poniedziałek, 18 marca 2013

70. Małe Brenthor



Leanelle stała w umówionym miejscu przy sporych rozmiarów głazie w niedużej odległości od obozowiska grupy. Wielkimi krokami zbliżał się wieczór; reszta drużyny właśnie odpoczywała po dniu podróży, jadła, śmiała się i nie miała żadnych zmartwień. Ona miała. Pochyliła mocno ramiona i zwiesiła smętnie głowę, wpatrując się w ziemię przestraszonym spojrzeniem.
Lekcje. Oni chyba poszaleli.
Objęła się szczelnie ramionami i bezwiednie zaczęła kiwać w przód i w tył, zastanawiając się, jak ona to przeżyje. Nie dość, że jej nauczyciel to facet, co było straszne samo w sobie, to jeszcze padło na okropnego myśliwego. Anabde chyba bardzo jej nie lubiła i wymyśliła doskonały sposób na pozbycie się jej. Tak. Nie ma innej możliwości.
Przygryzła wargę, odetchnęła głęboko i postanowiła w myślach, że nie da się zastraszyć. Ani dobić. Ani nic z tych rzeczy. Będzie słuchać Caleba (w granicach rozsądku) i postara się jak najlepiej wykorzystać tych kilka lekcji; nekromantka miała rację, warto przyswoić sobie chociaż podstawy. Tylko co, jeśli on będzie musiał jej dotknąć?! Przymrużyła powieki, a gdy nie doszła do żadnego konstruktywnego wniosku, uznała, że tym będzie się martwić potem.
Myśliwy przyszedł chwilę później, w końcu nie lubił się spóźniać. Zjawił się niemalże znienacka – płaszcz, który na co dzień z pewnością wszystkich śmieszył, w otoczeniu natury stał się kamuflażem idealnym, ukrywającym potrafiącego korzystać z tego dobrodziejstwa mężczyznę. Kroki również stawiał cicho, lekko, co z pewnością nie było łatwe w tych sporych, bezpiecznych dla kostki butach. Na plecach zawieszony miał i kołczan, i łuk, spoglądał prosto na swoją uczennicę z nieodłącznym spokojem.
Zatrzymał się nieopodal, przekrzywiając lekko głowę. Nie wykonał żadnego gwałtownego ruchu, po prostu znalazł się w polu jej widzenia, przyglądając się jej uważnie. Otaksował jej ciało fachowym, pozbawionym głębszego zainteresowania spojrzeniem, skinął głową, po czym rozejrzał się po okolicy. Równie opanowany, jakby Leanelle stanowiła taki sam element otoczenia, jak głaz czy drzewo.
– Co wiesz o łucznictwie? – spytał bez wstępów, krzyżując ręce na torsie i nie patrząc na dziewczynę.
Drgnęła, za co natychmiast zganiła się w myślach. No ale jak tak można! Bez żadnego „dobry wieczór”, „me” ani „be”,  z zaskoczenia człowieka wziąć – przecież mogła zejść na zawał. Zmarszczyła niezadowolona nosek, po czym zerknęła krótko na nauczyciela, zastanawiając się nad jego pytaniem.
– Niewiele – przyznała. – Zasadniczo którą stroną się strzela – dodała krytycznie.
Po chwili jednak nabrała wdechu i okazało się, że coś tam wie:
– Główny element łuku to łęczysko dzielące się na ramiona górne i dolne. W środku jest majdan, czyli to, gdzie się trzyma; w majdanie za to okienko lub półeczka, w zależności od łuku, generalnie tam opieramy strzałę. Końcówki ramion nazywamy gryfami, a ta, ekhm, nitka, która jest do nich przyczepiona, to cięciwa. Jeśli chodzi o strzały, składają się z promienia i grotu oraz lotek, które służą do stabilizacji lotu. Na końcu promienia znajduje się wcięcie zwane osadą, w które wkładamy cięciwę – wyrecytowała jak z pamięci, by na końcu wypowiedzi wypuścić głośno powietrze z płuc.
Znów uniosła krótkie spojrzenie na Caleba, czekając na jego reakcję i ocenę.
Myśliwy skinął po prostu głową, ale na jego twarzy nie pojawiła się ani dezaprobata, ani aprobata. Oczy także pozostały nieruchome, tym razem jednak zawieszone na uczennicy. Jeszcze chwilę tak się jej przyglądał, całkowicie bezstronny i wręcz obojętny, po czym powtórzył gest sprzed niecałej minuty.
Nie sprawiał wrażenia, jakby znalazł się tu za karę, ale też nie wyglądał, jakby wprost palił się do roboty. Jego nastawienie do całej sytuacji było możliwe do odczytania, jednak biedna Leanelle za słabo znała specyficznego myśliwego, by zdołać to zrobić.
– Strzelałaś kiedyś? – spytał znów, puszczając poprzednią odpowiedź w niepamięć, jakby ta nigdy nie padła i nie miała żadnego znaczenia.
Skuliła się pod naporem jego spojrzenia, którego ciągłość i intensywność były dla niej przytłaczające. Pokręciła energicznie głową, nawet na niego nie patrząc, ze wzrokiem wlepionym w ściółkę leśną przed czubkami jej butów. Po chwili prychnęła i poprawiła grzywkę, która z powodu gwałtownego ruchu opadła jej na oczy. Głupie włosy.
Caleb westchnął, ale nie wyglądał na zaskoczonego. Płynnie zdjął przewieszony przez plecy łuk i na chwilę zastygł, przyglądając się mu. Zdawało się, jakby był zdziwiony tym, że tam się broń znajdowała, szybko jednak, niesamowicie sprawnie, wyjął z torby cięciwę i w kilku błyskawicznych ruchach założył ją na oba gryfy. Potem znów jakby się wahał, przesunął z nadzwyczajną czułością dłonią po łęczysku.
– Do nauki przejdziemy wtedy, kiedy naciągniesz jego cięciwę – stwierdził, wyciągając w jej stronę Li’corana.
W jego oczach nie pojawił się żaden cień, spoglądał na Leanelle spokojnie.
W istocie sam był trochę zaniepokojony w specyficzny, trudny do określenia sposób. Do tej pory nikt inny nie dotykał jego łuku, prezentu od najbardziej niezwykłych istot, jakie spotkał w swoim życiu. A jednak kiedy już podał broń dziewczynie, niepokój zniknął.
Przyjęła łuk z przesadną ostrożnością; świadoma, że był dla Caleba wielkim skarbem, starała się obchodzić z nim najczulej, jak mogła. Przesunęła spojrzeniem po łęczysku i zmarszczyła czoło w zastanowieniu, dość zaskoczona tym, że miała uczyć się na Li’coranie.
Potem jednak dotarło do niej, że był to łuk imponujący, a na dodatek dość spory.
– Ale... Przecież, przecież on... – zaczęła, przejęta tym, że poradzenie sobie z bronią takich rozmiarów może być trudne, za trudne.
Potem zamilkła, zacisnęła usta i wreszcie westchnęła; nauki Anabde na coś się przydały, bo postanowiła nie okazywać słabości i podjąć wyzwanie.
– Dobrze – uznała; śladem opiekunki uniosła lekko brodę, starając się powtórzyć dumne zachowanie Anabde.
Nie była jednak w stanie zdecydować się na kontakt wzrokowy, wyszło więc miernie.
Można pomyśleć, że Caleb uśmiechnął się właśnie lekko, ale to wrażenie szybko minęło. Myśliwy skrzyżował ręce na torsie i cofnął się kilka kroków, jakby się bał, że Leanelle zabije go nawet bez strzały nałożonej na cięciwę. W istocie z dalszej perspektywy lepiej obejmowało się całość obrazu, dlatego postanowił patrzeć i czekać, cierpliwie, w ciszy.
Tym zdecydowanie różnił się od swojego nauczyciela – czyli własnego dziadka. Gdyby był do niego bardziej podobny, biedna dziewczyna chyba by już umarła ze stresu; staruszek zdążyłby jej zrobić co najmniej cztery awantury i uświadomić jej, jak bezużyteczna, beznadziejna i ogółem pozbawiona talentu jest. Na szczęście jednak Caleb nie odziedziczył zbyt wielu dziadkowych genów, dlatego też przyglądał się teraz Leanelle dość bezosobowo.
Zrobiła, o ile to możliwe, jeszcze większe oczy. Znaczy on będzie tak stał i przyglądał się jej marnym wysiłkom? Oceniła w myślach siłę nauczyciela, dodała do tego obraz łuku i prawdopodobną wymaganą siłę naciągu, a dla porównania zanalizowała własne możliwości i przemyślała moc mięśni, których bardziej nie było niż były. Dochodząc do konkretnego wniosku, który brzmiał mniej więcej „o kurwa, no to pozamiatane”, sapnęła.
No ale cóż jej biednej pozostało, musiała spróbować.
Przywołała w myślach obraz postawy łucznika, najpierw skupiając się na wspomnieniach spotkanych w życiu przypadkowych strzelców, później jednak, uznając, że najlepiej będzie naśladować nauczyciela, przypomniała sobie kilka chwil, podczas których dane jej było oglądać strzelającego Caleba.
Zacisnęła usta w ponurej determinacji, uniosła łuk, ułożyła palce na majdanie i odetchnęła głęboko. Jak to było... Wyprostowała się, stanęła w odpowiedniej, bocznej pozycji; no dobra, chyba jest gotowa. Przytrzymała cięciwę, tak, by nie zahaczyć wyobrażonej strzały, po czym napięła w wysiłku mięśnie i spróbowała ją naciągnąć. Ruszyła się może z kilkanaście centymetrów.
Próby osiągnięcia lepszego rezultatu na nic się nie zdały, więc wreszcie odpuściła i pozwoliła sobie odetchnąć. Jednocześnie odsunęła nieco łuk od siebie, przyglądając mu się z wyraźnym zwątpieniem; jak ona ma to, do jasnej cholery, naciągnąć?!
