środa, 6 marca 2013

68. Zimne pokoje



– Następne pokoje też są chyba wolne – mruknął Errian, spoglądając w szarzejący od wschodzącego słońca korytarz. – Wybierz ten, który bardziej ci się spodoba. Dobranoc – pożyczył jeszcze, uśmiechając się pogodnie.
Usłyszała, że zawrócił i odszedł, zostawiając ją samą. Przez chwilę chciała się odwrócić i mu odpowiedzieć, chociaż spojrzeć, dokąd poszedł, ale dalej spoglądała w korytarz, jakby czekając na zbawienie.
Wreszcie westchnęła, opuszczając lekko głowę; ledwie kątem oka zerknęła za siebie, nie mogąc się powstrzymać. Zobaczyła tylko zamykające się drzwi, zamek kliknął, zapadła cisza. Odetchnęła raz jeszcze.
– Dobranoc – szepnęła do milczących ścian i poszła przed siebie, zastanawiając się, do którego pokoju zajrzeć.
Właściwie było jej wszystko jedno, gdzie będzie spać. Mogła to być nawet komórka na miotły, byle zwinąć się pod kocem i odpocząć. Rozluźnić mięśnie, odsapnąć, oczyścić umysł, przez chwilę nie niepokoić się o nic. Naglona tymi myślami skręciła do pierwszego mijanego właśnie pokoju, nacisnęła klamkę i wślizgnęła się do pustej sypialni, zaraz dokładnie zamykając za sobą przejście.
Oparła się na deskach, spoglądając na bogactwo, które zostało im użyczone na te kilka godzin odpoczynku. Wielkie łóżko – chyba jednoosobowe, ale ona by się na nim zmieściła razem z Faryale – stare, rzeźbione biurko, regały z książkami, duże okna częściowo przysłonięte ciemnymi zasłonami, z pewnością wygodny i miękki fotel, egzotyczne rośliny poustawiane w charakterze ozdób, kilka obrazów. Zgarbiła ramiona, patrząc na to wszystko z niechęcią, której nie umiała ukryć.
Co cudownego było w takim domu, gdzie wszystko zdawało się obce, zimne i odległe, wystawione tylko na pokaz? Nigdzie nie czuła żadnej duszy, żadnego ciepła. Tak nie powinien wyglądać dom, do takich miejsc nie chce się wracać, nie sposób je kochać.
Dom chyba ma dawać poczucie bezpieczeństwa, miłości, zostawiać po sobie pustkę, którą koniecznie pragnie się zapełnić.
– Co ty o tym niby wiesz – mruknęła do samej siebie, wbijając wzrok w podłogę.
Odepchnęła się od drzwi i jakby niechętnie ruszyła do łóżka, po drodze ściągając buty z nóg. Kopnęła je w okolice mebla, niepewnie dotknęła pościeli i zatrzymała się, wpatrując się w materac tak, jakby miał ją zaraz haniebnie zdradzić.
Wreszcie westchnęła i położyła na podłodze, obok butów, niedużą torbę. W środku miała trochę jedzenia, ubranie na zmianę, nic ciężkiego czy istotnego. Klamrę z Ashar’carrem odpięła i złożyła na biurku, chcąc mieć na miecz oko, podczas gdy będzie szykowała się do snu.
Z bagażu wyszarpnęła znoszoną, nie pierwszej młodości koszulę, którą kiedyś zwinęła ze straganu w biały dzień, wywołując zamieszanie w całym miasteczku. Używała jej do spania, bo była na nią za duża, gdyby miała w niej walczyć, prędzej udusiłaby samą siebie rękawami niż sobie poradziła. Sięgnęła do ubrania chłopca stajennego, którego nadal nie zmieniła, złapała koszulkę i chciała ją ściągnąć przez głowę, ale zastygła nieruchomo.
Powoli z powrotem opuściła do połowy uniesione ręce i ostatecznie objęła się ciasno ramionami, kuląc się lekko. Nie wiedziała, skąd to uczucie, ale nagle nie chciała ściągać ubrania i patrzeć na swoje ciało. Nie musiała sobie przypominać, ile było na nim blizn, dokładnie każdą pamiętała. Nie dało się na to patrzeć; odwróciła wzrok, natrafiając na wychodzące na puste pola okno. Milczała, stojąc z zaciśniętymi zębami i bijąc się z własnymi bezlitosnymi myślami.
Nigdy w ten sposób w siebie nie wątpiła. Nigdy nie miało to najmniejszego znaczenia. Kiedy jednak dziś patrzyła na salę balową wypełnioną najróżniejszymi ludźmi, młodszymi oraz starszymi, i obserwowała tańczące, śmiejące się kobiety oraz dziewczęta, poczuła się na moment dziwnie.
Potem wszystko minęło, mieli inne problemy na głowie, ale teraz zaczęło docierać, czym było uczucie mdłości w tamtej chwili. Nie chciała być idealna ani nic z tych rzeczy, po prostu dotarło do niej, jak mało jakiejkolwiek urody w niej było. Albo ogłady. Albo czegokolwiek. Nie potrafiła się nawet ubrać, żeby to zmienić, uczesać też nie. Ciągle wyglądała jak potwór i nigdy jej to nie przeszkadzało, wręcz traktowała to jako coś sprzyjającego. Teraz nagle…
Zgrzytnęła zębami i pochyliła mocniej głowę, patrząc w podłogę. Denerwowało ją, że nawet nie towarzyszył temu strach. Nie bała się, że przez to go straci, bo nie będzie mógł dłużej na nią patrzeć. Po prostu nagle… chciała… tylko nie umiała.
Zirytowała się jeszcze bardziej, ale ręce ani drgnęły, nadal ciasno przyciśnięte do ciała. Mogłaby zwalić winę na to, że nie chciała się rzucać w oczy lub że to ograniczałoby bojową skuteczność. Tylko doskonale wiedziała, że taka była od zawsze. Nie pamiętała dlaczego – domu też prawie nie pamiętała, twarzy rodziców również – ale tak zwyczajnie. I nagle poczuła się z tym źle.
Wreszcie zrezygnowała z walki, niepewnie usiadła na skraju łóżka i oparła czoło o słupek od baldachimu, mając wrażenie, że w pokoju jest dziwnie zimno. Pusto oraz cicho. Westchnęła, zamykając oczy; mimowolnie zastanowiła się nad czymś jeszcze. Może nie dokładnie nad tym, bo prędzej by wyskoczyła przez okno niż cokolwiek zdołała sobie wyobrazić, ale jednak tego… ranka, jakby nie patrzeć, to także rzuciło się jej w oczy.
Miała taki cholerny problem z zaakceptowaniem bliskości – czy choćby myśli o niej. Słuchając dzisiejszych swobodnych komentarzy Anabde, jednocześnie ogarniało ją z wiadomych przyczyn przerażenie oraz obrzydzenie, z drugiej jednak strony… znowu dziwnie.
Sama najchętniej na większość czasu odgrodziłaby się od Erriana grubym murem, a rozmowy prowadziła przy pomocy posłańca przekazującego listy, zupełnie nie wyobrażała sobie aż takiej swobody. Zaczynała rozumieć, co miała na myśli Faryale, mówiąc, że go podziwia. Aithne wykrzywiła z irytacją usta, w duchu przyklaskując klaczy.
Westchnęła i opadła plecami na materac, wbijając wzrok w baldachim. Tandeta. W co drugiej szlacheckiej posiadłości pewnie są łóżka z baldachimami. A w Funnahu, wysoko w górach, zdarzają się nawet takie wykuwane z kamienia. I czasami bywają wygodne, jak już się sobie wszystko odmrozi na śniegu oraz wietrze.
– Dupa – szepnęła, krzyżując ręce pod głową i przymrużając oczy.
Czy to mogłoby być w porządku, gdyby do niego poszła? Czy to jednak tak się nie robi? Są niepisane zasady takiego zachowania? Przy stole też trzeba się trzymać różnych reguł, więc może i tu…? Westchnęła jeszcze ciężej, obracając głowę w bok, by wtulić policzek w miękką kołdrę. Ona też była zimna. Może wietrzyli przed wyjazdem.
Miała ochotę wrzasnąć, ale mogłaby kogoś zaalarmować. Jeszcze by ich oderwała od ważnych zajęć albo cokolwiek. Nie, głupi pomysł, wyjątkowo głupi. Zdusiła potrzebę w gardle, syknęła przez zęby i znowu usiadła, tocząc po pokoju nieco ponurym spojrzeniem. Nic nie ruszać, nie niszczyć, nie kraść, nie ślinić, nie oddychać na to. Podniosła się z materaca i podeszła do biurka, sięgając do Ashar’carrego.
Wiedziała – i to było jedyne, co pamiętała z tych wczesnych lat życia – że rodzice bardzo ją kochali. Ale najwyraźniej w umyśle zarysowała się nauka przekazywana przez ojca. Miecz był najważniejszy, ważniejszy od wszystkiego, nawet od niej samej. Oddała mu całe swoje serce już na samym początku i gdyby nie on, nie byłoby jej tu teraz.
Zastanawiała się, głaszcząc osłonę, jak to wyglądało u niej w domu. Jak zachowywali się wobec siebie rodzice, czy matka zgadzała się z teoriami ojca. Jak wyglądali. Jedli wspólnie śniadania czy spali do późna? A może kolacje były na dworze, przed domem, by korzystać z cieplejszych pór Funnahu? Chodzili czasem w góry?
Uśmiechnęła się ponuro, opuszczając głowę. Przez tak długi czas była pewna, że zemsta jej wystarcza, że nie potrzebuje nic innego, a samotność zaczęła jej dokuczać, kiedy wreszcie przestała być sama. Nie wiedziała, jakim cudem tak długo wytrzymała, ale na swój sposób to pokrzepiało. Bo może teraz zdoła cokolwiek z tym zrobić.
Tyle lat poświęcała dla walki, dla Ashar’carrego, dla czegoś, o czym zupełnie nie pamiętała, ale miała wrażenie, że jeśli się rozkojarzy, to nie osiągnie tego. Po zemście nadal były puste lata, które wypełniała pogonią za tym, o czym powinna wiedzieć, ale to straciła. Razem z dzieciństwem, rodzicami, domem. Może to było coś na kształt misji. Może jest coś winna Ashar’carremu. Może miała go komuś oddać.
I po co to wszystko, skoro i tak tego nie rozumiała?
