– Następne
pokoje też są chyba wolne – mruknął Errian, spoglądając w szarzejący od
wschodzącego słońca korytarz. – Wybierz ten, który bardziej ci się spodoba.
Dobranoc – pożyczył jeszcze, uśmiechając się pogodnie.
Usłyszała, że
zawrócił i odszedł, zostawiając ją samą. Przez chwilę chciała się odwrócić i mu
odpowiedzieć, chociaż spojrzeć, dokąd poszedł, ale dalej spoglądała w korytarz,
jakby czekając na zbawienie.
Wreszcie
westchnęła, opuszczając lekko głowę; ledwie kątem oka zerknęła za siebie, nie
mogąc się powstrzymać. Zobaczyła tylko zamykające się drzwi, zamek kliknął,
zapadła cisza. Odetchnęła raz jeszcze.
– Dobranoc –
szepnęła do milczących ścian i poszła przed siebie, zastanawiając się, do
którego pokoju zajrzeć.
Właściwie było
jej wszystko jedno, gdzie będzie spać. Mogła to być nawet komórka na miotły,
byle zwinąć się pod kocem i odpocząć. Rozluźnić mięśnie, odsapnąć, oczyścić umysł,
przez chwilę nie niepokoić się o nic. Naglona tymi myślami skręciła do
pierwszego mijanego właśnie pokoju, nacisnęła klamkę i wślizgnęła się do pustej
sypialni, zaraz dokładnie zamykając za sobą przejście.
Oparła się na
deskach, spoglądając na bogactwo, które zostało im użyczone na te kilka godzin
odpoczynku. Wielkie łóżko – chyba jednoosobowe, ale ona by się na nim zmieściła
razem z Faryale – stare, rzeźbione biurko, regały z książkami, duże okna
częściowo przysłonięte ciemnymi zasłonami, z pewnością wygodny i miękki fotel,
egzotyczne rośliny poustawiane w charakterze ozdób, kilka obrazów. Zgarbiła
ramiona, patrząc na to wszystko z niechęcią, której nie umiała ukryć.
Co cudownego
było w takim domu, gdzie wszystko zdawało się obce, zimne i odległe, wystawione
tylko na pokaz? Nigdzie nie czuła żadnej duszy, żadnego ciepła. Tak nie
powinien wyglądać dom, do takich miejsc nie chce się wracać, nie sposób je
kochać.
Dom chyba ma
dawać poczucie bezpieczeństwa, miłości, zostawiać po sobie pustkę, którą
koniecznie pragnie się zapełnić.
– Co ty o tym
niby wiesz – mruknęła do samej siebie, wbijając wzrok w podłogę.
Odepchnęła się
od drzwi i jakby niechętnie ruszyła do łóżka, po drodze ściągając buty z nóg.
Kopnęła je w okolice mebla, niepewnie dotknęła pościeli i zatrzymała się,
wpatrując się w materac tak, jakby miał ją zaraz haniebnie zdradzić.
Wreszcie
westchnęła i położyła na podłodze, obok butów, niedużą torbę. W środku miała
trochę jedzenia, ubranie na zmianę, nic ciężkiego czy istotnego. Klamrę z
Ashar’carrem odpięła i złożyła na biurku, chcąc mieć na miecz oko, podczas gdy
będzie szykowała się do snu.
Z bagażu
wyszarpnęła znoszoną, nie pierwszej młodości koszulę, którą kiedyś zwinęła ze
straganu w biały dzień, wywołując zamieszanie w całym miasteczku. Używała jej
do spania, bo była na nią za duża, gdyby miała w niej walczyć, prędzej
udusiłaby samą siebie rękawami niż sobie poradziła. Sięgnęła do ubrania chłopca
stajennego, którego nadal nie zmieniła, złapała koszulkę i chciała ją ściągnąć
przez głowę, ale zastygła nieruchomo.
Powoli z
powrotem opuściła do połowy uniesione ręce i ostatecznie objęła się ciasno
ramionami, kuląc się lekko. Nie wiedziała, skąd to uczucie, ale nagle nie
chciała ściągać ubrania i patrzeć na swoje ciało. Nie musiała sobie
przypominać, ile było na nim blizn, dokładnie każdą pamiętała. Nie dało się na
to patrzeć; odwróciła wzrok, natrafiając na wychodzące na puste pola okno.
Milczała, stojąc z zaciśniętymi zębami i bijąc się z własnymi bezlitosnymi
myślami.
Nigdy w ten
sposób w siebie nie wątpiła. Nigdy nie miało to najmniejszego znaczenia. Kiedy
jednak dziś patrzyła na salę balową wypełnioną najróżniejszymi ludźmi,
młodszymi oraz starszymi, i obserwowała tańczące, śmiejące się kobiety oraz
dziewczęta, poczuła się na moment dziwnie.
Potem wszystko
minęło, mieli inne problemy na głowie, ale teraz zaczęło docierać, czym było
uczucie mdłości w tamtej chwili. Nie chciała być idealna ani nic z tych rzeczy,
po prostu dotarło do niej, jak mało jakiejkolwiek urody w niej było. Albo
ogłady. Albo czegokolwiek. Nie potrafiła się nawet ubrać, żeby to zmienić,
uczesać też nie. Ciągle wyglądała jak potwór i nigdy jej to nie przeszkadzało,
wręcz traktowała to jako coś sprzyjającego. Teraz nagle…
Zgrzytnęła
zębami i pochyliła mocniej głowę, patrząc w podłogę. Denerwowało ją, że nawet
nie towarzyszył temu strach. Nie bała się, że przez to go straci, bo nie będzie
mógł dłużej na nią patrzeć. Po prostu nagle… chciała… tylko nie umiała.
Zirytowała się
jeszcze bardziej, ale ręce ani drgnęły, nadal ciasno przyciśnięte do ciała.
Mogłaby zwalić winę na to, że nie chciała się rzucać w oczy lub że to
ograniczałoby bojową skuteczność. Tylko doskonale wiedziała, że taka była od
zawsze. Nie pamiętała dlaczego – domu też prawie nie pamiętała, twarzy rodziców
również – ale tak zwyczajnie. I nagle poczuła się z tym źle.
Wreszcie
zrezygnowała z walki, niepewnie usiadła na skraju łóżka i oparła czoło o słupek
od baldachimu, mając wrażenie, że w pokoju jest dziwnie zimno. Pusto oraz
cicho. Westchnęła, zamykając oczy; mimowolnie zastanowiła się nad czymś
jeszcze. Może nie dokładnie nad tym, bo prędzej by wyskoczyła przez okno niż
cokolwiek zdołała sobie wyobrazić, ale jednak tego… ranka, jakby nie patrzeć,
to także rzuciło się jej w oczy.
Miała taki
cholerny problem z zaakceptowaniem bliskości – czy choćby myśli o niej.
Słuchając dzisiejszych swobodnych komentarzy Anabde, jednocześnie ogarniało ją
z wiadomych przyczyn przerażenie oraz obrzydzenie, z drugiej jednak strony…
znowu dziwnie.
Sama
najchętniej na większość czasu odgrodziłaby się od Erriana grubym murem, a
rozmowy prowadziła przy pomocy posłańca przekazującego listy, zupełnie nie
wyobrażała sobie aż takiej swobody. Zaczynała rozumieć, co miała na myśli
Faryale, mówiąc, że go podziwia. Aithne wykrzywiła z irytacją usta, w duchu
przyklaskując klaczy.
Westchnęła i
opadła plecami na materac, wbijając wzrok w baldachim. Tandeta. W co drugiej szlacheckiej
posiadłości pewnie są łóżka z baldachimami. A w Funnahu, wysoko w górach,
zdarzają się nawet takie wykuwane z kamienia. I czasami bywają wygodne, jak już
się sobie wszystko odmrozi na śniegu oraz wietrze.
– Dupa –
szepnęła, krzyżując ręce pod głową i przymrużając oczy.
Czy to mogłoby
być w porządku, gdyby do niego poszła? Czy to jednak tak się nie robi? Są
niepisane zasady takiego zachowania? Przy stole też trzeba się trzymać różnych
reguł, więc może i tu…? Westchnęła jeszcze ciężej, obracając głowę w bok, by
wtulić policzek w miękką kołdrę. Ona też była zimna. Może wietrzyli przed
wyjazdem.
Miała ochotę
wrzasnąć, ale mogłaby kogoś zaalarmować. Jeszcze by ich oderwała od ważnych
zajęć albo cokolwiek. Nie, głupi pomysł, wyjątkowo głupi. Zdusiła potrzebę w
gardle, syknęła przez zęby i znowu usiadła, tocząc po pokoju nieco ponurym
spojrzeniem. Nic nie ruszać, nie niszczyć, nie kraść, nie ślinić, nie oddychać
na to. Podniosła się z materaca i podeszła do biurka, sięgając do
Ashar’carrego.
Wiedziała – i
to było jedyne, co pamiętała z tych wczesnych lat życia – że rodzice bardzo ją
kochali. Ale najwyraźniej w umyśle zarysowała się nauka przekazywana przez
ojca. Miecz był najważniejszy, ważniejszy od wszystkiego, nawet od niej samej.
Oddała mu całe swoje serce już na samym początku i gdyby nie on, nie byłoby jej
tu teraz.
Zastanawiała
się, głaszcząc osłonę, jak to wyglądało u niej w domu. Jak zachowywali się
wobec siebie rodzice, czy matka zgadzała się z teoriami ojca. Jak wyglądali.
Jedli wspólnie śniadania czy spali do późna? A może kolacje były na dworze,
przed domem, by korzystać z cieplejszych pór Funnahu? Chodzili czasem w góry?
Uśmiechnęła
się ponuro, opuszczając głowę. Przez tak długi czas była pewna, że zemsta jej
wystarcza, że nie potrzebuje nic innego, a samotność zaczęła jej dokuczać,
kiedy wreszcie przestała być sama. Nie wiedziała, jakim cudem tak długo
wytrzymała, ale na swój sposób to pokrzepiało. Bo może teraz zdoła cokolwiek z
tym zrobić.
Tyle lat
poświęcała dla walki, dla Ashar’carrego, dla czegoś, o czym zupełnie nie
pamiętała, ale miała wrażenie, że jeśli się rozkojarzy, to nie osiągnie tego.
Po zemście nadal były puste lata, które wypełniała pogonią za tym, o czym
powinna wiedzieć, ale to straciła. Razem z dzieciństwem, rodzicami, domem. Może
to było coś na kształt misji. Może jest coś winna Ashar’carremu. Może miała go
komuś oddać.
I po co to
wszystko, skoro i tak tego nie rozumiała?