Caleb pozwolił jej na próby samodzielnego wymyślenia sposobu, uważnie śledząc każde najdrobniejsze napięcie mięśni. Kiedy zrobiła sobie przerwę, wyraźnie zdruzgotana osiągniętymi rezultatami, przymknął na moment oczy.
Miał nadzieję, że sobie dziewczę poradzi, ale powinien interweniować. Tylko jak to zrobić, żeby nie wyskoczyła ze skóry?
– Napinasz tylko ramiona – postanowił ją poinformować, ledwie muskając palcami rękę, którą próbowała naciągnąć cięciwę. – Siła musi się rozłożyć na prawie całe ciało. Stąd – przesunął opuszkami po jej ramieniu, niemalże go nie dotykając – aż potąd – dokończył, na krótką chwilę układając dłoń na wysokości jej łopatek. – Całe ciało pracuje, inaczej jutro nie będziesz mogła ruszyć rękoma – zakomunikował i cofnął się, bo gdyby się w panice odwinęła, Li’coran był na tyle długi, że oberwałby w zęby.
Prawie jak Errian.
Póki dotyk był praktycznie nieodczuwalny, nie reagowała; pobladła tylko i napięła się intuicyjnie, czekając, aż mężczyzna się odsunie. Gdy jednak poczuła jego dłoń na łopatkach, zadrżała i natychmiast uciekła krok w przód. Na chwilę w jej oczach zagościło czyste przerażenie, zaraz jednak ogarnęła się w sytuacji i przymrużyła z niezadowoleniem powieki.
Była wystarczająco skupiona na zadaniu i zirytowana marnymi efektami swoich wysiłków, by nie mieć sił na denerwowanie się na Caleba. Pokiwała lekko głową, najpierw unosząc na niego spojrzenie pod tytułem „o czym ty w ogóle do mnie mówisz”; zaraz jednak w jej oczach błysnęło zrozumienie. Zatoczyła koło ramionami, starając się je rozluźnić, przymknęła na chwilę powieki i gdy je uchyliła, podjęła kolejną próbę.
Posłuchała jego wskazówek, a przynajmniej bardzo się starała. Nie panowała nad swoim ciałem wystarczająco, by od razu uzyskać wymagane efekty, jednak widać było zdecydowaną poprawę. Znów opuściła łuk, ale uniosła go, nim zdążył cokolwiek powiedzieć. Spróbowała jeszcze raz, uznając, że będzie tu stała choćby do rana, ale w końcu jej się uda.
Caleb pokiwał tylko głową, obserwując jej wysiłki. Jeśli dostrzegła ten ruch – mogła go z czystym sumieniem odczytać jako pochwałę. Jeśli nie, to nie dowiedziała się, że nauczyciel był dość zadowolony z jej wysiłków.
Myśliwy nie odezwał się słowem, skrzyżował ręce na torsie i stanął w pewnej odległości od uczennicy, przyglądając się jej tym samym, średnio zainteresowanym spojrzeniem. Śledził wzrokiem napięcie mięśni, reakcje drewna, ułożenie palców na cięciwie, wszystko to, co miało wpływ na starania Leanelle.
Brakowało jej zwyczajnie wprawy oraz siły, przed nią wiele ćwiczeń, jak doszedł do wniosku. Bez specjalnej irytacji czy znudzenia – doskonale widział, co brał na uczennicę.
Po kolejnych kilku próbach, świadoma tego, że poprawa, chociaż jest, nie należy do szczególnie efektownych, opuściła po raz kolejny łuk. Tym razem jednak, zamiast po ledwie sekundzie wrócić do ćwiczeń, zerknęła w stronę myśliwego.
– To trochę potrwa – mruknęła bardzo krytycznie.
Pewnie o tym wiedział, ale no, tak rzuciła, żeby nie czuł się skrępowany przed opuszczeniem stanowiska, gdy już mu się znudzi, będzie późno, ciemno, zimno i ogółem idealnie do pójścia spać.
Nim zdążył odpowiedzieć, znów uniosła łuk i spróbowała po raz kolejny. Najgorszy był ten moment, gdy znajdowała się bardzo blisko naciągnięcia cięciwy w satysfakcjonujący sposób, ale właśnie wtedy mięśnie odmawiały posłuszeństwa.
Nie miała w sobie wystarczająco dużo siły. Była słaba, nieprzystosowana do wysiłku fizycznego; w końcu miała zostać ładną żoną bogacza, a w jej przyszłość wpisywało się rodzenie dzieci i błyszczenie na balach w ładnych sukniach. Rzeczywistość trochę się zmieniła, a ona zrobiła się nagle beznadziejnie bezradna. Głupie uczucie.
Zdenerwowana tego typu przemyśleniami fuknęła i naciągnęła jeszcze raz. Aż zamrugała zaskoczona; nie spodziewała się, że prawie jej się uda. Może irytowanie się było sposobem?
Caleb nie zareagował na jej komentarz, dalej bez większych emocji przyglądając się całej małej tragedii uczennicy. Dopiero kiedy ze złością naciągnęła cięciwę w teoretycznie bardziej zadowalający sposób, zmarszczył czoło.
– Nie walczysz z łukiem – stwierdził, zabierając głos pierwszy raz od naprawdę długiej chwili. – Nie możesz współpracować z nim kierowana złością. To ma być twoja prośba, która zostanie przez broń wysłuchana. To nie mięśnie odgrywają główną rolę w naciąganiu cięciwy, tylko twoja siła woli – skarcił ją krótko.
Potem znów zamilkł i powrócił do obserwowania zdesperowanych prób podejmowanych przez Leanelle; wyglądało na to, że nigdzie się stąd, na razie, nie zamierzał ruszyć. Nawet jeśli by go o to błagała.
Przeniosła na niego naprawdę zdezorientowane spojrzenie, jednak gdy przemyślała jego słowa, doszła do wniosku, że faktycznie brzmią sensownie. Poza tą siłą woli; kurczę, ona by górę przeniosła siłą woli. Ale odetchnęła głośno, pokiwała głową i zabrała się do pracy.
Zajęło jej to kolejne pół godziny, może nawet całą; mięśnie wzywały już pomocy, a ramiona zaczynały drżeć przy każdej próbie wysiłku. Nie zwracała jednak na to uwagi, zaciskała tylko mocniej wargi i działała dalej.
W pewnej chwili faktycznie udało jej się lepiej niż poprzednio naciągnąć cięciwę; gdy opuściła łuk, przeniosła na swojego nauczyciela pytające spojrzenie, unosząc brew. Rzecz jasna starannie omijała wzrokiem jego oczy, nie chcąc dopuścić do kontaktu wzrokowego; ot, zerkała gdzieś w jego stronę.  
Przy okazji poprawiła grzywkę, która teraz była już naprawdę zmaltretowana. Szlag by to, jak tak dalej pójdzie, to się obetnie na łyso, a co.
– W porządku – mruknął spokojnie. – Jeśli jesteś bardzo zmęczona, na dziś wystarczy. Powinnaś to ćwiczyć w każdej wolnej chwili, inaczej mięśnie zapomną o tym, co im dziś pokazałaś – dodał jeszcze, przymrużając w pewnym zamyśleniu oczy. – Przez całą podróż nie zdejmę z Li’corana cięciwy, zatem będziesz mogła próbować, gdy tylko poczujesz się na siłach – stwierdził, opuszczając ręce wzdłuż ciała.
Nie wyglądało na to, że planuje ruszyć z powrotem do obozu, zawiesił nieco wyczekujące spojrzenie na Leanelle, przekrzywiwszy nieznacznie głowę.
Ona natomiast potrząsnęła energicznie głową, nawet na niego nie patrząc. Znowu zdenerwowała się na swoją grzywkę, ale tym razem ograniczyła się do chuchnięcia na nieposłuszne kosmyki, bo ręce zajęte były kolejną próbą naciągnięcia cięciwy.
– Dziękuję – mruknęła mało wyraźnie, słysząc jego propozycję dotyczącą łuku.
Tylko że póki co nie miała zamiaru odkładać broni; coś sobie postanowiła, spróbuje osiągnąć cel jeszcze tej nocy, jakkolwiek późno miałaby pójść spać.
Zacisnęła wargi, niezadowolona z tego, że nie potrafiła opanować drżenia ramion; opuściła łuk i pomasowała jedno z nich, krzywiąc się przy tym. Westchnęła, pomasowała również drugie i wróciła do zadania.
Caleb uśmiechnął się. Pod nosem, nie za bardzo widocznie, zaraz po tym usiadł pod najbliższym drzewem po turecku i sięgnął do swojej torby. Uznał najwyraźniej, że Leanelle łukiem się nie zabije, a skoro miał trochę czasu, to należało dokończyć zaczętą wcześniej pracę.
Wyjął przygotowane na strzały kawałki drewna, kilka grotów, kamień, pióra oraz cienki rzemyk. Rozłożył wszystko przed sobą, najdokładniej lokując wyciągnięty dodatkowo nóż, i zabrał się do pracy.
Po kilku minutach z pobliskich krzaków wyszła Shila, merdając niepewnie ogonem. Popatrzyła z dużym niezadowoleniem na Leanelle, stuliła uszy i opuściła łeb, przypadając do ziemi. Niemalże szorując brzuchem po trawie, podczołgała się do myśliwego i ostrożnie złożyła pysk na jego udzie, nie chcąc mu przeszkadzać.
Caleb, zerkając raz na uczennicę, raz na szykowane strzały, pogłaskał od niechcenia wilczycę, nawet na nią nie patrząc. Shila zamerdała śmielej ogonem, najwyraźniej będąc teraz najszczęśliwszym zwierzęciem na świecie.
Leanelle nie zwróciła uwagi na przybycie wilczycy; zanotowała ten fakt, jednak była zbyt zaaferowana łukiem, by chociażby obrócić głowę w stronę zwierzęcia. Zmarszczyła czoło, raz jeszcze przywołując w myślach wskazówki i spostrzeżenia swojego nauczyciela, po czym, usiłując się do nich zastosować, podjęła kolejną próbę naciągnięcia cięciwy.
Zapowiadała się długa noc. Ciekawe, czy najpierw odpadną jej ramiona, czy łuk weźmie i wyjdzie, zdegustowany tak nieudolnym traktowaniem.