Wzięła osłonę z mieczem, zawróciła i schyliła się po torbę. Niedbale wsunęła stopy do butów, chwilę przestępowała z nogi na nogę, próbując poprawić uwierający ją materiał, a ostatecznie ruszyła do drzwi.
Jakkolwiek było w domu, skądś wiedziała, że zawsze miała problemy z jakimikolwiek zasadami. Gdzieś podświadomie tkwiła pewność, że uciekała matce przed czesaniem włosów, nigdy nie chciała jeść tymi sztućcami, którymi powinna, i nie ustawiała butów ani nie składała ubrań.
Dlatego jeśli teraz łamała zasady dobrego zachowania, to była z tego faktu bardzo zadowolona, bo do tego z pewnością się urodziła.
Wyszła na korytarz, zamknęła za sobą pokój i ruszyła w drogę powrotną, pochylając z pewnym zacięciem głowę. Trochę jakby stawała do walki, ale tak było łatwiej. Póki nie dotrze do celu, taka myśl dodawała jej odwagi, uspokajała, bo przecież do tego przywykła. Tylko już nie mogła znieść niektórych rzeczy, które walkom towarzyszyły. A pokój był za zimny.
Zatrzymała się przed jednymi z wielu drzwi, mając wrażenie, że to te dobre. Chyba że on też gdzieś się przeniósł. Trudno, nieważne, najwyżej pospaceruje jeszcze trochę, czemu nie. Robiło się jasno, więc nie miała nic przeciwko. Odetchnęła głęboko, chwyciła klamkę i weszła do środka bez pukania, stając w progu, jakby była u siebie.
Pokój prezentował się podobnie do tego, w którym ona się zaszyła, tylko meble zostały wykonane z jaśniejszego drewna i powieszono więcej obrazów zamiast roślin. Zauważyła, że zaciągnął zasłony, żeby po świcie móc nadal spać, w końcu zaczynał się dzień. Specyficzna szarość wydała się Aithne całkiem przyjemna – jeszcze nie jasno, już nie ciemno.
– Hej – rzuciła po prostu i okazało się, że to wszystko, na co ją stać.
Spojrzała bezradnie na stojącego między biurkiem a łóżkiem Erriana, opuszczając rękę, którą trzymała drzwi. Młody mag wyglądał na zaskoczonego tym nagłym wtargnięciem, przyjrzał się jej uważniej, uwagę poświęcając uniesionemu w drugiej dłoni Ashar’carremu. Potem znów zawiesił spojrzenie na jej twarzy, jakby oczekując wyjaśnień.
Aithne otworzyła usta, nie wymyśliła niczego mądrego i z kłapnięciem je zamknęła, zastanawiając się, co dalej. Rozmyślanie, co by zrobiła Anabde, było głupie, bo nie ma opcji, żeby upadła podeszła do niego, była egzotyczna, uwodząca i ogółem kusząca. Mogła go postraszyć pięścią i fryzurą, to potrafiła.
Drzwi, zdegustowane brakiem zdecydowania, zaczęły się zamykać, bo Aithne już ich nie trzymała, więc dlaczego miałyby współpracować?
– Stało się coś? – spytał wreszcie, chwytając klamkę w momencie, kiedy upadła prawie dostała deskami w nos i nadal nic nie zrobiła, by postać rzeczy zmienić.
Otworzył przejście i sam je przytrzymał, przyglądając się Aithne z uniesioną brwią.
Upadła uznała, że właśnie zrobiła bardzo głupią rzecz i już zdecydowanie nie pamięta, co ją do tego podkusiło, pewnie siły nieczyste. Zająknęła się, przeanalizowała swoje wszelkie zdolności w kontaktach damsko-męskich, po czym wyciągnęła w jego stronę Ashar’carrego.
– Chciałam coś sprawdzić – oznajmiła nieco sztywnym głosem, unosząc broń na wysokość twarzy Erriana, jakby chciała się osłonić przed jego spojrzeniem.
– Na przykład jak miękko przechodzi przeze mnie ostrze? – podsunął z rozbawieniem, ostrożnie opuszczając miecz, by znów dziewczynę widzieć.
– Co? – wydusiła, zamrugała, wciągnęła gwałtownie powietrze i zrozumiała, że nie wie, po co palnęła tę głupotę przed chwilą. – Nie no, nie.
– W takim razie o co chodzi? – drążył spokojnie, odsuwając się o krok, żeby mogła wejść do pokoju.
Ledwie powstrzymała się od potrząśnięcia głową; było jej bardzo dobrze tu, na progu, w samych drzwiach, tak. Mogła spać na wycieraczce i bronić mu pokoju, każdy by się przestraszył, zdecydowanie.
– Bo, eee – wyraziła się, przyciskając dla odmiany Ashar’carrego do piersi.
W głowie zadźwięczały jej słowa Faryale sprzed godziny, może godziny i pół. W takich chwilach naprawdę go podziwiam, co? Aithne zgarbiła ramiona, łypiąc groźnie w trzymane przez Erriana drzwi.
To jeszcze raz, na jaką cholerę tu przychodziła?
– Może wejdziesz? – zaproponował młodzieniec, przyglądając się upadłej i z rozbawieniem, i z ciekawością.
– Może nie. W sumie powinnam już iść – wydusiła, uznając, że może taktyczny w tył zwrot jest zdecydowanie wskazany.
– Dlatego w pośpiechu ubierałaś buty? – zainteresował się, teraz przyglądając się jej stopom. – Żeby przyjść i wyjść? Jakieś nowe poranne ćwiczenia? – ciągnął dalej, przy ostatnim pytaniu nie powstrzymując już uśmiechu.
– To… taka moda – burknęła, przenosząc ciężar ciała na jedną nogę, a drugą chowając za łydką pierwszej, oparłszy stopę na palcach. – Taki fason.
– Butów stajennego. No tak, słyszałem – przytaknął, kiwając ze zrozumieniem głową.
– Właśnie. Dokładnie – skwitowała, marszcząc nos i składając usta w coś na kształt dzióbka, choć w jej przypadku wyszło to dość zabawnie. – To tego, dzień dobry – podsumowała, odwracając się, by wymaszerować, ale głowica Ashar’carrego i czub osłony zaklinowały się we framudze.
Aithne aż stęknęła, odbijając się od tej zapory i lecąc w tył. Wpadła plecami na Erriana, poczuła, że zaraz runie na twarz, ale mag ją przytrzymał; usłyszała jego westchnienie, potem pchnął lekko drzwi.
Upadła z pewnym przerażeniem patrzyła, jak jedyna droga ucieczki zamyka się, bo zdradził ją jej własny miecz.
– To może jednak wejdziesz – zaproponował młodzieniec, pomagając jej stanąć prosto; nadal się uśmiechał, teraz z coraz większym rozbawieniem.
– W drodze wyjątku – poddała się, opuszczając pokonana głowę.
– Nie mam nic do picia, ale chyba nie chce ci się pić – mruknął, przechodząc w stronę biurka, przy którym zatrzymał się jakby bezradny.
Ta obserwacja zaskoczyła Aithne. Przyjrzała się magowi czujniej, podejrzewając go o szykowanie spisku; położył dłoń na blacie i przesunął po drewnie palcami w nerwowym tiku. Uniosła brwi, przekrzywiając głowę, potem popatrzyła na jego twarz.
Wszystko wszystkim, ale on też nie czuł się pewnie? Jakim cudem?
– Nie, nie chce mi się pić – odparła cicho, nie mając pojęcia, dokąd zmierza ta rozmowa i czy cokolwiek jeszcze ma sens.
– Tak jak myślałem – podsumował, obracając się tak, by stać do niej przodem i dobrze ją widzieć, nadal zdruzgotaną własnym poronionym pomysłem i spłoszoną.
– Brawo dla ciebie – pochwaliła, kurczowo przyciskając zdradziecki miecz do piersi i wpatrując się w Erriana wielkimi oczami.
– Dziękuję.
– Nie ma sprawy.
– No.
– Dokładnie.
Umilkli. Aithne wodziła wzrokiem po pokoju, podświadomie unikając spojrzeniem łóżka, Errian natomiast splótł ręce na torsie i patrzył na swoje buty; nogi skrzyżował w kostkach, opierając się całym ciężarem ciała na biurku za sobą.
Upadła zastanowiła się, co by zrobił, gdyby nagle padła na podłogę, udając, że umiera. Przynajmniej atmosfera by się trochę rozruszała.
– Rozgość się może – zaproponował wreszcie, unosząc głowę, by znowu spojrzeć na niespodziewaną towarzyszkę.
Aithne drgnęła, prostując się sztywno. Mocniej już się nie dało Ashar’carrego przycisnąć, ale spróbowała.
– Tu mi dobrze – zapewniła pospiesznie.
– Ciuchy wystają ci z torby – postanowił ją poinformować, ześlizgnąwszy się wzrokiem z jej twarzy na wiszący przy biodrze bagaż.
Upadła mimowolnie spurpurowiała na policzkach, najpierw skupiwszy się na torze ruchu jego oczu. Dopiero po chwili dotarło, co powiedział, zachłysnęła się powietrzem i prawie upuściła Ashar’carrego, sięgając do zwisającej koszuli i innych szmatek, które zdecydowanie nie powinny zwisać w jego pokoju.
– Pomogę ci – zaofiarował się, odpychając się od biurka i podchodząc do niej, żeby wyjąć trzymanego pod pachą Ashar’carrego; z mieczem w tym miejscu na pewno trudno się wpychało ubrania do torby.
Aithne wydała z siebie trudny do zdefiniowania dźwięk, spróbowała złapać broń, jednocześnie podrywając głowę. Aż się skuliła, kiedy poczuła nieprzyjemny, huczący ból w czaszce. Sięgnęła wolną dłonią do biednej łepetyny, bezwiednie upuszczając koszulę, którą próbowała wpakować do torby.
Tuż obok usłyszała jak przez mgłę głuche jęknięcie i niepewnie otworzyła oczy, ogniskując wzrok na pocierającym szczękę Errianie. Skrzywiła się, przypominając sobie ból, jaki przed chwilą sobie oraz jemu zafundowała.
– Masz twarde zęby – stęknęła, masując guza.
– I nikt w to nie wierzy, póki nie sprawdzi własnoręcznie – odparł pod nosem, nadal wyraźnie niezadowolony z doznań dzisiejszego dnia.