Wzięła osłonę
z mieczem, zawróciła i schyliła się po torbę. Niedbale wsunęła stopy do butów,
chwilę przestępowała z nogi na nogę, próbując poprawić uwierający ją materiał,
a ostatecznie ruszyła do drzwi.
Jakkolwiek
było w domu, skądś wiedziała, że zawsze miała problemy z jakimikolwiek
zasadami. Gdzieś podświadomie tkwiła pewność, że uciekała matce przed czesaniem
włosów, nigdy nie chciała jeść tymi sztućcami, którymi powinna, i nie ustawiała
butów ani nie składała ubrań.
Dlatego jeśli
teraz łamała zasady dobrego zachowania, to była z tego faktu bardzo zadowolona,
bo do tego z pewnością się urodziła.
Wyszła na
korytarz, zamknęła za sobą pokój i ruszyła w drogę powrotną, pochylając z
pewnym zacięciem głowę. Trochę jakby stawała do walki, ale tak było łatwiej.
Póki nie dotrze do celu, taka myśl dodawała jej odwagi, uspokajała, bo przecież
do tego przywykła. Tylko już nie mogła znieść niektórych rzeczy, które walkom
towarzyszyły. A pokój był za zimny.
Zatrzymała się
przed jednymi z wielu drzwi, mając wrażenie, że to te dobre. Chyba że on też
gdzieś się przeniósł. Trudno, nieważne, najwyżej pospaceruje jeszcze trochę,
czemu nie. Robiło się jasno, więc nie miała nic przeciwko. Odetchnęła głęboko,
chwyciła klamkę i weszła do środka bez pukania, stając w progu, jakby była u
siebie.
Pokój
prezentował się podobnie do tego, w którym ona się zaszyła, tylko meble zostały
wykonane z jaśniejszego drewna i powieszono więcej obrazów zamiast roślin.
Zauważyła, że zaciągnął zasłony, żeby po świcie móc nadal spać, w końcu
zaczynał się dzień. Specyficzna szarość wydała się Aithne całkiem przyjemna –
jeszcze nie jasno, już nie ciemno.
– Hej –
rzuciła po prostu i okazało się, że to wszystko, na co ją stać.
Spojrzała
bezradnie na stojącego między biurkiem a łóżkiem Erriana, opuszczając rękę,
którą trzymała drzwi. Młody mag wyglądał na zaskoczonego tym nagłym
wtargnięciem, przyjrzał się jej uważniej, uwagę poświęcając uniesionemu w
drugiej dłoni Ashar’carremu. Potem znów zawiesił spojrzenie na jej twarzy,
jakby oczekując wyjaśnień.
Aithne
otworzyła usta, nie wymyśliła niczego mądrego i z kłapnięciem je zamknęła,
zastanawiając się, co dalej. Rozmyślanie, co by zrobiła Anabde, było głupie, bo
nie ma opcji, żeby upadła podeszła do niego, była egzotyczna, uwodząca i ogółem
kusząca. Mogła go postraszyć pięścią i fryzurą, to potrafiła.
Drzwi,
zdegustowane brakiem zdecydowania, zaczęły się zamykać, bo Aithne już ich nie
trzymała, więc dlaczego miałyby współpracować?
– Stało się
coś? – spytał wreszcie, chwytając klamkę w momencie, kiedy upadła prawie
dostała deskami w nos i nadal nic nie zrobiła, by postać rzeczy zmienić.
Otworzył
przejście i sam je przytrzymał, przyglądając się Aithne z uniesioną brwią.
Upadła uznała,
że właśnie zrobiła bardzo głupią rzecz i już zdecydowanie nie pamięta, co ją do
tego podkusiło, pewnie siły nieczyste. Zająknęła się, przeanalizowała swoje
wszelkie zdolności w kontaktach damsko-męskich, po czym wyciągnęła w jego
stronę Ashar’carrego.
– Chciałam coś
sprawdzić – oznajmiła nieco sztywnym głosem, unosząc broń na wysokość twarzy
Erriana, jakby chciała się osłonić przed jego spojrzeniem.
– Na przykład
jak miękko przechodzi przeze mnie ostrze? – podsunął z rozbawieniem, ostrożnie
opuszczając miecz, by znów dziewczynę widzieć.
– Co? –
wydusiła, zamrugała, wciągnęła gwałtownie powietrze i zrozumiała, że nie wie,
po co palnęła tę głupotę przed chwilą. – Nie no, nie.
– W takim razie
o co chodzi? – drążył spokojnie, odsuwając się o krok, żeby mogła wejść do
pokoju.
Ledwie
powstrzymała się od potrząśnięcia głową; było jej bardzo dobrze tu, na progu, w
samych drzwiach, tak. Mogła spać na wycieraczce i bronić mu pokoju, każdy by
się przestraszył, zdecydowanie.
– Bo, eee –
wyraziła się, przyciskając dla odmiany Ashar’carrego do piersi.
W głowie
zadźwięczały jej słowa Faryale sprzed godziny, może godziny i pół. W takich chwilach naprawdę go podziwiam,
co? Aithne zgarbiła ramiona, łypiąc groźnie w trzymane przez Erriana drzwi.
To jeszcze
raz, na jaką cholerę tu przychodziła?
– Może
wejdziesz? – zaproponował młodzieniec, przyglądając się upadłej i z
rozbawieniem, i z ciekawością.
– Może nie. W
sumie powinnam już iść – wydusiła, uznając, że może taktyczny w tył zwrot jest
zdecydowanie wskazany.
– Dlatego w
pośpiechu ubierałaś buty? – zainteresował się, teraz przyglądając się jej
stopom. – Żeby przyjść i wyjść? Jakieś nowe poranne ćwiczenia? – ciągnął dalej,
przy ostatnim pytaniu nie powstrzymując już uśmiechu.
– To… taka
moda – burknęła, przenosząc ciężar ciała na jedną nogę, a drugą chowając za
łydką pierwszej, oparłszy stopę na palcach. – Taki fason.
– Butów
stajennego. No tak, słyszałem – przytaknął, kiwając ze zrozumieniem głową.
– Właśnie.
Dokładnie – skwitowała, marszcząc nos i składając usta w coś na kształt
dzióbka, choć w jej przypadku wyszło to dość zabawnie. – To tego, dzień dobry –
podsumowała, odwracając się, by wymaszerować, ale głowica Ashar’carrego i czub
osłony zaklinowały się we framudze.
Aithne aż
stęknęła, odbijając się od tej zapory i lecąc w tył. Wpadła plecami na Erriana,
poczuła, że zaraz runie na twarz, ale mag ją przytrzymał; usłyszała jego
westchnienie, potem pchnął lekko drzwi.
Upadła z
pewnym przerażeniem patrzyła, jak jedyna droga ucieczki zamyka się, bo zdradził
ją jej własny miecz.
– To może
jednak wejdziesz – zaproponował młodzieniec, pomagając jej stanąć prosto; nadal
się uśmiechał, teraz z coraz większym rozbawieniem.
– W drodze
wyjątku – poddała się, opuszczając pokonana głowę.
– Nie mam nic
do picia, ale chyba nie chce ci się pić – mruknął, przechodząc w stronę biurka,
przy którym zatrzymał się jakby bezradny.
Ta obserwacja
zaskoczyła Aithne. Przyjrzała się magowi czujniej, podejrzewając go o
szykowanie spisku; położył dłoń na blacie i przesunął po drewnie palcami w
nerwowym tiku. Uniosła brwi, przekrzywiając głowę, potem popatrzyła na jego
twarz.
Wszystko
wszystkim, ale on też nie czuł się pewnie? Jakim cudem?
– Nie, nie
chce mi się pić – odparła cicho, nie mając pojęcia, dokąd zmierza ta rozmowa i
czy cokolwiek jeszcze ma sens.
– Tak jak
myślałem – podsumował, obracając się tak, by stać do niej przodem i dobrze ją
widzieć, nadal zdruzgotaną własnym poronionym pomysłem i spłoszoną.
– Brawo dla
ciebie – pochwaliła, kurczowo przyciskając zdradziecki miecz do piersi i
wpatrując się w Erriana wielkimi oczami.
– Dziękuję.
– Nie ma
sprawy.
– No.
– Dokładnie.
Umilkli.
Aithne wodziła wzrokiem po pokoju, podświadomie unikając spojrzeniem łóżka,
Errian natomiast splótł ręce na torsie i patrzył na swoje buty; nogi skrzyżował
w kostkach, opierając się całym ciężarem ciała na biurku za sobą.
Upadła
zastanowiła się, co by zrobił, gdyby nagle padła na podłogę, udając, że umiera.
Przynajmniej atmosfera by się trochę rozruszała.
– Rozgość się
może – zaproponował wreszcie, unosząc głowę, by znowu spojrzeć na
niespodziewaną towarzyszkę.
Aithne
drgnęła, prostując się sztywno. Mocniej już się nie dało Ashar’carrego
przycisnąć, ale spróbowała.
– Tu mi dobrze
– zapewniła pospiesznie.
– Ciuchy
wystają ci z torby – postanowił ją poinformować, ześlizgnąwszy się wzrokiem z
jej twarzy na wiszący przy biodrze bagaż.
Upadła
mimowolnie spurpurowiała na policzkach, najpierw skupiwszy się na torze ruchu
jego oczu. Dopiero po chwili dotarło, co powiedział, zachłysnęła się powietrzem
i prawie upuściła Ashar’carrego, sięgając do zwisającej koszuli i innych
szmatek, które zdecydowanie nie powinny zwisać w jego pokoju.
– Pomogę ci –
zaofiarował się, odpychając się od biurka i podchodząc do niej, żeby wyjąć
trzymanego pod pachą Ashar’carrego; z mieczem w tym miejscu na pewno trudno się
wpychało ubrania do torby.
Aithne wydała
z siebie trudny do zdefiniowania dźwięk, spróbowała złapać broń, jednocześnie
podrywając głowę. Aż się skuliła, kiedy poczuła nieprzyjemny, huczący ból w
czaszce. Sięgnęła wolną dłonią do biednej łepetyny, bezwiednie upuszczając
koszulę, którą próbowała wpakować do torby.
Tuż obok
usłyszała jak przez mgłę głuche jęknięcie i niepewnie otworzyła oczy,
ogniskując wzrok na pocierającym szczękę Errianie. Skrzywiła się, przypominając
sobie ból, jaki przed chwilą sobie oraz jemu zafundowała.
– Masz twarde
zęby – stęknęła, masując guza.
– I nikt w to
nie wierzy, póki nie sprawdzi własnoręcznie – odparł pod nosem, nadal wyraźnie
niezadowolony z doznań dzisiejszego dnia.
