaszczeniem unosiła ręce, przyglądając się wolności ze zdumieniem. Wyglądała
jak zaciekawione zwierzątko badające coś nowego, co pojawiło się w jego do tej
pory uporządkowanym świecie. Poruszyła palcami. Uśmiechnęła się. Ciszę rozdarł
niski, mroczny chichot.
Nie mieli czasu na reakcję. Rzuciła się na
nich jak wygłodniały wilk, gołymi rękoma rozrywała na strzępy, pomagając sobie
ścianami, które mogła wykorzystać. Taplała się w krwi, zlizywała ją z twarzy,
jej oczy błyszczały, z gardła ciągle wydobywał się śmiech, potworny, dziki
śmiech. Wnętrzności pokryły posadzkę, gdzie tak często tarzała się we własnej
krwi, dławiła się nią, czołgała się, żałośnie próbując uratować ciało. Teraz
nic nie miało znaczenia. Teraz uwalniała duszę, która lada moment także by
umarła.
Chwyciła pierwszą z brzegu broń i skoczyła
na schody, ruszając biegiem na spotkanie następnych wrogów. Wiedziała, że
będzie ich dużo, ale chciała znaleźć tego, który ją zabije. W tym celu musiała
zniszczyć każdego, kogo napotka, aż trafi na silniejszego. Tylko przez kilka
sekund mieli przewagę, gdy przyzwyczajone do mroku oczy spotkały się z
porażająco jasną ciemnością nocy.
Otrzymała kilka poważnych ran. Ale czym to
było w obliczu wiecznego odpoczynku, w obliczu śmierci, która zaraz ją
odnajdzie?
Głowa mężczyzny potoczyła się po podłodze,
zaraz dołączyły do niej ręce. Rozpadali się na kawałki na jej oczach i sama nie
wiedziała, czy to od broni, którą wymachiwała, czy od magii, która nadal
pozostawała na wolności. Nie myślała. Po prostu parła w przód, śmiejąc się
dziko, wywracając w ekstazie oczami i z radością tańcząc na krwi.
Fragment świadomości odzyskała, gdy w jednym
z pomieszczeń dostrzegła na stole lśniącą szmaragdową broszkę. Złapała głębszy
oddech i porwała skarb z blatu, nie wierząc, że znów ją trzyma. Dostała ją
pewna obca upadła od pewnego nieznajomego chłopca. A teraz ona, żądne krwi
zwierzę, obracała ją w palcach, przekrzywiając głowę. Wzrok padł na drewnianą
skrzynię.
Otworzyła wieko, pod spodem odkrywając
ukochany miecz. Obca upadła kochała pamiątkę po swojej martwej, obcej rodzinie.
Ona uśmiechnęła się dziko, zaśmiała się nisko i chwyciła oręż, z lubością
czując, jak dłoń idealnie spoczywa na rękojeści. Przywiązała broszkę tasiemką,
by jej nie zgubić.
Zawróciła, jeszcze bardziej podniecona
czekającą ją walką.
I gdy dziesiątki kolejnych ciał zostały
rozerwane na strzępy, rozniesione, unicestwione, znieruchomiała.
Patrzyła na drzwi. Zamknięte drzwi. Ręka
drgnęła; cała zadrżała, odetchnęła. W budynku nikogo nie zostawiła przy życiu.
Nikt jej nie zabił. Wynosiła na sobie krew wielu osób, które padły z jej ręki.
Uśmiechnęła się.
Położyła dłoń na klamce i nacisnęła ją,
popychając lekko drzwi. Uderzyło w nią świeże, tak obce powietrze, poczuła
wiatr na skórze, krew zaczęła szybciej schnąć. Postąpiła kilka kroków w przód,
patrząc, jak posoka dosłownie wylewa się przez próg i ścieka po stopniach.
Zabiła aż tylu? Fragment wnętrzności popłynął wraz ze szkarłatną rzeką, mijając
jej bosą stopę.
Zabawne. Wymordowała wszystkich. Zarżnęła
ich tak, jak to sobie zaplanowała.
Wydostała się ze znienawidzonego budynku,
przeszła kilka kroków po błotnistej ziemi – krew już w nią wsiąkała, w
rozmokniętej glebie zostały odciski jej stóp. Zatrzymała się po paru metrach i
odchyliła głowę, wielkimi ze zdumienia oczami zapatrując się w niebo.