Znowu umilkli, w ciszy liżąc odniesione właśnie rany. Aithne po chwili doszła do siebie, w końcu takie uderzenie to nie było nic poważnego dla Przeklętej, ale Errian najwyraźniej nie przywykł do ciągłego obrywania w zęby.
Właściwie było jej to na rękę, przynajmniej nie działo się nic złego i strasznego. Złego i strasznego? A komu przed chwilą zimno się w pustym pokoju zrobiło?
– No, więc tego, chciałam sprawdzić… – zaczęła znowu, czując, że jeśli to wydusi, to umrze śmiercią natychmiastową na zawał.
Errian przestał masować szczękę i spojrzał na nią z dość stonowaną aprobatą, wyraźnie straciwszy ciekawość dla powodu pobytu w pokoju Aithne. Jeśli przez to obrywał w zęby, to już wolał nie wiedzieć, jaki szczytny cel temu przyświecał.
– Eee. Czy u ciebie też tak zimno – wydusiła wreszcie, rozglądając się nerwowo dokoła. – Nie wiem, okna nieszczelne albo coś. Tak jakoś. Bo no, w sumie mi to nie przeszkadza, ale, eee, zakatarzony nie przydasz się w pracy. I w ogóle – dokończyła tak zgrabnie, jak tylko ona potrafiła.
– Masz zimno w pokoju? – zdumiał się, ostatecznie odsuwając dłoń od twarzy. – Dziwne, może rzeczywiście coś jest nieszczelne – westchnął, wymijając ją i ruszając do drzwi. – Zaraz sprawdzę, proste zaklęcie pomoże.
Aithne zdrętwiała, kiedy dotarło do niej, że jeśli tam pójdzie i ogrzeje jej pokój, to już będzie musiała w nim spać. Przygryzła wewnętrzną stronę policzka, zmagając się z samą sobą; przecież przyszła, bo chciała, tylko nie umiała tego z nim skonfrontować. A jak zobaczyła, że i on jest niepewny… ale teraz to już do dupy.
Obróciła się i wyciągnęła za nim rękę, chwytając jego dłoń. Nie ruszyła się z miejsca, patrząc szeroko otwartymi oczami, jak się zatrzymuje i ogląda na nią zaskoczony. Wytrzymała jego spojrzenie, rozpaczliwie zastanawiając się, co właściwie dalej.
Errian jeszcze chwilę się jej przyglądał, stopniowo zdumienie ustępowało miejsca spokojowi, który tak często magowi towarzyszył. Wreszcie uśmiechnął się, tak po prostu, i to było takie dziwne, że Aithne już nie wiedziała, co gorsze. Przyglądała się mu podejrzliwie, kiedy obracał się do niej przodem.
– A tu jest ciepło? – spytał po prostu, pogodnym, lekkim tonem, jakby pytał o najnormalniejszą rzecz na świecie.
Skinęła niepewnie głową, nie wiedząc, czy zrozumiał, czy to ona już oszalała do końca.
– Może być – mruknęła ostrożnie.
– To dobrze – stwierdził beztrosko, uwalniając się delikatnie z uścisku jej ręki i podnosząc upuszczoną chwilę temu koszulę. – Silthe, ale to wielkie – pozwolił sobie skomentować, unosząc brew.
– Do spania – wyjaśniła nieco pustym głosem, patrząc, jak Errian kładzie znoszony kawałek szmaty na łóżku i rusza do swoich rzeczy. – Ale… ale… – zająknęła się, pomyślawszy, że może w takim razie on chce iść do jej zimnego pokoju.
Ale całkowicie do dupy.
– Hm? – mruknął tylko, składając rozłożone książki i notatki, które przywiózł ze sobą i wyciągnął na biurko, by chwilę popracować, na stosik.
– Nie musisz sobie iść – wydusiła wreszcie, kuląc się zaraz po wypowiedzeniu tych słów, jakby się bała kary.
– Nigdzie się nie wybieram – odparł lekko, nawet się do niej nie odwróciwszy.
Zamrugała, wpatrując się w jego plecy w szoku.
– Jeśli chcesz, możesz się przebrać za drzwiami szafy, jak je otworzysz, akurat cię zasłonią. Będziemy pewnie musieli energicznie wyjeżdżać, po prostu nie chciałbym zostawić czegoś z tych rzeczy, wolę je teraz spakować i…
Urwał, zamierając, i tym razem to on zamrugał. Nie miał śmiałości nawet się prostować, czując, jak jej ręce zaciskają się na jego brzuchu, coraz mocniej go obejmując. Policzek miała jakoś na wysokości jego łopatki, może trochę niżej, oddychała szybciej niż zazwyczaj. I zdawała się być tak zdesperowana, że gotowa nawet go udusić, byle tylko nie puścić. Potrzebował kilku sekund, żeby oswoić się z myślą, że Aithne sama, tak ochoczo, się do niego przytuliła.
Powoli się wyprostował, nie chcąc jej przestraszyć, i obrócił się, stając do niej przodem. Nie mógł powstrzymać uśmiechu, kiedy patrzył na nią, zwykle rozwrzeszczaną, zbuntowaną przeciw światu upadłą, a teraz bezradną, spłoszoną dziewczynę.
Pogłaskał ją po włosach, nie wypuszczając z objęć; jakoś nie mógł. Nie zmuszał jej, by na niego spojrzała, zwyczajnie stał, czekając. I wreszcie trochę się wyprostowała, unosząc jakby niechętnie głowę, kiedy jednak uchwyciła wzrok jego oczu, też się uśmiechnęła – lekko i nieśmiało, ale widocznie. Przesunął dłonią po jej policzku, czując, że serce szybciej mu bije.
Aithne nie wytrzymała patrzenia Errianowi prosto w twarz zbyt długo. Jeszcze na chwilę opuściła głowę i wtuliła się w niego, odetchnęła głęboko, rozluźniając się. Kiedy objął ją mocniej, nie pozwalając się od siebie odsunąć, miała ochotę mruknąć cicho; to byłoby jednak bardzo, jak na nią, dziwne, dlatego się powstrzymała.
Skupiła się na przyjemnie odurzającym poczuciu całkowitego bezpieczeństwa, które ją trochę niespodziewanie ogarnęło. Doskonale wiedziała, że patrząc na Erriana, nie widziało się żadnej siły; był drobniejszy chyba od wszystkich w grupie, może poza Aidanem, dało się wątpić, czy mógłby podnieść miecz, tak naprawdę. Jego potęga tkwiła nie w fizyczności i o tym się pamiętało, a jednak to też nie to czuła, wtulając się w niego ufnie.
Po prostu w pewnym momencie jego ramiona stały się dla niej najbezpieczniejszym miejscem na całym świecie. Wystarczyły te objęcia, by przestała się bać, uspokoiła się i zapomniała o jakimkolwiek zagrożeniu. Głupie i naiwne, ale dobrze jej z tym było.
W chwili, w której uniosła głowę, on się pochylił. Nie zdążyła nawet pomyśleć, nim przycisnął ją do siebie, całując; rozchyliła wargi, dziwnie spokojna i chętna, zupełnie inaczej niż wcześniej. Już się tak nie bała, lepiej rozumiała zasady gry, zresztą, choć wydawało się to jej niemożliwe, z każdym dniem coraz bardziej mu ufała.
Dlatego teraz znowu się poddała, zamykając oczy, by móc tylko czuć. Jego ręce, oddech, ciepło skóry, chyba nawet bicie serca. Sięgnęła dłonią na wysokość jego klatki piersiowej i zacisnęła palce na koszuli. W niej grał, miała takie przeczucie, chociaż na razie jeszcze nie spojrzała. Nie zdążył się przebrać.
Odsunął się od jej ust, a ona miała ochotę westchnąć ze smutkiem. Uniosła niechętnie powieki, by uchwycić roziskrzone, pełne najróżniejszych uczuć spojrzenie błękitnych oczu. Na chwilę zamarła z lekko rozchylonymi wargami, zdumiona tym, co widziała.
Potem jednak pochylił się nad nią, całując w szyję, tak nisko, jak tylko pozwalał na to kołnierz. Uśmiechnęła się lekko, mogąc zatopić policzek w jego miękkich włosach. Jej ręce same drgnęły, czego w pierwszej chwili nie zauważyła, zbyt skupiona na tym, co robił.
Przesunęła dłońmi po jego plecach, ramionach, zawędrowała aż na tors i tam odszukała pierwszy guzik koszuli, obserwując własne poczynania z pewnym zaskoczeniem. Wtedy jednak wsunął ręce pod jej bluzkę, dlatego straciła skupienie na palcach, które bez pośpiechu i bez finezji, ale skutecznie rozpinały następne guziki, natomiast naprężyła plecy, przymykając z zadowoleniem oczy.
Uwielbiała jego dotyk, był delikatny, ciepły, wywoływał dreszcze na plecach. Westchnęła, posłusznie przylegając do niego, kiedy ją do siebie bardziej stanowczo przyciągnął.
Tym razem całował ją inaczej. Poczuła pewną niecierpliwość, co ją rozbawiło, sama nie wiedziała dlaczego. Chociaż wracała wspomnieniami do tamtej nocy przed ucieczką, ich nocy, to jednak była szczęśliwa, kiedy po prostu znajdował się w pobliżu. Najwyraźniej on tęsknił też za całkowitą bliskością, co zdecydowanie poprawiło jej humor, skutecznie walcząc z ponurymi myślami, które nawiedziły ją w pustym pokoju.
Nie chciała, żeby musiał czekać, ale wiedziała, że nie poradzi sobie, jeśli będzie działała w pośpiechu. Prędzej spanikuje, speszy się i ostatecznie ucieknie, czego wolała uniknąć nawet ona.
Ostrożnie zsunęła koszulę z jego ramion, bardzo zadowolona z faktu, że tym razem się udało. Nawet chciała spojrzeć na niego, dumna z siebie, i zwrócić na to jego uwagę, jednak została znokautowana. To znaczy nie zauważyła, kiedy podprowadził ją do łóżka; zahaczyła nogami o krawędź i wylądowała z cichym piśnięciem na materacu, tracąc rozeznanie w kierunkach świata.
Potem znów był blisko i właściwie zapomniała, co ją tak kilka sekund temu zaskoczyło. Wplotła palce w jego włosy, nie pozwalając mu się jeszcze przez chwilę odsunąć.