Podróż, bardziej ze względu na towarzyszące jej atrakcje, okazała się być wyzwaniem przekraczającym wyobrażenia Leanelle.
Gdy nauczyła się już naciągać cięciwę łuku (co przyszła oznajmić swojemu nauczycielowi bardzo zadowolona, wyjątkowo dumna, szeroko uśmiechnięta i niewyobrażalnie zmęczona. Rzecz jasna dotrzymała danego sobie słowa i nie spała tamtej nocy, cały czas próbując. Udało się nad ranem), zaczęli strzelać do prowizorycznej tarczy; tutaj już Caleb odzywał się częściej, właściwie cały czas coś jej wytykał.
Zazwyczaj lekcje odbywały się wieczorem, a po każdej Leanelle padała na posłanie niemalże trupem. Czasami jednak zdarzało się, że trzeba było wstać przed wschodem słońca i poćwiczyć, nim reszta drużyny się obudzi. To okazało się dla dziewczyny szczególnie bolesne; później całą drogę ziewała i wyzywała po cichu na czym świat stoi.
Po każdej lekcji, niezależnie od pory dnia, bolało ją całe ciało, również te mięśnie, z których istnienia nie zdawała sobie sprawy; jęczała i marudziła praktycznie bez przerwy i nawet całkowita, okazywana na różne sposoby dezaprobata Anabde nie była w stanie tego powstrzymać. Ale efekty się pojawiały.
Tego dnia Caleb nie podał jej łuku, za to oznajmił, że czas na zapoznanie się z walką wręcz. Obdarzyła go bardzo wymownym spojrzeniem, a gdy okazało się, że jej przeciwnikiem i zastępczą nauczycielką ma być Shila, dziewczyna ledwie powstrzymała się od uderzenia otwartą dłonią w czoło. Niestety myśliwy pozostawał nieugięty, Leanelle przyszło więc walczyć z wilkiem.
Stała właśnie naprzeciwko wilczycy i patrzyła na nią z niepokojem, jednocześnie podciągając rękawy bluzki, bo przeszkadzały. Gdy Shila uniosła górną wargę, odsłaniając ostre kły, dziewczyna wyprostowała się i spojrzała na nauczyciela ze zrezygnowaniem.
– Ja wiem, że ty mnie nie lubisz, ale żeby aż tak? – jęknęła.
Caleb uśmiechnął się i wcale nie wyglądało to pocieszająco. Nie przeniósł spojrzenia na wyraźnie zadowoloną z postawionego przed nią zadania wilczycę, ale z jego gardła wydobył się niski, wibrujący warkot. Potem wystarczyło, że cofnął się kilka kroków, a natrafił plecami na pień drzewa, oparł się na nim i prawie zniknął.
Cholera wie, jak to zrobił.
W tym też momencie wilczyca, machnąwszy krótko ogonem, odbiła się od ziemi i skoczyła, bez trudu przewalając Leanelle na ziemię. Pochyliła się nad nią ze zjeżoną na karku sierścią, dalej szczerząc kły, ale jej paszcza nawet nie zbliżyła się do dziewczyny.
Ot, drapieżnik zastygł, przygniatając ofiarę do ziemi i czekając, co teraz się stanie. Najwyraźniej Shila należała do nadzwyczaj karnych zwierząt i jak kazano nie zabijać, to nie zabijała.
Nie było zbyt wiele czasu do namysłu, prawda. Nawet nie dotarło do niej, że przywaliła w ziemię tak porządnie (niekontrolowany, bo niespodziewany upadek nie mógł skończyć się łagodnie), zajęła się tym, by ujść z życiem. Nie miała zamiaru sprawdzać, czy Shila rzeczywiście jest taka podporządkowana, jak się wydawało.
Przymrużyła groźnie oczy, co uczyniła zupełnie nieświadomie, po czym wyciągnęła przed siebie nadal obolałe po treningach łucznictwa ramię, blokując wilczycę tak, że nie mogła pochylić się bardziej i chociażby rozszarpać jej gardła.
Potem miała kilka sekund na zaplanowanie dalszych działań. Przede wszystkim oceniła ciężar wilczycy i zastanowiła się, czy uda jej się zwalić z siebie zwierzę. Kiedy doszła do wniosku, że szanse są, natychmiast przystąpiła do działania.
Nie wystarczyło silniej naprzeć na Shilę, bo tylko zawarczała ostrzegawczo i łatwo zrównoważyła nacisk. Niespodziewanie Leanelle uniosła drugą rękę, po czym, jednocześnie podnosząc się i usiłując przeturlać, pchnęła wilczycę w bok. Normalne zwierzę prawdopodobnie próbowałoby zacisnąć zęby na atakującym ramieniu, ale Shila tylko kłapnęła ostrzegawczo, unikając rozlewu krwi.
Natychmiast doskoczyła do uciekającej ofiary, ta jednak, uznając, że najlepszą obroną jest atak, odpowiedziała pchnięciem i po chwili znów wylądowały na ziemi, teraz jednak zmieniając miejsca. Wilczycy dużo łatwiej poszło wyswobodzenie się i skończyło się na tym, że stanęły naprzeciwko siebie w odległości jednego, może dwóch metrów.
Na chwilę tak zastygły. Obie mierzyły się spojrzeniami, czekając na ruch przeciwniczki, z czego Shila zdawała się być bardzo rozluźniona całą sytuacją. Ot, rzeczywiście, od początku znajdowała się na zwycięskiej pozycji, ale dobrze było się z kimś pobawić.
Caleb odmówił tego typu formy spędzania czasu, od kiedy wilczyca przybrała z powrotem na wadze i przestała być aż tak lekka. Zresztą myśliwy znajdował się zbyt wysoko w hierarchii, by angażować go w tak uwłaczające mu zajęcia.
I choć dla trójki wtajemniczonych osób wszystko wyglądało nadzwyczaj grzecznie, bezpiecznie, tyle że dynamicznie, tak dla postronnego obserwatora już nie. Dlatego też Aidan, który postanowił spytać, czy ktoś z zapamiętale trenujących zgłodniał, zatrzymał się jak wryty, obejmując całą sytuację nerwowym spojrzeniem.
Wtedy Shila znowu skoczyła, Leanelle zdołała jednak ujść w odpowiednim momencie w bok i lekko wilczycę odtrącić; zwierzę tuż po lądowaniu odwróciło się i ponownie zaatakowało, oceniając błyszczącymi ślepiami nową koleżankę do zabawy. Niezwykle się biedny drapieżnik zdziwił, kiedy nagle pojawił się ktoś jeszcze.
Aidan rzucił się w obronie Leanelle, przekonany, że dziewczyna znajduje się sama i walczy ze zwierzęciem na śmierć i życie. Nie dostrzegł ukrytego w cieniu Caleba – myśliwy w pierwszej chwili spojrzał na młodzieńca zdumiony, bo usłyszał szelest, ale był skupiony na obserwowaniu lekcji i zbagatelizował gościa do rangi niegroźnego zajączka. Tymczasem niegroźny zajączek skoczył między dziewczynę a wilka, tę pierwszą odtrącając, by mogła ratować się ucieczką.
To był zły ruch, Shila zinterpretowała go całkowicie na opak. Nagłe pojawienie się kogoś obcego i gwałtowne ruchy, zwłaszcza wymierzone w istotę, którą zdążyła polubić, obudziły w niej agresję, której przecież wilczyca przed momentem nie odczuwała.
Warknęła, zjeżyła sierść na karku i skoczyła na to ramię Aidana, którym pchnął Leanelle, bez najmniejszego wahania wgryzając się w rękę chłopaka.
Młodzieniec jęknął cicho, tracąc równowagę, przewalił się wraz ze zwierzęciem i spróbował strącić drapieżnika kopnięciem. Trafił, Shila pisnęła i zaraz złapała buta, żeby odgryźć bezczelnemu wrogowi stopę. Nie zdążyła jednak zacisnąć szczęk z całą swoją siłą, bo czyjaś mocna dłoń stanowczo złapała ją za futro na karku.
Caleb podniósł wilczycę jak niesfornego szczeniaka, a ona niemalże zwiotczała w jego uścisku, oblizując pysk z kilku kropel krwi. Myśliwy postawił zwierzę kawałek dalej, obok Leanelle, którą od Aidana zasłonił własnym ciałem; Shila pisnęła zmartwiona, że zrobiła coś nie tak, i położyła się na ziemi.
Chłopak natomiast, patrząc na górującego nad nim wściekłego Caleba, sam nie wiedział, czy bardziej boli ręka, noga, czy spojrzenie mężczyzny.
Leanelle całej scence przypatrywała się wytrzeszczonymi oczyma, nie do końca rozumiejąc, co jest grane. Dopiero gdy Shila została odstawiona, dotarło do niej, że może Aidan chciał jej, jak zwykle, pomóc.
Otworzyła usta, mając zamiar najpierw wytłumaczyć mu zaistniałą sytuację, a potem nawet wstawić się za nim u Caleba. Gdy jednak zobaczyła wyraz twarzy swojego nauczyciela, a zwłaszcza wyjątkowo poirytowane, miażdżące spojrzenie, pochyliła tylko ramiona i nie była w stanie się odezwać. Trochę zrobiło jej się żal biednego chłopaka.
Kucnęła przy wilczycy, wyraźnie zmartwionej tym, że Caleb był na nią zły. Wyciągnęła dłoń w jej stronę, a gdy Shila nie zareagowała, pogłaskała ją po łbie, drapiąc za uchem. Uśmiechnęła się przy tym trochę nieobecnie; odniosła wrażenie – może mylne, bo dotychczas nie miała do czynienia z wilkami – że Shila chciała ją obronić. To zdecydowanie podnosiło na duchu.
Wróciła spojrzeniem do Caleba i Aidana, zastanawiając się, czy będzie musiała przełamać swe lęki i zainterweniować. W końcu Aidan chciał dobrze.
– Zastanawiam się – zaczął oschłym, równie bolesnym głosem, co jego spojrzenie, myśliwy – czy jakakolwiek nauczka kiedykolwiek zapadnie ci wreszcie w pamięć – skwitował, wpatrując się w chłopaka intensywnie. – Naprawdę myślisz, że Leanelle stałaby tu i walczyła wręcz z rozjuszonym, dzikim zwierzęciem? – zainteresował się.
– Nie wyglądało to dobrze – bąknął Aidan, bojąc się ruszyć, jakby Caleb unieruchomił go samym swoim spojrzeniem.
– Dobrze to nie wyglądała twoja interwencja. Zrobiłeś sześć podstawowych błędów w przeciągu ledwie czterech, może pięciu sekund, gdyby mnie tu nie było, niewiele by zostało z ciebie czy twoich kończyn – warknął myśliwy, wbijając chłopaka jeszcze trochę w glebę.
– Chciałem pomóc Lei, myślałem, że ma kłopoty – szepnął biedak, kuląc się i walcząc z ochotą żałosnego odczołgania się w ucieczce przed mężczyzną.
– Najlepiej rzucić się dziewczynie na ratunek, rezygnując z własnego życia. Shila rozerwałaby cię na strzępy, zanim byś się chociaż zorientował, co się dzieje – parsknął Caleb, do tego wszystkiego mrużąc jeszcze oczy. – W ogóle nie uczysz się na błędach, pakujesz się w tarapaty i dodatkowo naraziłeś Leanelle na zranienie, bo spanikowane dzikie zwierzę atakuje na oślep. Jesteś z siebie dumny? – spytał na koniec tak strasznym głosem, że Aidan przełknął spanikowany ślinę.
Nie odważył się odpowiedzieć, czekając na cios swojego kata, który wreszcie go dobije. Chłopak, choć odczuł niewyobrażalną ulgę, kiedy zorientował się, że Leanelle jest bezpieczna, nagle zapragnął bardzo szybko stracić na przykład przytomność przez szybkie wykrwawianie się. Albo cokolwiek.
Już nawet nie bolało to, że Caleb był zły za przerwanie lekcji, bolało to, że bezlitośnie wypunktował błędne działania Aidana. A to oznaczało, że nie potrafiłby poradzić sobie nawet z dzikim zwierzęciem w obronie swojego pana – przecież szkolił się na obrońcę. Poczuł się dziwnie żałosny.
– Tak więc zastanawiam się nad odpowiednią nauczką, żebyś następnym razem porządnie się namyślił, nim spróbujesz popełnić spektakularne samobójstwo – podjął przerwany wątek Caleb, unosząc brew. – I sądzę, że jeśli podła wiedźma zajmie się tymi ranami, to nauczy cię to rozsądku.
Trochę targały Leanelle wyrzuty sumienia. Aidan chciał pomóc, stanąć w jej obronie; to nie jego wina, nie wiedział o nietypowej lekcji, z boku musiało to rzeczywiście groźnie wyglądać. Chciała mu zasygnalizować, że nie powinien martwić się tak niepowodzeniem, jak komentarzami Caleba, ale nie do końca wiedziała, jakich słów czy gestów użyć.
Nie mogła też się za nim wstawić – „kara” wymyślona przez myśliwego była rozsądna, i tak ktoś musiał opatrzyć rany Aidana, a Ariene miała największą wprawę w uzdrawianiu. Skuliła nieco ramiona i tylko na niego patrzyła, trochę bezradna.
– Teoretycznie obrońca ma się rzucać na ratunek, rezygnując z własnego życia. Tego nie możesz mu wypominać – odezwała się w pewnej chwili.
Zerknęła krótko na Caleba, ale nim odwrócił na nią spojrzenie, pochyliła głowę, zerkając na nadal głaskaną wilczycę.
Potem znów przeniosła wzrok na Aidana, marszcząc z niepokojem czoło. Shila go ugryzła, czy to poważne? Może trzeba mu pomóc? Głupio jednak było tak zapytać, zwłaszcza przy Calebie, dlatego ograniczyła się do zatroskanego spojrzenia.
– Powiedz mi, co to za ratunek, jeśli obrońca ginie w przeciągu trzydziestu sekund starcia, a broniona osoba zostaje bez ochrony i ginie w przeciągu następnych trzydziestu sekund? – spytał spokojnie Caleb, nie zerkając na Leanelle, tylko przypatrując się Aidanowi. – Wyrzekanie się życia jest dla obrońcy jak najbardziej na miejscu, jeśli daje to gwarancję przeżycia podopiecznego. Tutaj Aidan dałby dupy – raczył podsumować i złapał chłopaka za łokieć zdrowej ręki, podnosząc go. – Idziemy do Ariene – zakomunikował, obrzuciwszy poszarpaną koszulę opanowanym spojrzeniem. – Jest szansa, że nie będzie trzeba amputować.
Aidan popatrzył na myśliwego w tak głębokim szoku, że mężczyzna jeszcze tylko kilka sekund stał z nieprzeniknioną miną. Potem dopiero uśmiechnął się krzywo i przeniósł wzrok na nadal cichą, bardzo skruszoną Shilę.
– Bądź grzeczna – mruknął miękkim głosem do wilczycy, ruszając z nadprogramowym kłopotem z powrotem do obozu.
Wilczyca uniosła nieco łeb, ślepia jej błysnęły, aż zamerdała z radości ogonem, odprowadzając myśliwego spojrzeniem.
– Ej, poczekajcie na mnie! – zdenerwowała się od razu Leanelle; no przecież nie zostawi Aidana na pastwę Caleba.
Pogłaskała jeszcze raz Shilę, po czym wyprostowała się szybko i ruszyła truchtem do mężczyzn, doganiając ich w kilku krokach. Ponieważ wejście pomiędzy nich nie dość, że dla niej samej byłoby traumatyczne, to jeszcze stało się niewykonalne z powodu Caleba nadal trzymającego Aidana za łokieć, ustawiła się po drugiej stronie swojego niedoszłego wybawiciela, rzecz jasna – w odpowiedniej odległości.
Zerknęła na niego i uśmiechnęła się ładnie, zaraz uciekając spojrzeniem; miała dobry pretekst, bo przyjrzała się pogryzionej ręce.
– Dzięki – mruknęła bardzo, bardzo cicho, z głupią nadzieją, że Caleb może nie usłyszy.
Marne szanse.
– Podziękuj mu, jak ci się kiedyś na coś przyda – zaproponował spokojnie myśliwy, całkowicie niezrażony tym, że to nie było przeznaczone dla jego uszu.
Aidan chyba trochę się zarumienił, ale nie starczyło mu sił, by wyrwać się z uścisku mężczyzny i wyglądać nieco bardziej godnie. Sapnął z irytacją.
– Jesteś potworem – wyznał mu z niezadowoleniem.
Caleb tylko uśmiechnął się lekko, spoglądając przed siebie, nawet nie na zbliżający się obóz; zdawał się też nie słyszeć stopniowo narastających głosów.
– To nie ty masz z nim lekcje, pragnę przypomnieć – oznajmiła mu Leanelle bardzo, bardzo burkliwie. – Cador na pewno nie każe ci walczyć z wilkami.
Trochę marudziła, trzeba przyznać. Tak naprawdę, pomimo wysokich wymagań i trudności, lubiła lekcje z Calebem, między innymi przez świadomość, że na nich zyskuje. Ale nie tylko.
Myśliwy okazał się być mniej upierdliwym nauczycielem niż się zapowiadał, i w sumie gdyby nie te chore, poranne godziny, które czasami wymyślał, na każdą lekcję ruszałaby z uśmiechem.
Tylko się do tego za diabły nie przyzna, wiadomo.