Gwiazdy. Migotały gwiazdy. Księżyc częściowo
skrył się za ciemną chmurą. Nad dachami przeleciał czarny ptak. W oddali
rozległo się pohukiwanie sowy. Gdzieś kwitły kwiaty o intensywnym zapachu.
Upuściła miecz, osunęła się na kolana i
objęła ramionami nagie ciało, kuląc się nagle. Nocną ciszę rozdarł dziki,
wysoki, zwierzęcy skowyt, płosząc kilka śpiących ptaków oraz kołujące w pobliżu
nietoperze. Obudził mieszkańców najbliższych budynków.
I trwał, i trwał, jakby miał się nigdy nie
skończyć. Trwał, aż zabrakło jej tchu, a potem jeszcze trochę dłużej, póki nie
poczuła, że się dusi. Zadrżała, milknąc, smętne, poranione skrzydła opadły na
jej plecy.
Maleńka.
Kolejny dreszcz. Na oślep wyciągnęła ręce i
wczepiła się w srebrną grzywę, wtulając się w śnieżnobiałą szyję klaczy.
Faryale przygarnęła ją łbem, osłaniając od stojącego za nimi budynku.
I zapadła błogosławiona cisza.
– Pięć lat –
szepnęła.
Po tych
słowach umilkła, potok nieprzerwanych zdań się urwał, tylko ich oddechy mąciły
idealny spokój w pokoju.
Aithne
zgarbiła ramiona i skuliła się, unikając spojrzenia Erriana, ale on nie patrzył
na nią. Pusty wzrok zawiesił gdzieś przed sobą, pozwalając, by prawda odnalazła
swoje miejsce w jego umyśle i tam się zakorzeniła. By mógł w to uwierzyć, bo
nadal coś w nim sprzeciwiało się wizji, jaką nakreśliła upadła.
Poczuł, jak
przyspiesza mu tętno i sam nie wiedział, czy na ten moment ogarnął go strach,
czy wściekłość. Musiał przymknąć oczy, bo nieco go zamroczyło, pochylił głowę i
odetchnął głęboko, szukając w sobie opanowania. Zastanowił się, czy wyznanie
Aithne cokolwiek zmieniło. Jakkolwiek. Co on by zrobił na jej miejscu?
Pięć lat.
Kiedy obrócił
do niej głowę, nadal unikała jego spojrzenia. Była przerażona, drżała na całym ciele,
z trudem oddychała. Nie wiedział, czy to wpływ przywołanych wspomnień, czy może
obawy przed jego reakcją. Albo też samego faktu, że komuś to powiedziała, przed
kimś zdradziła swój największy błąd oraz to, czego nie mogła sobie wybaczyć.
Przyglądając się jej, dotarło do niego, że nienawidziła się za to, co z nią ta
niewola zrobiła.
Uśmiechnął się
łagodnie i ciepło, sięgając do jej policzka. Delikatnie uniósł jej głowę, by
musiała na niego spojrzeć, a kiedy uchwycił granatowe oczy, zapatrzył się w nie
intensywnie, ale nie karcąco. Odgarnął kilka kosmyków rudych włosów za ucho.
– Już dobrze,
Ai – mruknął tylko, zupełnie nie panując nad brzmieniem własnego głosu;
zadziały się z nim naprawdę dziwne rzeczy i nie miał pojęcia, jak określić ton,
którego właśnie użył.
Aithne
otworzyła szerzej oczy, jakby to proste zdanie ją zszokowało. Zadrżała
ponownie, nie odrywając wzroku od młodego maga, bezbrzeżne zdumienie ustąpiło
miejsca czemuś innemu.
Niewyobrażalnej
uldze, poczuciu, że nie musi się już bać. Nigdy więcej. Choćby cały świat się
walił, odnalazła swój mały azyl, gdzie się nie zgubi, gdzie nie zostanie
zraniona ani opuszczona. Jej usta zadrżały, po chwili wyginając się w
niepewnym, płochliwym uśmiechu.