Znowu umilkli,
w ciszy liżąc odniesione właśnie rany. Aithne po chwili doszła do siebie, w
końcu takie uderzenie to nie było nic poważnego dla Przeklętej, ale Errian
najwyraźniej nie przywykł do ciągłego obrywania w zęby.
Właściwie było
jej to na rękę, przynajmniej nie działo się nic złego i strasznego. Złego i
strasznego? A komu przed chwilą zimno się w pustym pokoju zrobiło?
– No, więc
tego, chciałam sprawdzić… – zaczęła znowu, czując, że jeśli to wydusi, to umrze
śmiercią natychmiastową na zawał.
Errian
przestał masować szczękę i spojrzał na nią z dość stonowaną aprobatą, wyraźnie
straciwszy ciekawość dla powodu pobytu w pokoju Aithne. Jeśli przez to obrywał
w zęby, to już wolał nie wiedzieć, jaki szczytny cel temu przyświecał.
– Eee. Czy u
ciebie też tak zimno – wydusiła wreszcie, rozglądając się nerwowo dokoła. – Nie
wiem, okna nieszczelne albo coś. Tak jakoś. Bo no, w sumie mi to nie
przeszkadza, ale, eee, zakatarzony nie przydasz się w pracy. I w ogóle –
dokończyła tak zgrabnie, jak tylko ona potrafiła.
– Masz zimno w
pokoju? – zdumiał się, ostatecznie odsuwając dłoń od twarzy. – Dziwne, może
rzeczywiście coś jest nieszczelne – westchnął, wymijając ją i ruszając do
drzwi. – Zaraz sprawdzę, proste zaklęcie pomoże.
Aithne zdrętwiała,
kiedy dotarło do niej, że jeśli tam pójdzie i ogrzeje jej pokój, to już będzie
musiała w nim spać. Przygryzła wewnętrzną stronę policzka, zmagając się z samą
sobą; przecież przyszła, bo chciała, tylko nie umiała tego z nim skonfrontować.
A jak zobaczyła, że i on jest niepewny… ale teraz to już do dupy.
Obróciła się i
wyciągnęła za nim rękę, chwytając jego dłoń. Nie ruszyła się z miejsca, patrząc
szeroko otwartymi oczami, jak się zatrzymuje i ogląda na nią zaskoczony.
Wytrzymała jego spojrzenie, rozpaczliwie zastanawiając się, co właściwie dalej.
Errian jeszcze
chwilę się jej przyglądał, stopniowo zdumienie ustępowało miejsca spokojowi,
który tak często magowi towarzyszył. Wreszcie uśmiechnął się, tak po prostu, i
to było takie dziwne, że Aithne już nie wiedziała, co gorsze. Przyglądała się
mu podejrzliwie, kiedy obracał się do niej przodem.
– A tu jest
ciepło? – spytał po prostu, pogodnym, lekkim tonem, jakby pytał o
najnormalniejszą rzecz na świecie.
Skinęła
niepewnie głową, nie wiedząc, czy zrozumiał, czy to ona już oszalała do końca.
– Może być –
mruknęła ostrożnie.
– To dobrze –
stwierdził beztrosko, uwalniając się delikatnie z uścisku jej ręki i podnosząc
upuszczoną chwilę temu koszulę. – Silthe, ale to wielkie – pozwolił sobie
skomentować, unosząc brew.
– Do spania –
wyjaśniła nieco pustym głosem, patrząc, jak Errian kładzie znoszony kawałek
szmaty na łóżku i rusza do swoich rzeczy. – Ale… ale… – zająknęła się,
pomyślawszy, że może w takim razie on chce iść do jej zimnego pokoju.
Ale całkowicie
do dupy.
– Hm? –
mruknął tylko, składając rozłożone książki i notatki, które przywiózł ze sobą i
wyciągnął na biurko, by chwilę popracować, na stosik.
– Nie musisz
sobie iść – wydusiła wreszcie, kuląc się zaraz po wypowiedzeniu tych słów,
jakby się bała kary.
– Nigdzie się
nie wybieram – odparł lekko, nawet się do niej nie odwróciwszy.
Zamrugała,
wpatrując się w jego plecy w szoku.
– Jeśli
chcesz, możesz się przebrać za drzwiami szafy, jak je otworzysz, akurat cię
zasłonią. Będziemy pewnie musieli energicznie wyjeżdżać, po prostu nie
chciałbym zostawić czegoś z tych rzeczy, wolę je teraz spakować i…
Urwał,
zamierając, i tym razem to on zamrugał. Nie miał śmiałości nawet się prostować,
czując, jak jej ręce zaciskają się na jego brzuchu, coraz mocniej go obejmując.
Policzek miała jakoś na wysokości jego łopatki, może trochę niżej, oddychała
szybciej niż zazwyczaj. I zdawała się być tak zdesperowana, że gotowa nawet go
udusić, byle tylko nie puścić. Potrzebował kilku sekund, żeby oswoić się z
myślą, że Aithne sama, tak ochoczo, się do niego przytuliła.
Powoli się
wyprostował, nie chcąc jej przestraszyć, i obrócił się, stając do niej przodem.
Nie mógł powstrzymać uśmiechu, kiedy patrzył na nią, zwykle rozwrzeszczaną,
zbuntowaną przeciw światu upadłą, a teraz bezradną, spłoszoną dziewczynę.
Pogłaskał ją
po włosach, nie wypuszczając z objęć; jakoś nie mógł. Nie zmuszał jej, by na
niego spojrzała, zwyczajnie stał, czekając. I wreszcie trochę się wyprostowała,
unosząc jakby niechętnie głowę, kiedy jednak uchwyciła wzrok jego oczu, też się
uśmiechnęła – lekko i nieśmiało, ale widocznie. Przesunął dłonią po jej
policzku, czując, że serce szybciej mu bije.
Aithne nie
wytrzymała patrzenia Errianowi prosto w twarz zbyt długo. Jeszcze na chwilę
opuściła głowę i wtuliła się w niego, odetchnęła głęboko, rozluźniając się.
Kiedy objął ją mocniej, nie pozwalając się od siebie odsunąć, miała ochotę
mruknąć cicho; to byłoby jednak bardzo, jak na nią, dziwne, dlatego się
powstrzymała.
Skupiła się na
przyjemnie odurzającym poczuciu całkowitego bezpieczeństwa, które ją trochę
niespodziewanie ogarnęło. Doskonale wiedziała, że patrząc na Erriana, nie
widziało się żadnej siły; był drobniejszy chyba od wszystkich w grupie, może
poza Aidanem, dało się wątpić, czy mógłby podnieść miecz, tak naprawdę. Jego
potęga tkwiła nie w fizyczności i o tym się pamiętało, a jednak to też nie to
czuła, wtulając się w niego ufnie.
Po prostu w
pewnym momencie jego ramiona stały się dla niej najbezpieczniejszym miejscem na
całym świecie. Wystarczyły te objęcia, by przestała się bać, uspokoiła się i
zapomniała o jakimkolwiek zagrożeniu. Głupie i naiwne, ale dobrze jej z tym
było.
W chwili, w
której uniosła głowę, on się pochylił. Nie zdążyła nawet pomyśleć, nim
przycisnął ją do siebie, całując; rozchyliła wargi, dziwnie spokojna i chętna,
zupełnie inaczej niż wcześniej. Już się tak nie bała, lepiej rozumiała zasady
gry, zresztą, choć wydawało się to jej niemożliwe, z każdym dniem coraz
bardziej mu ufała.
Dlatego teraz
znowu się poddała, zamykając oczy, by móc tylko czuć. Jego ręce, oddech, ciepło
skóry, chyba nawet bicie serca. Sięgnęła dłonią na wysokość jego klatki
piersiowej i zacisnęła palce na koszuli. W niej grał, miała takie przeczucie,
chociaż na razie jeszcze nie spojrzała. Nie zdążył się przebrać.
Odsunął się od
jej ust, a ona miała ochotę westchnąć ze smutkiem. Uniosła niechętnie powieki,
by uchwycić roziskrzone, pełne najróżniejszych uczuć spojrzenie błękitnych
oczu. Na chwilę zamarła z lekko rozchylonymi wargami, zdumiona tym, co
widziała.
Potem jednak
pochylił się nad nią, całując w szyję, tak nisko, jak tylko pozwalał na to
kołnierz. Uśmiechnęła się lekko, mogąc zatopić policzek w jego miękkich
włosach. Jej ręce same drgnęły, czego w pierwszej chwili nie zauważyła, zbyt
skupiona na tym, co robił.
Przesunęła
dłońmi po jego plecach, ramionach, zawędrowała aż na tors i tam odszukała
pierwszy guzik koszuli, obserwując własne poczynania z pewnym zaskoczeniem.
Wtedy jednak wsunął ręce pod jej bluzkę, dlatego straciła skupienie na palcach,
które bez pośpiechu i bez finezji, ale skutecznie rozpinały następne guziki,
natomiast naprężyła plecy, przymykając z zadowoleniem oczy.
Uwielbiała
jego dotyk, był delikatny, ciepły, wywoływał dreszcze na plecach. Westchnęła,
posłusznie przylegając do niego, kiedy ją do siebie bardziej stanowczo
przyciągnął.
Tym razem
całował ją inaczej. Poczuła pewną niecierpliwość, co ją rozbawiło, sama nie
wiedziała dlaczego. Chociaż wracała wspomnieniami do tamtej nocy przed
ucieczką, ich nocy, to jednak była szczęśliwa, kiedy po prostu znajdował się w
pobliżu. Najwyraźniej on tęsknił też za całkowitą bliskością, co zdecydowanie
poprawiło jej humor, skutecznie walcząc z ponurymi myślami, które nawiedziły ją
w pustym pokoju.
Nie chciała,
żeby musiał czekać, ale wiedziała, że nie poradzi sobie, jeśli będzie działała
w pośpiechu. Prędzej spanikuje, speszy się i ostatecznie ucieknie, czego wolała
uniknąć nawet ona.
Ostrożnie
zsunęła koszulę z jego ramion, bardzo zadowolona z faktu, że tym razem się
udało. Nawet chciała spojrzeć na niego, dumna z siebie, i zwrócić na to jego
uwagę, jednak została znokautowana. To znaczy nie zauważyła, kiedy podprowadził
ją do łóżka; zahaczyła nogami o krawędź i wylądowała z cichym piśnięciem na
materacu, tracąc rozeznanie w kierunkach świata.
Potem znów był
blisko i właściwie zapomniała, co ją tak kilka sekund temu zaskoczyło. Wplotła
palce w jego włosy, nie pozwalając mu się jeszcze przez chwilę odsunąć.