Znowu westchnęła, kiedy pchnął ją na łóżko. Przymrużyła oczy, przesuwając dłońmi po jego torsie i cierpliwie czekając na to, co zrobi dalej, bo wolała się nie wychylać. Na razie nie, na razie lepiej robić pod jego dyktando, zdecydowanie miał większe doświadczenie. Tak chyba ze sto razy.
Dlatego nawet trochę mu pomogła ściągnąć swoją bluzkę, żeby nie robić problemów, na chwilę materiał przytrzymała, odpinając spinkę. Nie chciała, by znowu biżuterię wykatapultował w powietrze jak ostatnio; uśmiechnęła się pod nosem, wyciągając rękę w stronę szafki, gdzie planowała położyć swój skarb.
Na moment mięśnie odmówiły posłuszeństwa, a ona wciągnęła nieco gwałtowniej powietrze, przymykając oczy. Nie przywykła jeszcze do pocałunków na brzuchu i piersiach, to nadal wywoływało u niej dreszcze i dziwne odruchy. Może kiedyś przywyknie.
Właściwie taki stan rzeczy nie przeszkadzał za bardzo; na chwilę się poddała, pozwalając sobie na skupienie tylko na nim. Rozbawiło ją to, jak szybko nauczył się układać ją na łóżku, by nie urazić skrzydeł, spodziewała się, że z tym będą największe trudności.
– Ja bym… – zaczęła cicho, znów podejmując próbę dosięgnięcia szafki. – Errian – prychnęła bardziej karcąco, bo jej nie słuchał.
– Hm? – poddał się wreszcie, unosząc się na rękach na tyle, że znalazł się twarzą na poziomie jej twarzy; tak łatwiej się rozmawiało.
– No – skwitowała, nie racząc wyjaśnić tej palącej potrzeby, dla której oderwała go od ciekawszego zajęcia, i wreszcie złożyła spinkę na szafce, bardzo zadowolona z ukończonego wyzwania. – Już – postanowiła poinformować, grzecznie wracając na poprzednie miejsce.
Errian uśmiechnął się, przyglądając się jej, i ten uśmiech znowu był najdziwniejszą mieszanką uczuć, jaką zdarzyło się jej widzieć. Zaraz jednak skupił ją na pocałunku; nie protestowała, objąwszy go ramionami, jedną dłonią przesunęła po jego karku, potem po plecach, czując ciepło skóry.
Sięgnął do jej spodni, chcąc się ich już pozbyć, ale Aithne przypomniała sobie, że z tym może być pewien problem. Ten model ubrania stajennego był sznurowany z boku, a ponieważ sznurowała sobie ona, to chyba trzeba poszukać ostrego noża, no cóż. Jednak nie chciała znowu Errianowi głowy zawracać, żeby się nie zirytował, dlatego w pewnym napięciu czekała, przymrużając z niepokojem oczy.
Miała rację, w końcu doczekała się… no, reakcji.
– Dobra, co jest? – zainteresował się młody mag i parsknął cichym śmiechem. – Je się tylko wciąga? – spytał jeszcze, ale obdarzywszy sceptycznym spojrzeniem dokładne dopasowanie do jej bioder oraz talii, odrzucił pomysł, zanim odpowiedziała.
– No nie, bo tu o – wyjaśniła bardzo konkretnie, unosząc się trochę, jednak ostrożnie, bo nie chciała go znowu pobić, i spróbowała rozsznurować to, co w irytacji zasupłała na sto możliwych sposób. – No, właśnie, mniej więcej – podsumowała, nie pokonawszy tej przeszkody jakkolwiek konkretnie.
– Takie mniej więcej nas nie urządza – poinformował ją bardzo rozbawiony, siadając wygodniej na łóżku, by przyjrzeć się mechanizmowi osobiście. – Ty to wiązałaś, prawda? – spytał jeszcze, pochylając się nad jej biodrem, żeby lepiej widzieć sznurki w półmroku.
– Tak wyszło – przytaknęła, teraz dopiero czując się głupio.
– Zrobiłaś to specjalnie, zła kobieto – uznał, nadal nie straciwszy dobrego humoru, chociaż całość nie prezentowała się zbyt optymistycznie. – Żeby mnie zabić.
– Ej – oburzyła się trochę, choć nie do końca wiedziała, czemu miałby zaraz przez jej spodnie umierać. – Poczekaj, Ashar’carre to przetnie – wpadła na genialny pomysł, próbując sobie przypomnieć, gdzie położyła miecz.
– Tak, razem z twoim ciałem i moimi rękoma, świetny plan – pochwalił od razu i znowu się zaśmiał, kręcąc głową. – Nie wierzę, żeglowałaś kiedyś? – pociągnął temat, nie straciwszy nadziei.
– Nie pamiętam, chyba nie. Czemu pytasz? – mruknęła niepewnie, starając się dostrzec, co też majstruje przy jej biodrze.
– Bo to wygląda jak połączenie wszystkich węzłów marynarskich w jednym – poinformował uprzejmie, po czym westchnął i odsunął się na chwilę, jakby odpoczywając po ciężkich zmaganiach. – No dobrze, trudno – stwierdził wtedy i dość bezceremonialnie sznurki rozerwał porządnym szarpnięciem.
– Aha – wydusiła zaskoczona, otworzywszy szerzej oczy.
Uniósł głowę, posyłając jej zadowolony, bardzo pewny siebie uśmiech, by zaraz znów odwrócić jej uwagę, tym razem od zniszczonych spodni. Jedną ręką przesunął po jej plecach, między skrzydłami, dlatego naprężyła odruchowo ciało, przymykając oczy.
Uczucia zetknięcia jego rozgrzanej, nagiej skóry z jej, tak samo rozpaloną, nie potrafiła zapomnieć już od tamtej nocy. Teraz też ją to jakby odurzyło, przylgnęła do niego całą sobą, nie chcąc się ani na milimetr odsuwać. Chociaż przed chwilą jeszcze bawił ją jego pośpiech, tak w tym momencie poczuła dreszcze niecierpliwości wstrząsające ciałem. Chciała już. Natychmiast.
To nie mogło być takie proste, zwłaszcza kiedy to ona była jednym z partnerów w łóżku. Ledwie sięgnęła do jego paska, nawet nie kontrolując do końca własnych poczynań, a natychmiast cofnęła rękę z cichym syknięciem. Zapiekło nieprzyjemnie.
– Au – mruknęła żałośnie, przysuwając zranioną dłoń do twarzy, żeby ocenić poziom wykrwawienia i oszacować, jak jeszcze długo będzie żyć; jednocześnie zepchnęła maga z siebie, bo generalnie przeszkadzał jej w ratowaniu własnej marnej egzystencji.
Errian znowu dał się oderwać od aktualnego zajęcia i to o wiele szybciej niż za pierwszym razem, wręcz z niepokojem. Spojrzał na nią bez zrozumienia, trochę mniej pewny, choć chwilę temu nie było w nim wątpliwości.
– Zrobiłem coś nie tak? – spytał napiętym głosem, wyraźnie zmartwiony, może nawet przestraszony, wzrokiem poszukał źródła bólu.
Aithne zamrugała, przyglądając się mu przez chwilę bez zrozumienia. Wreszcie westchnęła z irytacją i zmarszczyła z dezaprobatą nos.
– Twój pasek – oznajmiła niemalże karcąco, jakby mag sam wydał mu polecenie skrzywdzenia nowej ofiary.
– Mój pasek – powtórzył zszokowany, chyba nie do końca załapawszy, o czym właściwie mówią, bo brzmiało to prawie abstrakcyjnie.
– Ugryzł mnie – poskarżyła się pełnym wyrzutu głosem i spojrzała na niego niezadowolona, bo to przecież jego wina.
Errian jeszcze przez chwilę patrzył na nią w szoku, zamrugał szybko, po czym… parsknął śmiechem i wyprostował się, uderzając dłonią w czoło. Aithne obdarzyła go bardzo krytycznym spojrzeniem, trochę urażona tą reakcją.
Pewien czas to trwało, zanim się uspokoił na tyle, że przestał się śmiać. Upadła przyglądała się mu w taki sposób, że powinien co najmniej raczyć paść trupem.
Kiedy jednak znów się nad nią pochylił, dotykając delikatnie jej policzka, trochę zapomniała, czemu się pogniewała.
– Ty mały łóżkowy problemie – mruknął rozbawiony i pokręcił lekko głową, przymrużając oczy; nie było w nich już rozbawienia, to raczej dałoby się nazwać czułością.
Aithne nie dostrzegła tej zmiany, porażona określeniem, jakim została uraczona. Zachłysnęła się aż ze zdenerwowania, jednak mądry Errian nie pozwolił jej się do końca zdenerwować, przypominając, jakimi ciekawymi rzeczami zajmowali się przed haniebnym atakiem ze strony paska.
Którego, swoją drogą, nadal upadła nie pokonała i trochę się bała za to znowu zabierać. A chyba trzeba było.
Kiedy wreszcie drugi raz tego wieczoru zgodziła się z magiem, że już bardzo przydałoby się nie przedłużać, zdecydowała się sięgnąć do podłego wroga. Nie wykonała zbyt wielu manewrów; Errian, nie przerywając pocałunku, delikatnie chwycił jej dłoń i z wyczuciem pomógł, pilnując, żeby pasek więcej biednej dziewczyny nie ugryzł.
W ten sposób poszło szybciej i łatwiej, dlatego też niedługo potem układała się wygodniej trochę wyżej na łóżku, nieśmiało badając jego ciało rękoma; dreszcze niecierpliwości zaczynały być coraz bardziej natarczywe, przyspieszony oddech coraz trudniejszy do złapania. To uczucie było niesamowite, prawie uzależniające. Niemal jak jego dotyk, który z chwili na chwilę mocniej uwielbiała.
Objęła go, jedną dłoń przesuwając na jego kark, jakby chciała przyciągnąć jego głowę bliżej swoich ust, by nie musiała podnosić głosu. W tamtej chwili naprawdę była zdecydowana się odezwać, powiedzieć coś, niedużo, ledwie jedno zdanie, ale nie zdołała.
Za to jęknęła cicho, zapominając o całym bożym świecie.

Cholerna posiadłość. Naprawdę, miał dość bogatych, pełnych szlachciców (Ariene, Errian, wybaczcie) rezydencji na całe życie. Rozchichotane panienki, ulizani młodzieńcy, wszędzie kwiatki, winko, przekąski, uśmiechy, śmiechy, chichy, po prostu cudownie. Jeszcze się uwieszają na rękach i żądają trochę uwagi. Albo się dobierają do kogoś, do kogo nie powinni się dobierać. Albo wyskakują na ciebie z ryjem. Albo cię obrażają, wytrącając wszelkie argumenty z ręki.