To było tak,
jakby mogła już zapomnieć o wszystkich swoich zbrodniach, grzechach oraz
zdradach. Jakby nie musiała ich rozpamiętywać i obwiniać się o każdy popełniony
błąd, bo w jego oczach nie widziała wyrzutu, obrzydzenia ani nawet strachu.
Doskonale już wiedział, że gołymi rękoma zabiła tyle ludzi, że mogłaby, gdyby
chciała, zmieść z powierzchni ziemi miasto. A mimo to siedział tuż obok,
głaszcząc ją po policzku i uśmiechając się z nierozerwalnym uczuciem.
Kiedy on ją
akceptował, kiedy on jej wybaczył, kiedy dla niego wszystko było w porządku –
cały świat mógł się wypchać. Była idealna dla niego i tylko to się liczyło.
Skuliła się,
przez krótką chwilę walcząc ze łzami, ale nie poradziła sobie z ich ilością. Po
raz kolejny rozpłakała się przy nim jak małe dziecko i tym razem wcale się tego
nie wstydziła. Nie zamierzała uciekać, chować się, unikać go. Zrozumiała, że
teraz już nie było drogi odwrotu – zaufała mu najbardziej na świecie i
całkowicie się mu oddała. Mogła tylko wierzyć, że nigdy jej nie odrzuci.
Errian
westchnął cicho, ale zanim zareagował, Aithne objęła go mocno i wtuliła twarz w
jego ramię, zanosząc się rozrywającym jego serce na kawałeczki szlochem.
Przygarnął ją do siebie, zamykając w kurczowym uścisku ramion, i pozwolił
płakać, opierając policzek na rudych włosach. Nie zamierzał wypuścić jej z rąk,
póki się nie uspokoi, póki nie przestanie płakać, póki nie będzie dobrze.
– Już nikt cię
nie skrzywdzi – szepnął cicho, pochylając się nad jej uchem, by na pewno
usłyszała. – Nie pozwolę na to. Obiecuję – dodał, uśmiechając się blado, kiedy
podciągnęła pod siebie nogi, układając się na jego kolanach jak małe,
przestraszone dziecko, które szukało osłony przed wymyślonymi strachami.
Cisza się
przedłużała, ale nie miał nic przeciwko niej. Wsłuchiwał się w jej szloch,
obiecując sobie, że to ostatni raz, kiedy płacze, że już nigdy więcej do tego
nie dopuści.
Drżała już
mniej, rzadziej zachłystywała się powietrzem, uspokajała się. To przynosiło mu
ulgę, ale nadal gdzieś w środku coś bolało. Najbardziej chyba świadomość tego,
przez co przeszła, i tego, że nie było nikogo, kto by jej wcześniej pomógł.
Sama broniła się przed jakimkolwiek wsparciem, ale czuł się irracjonalnie
winny.
– Jestem
potworem – szepnęła wtedy drżącym głosem.
Drgnął i
delikatnie ją od siebie odsunął, by widzieć zalaną łzami twarz. Spróbował
otrzeć jej policzki z wilgoci, ale niekoniecznie się to udało, kolejne krople
stoczyły się ze szklistych, ciemnych oczu. Westchnął z lekką irytacją.
– Nie jesteś,
Ai – zaprzeczył miękko. – Ratowałaś się. W gniewie robimy wiele rzeczy, których
potem żałujemy, a wtedy chodziło o twoje życie. Nie jesteś potworem, słońce –
powtórzył, odgarniając włosy z jej twarzy.
Otworzyła usta
i zająknęła się, by coś jeszcze powiedzieć, ale nie pozwolił jej przytaczać
kolejne argumenty. Pochylił się i pocałował ją lekko, ot, musnął wargami,
skupiając jej myśli na sobie, żeby zapomniała.
Poza tym…
Silthe jeden wiedział, jak bardzo mu jej brakowało.
– Głuptas –
szepnął, tym razem całując ją w czoło. – Nie kłóć się ze mną, wiem lepiej –
dodał nieco groźniejszym głosem, uśmiechnął się i znowu otarł łzy z jej oczu.
– Przepraszam
– wymamrotała, już potulna opierając się o jego tors.