Znowu
westchnęła, kiedy pchnął ją na łóżko. Przymrużyła oczy, przesuwając dłońmi po
jego torsie i cierpliwie czekając na to, co zrobi dalej, bo wolała się nie
wychylać. Na razie nie, na razie lepiej robić pod jego dyktando, zdecydowanie
miał większe doświadczenie. Tak chyba ze sto razy.
Dlatego nawet
trochę mu pomogła ściągnąć swoją bluzkę, żeby nie robić problemów, na chwilę
materiał przytrzymała, odpinając spinkę. Nie chciała, by znowu biżuterię
wykatapultował w powietrze jak ostatnio; uśmiechnęła się pod nosem, wyciągając
rękę w stronę szafki, gdzie planowała położyć swój skarb.
Na moment
mięśnie odmówiły posłuszeństwa, a ona wciągnęła nieco gwałtowniej powietrze,
przymykając oczy. Nie przywykła jeszcze do pocałunków na brzuchu i piersiach,
to nadal wywoływało u niej dreszcze i dziwne odruchy. Może kiedyś przywyknie.
Właściwie taki
stan rzeczy nie przeszkadzał za bardzo; na chwilę się poddała, pozwalając sobie
na skupienie tylko na nim. Rozbawiło ją to, jak szybko nauczył się układać ją
na łóżku, by nie urazić skrzydeł, spodziewała się, że z tym będą największe
trudności.
– Ja bym… –
zaczęła cicho, znów podejmując próbę dosięgnięcia szafki. – Errian – prychnęła
bardziej karcąco, bo jej nie słuchał.
– Hm? – poddał
się wreszcie, unosząc się na rękach na tyle, że znalazł się twarzą na poziomie
jej twarzy; tak łatwiej się rozmawiało.
– No –
skwitowała, nie racząc wyjaśnić tej palącej potrzeby, dla której oderwała go od
ciekawszego zajęcia, i wreszcie złożyła spinkę na szafce, bardzo zadowolona z
ukończonego wyzwania. – Już – postanowiła poinformować, grzecznie wracając na
poprzednie miejsce.
Errian
uśmiechnął się, przyglądając się jej, i ten uśmiech znowu był najdziwniejszą
mieszanką uczuć, jaką zdarzyło się jej widzieć. Zaraz jednak skupił ją na
pocałunku; nie protestowała, objąwszy go ramionami, jedną dłonią przesunęła po
jego karku, potem po plecach, czując ciepło skóry.
Sięgnął do jej
spodni, chcąc się ich już pozbyć, ale Aithne przypomniała sobie, że z tym może
być pewien problem. Ten model ubrania stajennego był sznurowany z boku, a
ponieważ sznurowała sobie ona, to chyba trzeba poszukać ostrego noża, no cóż.
Jednak nie chciała znowu Errianowi głowy zawracać, żeby się nie zirytował,
dlatego w pewnym napięciu czekała, przymrużając z niepokojem oczy.
Miała rację, w
końcu doczekała się… no, reakcji.
– Dobra, co
jest? – zainteresował się młody mag i parsknął cichym śmiechem. – Je się tylko
wciąga? – spytał jeszcze, ale obdarzywszy sceptycznym spojrzeniem dokładne
dopasowanie do jej bioder oraz talii, odrzucił pomysł, zanim odpowiedziała.
– No nie, bo
tu o – wyjaśniła bardzo konkretnie, unosząc się trochę, jednak ostrożnie, bo
nie chciała go znowu pobić, i spróbowała rozsznurować to, co w irytacji
zasupłała na sto możliwych sposób. – No, właśnie, mniej więcej – podsumowała,
nie pokonawszy tej przeszkody jakkolwiek konkretnie.
– Takie mniej
więcej nas nie urządza – poinformował ją bardzo rozbawiony, siadając wygodniej
na łóżku, by przyjrzeć się mechanizmowi osobiście. – Ty to wiązałaś, prawda? –
spytał jeszcze, pochylając się nad jej biodrem, żeby lepiej widzieć sznurki w
półmroku.
– Tak wyszło –
przytaknęła, teraz dopiero czując się głupio.
– Zrobiłaś to
specjalnie, zła kobieto – uznał, nadal nie straciwszy dobrego humoru, chociaż
całość nie prezentowała się zbyt optymistycznie. – Żeby mnie zabić.
– Ej –
oburzyła się trochę, choć nie do końca wiedziała, czemu miałby zaraz przez jej
spodnie umierać. – Poczekaj, Ashar’carre to przetnie – wpadła na genialny
pomysł, próbując sobie przypomnieć, gdzie położyła miecz.
– Tak, razem z
twoim ciałem i moimi rękoma, świetny plan – pochwalił od razu i znowu się
zaśmiał, kręcąc głową. – Nie wierzę, żeglowałaś kiedyś? – pociągnął temat, nie
straciwszy nadziei.
– Nie
pamiętam, chyba nie. Czemu pytasz? – mruknęła niepewnie, starając się dostrzec,
co też majstruje przy jej biodrze.
– Bo to
wygląda jak połączenie wszystkich węzłów marynarskich w jednym – poinformował
uprzejmie, po czym westchnął i odsunął się na chwilę, jakby odpoczywając po
ciężkich zmaganiach. – No dobrze, trudno – stwierdził wtedy i dość
bezceremonialnie sznurki rozerwał porządnym szarpnięciem.
– Aha –
wydusiła zaskoczona, otworzywszy szerzej oczy.
Uniósł głowę,
posyłając jej zadowolony, bardzo pewny siebie uśmiech, by zaraz znów odwrócić
jej uwagę, tym razem od zniszczonych spodni. Jedną ręką przesunął po jej
plecach, między skrzydłami, dlatego naprężyła odruchowo ciało, przymykając
oczy.
Uczucia
zetknięcia jego rozgrzanej, nagiej skóry z jej, tak samo rozpaloną, nie
potrafiła zapomnieć już od tamtej nocy. Teraz też ją to jakby odurzyło,
przylgnęła do niego całą sobą, nie chcąc się ani na milimetr odsuwać. Chociaż
przed chwilą jeszcze bawił ją jego pośpiech, tak w tym momencie poczuła
dreszcze niecierpliwości wstrząsające ciałem. Chciała już. Natychmiast.
To nie mogło
być takie proste, zwłaszcza kiedy to ona była jednym z partnerów w łóżku.
Ledwie sięgnęła do jego paska, nawet nie kontrolując do końca własnych
poczynań, a natychmiast cofnęła rękę z cichym syknięciem. Zapiekło
nieprzyjemnie.
– Au –
mruknęła żałośnie, przysuwając zranioną dłoń do twarzy, żeby ocenić poziom
wykrwawienia i oszacować, jak jeszcze długo będzie żyć; jednocześnie zepchnęła
maga z siebie, bo generalnie przeszkadzał jej w ratowaniu własnej marnej
egzystencji.
Errian znowu
dał się oderwać od aktualnego zajęcia i to o wiele szybciej niż za pierwszym
razem, wręcz z niepokojem. Spojrzał na nią bez zrozumienia, trochę mniej pewny,
choć chwilę temu nie było w nim wątpliwości.
– Zrobiłem coś
nie tak? – spytał napiętym głosem, wyraźnie zmartwiony, może nawet
przestraszony, wzrokiem poszukał źródła bólu.
Aithne
zamrugała, przyglądając się mu przez chwilę bez zrozumienia. Wreszcie
westchnęła z irytacją i zmarszczyła z dezaprobatą nos.
– Twój pasek –
oznajmiła niemalże karcąco, jakby mag sam wydał mu polecenie skrzywdzenia nowej
ofiary.
– Mój pasek –
powtórzył zszokowany, chyba nie do końca załapawszy, o czym właściwie mówią, bo
brzmiało to prawie abstrakcyjnie.
– Ugryzł mnie
– poskarżyła się pełnym wyrzutu głosem i spojrzała na niego niezadowolona, bo
to przecież jego wina.
Errian jeszcze
przez chwilę patrzył na nią w szoku, zamrugał szybko, po czym… parsknął śmiechem
i wyprostował się, uderzając dłonią w czoło. Aithne obdarzyła go bardzo
krytycznym spojrzeniem, trochę urażona tą reakcją.
Pewien czas to
trwało, zanim się uspokoił na tyle, że przestał się śmiać. Upadła przyglądała
się mu w taki sposób, że powinien co najmniej raczyć paść trupem.
Kiedy jednak
znów się nad nią pochylił, dotykając delikatnie jej policzka, trochę
zapomniała, czemu się pogniewała.
– Ty mały
łóżkowy problemie – mruknął rozbawiony i pokręcił lekko głową, przymrużając
oczy; nie było w nich już rozbawienia, to raczej dałoby się nazwać czułością.
Aithne nie
dostrzegła tej zmiany, porażona określeniem, jakim została uraczona.
Zachłysnęła się aż ze zdenerwowania, jednak mądry Errian nie pozwolił jej się
do końca zdenerwować, przypominając, jakimi ciekawymi rzeczami zajmowali się
przed haniebnym atakiem ze strony paska.
Którego, swoją
drogą, nadal upadła nie pokonała i trochę się bała za to znowu zabierać. A
chyba trzeba było.
Kiedy wreszcie
drugi raz tego wieczoru zgodziła się z magiem, że już bardzo przydałoby się nie
przedłużać, zdecydowała się sięgnąć do podłego wroga. Nie wykonała zbyt wielu
manewrów; Errian, nie przerywając pocałunku, delikatnie chwycił jej dłoń i z
wyczuciem pomógł, pilnując, żeby pasek więcej biednej dziewczyny nie ugryzł.
W ten sposób
poszło szybciej i łatwiej, dlatego też niedługo potem układała się wygodniej
trochę wyżej na łóżku, nieśmiało badając jego ciało rękoma; dreszcze
niecierpliwości zaczynały być coraz bardziej natarczywe, przyspieszony oddech
coraz trudniejszy do złapania. To uczucie było niesamowite, prawie
uzależniające. Niemal jak jego dotyk, który z chwili na chwilę mocniej
uwielbiała.
Objęła go,
jedną dłoń przesuwając na jego kark, jakby chciała przyciągnąć jego głowę
bliżej swoich ust, by nie musiała podnosić głosu. W tamtej chwili naprawdę była
zdecydowana się odezwać, powiedzieć coś, niedużo, ledwie jedno zdanie, ale nie
zdołała.
Za to jęknęła
cicho, zapominając o całym bożym świecie.
Cholerna
posiadłość. Naprawdę, miał dość bogatych, pełnych szlachciców (Ariene, Errian,
wybaczcie) rezydencji na całe życie. Rozchichotane panienki, ulizani
młodzieńcy, wszędzie kwiatki, winko, przekąski, uśmiechy, śmiechy, chichy, po
prostu cudownie. Jeszcze się uwieszają na rękach i żądają trochę uwagi. Albo
się dobierają do kogoś, do kogo nie powinni się dobierać. Albo wyskakują na
ciebie z ryjem. Albo cię obrażają, wytrącając wszelkie argumenty z ręki.