Że ich nie pozabijał, powinni być wdzięczni.
Westchnął z irytacją, ale nie udało się mu powstrzymać wyrywającego się z gardła warknięcia; gdyby ktoś go usłyszał, pewnie zastanowiłby się, czemu ktoś spuścił z uwięzi wściekłego psa.
Sheridan jednak naprawdę próbował się uspokoić, wpatrując się z uporem w ścianę – znalazł taką jedną, na której nie było żadnych ozdóbek, dzieł sztuki ani cholernych krzaków. Tych ludzi już definitywnie pojebało.
W pewnym momencie odwrócił się i ruszył w przeciwną stronę niż znajdowała się ściana, jakby już nawet na nią nie mógł patrzeć. Wolnym krokiem przemierzył kilka korytarzy, przyglądając się wystrojowi takim spojrzeniem, że wszystko, co żywe, powinno natychmiast więdnąć. Nie wyciągając rąk z kieszeni, nacisnął łokciem klamkę jednego z pokoi, stanął w progu i oparł się o framugę.
Zawiesił wzrok na wnętrzu pomieszczenia, nadal mrużąc oczy i zaciskając usta, żeby nie szczerzyć w cichym warkocie ostrzejszych zębów. Nie wyglądał, jakby miał pokojowe oraz przyjazne zamiary.
Właściwie rzadko tak wyglądał.
Anabde nie sprawiła wrażenia zdziwionej tak nagłym wtargnięciem, jak gościem w pokoju; nawet się nie obróciła. Spokojnie rozplątywała jeden z kilku drobnych warkoczy, które składały się na jej balową fryzurę, zerkając tylko w lustrze na odbicie nowoprzybyłego.
Przyjrzała się uważnie poirytowanym oczom i zaciśniętym ustom, po czym westchnęła. Opuściła kosmyk włosów, gdy warkoczyk zniknął, potem wyjęła z gęstwiny włosów ostatnią spinkę, odkładając ją na toaletkę. Dopiero wtedy, upewniwszy się, że jej fryzura jest całkowicie wolna od wszelkich upięć i ozdóbek, obróciła się w stronę mężczyzny.
Oparła się dłońmi o toaletkę i przechyliła głowę, nic nie mówiąc. Spojrzenie szarych ocząt nabrało intensywności; starła już z powiek cień, jednak henna na rzęsach utrzyma się jeszcze parę dni, a wraz z nią wrażenie, że jej oczy są większe i bardziej tajemnicze niż zwykle.
Nie miała zamiaru wracać do tematu balu i nagłej zmiany planów; trudno było jej odczuwać wściekłość ze świadomością, że to o nią walczył, rzucając gospodarzem przez cały balkon. Dlatego, po chwili przyglądania się łowcy, znów obróciła się przodem do dużego lustra o pozłacanej, rzeźbionej w liście i pąki kwiatów ramie, sięgając dłońmi do rzemieni gorsetu.
Był wygodny i sprawdził się podczas ucieczki, to trzeba Calebowi przyznać, ale nadal zakładało się go i ściągało tak trudno, jak każdy inny. Przy ubieraniu go pomogła jej Ariene, zaciskając mocno i wiążąc kokardę. Teraz Anabde próbowała się jej pozbyć, ale nawet gdy wykręciła ramię, nie dała rady pociągnąć odpowiedniego rzemienia.
– Możesz mi pomóc? – powiedziała, zerkając przez ramię na Sheridana.
Łowca jeszcze chwilę stał w miejscu, nie sprawiając wrażenia kogoś, kto zamierzałby się ruszyć z miejsca i zrobić cokolwiek dla ludzkości. Albo jednej osoby.
Ale wtedy odepchnął się ramieniem od framugi i przemaszerował przez cały pokój, nadal nie wyciągając rąk z kieszeni. Z tą samą, niezbyt zainteresowaną i zdradzającą niezadowolenie miną sięgnął do jednego ze zwisających luźno sznurków i pociągnął.
Kokarda niniejszym została spektakularnie zniszczona, choć nie wywarło to na niszczycielu specjalnego wrażenia. Właściwie niedbale poluzował resztę rzemyków, umożliwiając Anabde szybsze i wygodniejsze ściągnięcie gorsetu. No, wspaniałomyślny facet, trudno się ze mną nie zgodzić.
Anabde przez cały ten czas śledziła wzrokiem jego lustrzane odbicie, nie mogąc powstrzymać dość złośliwego uśmieszku na widok tego ostentacyjnego niezadowolenia. Trochę musiał przecierpieć na balu, potem na niego pokrzyczeli i zgasili go w bezbłędny sposób, a ten jest obrażony na cały świat. Naprawdę, wykazała się ogromną samokontrolą, nie komentując nijak jego zachowania.
Zwłaszcza mając świadomość, że nie zrobiłby jej krzywdy.
– Dziękuję – mruknęła mało wyraźnie, ściągając gorset przez głowę i natychmiast sięgając do przygotowanej wcześniej na oparciu krzesła bluzki.
Powyciągana, luźna, w kolorze spranej czerni stanowiła miłą odmianę po obcisłym, podkreślającym kształty i trudnym do zignorowania dla mężczyzn gorsecie; aż odetchnęła z ulgą, naciągając rękawy na nadgarstki i uśmiechając się lekko.
Przybliżyła jeszcze twarz do lustra, przyjrzała się uważnie swojemu odbiciu i starła nieco pudru z policzka. Dopiero wtedy, pozbywszy się całego balowego przebrania, znów zainteresowała się Sheridanem.
Który nie ruszył się z miejsca. Przechyliła nieznacznie głowę; myślała, że skoro był w takim stanie, raczej pójdzie gdzieś odreagować. Skoro nie poszedł...
– Szkoda trochę tego smokingu – uznała bardziej z rozbawieniem niż prawdziwym żalem, obdarzając krytycznym spojrzeniem ubranie mężczyzny.
Ucierpiało trochę na ucieczce, a szkoda, bo i tu się myśliwy postarał.
– Cholernie – przytaknął jej bez entuzjazmu Sheridan, przyglądając się nekromantce z tym samym, niemalże zerowym zainteresowaniem, co przed chwilą.
Gorset czy nie gorset, najwyraźniej na wściekłym łowcy nie robiło to większego wrażenia. Albo robiło, tylko było o wiele mniej istotne.
– Chyba zostawię sobie skrawek materiału na pamiątkę. O ile znajdę taki, którego nie wymiętosiły łapska rozchichotanych nastolatek – dodał jeszcze z cichym warknięciem, znów wsadzając ręce do kieszeni i przenosząc ciężar ciała na jedną nogę.
Oj, zły humor, zdecydowanie zły.
Anabde i tym razem udało się powstrzymać rozbawienie; zacisnęła wargi, walcząc z cisnącym się na usta uśmieszkiem, tylko oczy błysnęły lekko, zdradzając nastawienie kobiety. Jeszcze chwilę na niego patrzyła, jednak albo jej się znudziło, albo pragnienie okazało się być silniejsze, bo zaraz ruszyła na bok do ustawionego pod oknem stołu.
Leżała na nim jej torba, a w niej bukłak; odkręciła go, pociągnęła kilka łyków i odłożyła przedmiot na blat, uznając, że nie ma sensu chować. Potem wyjęła z torby cienką wstążkę, którą związała włosy w niedbały kok, by przestały przeszkadzać. Wymęczone ciasnym upięciem teraz robiły co im się żywnie podoba, a ciągle wpadające na oczy kosmyki tylko irytowały Anabde.
– Większość mężczyzn na twoim miejscu umarłaby z zachwytu. Być otoczonym wianuszkiem rozochoconych, bądź co bądź w większości albo ładnych, albo dobrze pomalowanym dziewcząt to naprawdę aż tak okropne? – rzuciła swobodnie; jej tam owijanie sobie gospodarza wokół palca przyniosło trochę satysfakcji, miło było sobie przypomnieć, jak to jest.
– Myślisz, że ile tego znosiłem przez półtora wieku? – zainteresował się grzecznie, obróciwszy za nią głowę z miną głoszącą, że wcale nie musi odpowiadać, bo w sumie niczego to nie zmienia.
Spojrzał krytycznie na bukłak Anabde, najwyraźniej uznając, że picie wody jest cokolwiek nieodpowiednie w zaistniałej sytuacji. Sam by najchętniej zaopiekował się czymś mocniejszym, ale perspektywa pobudki w środku dnia i wynoszenia się z tej cholernej rezydencji go nie nastrajała do takiego spędzania czasu. Ogółem miał dość nijaki nastrój. Ochrzaniony przez wiedźmę, dobity przez przyjaciela, umęczony wianuszkiem głupich jak but dziewcząt, wkurwiony przez wyglancowanego frajera.
Żyć nie umierać.
Przyjrzała się całej jego sylwetce, oceniła go w myślach, wykonała pewne obliczenia i w końcu skinęła głową, przyznając mu rację. No tak. Niektórzy twierdzili, że towarzystwem pięknych dam nie można się znudzić, ale najwyraźniej ich nie irytowały piski, tanie chichoty i bezsensowna paplanina. Anabde była jednak w stanie zrozumieć ból łowcy, więc grzecznie nie drążyła.
W sumie to skąd on wiedział, co ona tam ma? Chyba nikt by się nie zdziwił, gdyby okazało się, że w bukłaku znajduje się wino. Nie znajdowało się, ale nie była to też czysta woda, chociaż jemu akurat niekoniecznie by napój pomógł. Niemniej jednak poczuła się urażona, gdy jej bukłak potraktowano nienawistnym spojrzeniem. Co on takiego zrobił, biedny przedmiot?
Skrzyżowała ręce pod biustem i zastanowiła się, co zrobić z zaistniałą sytuacją. Pewne rozwiązania same się nasuwały, ale nie miała zamiaru z nich korzystać. Wbrew temu, co niektórzy sądzili, nie była kurwą, która służyła wyłącznie ciałem. A przynajmniej tak uważała.
Znów wróciła spojrzeniem do zielonych oczu, nie mając pojęcia, co ze sobą zrobić. Normalnie zignorowałaby sprawę, ale tak się złożyło, że chyba powinna się przejąć. Zwłaszcza że nadal był w pokoju i uparcie donikąd nie odchodził, więc chyba nie chciał samotności.