Pogłaskał ją
po włosach, nie odpowiadając. Nie było sensu ciągnąć tej dyskusji, zresztą
Aithne zabrakło argumentów. Wreszcie. Chyba nigdy się nie zdarzyło, by nie
wiedziała, co powiedzieć albo by przyznała komuś rację. Uśmiechnął się szerzej.
Nie wiedział,
ile tak siedzieli, ale w duchu dziękował towarzyszom, że nie zaglądali do
pokoju pań. Bał się, że gdyby ktoś wszedł, Aithne znów wpadłaby w panikę. Na
szczęście jednak wszystko było pod kontrolą, dlatego kiedy upadła rozluźniła
się w jego objęciach, a szloch ucichł już dawno temu, mógł powziąć jakiekolwiek
działania.
– Powinnaś iść
spać, późno się zrobiło – mruknął, przesuwając ręce tak, by móc ją podnieść.
Wstał z nią w
ramionach, nim zdążyła zareagować, i odkrył, że upadła jest zaskakująco lekka.
Przystanął, spojrzał ze zdumieniem na umęczoną twarz Aithne, zaraz jednak się
opamiętał i posłał jej uśmiech.
Bez
najmniejszego problemu przeniósł ją do jej łóżka, położył na materacu i
przykrył, nim zaprotestowała. Wyglądała na wyczerpaną, dlatego nie powinna mieć
problemów z zaśnięciem.
Kiedy jeszcze
poprawiał kołdrę, żeby dobrze dopasowała się do skrzydeł, Aithne uniosła dłoń i
dotknęła jego policzka. Errian zastygł, przenosząc wzrok na Przeklętą;
dostrzegł jej blady uśmiech, poczuł, jak jej ciepłe palce głaszczą go z
czułością. Doznanie było całkowicie dezorientujące, dlatego jeszcze chwilę stał
nieruchomo.
– Ja… –
zaczęła cicho i urwała, nagle spłoszona tym, co chciała powiedzieć.
Uśmiechnął
się. Ujął jej dłoń, pocałował ją i delikatnie odsunął od twarzy, układając z
powrotem na materacu.
– Wiem, Ai –
odparł spokojnie, nie chcąc, by zmuszała się do wypowiadania kolejnych trudnych
słów, w końcu padło ich dziś bardzo dużo.
Sięgnął po
broszkę, którą zostawili na poprzednim łóżku, wsunął ją pod poduszkę upadłej i
przysiadł obok niej, unosząc rękę. Zapatrzył się na swoje palce, odtwarzając w
myślach kilka wspomnień, a wreszcie nad jego dłonią pojawił się drobny płomyk.
Rozjaśnił ciemność i rzucił ciepłe światło na maga oraz upadłą.
– Umiesz? –
zdziwiła się cicho, uniósłszy brwi.
– Jestem
elementalistą – przypomniał nieco rozbawiony, obracając do niej twarz. – I
podpatrzyłem to u Larkina – przyznał uczciwie, lekko unosząc się z łóżka, by
sięgnąć po stojącą na stole świecę.
Przysunął
płomyk do knota, a ten momentalnie zapłonął. Errian przeniósł jedyne źródło
światła na szafkę nocną obok Aithne, z powrotem zajmując poprzednie miejsce.
Dostrzegł jeszcze pełen ulgi uśmiech upadłej, potem pozwolił jej wtulić się w
niego, by mogła spokojnie zasnąć i nie obawiać się, że dopadną ją tej nocy
koszmary.
Siedział tak
długo, aż usnęła. Jej spokojny, równy oddech wreszcie opanował bicie jego
serca, rozluźnił spięte mięśnie i rozjaśnił umysł. Kiedy poczuła się całkowicie
bezpieczna, spłynęła na niego ta sama ulga, co niezmiernie młodego maga
rozbawiło.
Postanowił
wyjść, nie chcąc denerwować pozostałych lokatorek, gdyby zamierzały niedługo
wrócić. Nim jednak podniósł się z łóżka i ruszył do drzwi, raz jeszcze spojrzał
na śpiącą Aithne, uśmiechając się do niej ciepło.
– Dziękuję –
szepnął, pochylając się i całując ją w policzek.
Dopiero wtedy
wyszedł, zamknął za sobą cicho drzwi i skierował się do pokoju dzielonego z
resztą panów.