Brenthor rzeczywiście nie było wielką mieściną. Domostwa znajdowały się na skraju lasu, wśród wysokich traw równiny, wszystkie zostały wzniesione z kamienia, dachy natomiast wykonano z drewna bądź, w przypadku biedniejszych rodzin, strzechy. Zdawało się, że ilość budynków nie przekracza pięćdziesięciu, co wiązało się niewątpliwie z tym, że każdy się z każdym znał.
Wjechali na drogę prowadzącą przez środek miejscowości, Caleb jednak szybko poprowadził ich na bok, w lewą część wioski. Jak się okazało, znajdowała się tam stajnia publiczna – może standardy nie były najwyższe, ale wyglądało na to, że zwierzęta dobrze się czuły w przybytku.
Nadzwyczaj sprawnie udało się im je ulokować, a myśliwy dogadał się z właścicielem miejsca bez problemu. Dało się zauważyć, że się znali, przynajmniej z widzenia. Potem mężczyzna poprowadził ich z powrotem na drogę.
Mijali kramy oraz stragany, ale napotkani ludzie, choć z początku sprawiali wrażenie przyjaznych i otwartych, zaczynali się zachowywać trochę dziwnie, gdy dostrzegali idącego z przodu myśliwego.
Niemal każdy witał Caleba, niekiedy pytał o zdrowie, niewielka część mieszkańców sztywno się odwracała i odchodziła w przeciwnym kierunku. Nie sposób było jednak nie uchwycić dziwnych, jakby zmieszanych spojrzeń – o ile w ogóle na myśliwego patrzyli, raczej unikali go wzrokiem.
Jeśli mężczyzna to zauważył, nie dał tego po sobie poznać. Biorąc pod uwagę fakt, że mówimy o Calebie, zauważył na pewno.
– Musimy przejść rynek, nasz dom jest za nim – poinformował zebranych myśliwy, kiedy wyszli na spory, utwardzony plac, gdzie znajdowało się największe skupisko straganów oraz ludzi.
Największym budynkiem była świątynia, dom rządcy także prezentował się dość pokaźnie, natomiast na środku tego skromnego rynku stała studnia, wokół której biegały ze śmiechem dzieci. Tutaj ludzie z jakby mniejszą nerwowością udawali, że nie zauważyli Caleba, zapatrując się w napięciu w stragany bądź nagle pochłaniając się rozmową.
Zdarzyło się jednak parę osób, które obdarzyły myśliwego przeciągłym, bardzo krytycznym spojrzeniem. Ariene zaczęło to wszystko naprawdę irytować – przecież ich towarzysz nie wyglądał aż tak dziwnie, zresztą każdy go tu wyraźnie znał. Więc o co im, do cholery, chodziło?
– Tu tak zawsze? – mruknęła do idącego obok Cadora, nie spuszczając wzroku z maszerującego przed nimi Caleba.
Coś jej nie pasowało. Nie wiedziała jeszcze co, ale im dłużej próbowała rozszyfrować zachowanie wszystkich, tym bardziej rozumiała, że nie powinni byli przyjeżdżać.
Cador również był zmartwiony, nie do końca pojmując zachowanie mieszkańców. Co poniektórych znał, ale ci ignorowali go tak samo, jak Caleba; biorąc pod uwagę, że dotychczas miał ich za otwartych i sympatycznych...
A jeśli o tę otwartość chodziło? Może nie chcieli się z czymś zdradzić? Czyżby tutejsi mieli Calebowi za złe, że zostawił narzeczoną na tak długo? Prawdopodobne również, że Vivienne się rozchorowała, wieść nie dotarła Caleba, ale mieszkańcy i tak obwiniali go za nieobecność.
Jakiegokolwiek wytłumaczenia Cador nie wymyślił, nie mógł zwyczajnie zapytać; wychodziło na to, że trzeba się będzie dowiedzieć o co chodzi od samej Vivienne.
– Nigdy – odpowiedział dość cicho, nawet nie spoglądając na wiedźmę.
Zmarszczył czoło, odprowadzając spojrzeniem kolejnego dziwnie zachowującego się sztywnego człowieka; wyglądał, jakby coś ukrywał. Co cała wioska może ukrywać przed jednym Calebem?
Leanelle, dotychczas zachwycona wizją zjedzenia ciepłego, domowego obiadu, zmarkotniała. Podłapała nastrój panujący w wiosce i szła ze zwieszoną głową, wpatrując się uparcie w ziemię pod stopami. Hessan odleciał do pobliskiego lasu chwilę po wejściu do miejscowości, jakby i jemu tutejsza atmosfera ciążyła.
Nie chciała się zastanawiać, co kieruje mijanymi ludźmi, że zachowują się aż tak dziwnie, ale myśli same pchały się do głowy, choć konsekwentnie je odrzucała. Nie sposób nawet było rozładować atmosfery; żarty zdawały się być nie na miejscu, tematy do luźnej pogawędki nie przychodziły, nawet marudzić tak głupio.
Caleb wreszcie się zatrzymał, nim jeszcze zeszli z rynku. Przesunął spojrzeniem po najbliżej idących ludziach; dwie kobiety odwróciły wzrok, a towarzyszący im mężczyzna skinął tylko myśliwemu głową. Caleb odwzajemnił gest, zaraz obracając się do towarzyszy – Ariene dostrzegła w jego spojrzeniu pewne napięcie, które jeszcze bardziej udzieliło się jej. Stanęła cała sztywna, czekając na słowa towarzysza.
– W tej karczmie, jedynej u nas, jest całkiem miła atmosfera – zaczął trochę ni z tego, ni z owego, wskazując spory budynek po ich prawej stronie. – Poczekacie tu na mnie, kiedy sprawdzę, czy w domu wszystko w porządku? Nie chciałbym robić Vivi aż tak dużej niespodzianki – dodał z pewnym rozbawieniem, przesuwając spojrzeniem po zebranych.
Większość przytaknęła – bo co było robić? Rzeczywiście takie rozwiązanie wydawało się najbardziej odpowiednie, dlatego też, po spokojnym zapewnieniu, że przeżyją chwilę sami, prawie wszyscy ruszyli we wskazaną stronę.
Prawie, ponieważ na przykład Ariene nawet nie drgnęła, tylko zawiesiła wyczekujące spojrzenie na Cadorze, jakby się zastanawiała, co też obrońca zrobi. Tak naprawdę oczekiwała, że pan Reamonn nie ruszy się z miejsca. Ona nie zamierzała.
– Jakby coś było nie w porządku, przyda ci się pomoc – odezwał się wtedy Cador zgodnie z życzeniem Ariene.
Schował dłonie w kieszeniach spodni i popatrzył na Caleba, w jednym spojrzeniu zawierając tak dużo stanowczości, że chyba nie sposób mu było odmówić.
Tak naprawdę się martwił. Niezależnie od tego, jak bardzo nie pasowała mu Vivienne, zdawał sobie sprawę, że jest dla jego przyjaciela ważna. Jej krzywda nijak nie dotknęłaby Cadora, ale byłaby ciosem dla Caleba, a tego obrońca nie mógł znieść.
– W takim razie w drogę – zarządziła Ariene, przenosząc wyczekujące spojrzenie na myśliwego.
Mężczyzna pokręcił lekko głową, ale nie wyglądał na kogoś, kto zamierzałby próbować przełamać tak wielki opór. W końcu ani jedno, ani drugie nie ustąpi, jeśli coś sobie postanowili. A już zwłaszcza jeśli postanowili to oboje.
Chwilę potem znów ruszyli rynkiem i zeszli na kolejną uliczkę, gdzie atmosfera ani trochę się nie zmieniła. Cała aura tajemnicy i niechęci roztrzaskała się dopiero pod domem Caleba – jednopiętrowym budynkiem, który może nie prezentował się pokaźnie, jednak z pewnością było w nim całkiem sporo miejsca.
Kiedy zbliżali się do drzwi frontowych, z ganku w sąsiedztwie zbiegła potargana dziewczynka i rzuciła się do nóg myśliwego z radosnym piśnięciem.
– Wróciłeś! – ucieszyła się, uśmiechając się bardzo szeroko.
Ariene na krótką chwilę zwątpiła, zastanawiając się gorączkowo, czy Caleb na pewno zostawił w domu tylko narzeczoną.
– Cześć, gwiazdeczko – odparł rozbawiony mężczyzna i pogładził ciemne blond włosy dziewczynki. – Rodzice zdrowi? – zapytał od razu, unosząc wzrok na nerwowo idącą do nich kobietę, najwyraźniej matkę małej.
Wiedźma trochę się rozluźniła. Nie żeby przeraziła ją wizja Caleba ojca, ale takie zostawianie również małego dziecka… odgoniła od siebie tę myśl, mimowolnie uśmiechając się z rozczuleniem, kiedy brudna buzia dziewczynki rozjaśniła się od szerokiego uśmiechu.
– Zdrowi! – zakomunikowała, puszczając Caleba i salutując trochę nieporadnie. – Długo cię nie było – dodała bardziej zmartwiona, dopiero wtedy zauważając Cadora. – O, dzień dobry panu – przywitała się zmieszana, garbiąc ramiona.
– Ile razy trzeba ci powtarzać, że to Cador – westchnął myśliwy, zawieszając spojrzenie na matce dziewczynki, która zatrzymała się kawałek dalej. – Coś się stało? Wszyscy wydają się nerwowi – spytał, nie odrywając wzroku od kobiety.
Mała obejrzała się na matkę, zająknąwszy się wyraźnie, jakby nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć. Zmrużenie oczu przez sąsiadkę Caleba wystarczyło, by jej córka odsunęła się zmieszana.
– Ja… – zaczęła zmartwiona.
– Lilly, chodź tu – poprosiła dość napiętym głosem kobieta; dziewczyna spojrzała przepraszająco na myśliwego i pobiegła do matki.
– Witam – zwrócił się do sąsiadki Caleb, przymrużając oczy.
Kobieta nie odpowiedziała, zgarnęła córkę i, tłumacząc jej coś półgłosem, szybko odmaszerowały z powrotem do domu. Ariene zwątpiła, czy powinni przekraczać próg drzwi, przed którymi się zatrzymali.
Cador przymrużył powieki, odprowadzając kobietę wyjątkowo poirytowanym spojrzeniem; mogła się wykazać chociaż odrobiną kultury i odpowiedzieć, z pewnością byłoby wtedy łatwiej. A tak – zerknął w napięciu na drzwi do domu Caleba, nie do końca wiedząc, czego spodziewać się po przekroczeniu progu.
– Pan Cador – mruknął pod nosem krytycznie, raczej po to, by zająć swoje myśli czymś innym niż martwieniem się o zaistniały problem.
Jeszcze chwilę się wahał, ale gdy cisza zaczęła się przedłużać, postanowił, że trzeba coś zrobić. Wycofywanie się było nie do przyjęcia, została im więc jedna opcja.
– No to wchodzimy – rzucił mało pogodnie, mało chętnie, generalnie wszystkiego w jego głosie było mało, zabrzmiał wręcz bezbarwnie.
Ariene nawet zapomniała się uśmiechnąć złośliwie na „pana Cadora”. Wbiła wyczekujące spojrzenie w Caleba, który w kilku krokach dotarł do drzwi, nacisnął klamkę i wszedł do środka. Podążyli za nim z pewną niechęcią, ale skoro sami się zadeklarowali, to trzeba.
Tak więc stanęli w niedużym korytarzu, od którego odchodziły drzwi do kuchni oraz prawdopodobnie salonu – trudno orzec, skoro były zamknięte. Przed nimi natomiast znajdowały się schody prowadzące na piętro.
Ariene zaobserwowała, że Caleb zwyczaj dość rzadkiego, wbrew pozorom, odzywania się przenosi na każdą sferę życia. Tym razem także nie zawołał, zajrzał najpierw do kuchni, potem do salonu, marszcząc z niepokojem czoło. Nie odnalazł Vivienne, co poważnie go zmartwiło – wiedźma miała już zaproponować, by po prostu zawołał narzeczoną po imieniu, ale nie zdążyła.
Caleb ruszył schodami na piętro, niezmiennie poruszając się bezszelestnie. Kobieta mimowolnie pomyślała, że biedna Vivienne dostanie zawału, jak ją narzeczony nagle zaskoczy swoim przybyciem. Chciała uśmiechnąć się blado, ale w chwili, w której myśliwy dotarł na piętro i ruszył korytarzem, poczuła bardzo nieprzyjemny ścisk w żołądku.
Nie wiedziała, co to było, jednak odruchowo otoczyła się ramionami, wstrzymując oddech. Rozpaczliwie czekała, aż ta cała okropna atmosfera roztrzaska się i uczucie dziwnej tragedii wreszcie zniknie, bo usłyszą radosny śmiech Vivienne i pełen ulgi głos Caleba.