– Czego potrzebujesz? – zapytała konkretnie; jak wiemy, nigdy nie była osobą owijającą w bawełnę, za to kiedy nie posiadała wiedzy, zwyczajnie ją zdobywała.
Pytanie było dość specyficzne i z pewnością nieodpowiednie, ale może się okazać przydatne. Bo na razie wyglądał, jakby sam nie wiedział, co może mu pomóc, może poza wymordowaniem połowy świata, ze wszystkim co bogate, chichoczące bądź upudrowane na czele.
Sheridan westchnął, przenosząc wzrok na Anabde, wyglądał tak, jakby trochę go to pytanie zaskoczyło. Bo właściwie wcale o tym nie myślał, raczej zastanawiał się, co mógłby zniszczyć, żeby sobie ulżyć. I dopiero po chwili zorientował się, że przyszedł do niej bardziej podświadomie niż celowo, co go nieco zdezorientowało. Dlatego teraz przyglądał się jej z mniej ponurym wyrazem twarzy, ale nie bardziej zadowolonym.
Wreszcie podszedł do niej, nie odwracając spojrzenia, uniósł dłoń i przesunął nią po jej policzku, jakby w pewnym zastanowieniu. Potem przymrużył oczy, pochylając się nad nią, by na moment wtulić twarz w jej włosy; nie przeszkadzało mu, że były upięte, ważne, że nie wyglądały już jak ofiara szalonego stylisty.
Niestety, tak właśnie Sheridan postrzegał wszelkie elegancje oraz mody szlachty.
– Nie wiem – mruknął cicho, westchnąwszy głęboko. – Może lepszego świata – podsunął z jakby rozgoryczonym rozbawieniem, otwierając z powrotem oczy.
Mówcie co chcecie, ale nagle po stokroć wolał ją w tej wyblakłej czarnej koszulce niż w cholernym gorsecie. I wcale nie chodziło o to, że w poprzednim ubiorze inni mężczyźni mogli pożerać ją wzrokiem; tak po prostu.
Anabde przesunęła palcami po krawędzi jego koszuli, wreszcie chwytając ją pewniej i przytrzymując łowcę przy sobie. Uśmiechnęła się, a w uśmiechu tym było tyle rozbawienia, co ciepła. W jej przypadku była to dość zaskakująca mieszanka.
– Nie mogłoby to być coś, co nie wykracza poza moje marne, ludzkie możliwości? – sapnęła z udawaną dezaprobatą, unosząc nieznacznie brodę, bo tak łatwiej było jej przyglądać się zieleni jego tęczówek.
Ciągle zaskakiwało ją to, jak to wszystko się zmieniało. Teraz nie miała czasu o tym myśleć, ot, uczucie tylko na chwilę pojawiło się w jej głowie, zaraz zostając odepchniętym w kąt, ale sprawa była warta uwagi.
Oboje zachowywali się inaczej, a co ważniejsze, tego typu odmiany coraz rzadziej ich denerwowały czy dziwiły, raczej uczyli się przyjmować je normalnie. Uśmiechnęła się sama do siebie, a jej spojrzenie na chwilę stało się nieobecne, gdy zdała sobie sprawę z postaci rzeczy. Nawet przestało ją to wszystko tak przytłaczać; zobowiązania okazały się nie być prawami, których należy się trzymać, a zupełnie naturalnymi reakcjami.
Tak jak teraz, gdy wolała wesprzeć zirytowanego łowcę niż odpocząć gdzieś w samotności. Ciekawe.
– Wtedy byłoby za łatwo – stwierdził po prostu, wzruszając lekko ramionami; ale się uśmiechnął.
Lekko, ledwie widocznie, jednak był to dobry krok do udobruchania skłonnego zniszczyć najbliższe miasteczko łowcy.
Wreszcie z powrotem się wyprostował – trudno ocenić, czy znudziło mu się takie stanie, czy się tym zachowaniem swoim zirytował, czy może po prostu rozbolał go kark, bo jednak to on się pochylał, nie Anabde. Znów się jej przyjrzał, nadal przymrużonymi oczami, ale ich wyraz trochę się zmienił, jakby złagodniał.
– Widzę, że w takim razie nie możesz spełnić moich oczekiwań – skwitował spokojnie, choć jakby z pewnym rozbawieniem; trudno powiedzieć, co to miało być, ale całkiem prawdopodobne, że właśnie się z nią prawie po ludzku droczył.
W przypadku Anabde to drażnienie lwa generalnie, ale nie czuł strachu.
Przymrużyła groźnie oczy, choć nie zniknęło z nich rozbawienie; ot, starała się grać złą i gdyby nie ten błysk w oku, wyszłoby całkiem wiarygodnie. Puściła jego koszulę, żeby znów skrzyżować ramiona pod biustem – tym samym odgrodziła się od łowcy, nawet trochę go szturchnęła, żeby się, niegodny, oddalił.
– No to nie, co ja ci poradzę. Może któraś z rozchichotanych panienek byłaby w stanie odmienić twój świat – rzuciła bardzo niedbale, nutkę zazdrości słyszalną w głosie też udając; umówmy się, miała samoocenę na poziomie wystarczającym, by rozumieć, że panienki nie były dla niej żadną konkurencją.
Odwróciła głowę i skupiła spojrzenie na oknie, a raczej krajobrazie za szybą. Częściowo po to, by nie zdradziły jej świecące oczy, częściowo po to, by dopełnić wizerunku panienki strzelającej focha, ale najbardziej w celu zerwania kontaktu wzrokowego, bo jego czasami to irytowało.
– Na różowy, puchaty i uroczy – przytaknął jej z brakiem jakiegokolwiek entuzjazmu, chwilę obserwując tego ciężkiego focha i udając, że wcale nie zauważył tego, iż grała.
Niech ma trochę satysfakcji albo cokolwiek.
Zainteresował się dla odmiany bukłakiem, którym pewien czas temu się opiekowała. Odkręcił, uniósł na wysokość twarzy, powąchał dla pewności, przymrużył oko w niejakim zastanowieniu. Ostatecznie postanowił się jednak napić, dwa czy trzy łyki nie zbawią ludzkości. Dopiero wtedy znów skupił się na Anabde, wsunąwszy dłonie do kieszeni spodni.
A nie, jedną jednak wyjął. Uniósł, zawiesił na chwilę na wysokości głowy nekromantki, moment przyglądał się jej uważnie. Potem dostrzegł to, czego szukał, i sprawnym ruchem zepsuł kobiecie fryzurę.
Uniósł kącik ust w lekkim, triumfalnym uśmieszku.
Najpierw otworzyła usta w zaskoczeniu, potem zacisnęła je mocno, aż wreszcie prychnęła i potrząsnęła głową, usiłując podziałać na nieposłuszne włosy, które głównie opadły jej na twarz. Fuknęła raz jeszcze, sięgając do nich dłońmi i zaczesując szopę do tyłu, na plecy.
Gdy spojrzała na Sheridana, irytacja, jaka błyszczała w jej oczach, nie była udawana. Wyglądała całkiem strasznie, zwłaszcza z takim nieprzeniknionym gąszczem kołtunów, które szczęśliwie odstawały ku górze.
– Nie cierpię cię – poinformowała go; zdawało się, że już kiedyś podobna deklaracja padła z jej ust.
Przymrużyła niezadowolone kocie oczy i dla bezpieczeństwa zrobiła krok w bok, byle jak najdalej od groźnego osobnika. Westchnęła i przeczesała włosy palcami, starając się je rozplątać i ugładzić. Nie za bardzo się udało, jeśli chcecie wiedzieć.
– Wyglądam teraz jak Aithne – skomentowała burkliwie, nim zdążyła się zorientować co o kim powiedziała i do kogo.
Wtedy wydęła usta z irytacją, ale nie cofnęła swoich słów.
– A w ogóle, to może zasłużyłeś na różowy świat. Może skontaktuję się z którąś obdarzoną szczególnie piskliwym głosikiem damulką – mruknęła jeszcze, okazując całą dezaprobatę dla zniszczenia jej wizerunku.
Swoją drogą ciekawe, że się nie skrzywił po wypiciu ziółek. A jeszcze ciekawsze, czy na niego podziałają tak, jak działają na kobiety. Na myśl o tym nie mogła powstrzymać bardzo usatysfakcjonowanego uśmieszku.
Co tam ziółka dla niego, jak się człowiekowi chce pić, to wszystko przez gardło przejdzie, generalnie. Chociaż to w sumie ciekawa sprawa, na przykład przeprowadzić badania na odporność Przeklętych na toksyny działające na ludzi w określony sposób.
Lepiej nie wspominać o tym Errianowi.
– Mhm – mruknął na cały wywód o jego okropności oraz jej niezadowoleniu, ujmując jej brodę i lekko unosząc; uśmieszkiem też się specjalnie nie przejął, przekrzywił tylko lekko głowę. – Strasznie dużo gadasz, jak się denerwujesz – postanowił ją poinformować, od niechcenia przesuwając palcem po jej dolnej wardze.
Ostatecznie zmienił taktykę i pocałował ją. Ale krótko, to do niego niepodobne, zupełnie jakby nie chodziło o to, o co zwykle w tych momentach zaczynało chodzić. Wyprostował się trochę, zgarnął kilka wyjątkowo niesfornych kosmyków tak, żeby nie sterczały jak nawiedzone, i uśmiechnął się z zadowoleniem.
– Prawie da się patrzeć.
Dopiero wtedy znów ją pocałował, tym razem już bardziej jak on. Czyli najwyraźniej wszystko w normie, wszyscy zdrowi.
O nie, nie ma tak łatwo, niech sobie nie myśli, że zawsze będzie mdlała, gdy tylko weźmie ją w ramiona. Chociaż jej serce zabiło mocniej, a spragnione wargi rozchyliły się pod jego pocałunkiem, duma nie pozwoliła poddać się pragnieniu.
Oparła dłonie na jego torsie i odepchnęła go, lekko, by nie odsunął się za bardzo, ale stanowczo, prychając przy tym jak kot. Nie cofnęła się, bo przecież nie chodziło o to, że nie chciała jego bliskości, raczej problemem była urażona ambicja.
– No właśnie. A ty podobno nie lubisz rozgadanych panienek – przypomniała mu zgryźliwie, znów sięgając dłońmi do włosów, bo „prawie” nigdy jej nie satysfakcjonowało.