Że ich nie
pozabijał, powinni być wdzięczni.
Westchnął z
irytacją, ale nie udało się mu powstrzymać wyrywającego się z gardła
warknięcia; gdyby ktoś go usłyszał, pewnie zastanowiłby się, czemu ktoś spuścił
z uwięzi wściekłego psa.
Sheridan
jednak naprawdę próbował się uspokoić, wpatrując się z uporem w ścianę –
znalazł taką jedną, na której nie było żadnych ozdóbek, dzieł sztuki ani
cholernych krzaków. Tych ludzi już definitywnie pojebało.
W pewnym
momencie odwrócił się i ruszył w przeciwną stronę niż znajdowała się ściana,
jakby już nawet na nią nie mógł patrzeć. Wolnym krokiem przemierzył kilka
korytarzy, przyglądając się wystrojowi takim spojrzeniem, że wszystko, co żywe,
powinno natychmiast więdnąć. Nie wyciągając rąk z kieszeni, nacisnął łokciem
klamkę jednego z pokoi, stanął w progu i oparł się o framugę.
Zawiesił wzrok
na wnętrzu pomieszczenia, nadal mrużąc oczy i zaciskając usta, żeby nie
szczerzyć w cichym warkocie ostrzejszych zębów. Nie wyglądał, jakby miał
pokojowe oraz przyjazne zamiary.
Właściwie
rzadko tak wyglądał.
Anabde nie
sprawiła wrażenia zdziwionej tak nagłym wtargnięciem, jak gościem w pokoju;
nawet się nie obróciła. Spokojnie rozplątywała jeden z kilku drobnych warkoczy,
które składały się na jej balową fryzurę, zerkając tylko w lustrze na odbicie
nowoprzybyłego.
Przyjrzała się
uważnie poirytowanym oczom i zaciśniętym ustom, po czym westchnęła. Opuściła
kosmyk włosów, gdy warkoczyk zniknął, potem wyjęła z gęstwiny włosów ostatnią
spinkę, odkładając ją na toaletkę. Dopiero wtedy, upewniwszy się, że jej fryzura
jest całkowicie wolna od wszelkich upięć i ozdóbek, obróciła się w stronę
mężczyzny.
Oparła się
dłońmi o toaletkę i przechyliła głowę, nic nie mówiąc. Spojrzenie szarych ocząt
nabrało intensywności; starła już z powiek cień, jednak henna na rzęsach
utrzyma się jeszcze parę dni, a wraz z nią wrażenie, że jej oczy są większe i
bardziej tajemnicze niż zwykle.
Nie miała
zamiaru wracać do tematu balu i nagłej zmiany planów; trudno było jej odczuwać
wściekłość ze świadomością, że to o nią walczył, rzucając gospodarzem przez
cały balkon. Dlatego, po chwili przyglądania się łowcy, znów obróciła się
przodem do dużego lustra o pozłacanej, rzeźbionej w liście i pąki kwiatów
ramie, sięgając dłońmi do rzemieni gorsetu.
Był wygodny i
sprawdził się podczas ucieczki, to trzeba Calebowi przyznać, ale nadal
zakładało się go i ściągało tak trudno, jak każdy inny. Przy ubieraniu go
pomogła jej Ariene, zaciskając mocno i wiążąc kokardę. Teraz Anabde próbowała
się jej pozbyć, ale nawet gdy wykręciła ramię, nie dała rady pociągnąć
odpowiedniego rzemienia.
– Możesz mi
pomóc? – powiedziała, zerkając przez ramię na Sheridana.
Łowca jeszcze
chwilę stał w miejscu, nie sprawiając wrażenia kogoś, kto zamierzałby się
ruszyć z miejsca i zrobić cokolwiek dla ludzkości. Albo jednej osoby.
Ale wtedy
odepchnął się ramieniem od framugi i przemaszerował przez cały pokój, nadal nie
wyciągając rąk z kieszeni. Z tą samą, niezbyt zainteresowaną i zdradzającą
niezadowolenie miną sięgnął do jednego ze zwisających luźno sznurków i
pociągnął.
Kokarda
niniejszym została spektakularnie zniszczona, choć nie wywarło to na
niszczycielu specjalnego wrażenia. Właściwie niedbale poluzował resztę
rzemyków, umożliwiając Anabde szybsze i wygodniejsze ściągnięcie gorsetu. No,
wspaniałomyślny facet, trudno się ze mną nie zgodzić.
Anabde przez
cały ten czas śledziła wzrokiem jego lustrzane odbicie, nie mogąc powstrzymać
dość złośliwego uśmieszku na widok tego ostentacyjnego niezadowolenia. Trochę
musiał przecierpieć na balu, potem na niego pokrzyczeli i zgasili go w
bezbłędny sposób, a ten jest obrażony na cały świat. Naprawdę, wykazała się
ogromną samokontrolą, nie komentując nijak jego zachowania.
Zwłaszcza
mając świadomość, że nie zrobiłby jej krzywdy.
– Dziękuję –
mruknęła mało wyraźnie, ściągając gorset przez głowę i natychmiast sięgając do
przygotowanej wcześniej na oparciu krzesła bluzki.
Powyciągana,
luźna, w kolorze spranej czerni stanowiła miłą odmianę po obcisłym,
podkreślającym kształty i trudnym do zignorowania dla mężczyzn gorsecie; aż
odetchnęła z ulgą, naciągając rękawy na nadgarstki i uśmiechając się lekko.
Przybliżyła
jeszcze twarz do lustra, przyjrzała się uważnie swojemu odbiciu i starła nieco
pudru z policzka. Dopiero wtedy, pozbywszy się całego balowego przebrania, znów
zainteresowała się Sheridanem.
Który nie
ruszył się z miejsca. Przechyliła nieznacznie głowę; myślała, że skoro był w
takim stanie, raczej pójdzie gdzieś odreagować. Skoro nie poszedł...
– Szkoda
trochę tego smokingu – uznała bardziej z rozbawieniem niż prawdziwym żalem,
obdarzając krytycznym spojrzeniem ubranie mężczyzny.
Ucierpiało
trochę na ucieczce, a szkoda, bo i tu się myśliwy postarał.
– Cholernie –
przytaknął jej bez entuzjazmu Sheridan, przyglądając się nekromantce z tym
samym, niemalże zerowym zainteresowaniem, co przed chwilą.
Gorset czy nie
gorset, najwyraźniej na wściekłym łowcy nie robiło to większego wrażenia. Albo
robiło, tylko było o wiele mniej istotne.
– Chyba
zostawię sobie skrawek materiału na pamiątkę. O ile znajdę taki, którego nie
wymiętosiły łapska rozchichotanych nastolatek – dodał jeszcze z cichym
warknięciem, znów wsadzając ręce do kieszeni i przenosząc ciężar ciała na jedną
nogę.
Oj, zły humor,
zdecydowanie zły.
Anabde i tym
razem udało się powstrzymać rozbawienie; zacisnęła wargi, walcząc z cisnącym
się na usta uśmieszkiem, tylko oczy błysnęły lekko, zdradzając nastawienie
kobiety. Jeszcze chwilę na niego patrzyła, jednak albo jej się znudziło, albo
pragnienie okazało się być silniejsze, bo zaraz ruszyła na bok do ustawionego
pod oknem stołu.
Leżała na nim
jej torba, a w niej bukłak; odkręciła go, pociągnęła kilka łyków i odłożyła
przedmiot na blat, uznając, że nie ma sensu chować. Potem wyjęła z torby cienką
wstążkę, którą związała włosy w niedbały kok, by przestały przeszkadzać.
Wymęczone ciasnym upięciem teraz robiły co im się żywnie podoba, a ciągle
wpadające na oczy kosmyki tylko irytowały Anabde.
– Większość
mężczyzn na twoim miejscu umarłaby z zachwytu. Być otoczonym wianuszkiem
rozochoconych, bądź co bądź w większości albo ładnych, albo dobrze pomalowanym
dziewcząt to naprawdę aż tak okropne? – rzuciła swobodnie; jej tam owijanie
sobie gospodarza wokół palca przyniosło trochę satysfakcji, miło było sobie
przypomnieć, jak to jest.
– Myślisz, że
ile tego znosiłem przez półtora wieku? – zainteresował się grzecznie, obróciwszy
za nią głowę z miną głoszącą, że wcale nie musi odpowiadać, bo w sumie niczego
to nie zmienia.
Spojrzał
krytycznie na bukłak Anabde, najwyraźniej uznając, że picie wody jest cokolwiek
nieodpowiednie w zaistniałej sytuacji. Sam by najchętniej zaopiekował się czymś
mocniejszym, ale perspektywa pobudki w środku dnia i wynoszenia się z tej
cholernej rezydencji go nie nastrajała do takiego spędzania czasu. Ogółem miał
dość nijaki nastrój. Ochrzaniony przez wiedźmę, dobity przez przyjaciela,
umęczony wianuszkiem głupich jak but dziewcząt, wkurwiony przez wyglancowanego
frajera.
Żyć nie
umierać.
Przyjrzała się
całej jego sylwetce, oceniła go w myślach, wykonała pewne obliczenia i w końcu
skinęła głową, przyznając mu rację. No tak. Niektórzy twierdzili, że towarzystwem
pięknych dam nie można się znudzić, ale najwyraźniej ich nie irytowały piski,
tanie chichoty i bezsensowna paplanina. Anabde była jednak w stanie zrozumieć
ból łowcy, więc grzecznie nie drążyła.
W sumie to
skąd on wiedział, co ona tam ma? Chyba nikt by się nie zdziwił, gdyby okazało
się, że w bukłaku znajduje się wino. Nie znajdowało się, ale nie była to też
czysta woda, chociaż jemu akurat niekoniecznie by napój pomógł. Niemniej jednak
poczuła się urażona, gdy jej bukłak potraktowano nienawistnym spojrzeniem. Co
on takiego zrobił, biedny przedmiot?
Skrzyżowała
ręce pod biustem i zastanowiła się, co zrobić z zaistniałą sytuacją. Pewne
rozwiązania same się nasuwały, ale nie miała zamiaru z nich korzystać. Wbrew
temu, co niektórzy sądzili, nie była kurwą, która służyła wyłącznie ciałem. A
przynajmniej tak uważała.
Znów wróciła
spojrzeniem do zielonych oczu, nie mając pojęcia, co ze sobą zrobić. Normalnie
zignorowałaby sprawę, ale tak się złożyło, że chyba powinna się przejąć.