Ale tak nie było. Może to sufit tłumił dochodzące z piętra odgłosy, a może zwyczajnie było tam cicho, a może minęło ledwie parę sekund, tylko zniecierpliwienie wydłużyło Cadorowi czas oczekiwania; niewiedza tak czy siak zaczęła obrońcę dobijać.
Wyciągnął wreszcie ręce z kieszeni i ruszył naprzód krokiem bardzo podobnym do tego, jakim szedł jego przyjaciel, bo bezszelestnym. Cador nie miał w zwyczaju poruszania się w aż tak bezgłośny sposób, jednak, nie wiedzieć czemu, intuicja kazała mu tak postąpić. Obejrzał się przez ramię na wiedźmę z niemym zapytaniem, czy idzie z nim, po czym zaczął wspinać się na schody.
Intuicja nigdy go nie zawodziła. A teraz, nie wiedzieć czemu, podpowiadała mu, że przyjaciel potrzebuje wsparcia. I że dzieje się coś, co nie powinno się dziać.
Ariene ruszyła za Cadorem, by, kiedy prawie dotarli na piętro, złapać łokieć obrońcy i pociągnąć go w tył, na barierkę. Poczuła, że serce załomotało jej w piersi, potem natomiast rozległ się zdumiony i niejako przestraszony kobiecy krzyk.
Wiedźma mocniej przytrzymała Cadora, nie chcąc, żeby ruszył biegiem. I nie wiedziała, czy nie chciała zostać sama, czy nie chciała, że mieszał się w to, co się działo. Bo nie brzmiało to jak okrzyk na widok dawno niewidzianego narzeczonego.
W tej też chwili przez otwarte na oścież drzwi od jednego pokoju wypadł obcy mężczyzna. Ariene zdębiała, patrząc na zatrzymującego się na ścianie nagiego nieznajomego, próbując zrozumieć, co tu się dzieje. Potem sama przytuliła się do barierki, częściowo chowając się za plecami Cadora, bo z pomieszczenia wyszedł Caleb.
Takiej furii u myśliwego jeszcze nie widziała. Oczy błyszczały groźnie, zmrużone, z miażdżącym spojrzeniem wbitym w nieznajomego. I choć wydawało się jej, że jest w tym także dziwny ból, to jednak stał się on prawie niewidoczny. Na ustach Caleba pojawił się grymas naprawdę straszny, przypominający trochę warczącego wilka. Poza tym właśnie taki dźwięk wydał z siebie myśliwy, łapiąc zdecydowanie niechcianego gościa za włosy i ciągnąc w stronę schodów. Najwyraźniej postanowił pokazać mu drzwi.
Ze stopni prawie go zepchnął, jakby nie widział Cadora i Ariene. Z tego akurat wiedźma trochę się cieszyła, obserwując scenę w głębokim szoku – jej sens nie chciał do niej dotrzeć, chociaż wszystko było bardzo proste. Po prostu umysł odmówił współpracy, zbuntował się i postanowił nie dopuścić tego rozwiązania do siebie.
Tymczasem mężczyzna i Caleb dotarli do progu, myśliwy raz jeszcze szarpnął nieznajomego za włosy, trochę go prostując, otworzył drzwi i wypchnął go na ulicę takim, jakim go Silthe raczył stworzyć.
Zatrzasnął przejście z hukiem, nie odwrócił się jednak od desek, warknąwszy pod nosem coś, co było chyba zdaniem. Ariene wydało się, że powiedział „tym razem nie zaprosimy cię na obiad”. Kolejny element zdawał się być prosty do odgadnięcia, ale nie potrafiła tego do siebie dopuścić.
Dopiero wtedy z pomieszczenia wybiegła, potykając się o koc, którym się owinęła, kobieta. To musiała być Vivienne, jak błyskotliwie domyśliła się wiedźma. I rzeczywiście, na pierwszy rzut oka wyglądała jak ósmy cud świata.
Śliczna, niewątpliwie zgrabna, ale w dobrym smaku, niczego za dużo, niczego za mało, zadbana. Pełne usta, duże, błyszczące zdumieniem i przerażeniem oczy w kolorze orzechów, ciemnobrązowe, długie, proste włosy, teraz trochę potargane. Na widok gości na schodach przystanęła na moment, zamrugała, potem zlokalizowała spojrzeniem Caleba.
– Co ty zrobiłeś?! – parsknęła wtedy, czym kompletnie zbiła Ariene z tropu.
– Posprzątałem – warknął myśliwy takim głosem, że Aidan już by chyba definitywnie padł trupem, gdyby to usłyszał.
Cador dłuższą chwilę wodził spojrzeniem od jednego do drugiego, wyraźnie nie wiedząc, co ze sobą począć. Zaraz po wypowiedzi Vivienne niespodziewanie zadrżał, zawarczał gardłowo i zacisnął dłoń w pięść.
– Trzymaj mnie, bo zaraz jej coś zrobię – powiedział przez zaciśnięte usta, swoje słowa ewidentnie kierując do Ariene, choć wpatrywał się aktualnie w Vivienne, miażdżąc ją wzrokiem.
Nie wypada krzywdzić kobiety, nawet, kiedy jest taką szmatą. Ale miał przeogromną ochotę.
Prawdopodobnie wypadałoby usunąć się w cień, ale nie było gdzie – na pierwszym stopniu schodów stał Caleb, zaś na ich szczycie Vivienne. Cador przycisnął się więc plecami do ściany, teraz zawieszając uważne, lustrujące spojrzenie na przyjacielu.
Starał się odczytać jego reakcje, by zgadnąć, co powinien teraz zrobić: zarządzić odwrót, czy przytrzymać go w miejscu. Niestety, odpowiedzi nie znalazł, dlatego tylko zazgrzytał zębami.
Ariene natychmiast objęła rękę Cadora, wiedząc, że jak obrońcę szlag trafi, to go nie utrzyma normalnie za żadne skarby. Spojrzenie jednak zawiesiła na Vivienne, nie potrafiąc zrozumieć, że to się dzieje naprawdę.
Wszystko wszystkim – ale jeszcze takie pytanie? Do narzeczonego? Z trudem łapała oddech, wytrzeszczając oczy i nerwowo doszukując się sensu w czymkolwiek.
Potem naszła ją niepokojąca myśl – jak długo to trwało? Oczywiście, powinna była skupić się na zaistniałej sytuacji, jak chociażby panowie, ale będąc kobietą, myślami wybiegła bardziej w przód. I przestraszyła się tego, jakie wnioski ze wszystkich poczynionych obserwacji wyciągnęła.
Caleb natomiast jeszcze chwilę wpatrywał się w Vivienne tym strasznym, pełnym furii spojrzeniem, by wreszcie zamknąć oczy i odetchnąć głęboko. Wyglądało, jakby próbował się przekonać do tego, że to nie jej wina i wszystko stało się wbrew jej woli. Na szczęście raczej nie był aż tak głupi.
– Nie sądziłem, że będzie zwracał na ciebie aż tyle uwagi – rzucił po prostu, odwracając się i podchodząc do szafki stojącej w rogu korytarza na parterze.
– Co robisz? – spytała napiętym głosem Vivienne, wpatrując się w plecy Caleba palącym wzrokiem. – I co on tu robi z kolejną szmatą? – dodała, ruchem brody wskazując Cadora oraz Ariene.
Wiedźma na wszelki wypadek przytrzymała obrońcę trochę mocniej.
– Właśnie wychodzimy – odparł spokojnie Caleb, aż irracjonalnie spokojnie, biorąc pod uwagę to, jak rozjuszony był ledwie kilka sekund temu. – Wolałbym więcej nie przeszkadzać, dlatego wezmę tylko swoje rzeczy, dużo ich w końcu nie ma – stwierdził, wyjmując kilka notesów z szuflady i inne drobiazgi, których z tego miejsca Ariene nie widziała.
Wpakował wszystko do skórzanej torby, nie patrząc na Vivienne. Vivienne natomiast niezmiennie patrzyła na niego i, co najdziwniejsze, była tak rozeźlona, jakby to Caleb ją przez dość długi czas zdradzał.
– Nie zamierzam wracać, tak przy okazji – ciągnął spokojnie, zapiąwszy torbę. – Zatem za dwie godziny możesz po niego znowu pójść, zdecydowanie poczuł się jak u siebie. Nie sądzę, by zmiana osób zrobiła ci dużą różnicę – dodał, kierując się do drzwi.
– Nie zamierzasz porozmawiać? – warknęła, potrząsnąwszy ze złością głową.
Caleb zatrzymał się, otworzył drzwi, ale jeszcze chwilę nie wychodził.
– Chyba wszystko jest jasne.
Dopiero wtedy przekroczył próg, ruszając w ulicę.
– Chodźmy – mruknęła cicho Ariene, przyjrzawszy się Vivienne przeciągle, kiedy ciągnęła Cadora w stronę wyjścia.
Obrońca musiał odnaleźć w sobie naprawdę dużo siły, na całe szczęście wystarczyło jej, by powstrzymał się od ataku na kobietę. Obrócił głowę w stronę Ariene i przyjrzał się w zaskakująco czuły, zwłaszcza jak na takie okoliczności, sposób, kiwając lekko głową.
Chwycił jej dłoń, jakby była jego ostatnią deską ratunku, jakby tylko ona mogła go powstrzymać od bardzo ostrej rozmowy z Vivienne; dopiero poczuwszy ciepło jej ciała, był w stanie spełnić polecenie i ruszyć w stronę wyjścia.
Nie obejrzał się na Vivienne ani razu, modlił się też w duchu, by nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Gdyby nagle zwróciła na siebie uwagę, naprawdę mogłoby go ponieść. Całe szczęście milczała jak zaklęta, gdy wychodzili na ganek.
Zatrzymał się na chwilę, by nabrać głębokiego wdechu i uspokoić nerwy. Szlag by to, dlaczego zawsze ponosiły go emocje? Teraz był potrzebny tylko po to, by udzielić Calebowi wsparcia, wypadałoby się więc wykazać opanowaniem. Odliczył w myślach do pięciu, po czym ruszył szybkim, nieco sztywnym krokiem, zostawiając Ariene w tyle.
A to w sumie nie był zbyt dobry pomysł. Gdy zrównał się z Calebem, zerknął na niego krótko i zaraz odwrócił wzrok, nie chcąc być napastliwym. Co mógł powiedzieć? Ariene będzie wiedzieć, jak się zachować, ale on... On miał nadal wzburzoną krew. Cholera.
By nie palnąć niczego głupiego, na razie szedł koło przyjaciela bez słowa, z dłońmi wciśniętymi do kieszeni i zgarbionymi ramionami, jakby chciał przejąć na nie ciężar problemów Caleba.
Myśliwy zdawał się być całkowicie nieczuły na to, co się stało. Szedł spokojnym, lekkim krokiem, patrząc przed siebie – przechodnie tym razem przystawali, przyglądając się mu w napięciu. Nikt nie uciekał wzrokiem, ale wszyscy milczeli jak zaklęci.
Wreszcie Caleb uśmiechnął się, co wypadło naprawdę dziwnie. Nie sposób było orzec, co tak naprawdę jego mina wyrażała.
– No to nici z domowego obiadu – rzucił prawie niedbale, wzruszając lekko ramionami. – Lea będzie niepocieszona – dodał, lokalizując spojrzeniem karczmę, do której zmierzali.
Zerknął przelotnie na Cadora, jakby się zastanawiał, jak się obrońca czuje. Jakby to wszystko nie dotyczyło jego. Jakby w ogóle się nie przejął, a najbardziej zmartwił się przyjacielem. Wtedy też obejrzał się przez ramię, by zobaczyć, że nikt za nimi nie idzie.
– Podła wiedźma ci zniknęła – zakomunikował jeszcze, znów skupiając spojrzenie na karczmie, jakby tylko to było ważne.
Cador drgnął, zatrzymał się i obrócił od razu, przeczesując okolicę czujnym, a również nadal mocno poirytowanym spojrzeniem. Gdy nie wypatrzył wiedźmy, na moment w jego oczach błysnął niepokój.
– Chyba się tam nie wróciła? – szepnął sam do siebie.
W sumie nie mógł stwierdzić, czy Ariene nie była na tyle mściwa, by teraz wydrapać Vivienne oczy.
Obrócił się znów przodem do karczmy i westchnął męczeńsko; jakikolwiek był powód, dla którego jego ukochana bez uprzedzenia zniknęła, on będzie musiał liczyć na to, że wiedźma sobie poradzi. W to nie powinien wątpić – zawsze sobie radziła. Tylko jakoś tak nie lubił, gdy nie miał jej przy sobie.
Spojrzał na Caleba i uśmiechnął się krzywo; w sumie to dobrze, że przybrał niedbałej pozy. Może będzie mu łatwiej, choć trochę.
On sam nie znalazł odpowiednich słów; należał do pogodnych i wymyślanie żartobliwych odpowiedzi zazwyczaj nie stanowiło dla niego wyzwania, ale teraz nie mógł. Dlatego tylko wywrócił oczyma, jakby rzucał „mów mi teraz o Leanelle”, po czym znów ruszył w stronę karczmy.
Szlag by to, Ariene, dlaczego sobie polazłaś. Z tobą byłoby łatwiej.