Zaraz się zdenerwuje i pójdzie po szczotkę, pomimo świadomości, że to bezcelowe, bo w łóżku i tak jej się włosy poplączą.
Wygląda na to, że role się odwróciły, bo teraz to ją trzeba było udobruchać.
– Przestań – żachnął się rozbawiony, nie wierząc, że nadal próbowała się uczesać.
Uparta bestia.
– Za kilka godzin będziesz wyglądała tak samo, jak teraz – postanowił ją poinformować, bo chyba nie zdawała sobie sprawy. – I zaczynasz marudzić – dokończył najważniejszym argumentem.
Nie zamierzał jednak być zbyt uparty czy, poniekąd, nachalny. Rąk do kieszeni spodni może nie schował, co prawda musiał coś z nimi zrobić, ale dość grzecznie położył je na jej biodrach, przyglądając się jej spokojnie.
No, niech jeszcze powarczy i się poirytuje, to wiele zmieni. Uśmiechnął się lekko i pokręcił nieznacznie głową, jakby wzdychał nad tym wszystkim, bo ciężko się dzieje. Dobrze, że on sobie radził z panowaniem nad irytacją.
Przed chwilą miała zamiar spojrzeć mu w oczy, jednak słysząc ostatni komentarz, zamarła, pełen oszołomienia wzrok zawieszając na wysokości jego torsu. Wstrzymała oddech, powtarzając sobie w myślach jego słowa, gdy nagle przymrużyła powieki, zadarła gwałtownie brodę i popatrzyła na niego z wściekłością.
– Marudzić? – powtórzyła niepokojąco niskim, wibrującym głosem.
Jej zdaniem marudzenie a wytykanie hipokryzji to dwie różne rzeczy; nikt nigdy nie oskarżył jej o to, że marudziła.
Potem zdała sobie sprawę z tego, że w ten sposób starcia nie wygra. Jeśli będzie się nakręcać, on wykorzysta to przeciwko niej; dodatkowo wyjdzie na przewidywalną, głupiutką dziewczynę, a tak nie mogło być.
Dlatego wytłumaczyła sobie na spokojnie, że komentarz, choć z pewnością miał zawierać w sobie ziarnko prawdy, był żartobliwy – to dało jej siłę wystarczającą, by uniosła kąciki ust w słodkim, urokliwym uśmiechu.  
Przechyliła głowę, tak, jak robią to te wdzięczne dziewczątka z pieśni o rycerzach i damach, przysunęła się bardzo blisko i położyła dłoń na jego karku, przesuwając po skórze opuszkami palców. Później objęła go za szyję ramionami i przybliżyła wargi do jego ust, nadal uśmiechnięta w nie pasujący do niej sposób.
– Zauważyłam, że mają tu tylko jedną kołdrę. Jako osobie marudnej może mi przeszkadzać dzielenie jej z kimkolwiek, więc chyba będziesz musiał znaleźć inny pokój – szepnęła takim głosem, iż trudno było pojąć, że właśnie go wyprosiła.
Tak naprawdę miała nadzieję, że on jej nie posłucha (bo niby kiedy to robił) i zostanie. Skoro tak, dość głupim zdawało się być jej zachowanie – niestety, dumę ceniła sobie najbardziej, więc dla niej byłaby w stanie nawet przecierpieć tę noc w samotności.
Sheridan wykazał się niesamowitym opanowaniem. Nie reagował w żaden sposób na nagłą bliskość, przyglądając się jej z uprzejmą ciekawością i wysłuchując do końca wypowiedzi nekromantki. Zdawało się, że cała sytuacja wcale go nie ruszyła, a najmniej – rozjuszenie Anabde.
Ot, po prostu dowiedział się, w jaki jeszcze sposób może kobiecie dokuczyć. To mogłoby się kiedyś przydać, a rzeczy przydatne zapamiętywał skrupulatnie.
– Rozumiem – stwierdził spokojnie, nie odrywając od niej opanowanego, umiarkowanie zaciekawionego spojrzenia. – Myślę, że jakoś sobie z tym poradzę – dodał wtedy, choć zdawało się, że właśnie prędzej wyjdzie, nie mając ochoty na te przepychanki.
Dopiero wtedy wykorzystał przewagę, jaką mu sama raczyła podarować. Zbliżywszy się do niego na tyle i jeszcze przytrzymawszy się go tu i tam, niemalże strzeliła sobie w kolano. Bo teraz musiał tylko trochę dalej przesunąć ręce i mocniej ją objąć, żeby podnieść. A potem dzieliło go ledwie kilka kroków od celu.
Położył Anabde na łóżku i pochylił się nad nią, przymrużając lekko oczy; nawet uśmiechnął się z pewnym zadowoleniem, ograniczając ją rękoma po bokach głowy oraz nogą przy udzie. Na drugiej nadal jeszcze stał, czy raczej opierał się kolanem o materac.
– Ewentualnie zostawię ci kołdrę i wyciągnę swój koc – postanowił na koniec.
Zapatrzyła się w jego oczy, nadal obejmując go za szyję, i zapytała siebie, czy właśnie została z kretesem pokonana. Przymrużyła powieki, pogłaskała go dłonią po karku, drugą już zjeżdżając na jego tors, po czym uznała, że zdecydowanie tak.
Co najciekawsze, zupełnie jej to nie przeszkadzało. Ba, zdawało się, że nawet się z tego ucieszyła, a przynajmniej było jej zdecydowanie na rękę.
Droczenie się droczeniem, wygłupianie wygłupianiem, ale gdyby z tego powodu miało jej być zimno w nocy, nie byłaby zachwycona.
– Na to chyba mogę się zgodzić – uznała wspaniałomyślnie, uśmiechając się przy tym lekko.
Potem podniosła się na materacu, by go pocałować; gdy tylko ich usta się zetknęły, wykorzystała to, że nadal obejmowała go za szyję, i pociągnęła w dół. Nie będzie się wysilać i niewygodnie unosić, kiedy nie musi. Gdy znów leżała wygodnie na miękkiej pościeli, na chwilę odsunęła go od siebie, tylko na tyle, by mogła coś powiedzieć.
– I nie marudziłam – oznajmiła mu z pełnym przekonaniem, nadal trochę niezadowolona z powodu oskarżenia.
– Oczywiście – przytaknął tylko po to, żeby już przestała to roztrząsać; uśmiechnął się z rozbawieniem pod nosem, przesuwając palcami po jej policzku aż na brodę.
Bez pośpiechu pochylił się, całując ją jakby leniwie, bardzo spokojnie. Co prawda wypadałoby wykorzystać dany im czas na porządny odpoczynek, ale czemu najpierw się trochę nie rozluźnić? Z lekkim uśmiechem zajął się jeszcze jej szyją i częściowo ramionami, na ile luźna bluzka na razie pozwalała, jednocześnie postanawiając, że trzeba się trochę przesunąć. Noga mu już ścierpła w tej pozycji.
Delikatnie ją przytrzymał i podsunął wyżej na łóżku, samemu mogąc wejść w całości na materac. Z zadowoleniem zauważył, że tym razem mieli do dyspozycji trochę szerszy mebel niż ostatnio. Wolał nie sprawdzać kolejny raz siły grawitacji, tak jakoś.
Miała ochotę prychnąć – jego zapewnienie nie zabrzmiało zbyt szczerze – ale z wiadomych przyczyn nie mogła; udobruchał ją, schodząc pocałunkami na szyję. Wtedy zupełnie zapomniała o jakiejś tam urażonej dumie czy przegranej grze; zamruczała cichutko, na chwilę przymykając oczy. Miała wrażenie, że ten patent nigdy nie przestanie na nią działać.
Gdy ponownie uchyliła powieki, najpierw przyjrzała się łowcy, błądząc po jego twarzy spojrzeniem roziskrzonych z zachwytu oczu, w którym gdzieś na dnie, zupełnie ukradkowo, czaiła się nutka czułości. Czułości, której sama jeszcze nie rozumiała, do której nie miała zamiaru się przyznawać; to było coś, czego dopiero się uczyła.
To ta czułość popchnęła ją ku rzeczywiście delikatnemu pogłaskaniu jego policzka, a później ku subtelnemu uśmiechowi, pozbawionemu tak częstych złośliwości i kpiny, jak zawsze obecnej dumy.
– Drapiesz – zauważyła za śmiechem, unosząc się lekko, by również wargami sprawdzić dotyk jego skóry pokrytej ledwie widocznym, ale wyczuwalnym zarostem.
No wiecie co, żeby się na bal nie ogolić.
Bal jak z koziej dupy trąba, jeśli pytać go o zdanie. Za dużo balu w samym balu, generalnie, zwłaszcza że to Anabde była przynętą.
– Wybacz – odparł, ale nie powstrzymał uśmiechu; jeszcze mu się nie zdarzyło, żeby ktoś wytknął taki szczegół w takiej chwili.
Albo może nie zapominał się golić przed polowaniem, też może być. To spostrzeżenie trochę go zastanowiło, na moment zastygł nad nią, jego spojrzenie stało się lekko nieobecne, zapatrzył się w pościel nad jej ramieniem.
Szybko wrócił do rzeczywistości i tym razem uśmiechnął się z przekąsem, pochylając się nad nią. Chwilę jakby się wahał, by zaraz otrzeć się policzkiem o jej policzek, kończąc pocałunkiem trochę poniżej ucha.
– Ale ty nie – skwitował, przesuwając rękoma wzdłuż jej boków, aż na biodra, skąd mógł lekko podwinąć luźną bluzkę i wsunąć dłonie pod materiał. – Mam się iść ogolić? – spytał tuż przy jej szyi, nie dotknął jednak skóry ustami, czekając na odpowiedź.
– Nie – odpowiedziała od razu, przesuwając dłonią w górę jego pleców, by zaraz sięgnąć jego włosów.
Miał je upięte, ale zaraz naprawiła ten drobny szczegół; jak ona taka nieuczesana, to on nie może być lepszy, o. Przeczesała palcami brązowe kosmyki, podczas gdy druga dłoń już została pogoniona do odpinania guzików jego koszuli.
Znowu się uśmiechnęła, myśląc o tym samym, o czym on przed chwilą – teoretycznie mieli odpoczywać. Ale do południa zostało jeszcze wiele godzin, a ona, choć była zmęczona, nie zasnęłaby obok niego, nie czując go wcześniej w sobie. Pokusa byłaby chyba zbyt wielka.