Zwłaszcza że nadal był w pokoju i uparcie donikąd nie odchodził, więc chyba nie
chciał samotności.
– Czego
potrzebujesz? – zapytała konkretnie; jak wiemy, nigdy nie była osobą owijającą
w bawełnę, za to kiedy nie posiadała wiedzy, zwyczajnie ją zdobywała.
Pytanie było
dość specyficzne i z pewnością nieodpowiednie, ale może się okazać przydatne.
Bo na razie wyglądał, jakby sam nie wiedział, co może mu pomóc, może poza
wymordowaniem połowy świata, ze wszystkim co bogate, chichoczące bądź
upudrowane na czele.
Sheridan
westchnął, przenosząc wzrok na Anabde, wyglądał tak, jakby trochę go to pytanie
zaskoczyło. Bo właściwie wcale o tym nie myślał, raczej zastanawiał się, co
mógłby zniszczyć, żeby sobie ulżyć. I dopiero po chwili zorientował się, że
przyszedł do niej bardziej podświadomie niż celowo, co go nieco
zdezorientowało. Dlatego teraz przyglądał się jej z mniej ponurym wyrazem
twarzy, ale nie bardziej zadowolonym.
Wreszcie
podszedł do niej, nie odwracając spojrzenia, uniósł dłoń i przesunął nią po jej
policzku, jakby w pewnym zastanowieniu. Potem przymrużył oczy, pochylając się
nad nią, by na moment wtulić twarz w jej włosy; nie przeszkadzało mu, że były
upięte, ważne, że nie wyglądały już jak ofiara szalonego stylisty.
Niestety, tak
właśnie Sheridan postrzegał wszelkie elegancje oraz mody szlachty.
– Nie wiem –
mruknął cicho, westchnąwszy głęboko. – Może lepszego świata – podsunął z jakby
rozgoryczonym rozbawieniem, otwierając z powrotem oczy.
Mówcie co
chcecie, ale nagle po stokroć wolał ją w tej wyblakłej czarnej koszulce niż w
cholernym gorsecie. I wcale nie chodziło o to, że w poprzednim ubiorze inni
mężczyźni mogli pożerać ją wzrokiem; tak po prostu.
Anabde
przesunęła palcami po krawędzi jego koszuli, wreszcie chwytając ją pewniej i
przytrzymując łowcę przy sobie. Uśmiechnęła się, a w uśmiechu tym było tyle
rozbawienia, co ciepła. W jej przypadku była to dość zaskakująca mieszanka.
– Nie mogłoby
to być coś, co nie wykracza poza moje marne, ludzkie możliwości? – sapnęła z
udawaną dezaprobatą, unosząc nieznacznie brodę, bo tak łatwiej było jej
przyglądać się zieleni jego tęczówek.
Ciągle
zaskakiwało ją to, jak to wszystko się zmieniało. Teraz nie miała czasu o tym
myśleć, ot, uczucie tylko na chwilę pojawiło się w jej głowie, zaraz zostając
odepchniętym w kąt, ale sprawa była warta uwagi.
Oboje
zachowywali się inaczej, a co ważniejsze, tego typu odmiany coraz rzadziej ich
denerwowały czy dziwiły, raczej uczyli się przyjmować je normalnie. Uśmiechnęła
się sama do siebie, a jej spojrzenie na chwilę stało się nieobecne, gdy zdała sobie
sprawę z postaci rzeczy. Nawet przestało ją to wszystko tak przytłaczać;
zobowiązania okazały się nie być prawami, których należy się trzymać, a
zupełnie naturalnymi reakcjami.
Tak jak teraz,
gdy wolała wesprzeć zirytowanego łowcę niż odpocząć gdzieś w samotności.
Ciekawe.
– Wtedy byłoby
za łatwo – stwierdził po prostu, wzruszając lekko ramionami; ale się
uśmiechnął.
Lekko, ledwie
widocznie, jednak był to dobry krok do udobruchania skłonnego zniszczyć
najbliższe miasteczko łowcy.
Wreszcie z
powrotem się wyprostował – trudno ocenić, czy znudziło mu się takie stanie, czy
się tym zachowaniem swoim zirytował, czy może po prostu rozbolał go kark, bo
jednak to on się pochylał, nie Anabde. Znów się jej przyjrzał, nadal
przymrużonymi oczami, ale ich wyraz trochę się zmienił, jakby złagodniał.
– Widzę, że w
takim razie nie możesz spełnić moich oczekiwań – skwitował spokojnie, choć
jakby z pewnym rozbawieniem; trudno powiedzieć, co to miało być, ale całkiem
prawdopodobne, że właśnie się z nią prawie po ludzku droczył.
W przypadku
Anabde to drażnienie lwa generalnie, ale nie czuł strachu.
Przymrużyła
groźnie oczy, choć nie zniknęło z nich rozbawienie; ot, starała się grać złą i
gdyby nie ten błysk w oku, wyszłoby całkiem wiarygodnie. Puściła jego koszulę,
żeby znów skrzyżować ramiona pod biustem – tym samym odgrodziła się od łowcy,
nawet trochę go szturchnęła, żeby się, niegodny, oddalił.
– No to nie,
co ja ci poradzę. Może któraś z rozchichotanych panienek byłaby w stanie
odmienić twój świat – rzuciła bardzo niedbale, nutkę zazdrości słyszalną w
głosie też udając; umówmy się, miała samoocenę na poziomie wystarczającym, by
rozumieć, że panienki nie były dla niej żadną konkurencją.
Odwróciła
głowę i skupiła spojrzenie na oknie, a raczej krajobrazie za szybą. Częściowo
po to, by nie zdradziły jej świecące oczy, częściowo po to, by dopełnić
wizerunku panienki strzelającej focha, ale najbardziej w celu zerwania kontaktu
wzrokowego, bo jego czasami to irytowało.
– Na różowy,
puchaty i uroczy – przytaknął jej z brakiem jakiegokolwiek entuzjazmu, chwilę
obserwując tego ciężkiego focha i udając, że wcale nie zauważył tego, iż grała.
Niech ma
trochę satysfakcji albo cokolwiek.
Zainteresował
się dla odmiany bukłakiem, którym pewien czas temu się opiekowała. Odkręcił,
uniósł na wysokość twarzy, powąchał dla pewności, przymrużył oko w niejakim
zastanowieniu. Ostatecznie postanowił się jednak napić, dwa czy trzy łyki nie
zbawią ludzkości. Dopiero wtedy znów skupił się na Anabde, wsunąwszy dłonie do
kieszeni spodni.
A nie, jedną
jednak wyjął. Uniósł, zawiesił na chwilę na wysokości głowy nekromantki, moment
przyglądał się jej uważnie. Potem dostrzegł to, czego szukał, i sprawnym ruchem
zepsuł kobiecie fryzurę.
Uniósł kącik
ust w lekkim, triumfalnym uśmieszku.
Najpierw
otworzyła usta w zaskoczeniu, potem zacisnęła je mocno, aż wreszcie prychnęła i
potrząsnęła głową, usiłując podziałać na nieposłuszne włosy, które głównie
opadły jej na twarz. Fuknęła raz jeszcze, sięgając do nich dłońmi i zaczesując
szopę do tyłu, na plecy.
Gdy spojrzała
na Sheridana, irytacja, jaka błyszczała w jej oczach, nie była udawana.
Wyglądała całkiem strasznie, zwłaszcza z takim nieprzeniknionym gąszczem
kołtunów, które szczęśliwie odstawały ku górze.
– Nie cierpię
cię – poinformowała go; zdawało się, że już kiedyś podobna deklaracja padła z
jej ust.
Przymrużyła
niezadowolone kocie oczy i dla bezpieczeństwa zrobiła krok w bok, byle jak
najdalej od groźnego osobnika. Westchnęła i przeczesała włosy palcami, starając
się je rozplątać i ugładzić. Nie za bardzo się udało, jeśli chcecie wiedzieć.
– Wyglądam
teraz jak Aithne – skomentowała burkliwie, nim zdążyła się zorientować co o kim
powiedziała i do kogo.
Wtedy wydęła
usta z irytacją, ale nie cofnęła swoich słów.
– A w ogóle,
to może zasłużyłeś na różowy świat. Może skontaktuję się z którąś obdarzoną
szczególnie piskliwym głosikiem damulką – mruknęła jeszcze, okazując całą
dezaprobatę dla zniszczenia jej wizerunku.
Swoją drogą
ciekawe, że się nie skrzywił po wypiciu ziółek. A jeszcze ciekawsze, czy na
niego podziałają tak, jak działają na kobiety. Na myśl o tym nie mogła
powstrzymać bardzo usatysfakcjonowanego uśmieszku.
Co tam ziółka
dla niego, jak się człowiekowi chce pić, to wszystko przez gardło przejdzie,
generalnie. Chociaż to w sumie ciekawa sprawa, na przykład przeprowadzić
badania na odporność Przeklętych na toksyny działające na ludzi w określony
sposób.
Lepiej nie
wspominać o tym Errianowi.
– Mhm –
mruknął na cały wywód o jego okropności oraz jej niezadowoleniu, ujmując jej
brodę i lekko unosząc; uśmieszkiem też się specjalnie nie przejął, przekrzywił
tylko lekko głowę. – Strasznie dużo gadasz, jak się denerwujesz – postanowił ją
poinformować, od niechcenia przesuwając palcem po jej dolnej wardze.
Ostatecznie
zmienił taktykę i pocałował ją. Ale krótko, to do niego niepodobne, zupełnie
jakby nie chodziło o to, o co zwykle w tych momentach zaczynało chodzić.
Wyprostował się trochę, zgarnął kilka wyjątkowo niesfornych kosmyków tak, żeby
nie sterczały jak nawiedzone, i uśmiechnął się z zadowoleniem.
– Prawie da
się patrzeć.
Dopiero wtedy
znów ją pocałował, tym razem już bardziej jak on. Czyli najwyraźniej wszystko w
normie, wszyscy zdrowi.
O nie, nie ma
tak łatwo, niech sobie nie myśli, że zawsze będzie mdlała, gdy tylko weźmie ją
w ramiona. Chociaż jej serce zabiło mocniej, a spragnione wargi rozchyliły się
pod jego pocałunkiem, duma nie pozwoliła poddać się pragnieniu.
Oparła dłonie
na jego torsie i odepchnęła go, lekko, by nie odsunął się za bardzo, ale
stanowczo, prychając przy tym jak kot. Nie cofnęła się, bo przecież nie
chodziło o to, że nie chciała jego bliskości, raczej problemem była urażona
ambicja.
– No właśnie.
A ty podobno nie lubisz rozgadanych panienek – przypomniała mu zgryźliwie, znów
sięgając dłońmi do włosów, bo „prawie” nigdy jej nie satysfakcjonowało.