22 komentarze:

  1. To było do przewidzenia, tak myślę. Ogółem, kobity, przewidywalność to największa wada tego opowiadania, ale sama treść przebija każdy zgrzyt. I tak trzymać.
    Matulu, znajdźcie Aidanowi jakąś kobietę. Ale taką jakąś mocną, silną duchowo, nieugiętą i rozsądną. Taką Brunhildę, feministko-chłopczycę, przyda mu się XD Gdyby wkręcić w jego biografię przemoc domową, to biłyby go tylko kobiety.
    Nie czekałam zbytnio na ten rozdział, jakkolwiek nie byłby on emocjonalny. Można powiedzieć, że we wczesnej fazie dzieciństwa dostałam empatycznej biegunki, dlatego teraz wszystko kompletnie po mnie spływa/cierpię na niedobór XD Może to dlatego, że zdrady i miłostki mogę oglądać w TVN, w tasiemcowych serialach matki, które lecą łącznie sześć godzin dziennie [minimum].
    Także najbardziej ciekawym momentem był tekst z "kolejną szmatą", ale...

    ... nadal cierpię na niedobór akcji.
    Baa, żywa walka (nie ćwiczenia), to podstawa każdego fantasy.
    Skrytobójstwo u was było pełne, czegoś, co nazywa się w komiksach angstem: dużo zbliżeń na ręce, twarze i drobne zmiany emocjonalne, oraz pięciowymiarowe opisy o mimice, które naprawdę nic nie wnosiły do akcji, a miały za zadanie pokazanie, że bohater jest bardzo ładny (głównie)/cudowny (głównie)/sprytny (też)/niezdarny, etc., albo wszystkie te cechy razem. O czym każdy komiksiarz wiedział już z poprzednich numerów.
    Oczywiście, Sher był zajebisty ^^
    Perrian mi się za to podobał bardzo, pisałam już we wcześniejszych komentarzach: dużo zwrotów akcji, dość spontanicznych z resztą, postać, której nie lubi się aż tak, że wszystkich innych się kocha, nikt jeszcze się nie pokochał love forever. A wiadomo, nieistniejący faceci-single to najgorętszy towar XD
    Brakuje tu solidnego głównego wątku, do którego można by się w każdej chwili odnieść, dzięki któremu emocje bohaterów byłyby znacznie bardziej tematyczne. To jest właśnie ten minus pisania pierwszych rozdziałów z forum :( Na forum główny wątek kreuje administracja, albo tworzy się sam. Mamy w nim tylko świat przedstawiony. Bohaterowie to w końcu tylko część opowiadania, jakkolwiek nie byliby żywi i przekonujący :(
    Tutaj mamy tylko podróż i grupkę ludzi, którzy się kochają i przyjaźnią. Brzmi to z lekka hipisowsko XD
    Powiedz mi, Natuś, co z nami będzie, gdy spotkamy się na zakręcie...
    XDD
    Zła wena. Naprawdę zła. Nie mogę dzisiaj krytykować spokojnie, bo nie męczy. Powiedziałam na informatyce SUCHAR MODE ON, że dobrze, że mam iść do piekła (nauczyciel powiedział, że pójdę, bo cieszyłam się, że nie mamy religii) bo mają gorące plaże SUCHAR MODE OFF.

    Sirastril

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem tak - żebyś się kiedyś nie zadławiła tą porażającą przewidywalnością Granic :3

      Nie wiem czemu, ale nabrałam cholernej ochoty, żeby się postawić i zrobić wszystko na opak. Bo hej, wcale chłopak nie potrzebuje babo-chłopa w łóżku, żeby się ogarnąć, to kwestia braku pewności siebie, na którą również cierpię. A to, co z nim zrobię, to moja sprawa, którą mam zaplanowaną, i żadne hejtowanie tego nie zmieni ^^

      Co ja ci mogę powiedzieć - my za to nie zamierzamy pisać bez emocji, no i co. No i nic. Może to wina tego, że odnosimy się emocjonalnie do postaci, nie wiem.

      Cóż mogę rzec (znowu)? Mamy napisane 400 stron, mniej więcej, do przodu, toteż jedyne, co jestem w stanie zrobić, to wzruszyć ramionami i powiedzieć, że albo zachowujesz wiarę, albo zabierasz zabawki i do innej piaskownicy. Nie jestem rozdrażniona, jestem zrezygnowana - bezradnością. Bo się nie podoba, ale wywalanie 400 stron to ponad nasze siły, naprawdę.

      A Perrian mnie irytował tanim tworzeniem dramy przez właściciela Arathaina oraz Dantcilla. Owszem, niektóre pomysły wychodziły nawet na dobre, ale sposób, w jaki były nam serwowane... może moje najeżenie wynika z faktu, że obcy koleś wpierniczył mi się do losów mojej postaci bez konsultacji, postanawiając bez mojej wiedzy decydować o jej życiu albo śmierci? Taaak, to możliwe ^^

      Co nie zmienia faktu, że mam dziwne wrażenie, iż to po prostu niefortunne ułożenie wątków. Trafiło się zadanie, które można było rozwiązać nieco grzeczniej lub jak zaproponował Sher - wyrżnąć wszystkich obecnych w pień. No, nie przesadzajmy jednak w drugą stronę, prawda.
      Anyway, chodziło mi o to, że gdzieśtam z przodu będzie już inaczej. Pewnie nadal beznadziejnie, ale ja to i tak kocham, o :3

      Brakuje głównego wątku właśnie przez start z forum. Ale wydaje mi się, że stopniowo - bardzo stopniowo, biorąc pod uwagę ilość tekstu - zarysowujemy sens roboty tego oto państwa, a z biegiem czasu czekają nas trzy duże przedsięwzięcia. Przeplatane drobnymi. Jednak to już takie trochę zostanie rzucone gdzieś, drugi oraz trzeci tom się tego wystrzegają (tom, zaznaczam, nie części).