Zresztą każdy ma priorytety, jej aż tak bardzo na śnie nie zależało.
– Tak jest dobrze – dodała szeptem.
Tylko żeby sobie nie pomyślał, że ma przestać się golić, tego by nie zniosła.
Do najniższych guzików jego koszuli w tej pozycji nie miała jak sięgnąć, a czując jego oddech na szyi, nie potrafiła się ruszyć – postanowiła więc odwlec pozbawianie go górnej części ubrania, zadowalając się błądzeniem palcami po jego nagim torsie.
Po otrzymanej odpowiedzi uśmiechnął się lekko, chyba decydując się zakończyć tę małą torturę. Ale miał inny pomysł na całą sytuację, dlatego ledwie musnął jej szyję pocałunkiem, a już zrezygnował. Tym razem wsunął dłoń pod jej plecy i uniósł ją lekko, by było łatwiej ściągnąć bluzkę.
Owszem, całkiem dobrze na niej wyglądała, tak naturalnie i niewymuszenie, codzienna Anabde w pewien sposób była dla niego ciekawsza niż wystrojona, nie potrafił tego określić. W tym jednak momencie bardzo nie chciał jej dłużej oglądać, dlatego sprawnie się jej pozbył, pozwalając polecieć w jakieś gdzieś.
Wtedy dopiero powrócił do składania na jej ciele pocałunków, pozwalając dłoniom wędrować wzdłuż linii jej kształtów, szukać miejsc, które odnalazł już kiedyś, a które wywoływały u Anabde pozytywne reakcje. Musiał sobie po prostu przypomnieć, nie wszystkie zarysowały się w pamięci odpowiednio wyraźnie. Może znajdzie coś jeszcze.
Westchnęła głośno, zaraz przygryzając wargę, gdy przypomniała sobie, że powinna zachowywać się ciszej. Szlag by to, powstrzymywanie tego typu naturalnych reakcji zawsze przychodziło jej z trudem, a przy nim to już w ogóle było niemożliwe. Nie mogli przenocować w innym miejscu niż reszta? Na przyszłość trzeba będzie pomyśleć o rozwiązaniu, teraz nie miała do tego głowy.
A tak w sumie to jej uciekł. Znaczy, bo naprawdę planowała pozbawić go tej koszuli, a on sobie zszedł, ekhm, niżej. Przymrużyła powieki w dziwnym rodzaju niezadowolenia i przesunęła obie dłonie na jego łopatki, zaciskając mocniej palce i przyciągając go do siebie.
– Chodź tutaj – wymruczała jeszcze, żeby nie wpadł na głupi pomysł nie poddania się sugestii.
Teraz dokończenie rozpinania koszuli i ściągnięcie jej wreszcie stało się możliwe; szybko skorzystała z okazji. Odpięła jeszcze klamrę jego paska, bo jakoś tak się nawinął.
Skupiła całą swoją uwagę na jego torsie, plecach i brzuchu, choć spojrzenie utkwiła w zielonych oczach. To dłonie badały; wprawdzie większość miejsc doskonale już znały i zdążyły zapamiętać, ale ciągle było im mało.
Uśmiechnął się lekko, przez kilka chwil odwzajemniając spojrzenie, przyglądając się szarym oczom nekromantki, bo nagle odniósł wrażenie, że poświęcił im najmniej czasu, choć miał tyle okazji, żeby się im przypatrzeć.
Jeszcze sekundę, może dwie wpatrywał się w nią zaskakująco poważny, prawie skupiony, po czym wrócił poprzedni wyraz twarzy; pocałował ją śmiało, pewnie, jakby chciał, żeby straciła dech. Ledwie się od niej oderwał, zsunął się ustami na szyję, bo niedawno trochę ją zignorował, więc niech będzie. Potem jeszcze niżej, na piersi, brzuch, bardziej w bok, na talię, ale tylko z jednej strony. Zmienił koncepcję, powrócił do jej warg, pozwalając rękom zastąpić usta.
Wreszcie, skoro i Anabde zabrała się do konkretów, rozbrajając jego pasek, postanowił zatroszczyć się o jej spodnie. A raczej o ich brak, bo były zbędne i na pewno na ten moment dla nekromantki niewygodne. Ale ściągnął je tylko do połowy uda, trochę powyżej kolana, i zrezygnował. Za to przesunął dłońmi po gładkiej skórze jej nóg, unosząc kącik ust w niedbałym, typowo jego uśmieszku.
Zmarszczyła brwi, nie mogąc odgadnąć jego zamiarów – jak dla niej to te spodnie były całkowicie i absolutnie zbędne, nie tylko trochę. Oparła się jedną dłonią o jego tors i naparła na niego, samej podnosząc się aż do chwili, gdy mogła sama dokończyć ściąganie spodni.
Skopała je z łóżka, żeby się nie plątały pod nogami, po czym, nadal trwając w pozycji półleżącej, wróciła spojrzeniem do jego oczu. Na ten krótki moment, gdy zajęła się problemem pozbawiania się odzieży, straciła zainteresowanie łowcą; to było niedopuszczalne, więc teraz trzeba było zadośćuczynić.
Uniosła się jeszcze trochę, tak, by znaleźć się bliżej, na tyle blisko, na ile było to możliwe. Gdy poczuła ciepło jego ciała, westchnęła cicho, czując, jak serce przyspiesza swój rytm. Teraz to ona podyktowała warunki pocałunku, w niczym nie ustępując zachłanności Sheridana. Znów pociągnęła go w dół, nie przejmując się tym, że sama gruchnie plecami o materac.
Zamortyzował jej lądowanie, z wyczuciem przytrzymawszy ją ręką pod plecami. Znów się lekko uśmiechnął; dzielna kobieta, poradziła sobie sama. Był ciekaw, na ile ma dość zabawy, a na ile chce się jeszcze droczyć. Dobry sposób na sprawdzanie sobie znalazł, nie ma co.
Uznał jednak, że można się trochę sprężyć, skoro czas na spanie jest ograniczony i właśnie wykorzystują go w innym celu. Dlatego upewnił się, że leży wygodnie, przesunął ręką wzdłuż jej boku, po pośladku i aż do uda, by przypomnieć sobie, że to nie wyjdzie aż tak szybko. No tak, nie ma to jak zapomnieć o takim szczególe, jak własne spodnie.
Z paskami radziła sobie dobrze, ale resztę też trzeba było zdjąć, czym się zajął osobiście. Skoro i ona się musiała dziś w tej kwestii wysilić, to czemu nie on. A poszło całkiem sprawnie, rzucił materiałem byle dalej, żeby jak najszybciej powrócić do Anabde. Na moment jeszcze się rozmyślił, znów ją całując.
Podświadomie wiedziała, że on ją przytrzyma, nie pozwalając się uderzyć; gdy to zrobił, mogła tylko uśmiechnąć się z niedowierzaniem (bo jak to się właściwie stało, że mu zaufała? To była tylko drobnostka, ale świadczyła o czymś większym). Uśmiech trwał ledwie kilka sekund, bo zaraz jej usta zostały zaangażowane do znacznie ciekawszego zajęcia.
Choć na razie wszystko odbywało się w bardzo odpowiadającym jej, szybkim tempie, teraz on na krótką chwilę się wstrzymał, a w niej narodziło się zwątpienie, czy nie miał zamiaru po raz kolejny wystawić jej cierpliwość i samokontrolę na próbę. To było ciekawe, na pewno wzmacniało doznania, ale tego ranka już by się nie sprawdziło.
Cały wieczór musiała obserwować, jak rozchichotane, chętne panienki uwieszają się łowcy; co niektóre z dość konkretnymi zamiarami. Tak, zdecydowanie podziałało to na małą zazdrośnicę i obudziło w niej poczucie własności; teraz miała zamiar udowodnić całemu światu, że on należy tylko do niej. Nie mogła czekać. Chciała poczuć go teraz, zaraz, od razu.
Na chwilę przerwała pocałunek, by przysunąć usta do jego ucha. Niewielki zarost naprawdę drapał, ale nie przeszkadzało jej to ani trochę, było nawet przyjemne.
– Tym razem nie przedłużaj – poprosiła szeptem.
Uśmiechnął się lekko, czekając, aż jej głos zaniknie wśród ich szybszych oddechów. Potem jego ręka powtórzyła wędrówkę sprzed chwili, może nie wyjątkowo pospiesznie, ale też nie nieznośnie wolno. W momencie, kiedy z wyczuciem rozkładał jej nogi, przesunąwszy dłonią po wewnętrznej stronie uda, oparł swoje czoło o jej, przymykając oczy.
Gdy znów je otworzył, sekundę albo dwie przyglądał się twarzy Anabde, w jego spojrzeniu pojawił się lekki, subtelny i bardzo ulotny blask. Ledwie się pojawił, już zgasł, i wszystko wróciło do normy.
Dostosował się do jej prośby, samemu nie chcąc czekać za długo. Po części z tych samych powodów, co ona, a po części dlatego, że po prostu nie.

6 komentarzy:

  1. Pocałunek Cienia9 marca 2013 18:10

    Fajny blog...
    Zastanawiam się dlaczego nie ma nikogo więcej niz wy. Wszystkie części tego... opowiadania są na blogu ? Jeśli nie to podacie mi adres gdzie są ? Chciałabym poczytać od początku. Zapowiada się na książkę. Tak sądzę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem pewna, o co dokładnie pytasz xD Jeśli chodzi o poprzednie rozdziały - są w szerokiej liście pod postami, szeroka lista opatrzona napisem "spis treści".
      Dlaczego nikogo więcej niż my? W jakim sensie? ._.

      Usuń
  2. Sher się uśmiechnął, roześmiał, uśmiechnął i uśmiechnął, liczyłam. Teraz tylko czekam na zakrzywienie czasoprzestrzeni, bo opracowałam teorię, że jeden uśmiech Shera może wywołać śmierć jakiegoś bohatera na drugim końcu opowiadania (to wcale nie jest efekt motyla!). Może nawet zacznie mnie gonić agent Smith? Kto wieee...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahaha, cóż, teoria nadzwyczaj słuszna, ci powiem xD Aczkolwiek nie do końca od uśmiechu Shera będą ludzie ginąć, generalnie, no xD
      ... Jaki zaś agent Smith, co? xD

      Usuń
    2. No wiesz, Sher się uśmiecha. Od tej pory świat to jeden wielki Matrix XD

      Usuń