Uśmiechnął
się.
Przez chwilę miałam łezkę w oku O.o Ja. I łezka. Em... dziwne.
OdpowiedzUsuńI odkryłam częściową inspirację w środku tekstu piosenką Tarji Turunen "Damned and Divine", a gdzieś jeszcze Epiką XD Nie wiem gdzie, ale gdzieś się natknęłam na podobnie brzmiące wersy XD I się domagam umieszczenia Damned w ścieżce. I "Storm the Sorrow" Epiki <3 To mi tak pasuje, że aż dziwne <3
No, ogółem... czułam się dziwnie czytając ten fragment po tej płomiennej ankosherowej dyskusji w poprzednim rozdziale. Nie, że źle. Zrobiło się tak... czulej. I cieplej, poniekąd.
I odtąd będą się do siebie przyznawali, he?
Jeden błąd inu - "nie obdarzał ją nim" - jej ^^
A oprócz tego, zaczynam lubić pierwszą piosenkę na liście. Kasiowa czy Nataliowa?
Mnie tam wstrząsnęło z lekkim obrzydzeniem, jak poprawiałam tekst, kiedy jej nogi połamali... xD
UsuńYyy, tekst nie był inspirowany, powiem szczerze xD Wszystkie sceny powstały w moim psychopatycznym umyśle, ale muszę piosenki sprawdzić i dodam do listy :3
... Czulej. Najbardziej czule było, jak rozerwała facetowi głowę na strzępy xDD
Poprawię, jeśli znajdę konkretne zdanie xD
Kasia ją podsunęła dla ogółu postaci oraz opowieści ^^
Ej, ja nie skupiam się na masakrze, bo o niej było dosyć dużo wzmianek w zeszłych rozdziałach XD Z resztą, z takim natężeniem naprawdę kiepskich opowiadań do betowania człowiek staje się niewrażliwy na masakry. Serio X_x
UsuńCzasami inspiracje stają się podświadome XD Najczęściej wspomina mi o tym Mika, bo biedaczka czasami wpisuje całe wersy w treść...
... Nightwish znasz, wiem z Szarej i z Zakazanej Magii. Słuchałaś kiedyś solowych albumów Tarji? Bo właśnie tytuł na twoim starym blogu o ZM przypomina ostatnie zdanie "Damned and Divine" - może mi się walnęło z treścią tutaj X_X
... Taa, w retrospekcji XD A dla mnie retrospekcje to tylko dodatek do akcji faktycznej, więc skupiłam się na dialogu XD
Najłatwiej wkleić w wordpad i poszukać lupą ^^
<3 Dobrze trafiła. Na początku mnie irytowała, ale teraz się chyba zakochałam XD Znaczy w piosence, nie w Kasi XDD
P.S - stwierdziłam, że "pierdolę, nie robię".
Wzmianek. A tu się psychopatycznie wyżyłam :3 Jak można być niewrażliwym na masakry, nawet mnie się trochę Ai żal zrobiło przy sprawdzaniu xDD
UsuńEhem, no dobrze, znam to, że są podświadome, ale trudno inspirować się czymś, czego się nigdy nie widziało/nie słyszało, a tak jest z tymi piosenkami xD
I tak, po przesłuchaniu zorientowałam się, że ostatni wers pasuje do Zakazanej na belce i nie wiem, jak to się stało O_o Znaczy, przypadek. Bo dziś pierwszy raz usłyszałam... no, wczoraj xD Powinnam się tymi albumami zainteresować, bo lubię Tarję :3
Nie no, mi chodzi o całe zdanie - bo gdzie pojedyncze zdanie jest, to znajdę xD
CZEMU NIE W KASI? xDD
Oj. Ej, nie, zrób :<
Łups? XD
UsuńWłaściwie Monika jest psychofanką Nightwisha (i czuję, że mnie zetnie nożem kuchennym za to stwierdzenie), więc jestem na niego skazana miniumum trzy razy w tygodniu (szkolnym) XD Ona za to jest skazana na Kamelota, ale już mniejsza XD Tarję obydwie lubimy. Ale nie kochamy XD
Bo to byłby DRAMAT XDD KAŚKA MNIE NIE LUBI XDD
Nowy rozdział? ^^