      Co do świata przedstawionego - opracowuję go właśnie mega szczegółowo, w sensie cały Lostar, a od tego łatwo będzie odbić w wyraźne rysowanie tego w historii. Już kiedyś mówiłam, zaczęłyśmy bez konkretnego miejsca, ono zaczęło się tworzyć w trakcie pisania.
      Ale do wydawnictwa nie biegniemy, mamy prawo się mylić, nic co ludzkie nie jest nam obce ^^

      Nie widzę za dużo złego w historii pisanej dla odprężenia, no. Nawet hipisowskiej ^^

      No i jednakowoż nie znoszę, jak ktoś stwierdza "fantasy ma być takie, takie i takie, a jak jest inne, to już nie jest to fantasy". Spróbuj zacząć mówić, jakie rasy i zwierzęta mają tu być, to zacznę gryźć xD
      Może czekanie jest męczące. Ale mówię, nie musisz czekać. To jedyne, co mi zostaje powiedzieć, no xD

      A że Vivienne była przewidywalnym schematem... cóż, chciałam wykorzystać pewien wątek od pewnej postaci, która do połowy była protoplastą Caleba. No i mam słabość do krzywdzenia tego faceta, a to pierwsze, co przyszło mi na myśl. Jej śmierć wydawała mi się jeszcze bardziej oklepana, zresztą to codzienność, że ludzie się zdradzają, bądźmy szczerzy.

      Coś jeszcze chyba miałam powiedzieć. Ale już nie pamiętam.

      Generalnie to możesz zastosować kopiuj-wklej przez następne 20 rozdziałów, bo pewnie nigdy nie zostaniesz przez nas zadowolona tekstem so xD

      Usuń
    2. One long-ass comment, kurwa Oo

      Usuń
    3. Ja mam za to jakiś duży butthurt XD

      Jedna chwila, zaraz porządnie odpiszę.

      Usuń
    4. Akurat ból dupy to wypływał z mojej odpowiedzi xDD Ale to przez to, że poczułam się w obowiązku bronienia mojego chłopca, jestem pod tym względem jak lwica xD

      Usuń
  2. Oświadczam wszem i wobec, że mogę być z siebie dumna - jestem na bieżąco z Szarą, Legendą i od tego momentu również z Granicą. Możecie mi składać gratulacje, ha! Nie no, żartuję. Teraz mogę się już nie martwić tym, że nie nadrobię zaległości, nie wiem, kiedy to przeczytam, etc.

    No tak... moje osobiste zdanie, co do Granic Natalia zna. Kasia pewnie też, bo Natalka pewnie jej przekazała, prawda?

    W każdym razie po przeczytaniu komentarzy postanowiłam się wypowiedzieć w... obronie Granic. Nie, to nie jest z powodu Natalii czy Kasi (choć w sumie tej pierwszej bardziej z wiadomych względów. Sorry Kaś xD ). Chodzi mi zwyczajnie o to, że... Hm, inaczej. Dziewczyny skupiają się na emocjach, opisach mimiki, przemyśleń i zachowań. Mi się strasznie to podoba, bo im więcej szczegółów, tym bardziej potrafię zrozumieć bohaterów, ich decyzje i powody, dla których postępują w taki, a nie inny sposób. Każdy autor ma własne widzimisię przy tworzeniu swoich opowieści i choć Tolkien zawierał we Władcy sporo potyczek, to w cho...lerę wiele miejsc zajmują tam opisy lokacji, osób i są niezwykle szczegółowe. Być może nie przeszkadza mi fakt, którym jest brak wartkiej akcji i ciągłych pojedynków, bo kiedyś pisząc z dziewczynami każda z nas skupiała się na swojej postaci i jak najlepszym przekazaniu, jaka ona jest. Oczywiście równocześnie dbałyśmy, by miała miejsce odpowiednia akcja, łączone było wszystko w całość. No i osobiście nie wyobrażam sobie, aby znaczna część rozdziałów dotyczyła krwawych pojedynków, bitw czy wojen. Podoba mi się, że są przedstawiane zwykłe losy bohaterów i ich, z pozoru, niewiele znaczące sytuacje. Odpoczynek przy ognisku, przemyślenia, kawałek podróży, podczas której Ai i Sher na siebie warczą; Aidan próbuje ogarnąć sytuację, Lea stara się zniknąć, etc.

    No, ale wiadomo - każdy oczekuje czegoś innego. Ja... czyta mi się lekko, bardzo dobrze i co najważniejsze - Granice mnie nie nudzą. Wręcz przeciwnie - chcę więcej :)

    Jest grupka przyjaciół tutaj, ale są wzloty, upadki. Mimo, że wszyscy się lubią (na swój sposób), to nie jest kolorowo i nie jest to przesłodzona relacja, która doprowadza do, przysłowiowego, rzygania tęczą. Jak dla mnie, to są to zdrowe (względnie zdrowe, albo w granicach rozsądku) zachowania.

    Osobiście nie przepadam za Aidanem, ale wciąż staram się go zrozumieć :P - to tak mimochodem xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szalejesz, kobieto! Znając mnie, pewnie jeszcze nastąpią czasy, kiedy nie będziesz mogła nadążyć z czytaniem, hihi xD

      Oczywiście, że przekazałam, wszystko jej przekazuję. MOJA SOWA DOCIERA DO LUDU xD

      Ooooj, to miłe <3 Znaczy, że chcesz bronić. Nawet jeśli nie o mnie ani o Kasię chodzi, ale Granice to nasze dziecko kochane, toteż jeju <3

      Nie no, to nie tak, że walk nie będzie. Będą! I wojny będą, i ratowanie świata albo dwóch, albo wszystkich, ale... ile można być jednym wielkim bohaterem? xD
      Więc to takie dziwne jest. Ni to heroic fantasy, ni to nic, generalnie. Ale obie się w tym dobrze czujemy, a cieszy nas, że postaci naprawdę żyją, toteż pewnie nawet aktualny wątek, który piszemy, nadal nie będzie satysfakcjonujący pod względem wypruwanych flaków xD Wypruwane flaki na Szarej, kryptoreklama xDD

      No i to najważniejsze - że się nie nudzisz, co cieszy też nas <3 Bo my się nie nudzimy zdecydowanie, jak piszemy oraz knujemy. Jeszcze im życie zniszczymy :3

      Będziemy mieć słodką relację <3 Tak słodką, że aż się rozpływam nad tymi postaciami, wypadli cudownie. ALE NIC NIE POWIEM xDD

      ... BIEDNY AIDAN. Moja kochana ciota xD Jeszcze zobaczycie, jeszcze popamiętacie, jeszcze nie będziecie mogły go, kurna, poznac xD

      Usuń
  3. 1. Odniosę się tylko do kliku akapitów, co by tu dużo mówić:

    - Yah, jestem hejterę i tym głównie się zajmuję w sieci. Hejtowaniem postaci, które i tak lubię. *mindfuck*
    - Ja też odnoszę się emocjonalnie do postaci, nie tylko do tych, które są moje. Po prostu nie każdą z nich kierują wyłącznie emocje. Wszyscy oprócz nich mają też aspiracje i własną filozofię/mały kolorowy świat, pragnienia, które zmuszają ich do podejmowania danych decyzji oraz przeczucia, które utwierdzają ich w przekonaniu, że muszą wybrać to, a nie to. Sztuka polega na tym, żeby to nie było fabułą.
    - Bum-bum-tss. No dobra. To nie samo fantasy, tylko paranormal romance. Jest takie, jakie powinno być, w każdym calu.
    Nie próbuję wam ustalać wątków O.o Nie mam pojęcia jak to odebrałaś, ale nigdy nie sugerowałam żadnych konkretnych rozstrzygnięć fabuły (chyba, że w żartach) ani elementów świata przedstawionego. Piszcie jak chcecie, ale ja jestem zawsze subiektywna. Inna nie będę.
    - Wy piszecie dla relaksu, ja czytam dla odprężenia. Z tym, że przeszkadza mi w/w butthurt.
    - 400 stron <3 Będzie co czytać (barzul - hejtować! :D)
    - Co do kopiuj-wklej, uznałam, że nie będę komentować. Wytykanie wciąż tych samych elementów, które mi się nie podobają oczywiście jest bez sensu. Z tym, że ja i wytykanie to transakcja wiązana, bo opinia bez solidnego krytykohejtu jest dla mnie po prostu opinią pustą i ja również nie spodziewam się niczego innego ze strony moich czytelników przy pokazywaniu opowiadań ^^
    Po prostu się zamknę, piszta jak chceta, autor wie więcej o swoim opowiadaniu niż ktokolwiek inny.

    Amen.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... NO JA WIEDZIAŁAM xDDD Syndrom mamusi włączył mi bronienie Aidana jak lwica, to się nastroszyłam i no. Właśnie. Cholera, jak zawsze źle odebrana, lol xDDD

      1. Jeju, nie chodziło mi totalnie o ciebie, tylko o różne uwagi różnych ludzi, cała irytacja na biednego Aidana, jakby już nie miał ciężko xD No i mówię, włączył mi się syndrom lwicy broniącej dziecka. Przepraszam ^^

      2. Jak powiedziałam gdzieś po drodze, nie mamy tu stricte głównego wątku. Niestety. Coś się potem tworzy, ale, niestety, z przyczyn początku, główną osią zostali bohaterowie. Do nich dolepiłyśmy wszystko.
      Jak wytrzymasz z nami, to kiedyś zobaczysz, że drugi oraz trzeci tom są zupełnie inaczej skonstruowane. A ci tu to są króliki doświadczalne z lekka xD

      3. Jak w paranormal romance ratują świat, to może być dla ciebie i paranormal romance, nie mam nic przeciwko. Póki jesteśmy trochę lepsze od Zmierzchu, przełknę xD
      Nie chcę cię zmieniać. Chodziło mi o to stwierdzenie sprowadzające się do tego, że "mało walk, czyli to nie fantasy". Może ty źle się wyraziłaś, może ja w którymś momencie. Ale no, to mnie trochę zdenerwowało.
      Może przez to, że jesteśmy już dalej z tym pisaniem. I widzę większą ilość tekstu, i czasami zapominam, że wy widzicie mniej.

      4. On się pojawił przez wzmiankę o Aidanie. Następnym razem - takie rzeczy na sam dół komentarza, to się ogarnę, zanim się przebudzi lwica xDD Żartuję, nie powinnam była się stroszyć, ale każdy ma gorszy dzień, przepraszam.

      5. Aleś się uczepiła. Czemu ja zawsze coś palnę. Ech, żyj z tym, dziewczyno, nie jesteś rozumiana przez społeczeństwo. WELTSCHMERZ zacznę uskuteczniać xDD

      6. Nie no, wytykaj, cholera, nie mam nic przeciwko. Tylko no, bo o tych schematach słucham, i słucham, i słucham... to się trochę zirytowałam, tyle.
      Też może to kwestia braku konkretnych przykładów. Przewertowałam w pamięci opisy z balu i na przykład nie wynalazłam aż takiej gloryfikacji moich postaci, podczas gdy Kasia się zgodziła, że ma podobną manierę z forum. Ja nie wiem. Irytuje mnie, że nie mogę się poprawić, bo nie wiem dokładnie, gdzie błąd popełniłam, no.

      Nie zamykaj się, nie lubisz ze mną dyskutować? :<< Będę musiała sama siebie hejtować, nie bawię się xD

      Usuń
    2. W dużym skrócie: ja też byłam zirytowana - przez TVN w tle, poza tym jestem fanką pościgów i wybuchów, oraz hejterę...
      ... chociaż przyznaję się zwykle do tego, że jestem z usposobienia i przez hobby trollem. Uznajmy, że to gnoming. Gnoming jest szjuper.
      Zapamiętam to na wieki ^^ *wytyka język*
      W paranormal romance naprawdę ratują świat ^^ Nie w większości, ale jednak, patrz P.C Cast. Wiem, bo typowe anormalne romansidła czytam często dla śmiechu (tu się przyznaję do hejtowania i trollowania, mam w planach parodię scen erotycznych z romansideł i nigdy w życiu nie zabrałabym się za ten gatunek na serio, bo, szczerze powiedziawszy, mam inny system wartości niż większość kobiet
      -opcjonalnie: uważam je za najmniej wartościową rzecz na jaką można się natknąć w bibliotece publicznej [nie kobiety, romansidła]-).
      Z chęcią zacznę znowu komentować przy drugim tomie. Naprawdę, (w odniesieniu do całości, nie sprawy z Aidanem) nie lubię wychodzić na hejtera, kiedy nie próbuję nim być.