Zaraz się
zdenerwuje i pójdzie po szczotkę, pomimo świadomości, że to bezcelowe, bo w
łóżku i tak jej się włosy poplączą.
Wygląda na to,
że role się odwróciły, bo teraz to ją trzeba było udobruchać.
– Przestań –
żachnął się rozbawiony, nie wierząc, że nadal próbowała się uczesać.
Uparta bestia.
– Za kilka
godzin będziesz wyglądała tak samo, jak teraz – postanowił ją poinformować, bo
chyba nie zdawała sobie sprawy. – I zaczynasz marudzić – dokończył
najważniejszym argumentem.
Nie zamierzał
jednak być zbyt uparty czy, poniekąd, nachalny. Rąk do kieszeni spodni może nie
schował, co prawda musiał coś z nimi zrobić, ale dość grzecznie położył je na
jej biodrach, przyglądając się jej spokojnie.
No, niech
jeszcze powarczy i się poirytuje, to wiele zmieni. Uśmiechnął się lekko i
pokręcił nieznacznie głową, jakby wzdychał nad tym wszystkim, bo ciężko się
dzieje. Dobrze, że on sobie radził z panowaniem nad irytacją.
Przed chwilą
miała zamiar spojrzeć mu w oczy, jednak słysząc ostatni komentarz, zamarła,
pełen oszołomienia wzrok zawieszając na wysokości jego torsu. Wstrzymała
oddech, powtarzając sobie w myślach jego słowa, gdy nagle przymrużyła powieki,
zadarła gwałtownie brodę i popatrzyła na niego z wściekłością.
– Marudzić? –
powtórzyła niepokojąco niskim, wibrującym głosem.
Jej zdaniem
marudzenie a wytykanie hipokryzji to dwie różne rzeczy; nikt nigdy nie oskarżył
jej o to, że marudziła.
Potem zdała
sobie sprawę z tego, że w ten sposób starcia nie wygra. Jeśli będzie się
nakręcać, on wykorzysta to przeciwko niej; dodatkowo wyjdzie na przewidywalną,
głupiutką dziewczynę, a tak nie mogło być.
Dlatego
wytłumaczyła sobie na spokojnie, że komentarz, choć z pewnością miał zawierać w
sobie ziarnko prawdy, był żartobliwy – to dało jej siłę wystarczającą, by
uniosła kąciki ust w słodkim, urokliwym uśmiechu.
Przechyliła
głowę, tak, jak robią to te wdzięczne dziewczątka z pieśni o rycerzach i
damach, przysunęła się bardzo blisko i położyła dłoń na jego karku, przesuwając
po skórze opuszkami palców. Później objęła go za szyję ramionami i przybliżyła
wargi do jego ust, nadal uśmiechnięta w nie pasujący do niej sposób.
– Zauważyłam,
że mają tu tylko jedną kołdrę. Jako osobie marudnej może mi przeszkadzać
dzielenie jej z kimkolwiek, więc chyba będziesz musiał znaleźć inny pokój –
szepnęła takim głosem, iż trudno było pojąć, że właśnie go wyprosiła.
Tak naprawdę
miała nadzieję, że on jej nie posłucha (bo niby kiedy to robił) i zostanie.
Skoro tak, dość głupim zdawało się być jej zachowanie – niestety, dumę ceniła
sobie najbardziej, więc dla niej byłaby w stanie nawet przecierpieć tę noc w
samotności.
Sheridan
wykazał się niesamowitym opanowaniem. Nie reagował w żaden sposób na nagłą
bliskość, przyglądając się jej z uprzejmą ciekawością i wysłuchując do końca
wypowiedzi nekromantki. Zdawało się, że cała sytuacja wcale go nie ruszyła, a
najmniej – rozjuszenie Anabde.
Ot, po prostu
dowiedział się, w jaki jeszcze sposób może kobiecie dokuczyć. To mogłoby się
kiedyś przydać, a rzeczy przydatne zapamiętywał skrupulatnie.
– Rozumiem –
stwierdził spokojnie, nie odrywając od niej opanowanego, umiarkowanie
zaciekawionego spojrzenia. – Myślę, że jakoś sobie z tym poradzę – dodał wtedy,
choć zdawało się, że właśnie prędzej wyjdzie, nie mając ochoty na te
przepychanki.
Dopiero wtedy
wykorzystał przewagę, jaką mu sama raczyła podarować. Zbliżywszy się do niego
na tyle i jeszcze przytrzymawszy się go tu i tam, niemalże strzeliła sobie w
kolano. Bo teraz musiał tylko trochę dalej przesunąć ręce i mocniej ją objąć,
żeby podnieść. A potem dzieliło go ledwie kilka kroków od celu.
Położył Anabde
na łóżku i pochylił się nad nią, przymrużając lekko oczy; nawet uśmiechnął się
z pewnym zadowoleniem, ograniczając ją rękoma po bokach głowy oraz nogą przy
udzie. Na drugiej nadal jeszcze stał, czy raczej opierał się kolanem o materac.
– Ewentualnie
zostawię ci kołdrę i wyciągnę swój koc – postanowił na koniec.
Zapatrzyła się
w jego oczy, nadal obejmując go za szyję, i zapytała siebie, czy właśnie
została z kretesem pokonana. Przymrużyła powieki, pogłaskała go dłonią po
karku, drugą już zjeżdżając na jego tors, po czym uznała, że zdecydowanie tak.
Co
najciekawsze, zupełnie jej to nie przeszkadzało. Ba, zdawało się, że nawet się
z tego ucieszyła, a przynajmniej było jej zdecydowanie na rękę.
Droczenie się
droczeniem, wygłupianie wygłupianiem, ale gdyby z tego powodu miało jej być
zimno w nocy, nie byłaby zachwycona.
– Na to chyba
mogę się zgodzić – uznała wspaniałomyślnie, uśmiechając się przy tym lekko.
Potem
podniosła się na materacu, by go pocałować; gdy tylko ich usta się zetknęły,
wykorzystała to, że nadal obejmowała go za szyję, i pociągnęła w dół. Nie
będzie się wysilać i niewygodnie unosić, kiedy nie musi. Gdy znów leżała
wygodnie na miękkiej pościeli, na chwilę odsunęła go od siebie, tylko na tyle,
by mogła coś powiedzieć.
– I nie
marudziłam – oznajmiła mu z pełnym przekonaniem, nadal trochę niezadowolona z
powodu oskarżenia.
– Oczywiście –
przytaknął tylko po to, żeby już przestała to roztrząsać; uśmiechnął się z
rozbawieniem pod nosem, przesuwając palcami po jej policzku aż na brodę.
Bez pośpiechu
pochylił się, całując ją jakby leniwie, bardzo spokojnie. Co prawda wypadałoby
wykorzystać dany im czas na porządny odpoczynek, ale czemu najpierw się trochę
nie rozluźnić? Z lekkim uśmiechem zajął się jeszcze jej szyją i częściowo
ramionami, na ile luźna bluzka na razie pozwalała, jednocześnie postanawiając,
że trzeba się trochę przesunąć. Noga mu już ścierpła w tej pozycji.
Delikatnie ją
przytrzymał i podsunął wyżej na łóżku, samemu mogąc wejść w całości na materac.
Z zadowoleniem zauważył, że tym razem mieli do dyspozycji trochę szerszy mebel
niż ostatnio. Wolał nie sprawdzać kolejny raz siły grawitacji, tak jakoś.
Miała ochotę
prychnąć – jego zapewnienie nie zabrzmiało zbyt szczerze – ale z wiadomych
przyczyn nie mogła; udobruchał ją, schodząc pocałunkami na szyję. Wtedy
zupełnie zapomniała o jakiejś tam urażonej dumie czy przegranej grze;
zamruczała cichutko, na chwilę przymykając oczy. Miała wrażenie, że ten patent
nigdy nie przestanie na nią działać.
Gdy ponownie
uchyliła powieki, najpierw przyjrzała się łowcy, błądząc po jego twarzy
spojrzeniem roziskrzonych z zachwytu oczu, w którym gdzieś na dnie, zupełnie
ukradkowo, czaiła się nutka czułości. Czułości, której sama jeszcze nie rozumiała,
do której nie miała zamiaru się przyznawać; to było coś, czego dopiero się
uczyła.
To ta czułość
popchnęła ją ku rzeczywiście delikatnemu pogłaskaniu jego policzka, a później
ku subtelnemu uśmiechowi, pozbawionemu tak częstych złośliwości i kpiny, jak
zawsze obecnej dumy.
– Drapiesz –
zauważyła za śmiechem, unosząc się lekko, by również wargami sprawdzić dotyk
jego skóry pokrytej ledwie widocznym, ale wyczuwalnym zarostem.
No wiecie co,
żeby się na bal nie ogolić.
Bal jak z
koziej dupy trąba, jeśli pytać go o zdanie. Za dużo balu w samym balu,
generalnie, zwłaszcza że to Anabde była przynętą.
– Wybacz –
odparł, ale nie powstrzymał uśmiechu; jeszcze mu się nie zdarzyło, żeby ktoś
wytknął taki szczegół w takiej chwili.
Albo może nie
zapominał się golić przed polowaniem, też może być. To spostrzeżenie trochę go
zastanowiło, na moment zastygł nad nią, jego spojrzenie stało się lekko
nieobecne, zapatrzył się w pościel nad jej ramieniem.
Szybko wrócił
do rzeczywistości i tym razem uśmiechnął się z przekąsem, pochylając się nad
nią. Chwilę jakby się wahał, by zaraz otrzeć się policzkiem o jej policzek,
kończąc pocałunkiem trochę poniżej ucha.
– Ale ty nie –
skwitował, przesuwając rękoma wzdłuż jej boków, aż na biodra, skąd mógł lekko
podwinąć luźną bluzkę i wsunąć dłonie pod materiał. – Mam się iść ogolić? –
spytał tuż przy jej szyi, nie dotknął jednak skóry ustami, czekając na
odpowiedź.
– Nie –
odpowiedziała od razu, przesuwając dłonią w górę jego pleców, by zaraz sięgnąć
jego włosów.
Miał je
upięte, ale zaraz naprawiła ten drobny szczegół; jak ona taka nieuczesana, to
on nie może być lepszy, o. Przeczesała palcami brązowe kosmyki, podczas gdy
druga dłoń już została pogoniona do odpinania guzików jego koszuli.
Znowu się
uśmiechnęła, myśląc o tym samym, o czym on przed chwilą – teoretycznie mieli
odpoczywać. Ale do południa zostało jeszcze wiele godzin, a ona, choć była
zmęczona, nie zasnęłaby obok niego, nie czując go wcześniej w sobie. Pokusa
byłaby chyba zbyt wielka.