      Co do szczegółów i lepszego zrozumienia postaci wspomnianych przez Nesayah: to po prostu nie jest jeden z tych gatunków, na które liczyłam czytając od początku.

      I jestem aspołeczna, więc... well XD

      Usuń
    3. Jsu, znowu moja wypowiedź ma jakiś negatywny wydźwięk ._. Tracę umiejętność wysławiania się. W jeszcze większym skrócie: i tak was kocham, baby i będę czytać dalej, pomimo tego, że niektóre elementy po prostu mnie wkurzają. Wszystko to jest nieważne, bo do postaci nie da się nie się przywiązać (a szczególnie do rudego). Problem jest taki, że wymagam od opowiadań bardziej dobrej historii niż dobrych bohaterów. Kiedyśtam na pewno znowu skomentuję, ale na razie dalszą opinię zachowam dla siebie.

      Usuń
    4. *nie da się nie przywiązać ._.

      Usuń
    5. * a historii: w sensie wątek główny.
      I wasze opowiadanie jest jednym w kategorii fantastyczno-paranormalny-przyjaźnio-romans, z którego nigdy się nie wyśmiewałam i nie zamierzam. Szczerze.
      Jestem wrednym babsztylem, ale nie hipokrytką.

      Usuń
    6. Ale zupełnie nie rozumiem tego focha xD Dlaczego chcesz zamilknąć, bo co, bo podjęłam dyskusję i z lekka się zirytowałam, bo miałam gorszy dzień?

      Powtarzam, hejting odnosiłam nie stricte do ciebie, ale no, najwyraźniej nie jestem czytana ze zrozumieniem, przywykłam xD

      ... Well, shit, jeśli Granice to dla ciebie paranormal romance, a gardzisz tym gatunkiem... JESTEŚMY W DUPIE xD A tak na serio - naprawdę to, do jakiego gatunku to przydzielisz, nie robi mi większej różnicy. Szkoda, że przestój w akcji - który się przedłużył przez objętość tekstu oraz nieogarnięcie odpowiednie wątków - tak skopało Granice na jakiś dół drabiny feudalnej, ale no. Nic nie poradzę. Może Bryluen się spodoba, jeśli Bryluen się nie spodoba, to może parę scen w opiekunie, ale znowu pewnie dostaniemy po głowie za odnoszenie się do emocji xD

      Jeśli chcesz czekać do drugiego tomu... to pogadamy znowu po trzydziestce, bez kitu xD Tak tylko ostrzegam.

      Wybacz, że zawiodłyśmy. Jestem fanką fantasy i uważam, że Granice jeszcze na to miano zasługują. Ale nie lubię powtarzać w kółko, że trudnością było odbicie się od NICZEGO (bo tyle miałyśmy po ucieczce z forum), nie wspierając się na postaciach. Tak jakby stworzyłyśmy świat do nich, nie postaci do świata. Wydaje mi się, że od tego odbiegamy, co nie zmienia faktu, że trzeba nieco poczekać. My też się rozwijamy. Ale nic nie zrobię z twoją opinią ^^

      To wszystko, wbrew pozorom, do czegoś prowadzi. Jak to coś zostanie dokonane, znowu pojawia się lżejsze zawieszenie, po czym kolejny duży wątek - ostatnie zawieszenie oraz ostatni duży wątek. Tak to skonstruowałyśmy, wszystko jest zaplanowane, więc...
      Cóż. To po prostu pozostanie historyjka na niskim poziomie, wybacz ^^

      I ani razu nie uznałam, że się z Granic wyśmiewasz, what the hell Oo xD

      Usuń
    7. Hej, ale ja naprawdę cenię to, że macie już dorobek/nadrobek 400 stron i wiem, że zmienianie wszystkiego byłoby do dupy. Zrzędzę za każdym razem mniej-więcej tak samo, raz bardziej marudnie, raz mniej, bo po prostu nic innego zrobić nie mogę, ot co. Nie mogę na was wywierać presji ani reżyserować waszego bloga: po pierwsze nie chcę tego robić, po drugie jestem słabym dyrygentem.
      Chociaż na pewno nie interesuje was to, co lubię a czego nie, bo piszecie dla przyjemności (a właściwie napisałyście już ponad czterysta stron, i następne czterysta też będzie dla relaksu, tak myślę), to nie jestem w stanie w żaden inny sposób wydać opinii, która nie byłaby samym skrótem wydarzeń w notce. A tych naprawdę nie chcę pisać. Bo są jak romansidła.
      Hej, za paranormal romance stoi u mnie jeszcze kolejno: sci-fi romance, urban romance, romans wiejski, criminal romance, romans sensacyjny, romans erotyczny, romans historyczny, a na samym końcu długiej wyliczanki stoi romans obyczajowy. Romans obyczajowy... YGH.
      Czyli: jeżeli nie będziecie pisały o seksie centaurów ani o anielskim pyle ułatwiającym zbliżenie, to jest epicko XD
      To nie jest historyjka na niskim poziomie. Wasz styl jest dobry, bohaterowie fantastycznie skonstruowani. Narzekam tylko na niektóre elementy, nie na wszystko, więc u mnie (podkreślam we wszystkim, że u mnie, bo wyjdzie coś w stylu w/w bitew w fantastyce, jakbym ustalała sama definicje [chyba na nonsensopedii XD A tam i tak nie mogę, jestem zbyt małym gnomem pośród trolli]) nigdy nie prezentowałyście żadnego niskiego poziomu. Przeciwnie, jestem tutaj już dłuuugo. Gdybym uważała to za nędzną historyję, nie czytałabym jej.
      Granice są jedynym blogiem, który komentuję mniej-więcej na bieżąco. Czytam książkę, albo Granice, na zmianę. Nawet nic nie piszę w przerwach. Czytać będę nadal, wstrzymam się jedynie od komentarzy. Qniec.
      No, to ostatnie co szem chaua poedzieć.

      Usuń
    8. Stara, my chyba mijamy się z sensem dyskusji Oo Przecież rozmawia się nie po to, żeby się obrazić czy cokolwiek (zwyczajnie nie umiem znaleźć innego określenia na ten w tył zwrot), tylko żeby wymienić poglądy, opinie, ewentualnie trochę się posprzeczać.

      Czemu zatem stwierdzasz, że się zamykasz i w ogóle nie chcę was znać? Oo" Przeprosiłam za swoje zirytowanie, wyjaśniłam je również - brakuje mi konkretów. Jeśli gloryfikuję bohaterów, pokaż mi kilka przykładów, żebym mogła to poprawiać. A tak, dostałam krytykę, ale jeśli do tej pory błędu samodzielnie nie widziałam to, cholera, małe szanse, że nagle przejrzę na oczy i będzie OHGODOTOJEJCHODZIŁO.

      Nie chodzi mi także o streszczanie tego, co było w rozdziale Oo" Myślałam, że zwykle chodzi o opowiadanie o swoich odczuciach, ale przecież i ja z Kasią wiemy, co napisałyśmy, i ty wiesz, co przeczytałaś, więc się dogadamy bez pisania streszczenia, prawda? Odczucia mogą być pozytywne oraz negatywne, ale zawsze lepiej, kiedy w obie strony jest to podparte konkretem.

      I to nie jest tak, że obraziłyśmy się na opinię, Dżizys Krajst. Za każdym razem każdą krytykę bierzemy sobie do serca, ale tych efektów możesz błyskawicznie nie widzieć, no bo właśnie, trzeba na nie dość długo czekać.
      A znowuż jeśli się zobaczy pozytywną zmianę, to zawsze podnosi na duchu. A jak się powie o pozytywnej zmianie, to podnosi nas na duchu.

      Ale konkret to naprawdę przyjaciel krytyka, wiesz? ^^

      Nie zmuszę cię, żebyś dalej się odzywała. Ale nie ukrywam, jest mi przykro, że z powodu JEDNEJ ROZMOWY postanawiasz się zamknąć, opuścić teren i generalnie przestać, nie wiem, jakoś się kontaktować.
      Nie wiem po prostu, co ja, cholera, zrobiłam tak uwłaczającego twej dumie.

      Usuń
    9. Ale dlaczego niby nie chcę was znać? Nie będę komentowała przez jakiś czas, żeby na spokojnie prześledzić dalszy ciąg, a kiedy uznam, że mam coś nowego do powiedzenia, to się wtrynię, ot co X_x

      Usuń
    10. Again, źle się zrozumiałyśmy. Nie mam czasu wracać do poprzednich rozdziałów, żeby konkretnie wypisać rzeczy, które powtarzacie, popierając je przykładem. Dlatego poobserwuję przez jakiś czas, a potem wrzucę kolejnego maksymalnej długości komentarza, ze świeżynkami. Pamiętam, wstawiłam raz komentarz z tą forumową formą waszych dialogów, to był jeden ze schematów, o których mówię/piszę i to ten główny. Potem jeszcze spróbuję wam pokazać coś jeszcze, ale poczekam na nowy materiał. Skoro macie 400 stron w przód, to jestem pewna, że znajdę tam mniej-więcej te same schematy.
      Natuś, moja duma nie została naruszona. Po prostu cierpię na dołek :(

      Usuń
    11. Wiesz, nagły odwrót, stwierdzenie, że może przy drugim tomie się odezwiesz (czterdzieści lat minęęęłooo...), jakieś takie nagłe niezrozumiałe dla mnie wycofanie...
      A ja lubię czasami trochę wyolbrzymić albo rzucić metaforą. To było akurat zdanie na pograniczu dwóch ^^

      Usuń
    12. Wait a second.

      Przed chwilą było, że gloryfikujemy bohaterów - i ja się zgadzam, to jest be i tak dalej - no i teraz zrozumiałam, że nie masz siły szukać przykładów w starym i tak dalej.

      Ale jakim cudem wracamy do konstrukcji forumowej, skoro tej tu już praktycznie nie ma? O_o Skoro od... momentu zniknięcia Arathaina w tej jaskini piszemy poza forum?
      Teraz to zdębiałam, jak niby ciągle powtarzamy ten schemat narracji?

      Co więcej, to już się nie tyczy budowy akcji, ale strony technicznej.

      AJM FAKING KONFJUZD.

      Dołek to ja zaraz będę mieć xDD Albo nerwicy dostanę. Albo zrzucę tego kota z biurka, bo włazi dupskiem na klawiaturę xD

      Usuń
  4. Yah, bo skoro w drugim tomie przybędzie co nie co wątku głównego, to będzie najlepszy moment, przynajmniej tak zakładam XD
    Trzydzieści lat, czy nie, podam wam przykłady za jakiś czas, a potem będę czekać.

    A o konstrukcji forumowej opowiem once again na przykładzie mojej ulubionej anomalii z Leanelle jakieś dwa-trzy rozdziały temu, ale prawdopodobnie nie dzisiaj XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...

      http://24.media.tumblr.com/19ea63d6c1cf73ca4545718920d4da16/tumblr_mhdl0h082W1qlcac5o1_500.gif

      To jedyny komentarz, jaki mam Oo

      Nie ogarniam kuwety, nie rozumiem już, o czym właściwie rozmawiamy, wychodzę ._.

      Usuń