Zresztą każdy
ma priorytety, jej aż tak bardzo na śnie nie zależało.
– Tak jest
dobrze – dodała szeptem.
Tylko żeby
sobie nie pomyślał, że ma przestać się golić, tego by nie zniosła.
Do najniższych
guzików jego koszuli w tej pozycji nie miała jak sięgnąć, a czując jego oddech
na szyi, nie potrafiła się ruszyć – postanowiła więc odwlec pozbawianie go
górnej części ubrania, zadowalając się błądzeniem palcami po jego nagim torsie.
Po otrzymanej
odpowiedzi uśmiechnął się lekko, chyba decydując się zakończyć tę małą torturę.
Ale miał inny pomysł na całą sytuację, dlatego ledwie musnął jej szyję
pocałunkiem, a już zrezygnował. Tym razem wsunął dłoń pod jej plecy i uniósł ją
lekko, by było łatwiej ściągnąć bluzkę.
Owszem,
całkiem dobrze na niej wyglądała, tak naturalnie i niewymuszenie, codzienna
Anabde w pewien sposób była dla niego ciekawsza niż wystrojona, nie potrafił
tego określić. W tym jednak momencie bardzo nie chciał jej dłużej oglądać,
dlatego sprawnie się jej pozbył, pozwalając polecieć w jakieś gdzieś.
Wtedy dopiero
powrócił do składania na jej ciele pocałunków, pozwalając dłoniom wędrować
wzdłuż linii jej kształtów, szukać miejsc, które odnalazł już kiedyś, a które
wywoływały u Anabde pozytywne reakcje. Musiał sobie po prostu przypomnieć, nie
wszystkie zarysowały się w pamięci odpowiednio wyraźnie. Może znajdzie coś
jeszcze.
Westchnęła
głośno, zaraz przygryzając wargę, gdy przypomniała sobie, że powinna zachowywać
się ciszej. Szlag by to, powstrzymywanie tego typu naturalnych reakcji zawsze
przychodziło jej z trudem, a przy nim to już w ogóle było niemożliwe. Nie mogli
przenocować w innym miejscu niż reszta? Na przyszłość trzeba będzie pomyśleć o
rozwiązaniu, teraz nie miała do tego głowy.
A tak w sumie
to jej uciekł. Znaczy, bo naprawdę planowała pozbawić go tej koszuli, a on
sobie zszedł, ekhm, niżej. Przymrużyła powieki w dziwnym rodzaju niezadowolenia
i przesunęła obie dłonie na jego łopatki, zaciskając mocniej palce i
przyciągając go do siebie.
– Chodź tutaj
– wymruczała jeszcze, żeby nie wpadł na głupi pomysł nie poddania się sugestii.
Teraz
dokończenie rozpinania koszuli i ściągnięcie jej wreszcie stało się możliwe;
szybko skorzystała z okazji. Odpięła jeszcze klamrę jego paska, bo jakoś tak
się nawinął.
Skupiła całą
swoją uwagę na jego torsie, plecach i brzuchu, choć spojrzenie utkwiła w
zielonych oczach. To dłonie badały; wprawdzie większość miejsc doskonale już
znały i zdążyły zapamiętać, ale ciągle było im mało.
Uśmiechnął się
lekko, przez kilka chwil odwzajemniając spojrzenie, przyglądając się szarym
oczom nekromantki, bo nagle odniósł wrażenie, że poświęcił im najmniej czasu,
choć miał tyle okazji, żeby się im przypatrzeć.
Jeszcze
sekundę, może dwie wpatrywał się w nią zaskakująco poważny, prawie skupiony, po
czym wrócił poprzedni wyraz twarzy; pocałował ją śmiało, pewnie, jakby chciał,
żeby straciła dech. Ledwie się od niej oderwał, zsunął się ustami na szyję, bo
niedawno trochę ją zignorował, więc niech będzie. Potem jeszcze niżej, na
piersi, brzuch, bardziej w bok, na talię, ale tylko z jednej strony. Zmienił
koncepcję, powrócił do jej warg, pozwalając rękom zastąpić usta.
Wreszcie,
skoro i Anabde zabrała się do konkretów, rozbrajając jego pasek, postanowił
zatroszczyć się o jej spodnie. A raczej o ich brak, bo były zbędne i na pewno
na ten moment dla nekromantki niewygodne. Ale ściągnął je tylko do połowy uda,
trochę powyżej kolana, i zrezygnował. Za to przesunął dłońmi po gładkiej skórze
jej nóg, unosząc kącik ust w niedbałym, typowo jego uśmieszku.
Zmarszczyła
brwi, nie mogąc odgadnąć jego zamiarów – jak dla niej to te spodnie były
całkowicie i absolutnie zbędne, nie tylko trochę. Oparła się jedną dłonią o
jego tors i naparła na niego, samej podnosząc się aż do chwili, gdy mogła sama
dokończyć ściąganie spodni.
Skopała je z
łóżka, żeby się nie plątały pod nogami, po czym, nadal trwając w pozycji
półleżącej, wróciła spojrzeniem do jego oczu. Na ten krótki moment, gdy zajęła
się problemem pozbawiania się odzieży, straciła zainteresowanie łowcą; to było
niedopuszczalne, więc teraz trzeba było zadośćuczynić.
Uniosła się jeszcze
trochę, tak, by znaleźć się bliżej, na tyle blisko, na ile było to możliwe. Gdy
poczuła ciepło jego ciała, westchnęła cicho, czując, jak serce przyspiesza swój
rytm. Teraz to ona podyktowała warunki pocałunku, w niczym nie ustępując
zachłanności Sheridana. Znów pociągnęła go w dół, nie przejmując się tym, że
sama gruchnie plecami o materac.
Zamortyzował
jej lądowanie, z wyczuciem przytrzymawszy ją ręką pod plecami. Znów się lekko
uśmiechnął; dzielna kobieta, poradziła sobie sama. Był ciekaw, na ile ma dość
zabawy, a na ile chce się jeszcze droczyć. Dobry sposób na sprawdzanie sobie
znalazł, nie ma co.
Uznał jednak,
że można się trochę sprężyć, skoro czas na spanie jest ograniczony i właśnie
wykorzystują go w innym celu. Dlatego upewnił się, że leży wygodnie, przesunął
ręką wzdłuż jej boku, po pośladku i aż do uda, by przypomnieć sobie, że to nie
wyjdzie aż tak szybko. No tak, nie ma to jak zapomnieć o takim szczególe, jak
własne spodnie.
Z paskami
radziła sobie dobrze, ale resztę też trzeba było zdjąć, czym się zajął
osobiście. Skoro i ona się musiała dziś w tej kwestii wysilić, to czemu nie on.
A poszło całkiem sprawnie, rzucił materiałem byle dalej, żeby jak najszybciej
powrócić do Anabde. Na moment jeszcze się rozmyślił, znów ją całując.
Podświadomie
wiedziała, że on ją przytrzyma, nie pozwalając się uderzyć; gdy to zrobił,
mogła tylko uśmiechnąć się z niedowierzaniem (bo jak to się właściwie stało, że
mu zaufała? To była tylko drobnostka, ale świadczyła o czymś większym). Uśmiech
trwał ledwie kilka sekund, bo zaraz jej usta zostały zaangażowane do znacznie
ciekawszego zajęcia.
Choć na razie
wszystko odbywało się w bardzo odpowiadającym jej, szybkim tempie, teraz on na
krótką chwilę się wstrzymał, a w niej narodziło się zwątpienie, czy nie miał
zamiaru po raz kolejny wystawić jej cierpliwość i samokontrolę na próbę. To
było ciekawe, na pewno wzmacniało doznania, ale tego ranka już by się nie
sprawdziło.
Cały wieczór
musiała obserwować, jak rozchichotane, chętne panienki uwieszają się łowcy; co
niektóre z dość konkretnymi zamiarami. Tak, zdecydowanie podziałało to na małą
zazdrośnicę i obudziło w niej poczucie własności; teraz miała zamiar udowodnić
całemu światu, że on należy tylko do niej. Nie mogła czekać. Chciała poczuć go
teraz, zaraz, od razu.
Na chwilę
przerwała pocałunek, by przysunąć usta do jego ucha. Niewielki zarost naprawdę
drapał, ale nie przeszkadzało jej to ani trochę, było nawet przyjemne.
– Tym razem
nie przedłużaj – poprosiła szeptem.
Uśmiechnął się
lekko, czekając, aż jej głos zaniknie wśród ich szybszych oddechów. Potem jego
ręka powtórzyła wędrówkę sprzed chwili, może nie wyjątkowo pospiesznie, ale też
nie nieznośnie wolno. W momencie, kiedy z wyczuciem rozkładał jej nogi,
przesunąwszy dłonią po wewnętrznej stronie uda, oparł swoje czoło o jej,
przymykając oczy.
Gdy znów je
otworzył, sekundę albo dwie przyglądał się twarzy Anabde, w jego spojrzeniu
pojawił się lekki, subtelny i bardzo ulotny blask. Ledwie się pojawił, już
zgasł, i wszystko wróciło do normy.
Dostosował się
do jej prośby, samemu nie chcąc czekać za długo. Po części z tych samych
powodów, co ona, a po części dlatego, że po prostu nie.
Fajny blog...
OdpowiedzUsuńZastanawiam się dlaczego nie ma nikogo więcej niz wy. Wszystkie części tego... opowiadania są na blogu ? Jeśli nie to podacie mi adres gdzie są ? Chciałabym poczytać od początku. Zapowiada się na książkę. Tak sądzę...
Nie jestem pewna, o co dokładnie pytasz xD Jeśli chodzi o poprzednie rozdziały - są w szerokiej liście pod postami, szeroka lista opatrzona napisem "spis treści".
UsuńDlaczego nikogo więcej niż my? W jakim sensie? ._.
Sher się uśmiechnął, roześmiał, uśmiechnął i uśmiechnął, liczyłam. Teraz tylko czekam na zakrzywienie czasoprzestrzeni, bo opracowałam teorię, że jeden uśmiech Shera może wywołać śmierć jakiegoś bohatera na drugim końcu opowiadania (to wcale nie jest efekt motyla!). Może nawet zacznie mnie gonić agent Smith? Kto wieee...
OdpowiedzUsuńSira, znaczy siem.
UsuńHahahaha, cóż, teoria nadzwyczaj słuszna, ci powiem xD Aczkolwiek nie do końca od uśmiechu Shera będą ludzie ginąć, generalnie, no xD
Usuń... Jaki zaś agent Smith, co? xD
No wiesz, Sher się uśmiecha. Od tej pory świat to jeden wielki Matrix XD
Usuń