Leanelle stała
w umówionym miejscu przy sporych rozmiarów głazie w niedużej odległości od
obozowiska grupy. Wielkimi krokami zbliżał się wieczór; reszta drużyny właśnie
odpoczywała po dniu podróży, jadła, śmiała się i nie miała żadnych zmartwień.
Ona miała. Pochyliła mocno ramiona i zwiesiła smętnie głowę, wpatrując się w
ziemię przestraszonym spojrzeniem.
Lekcje. Oni
chyba poszaleli.
Objęła się
szczelnie ramionami i bezwiednie zaczęła kiwać w przód i w tył, zastanawiając
się, jak ona to przeżyje. Nie dość, że jej nauczyciel to facet, co było
straszne samo w sobie, to jeszcze padło na okropnego myśliwego. Anabde chyba
bardzo jej nie lubiła i wymyśliła doskonały sposób na pozbycie się jej. Tak.
Nie ma innej możliwości.
Przygryzła
wargę, odetchnęła głęboko i postanowiła w myślach, że nie da się zastraszyć.
Ani dobić. Ani nic z tych rzeczy. Będzie słuchać Caleba (w granicach rozsądku)
i postara się jak najlepiej wykorzystać tych kilka lekcji; nekromantka miała
rację, warto przyswoić sobie chociaż podstawy. Tylko co, jeśli on będzie musiał
jej dotknąć?! Przymrużyła powieki, a gdy nie doszła do żadnego konstruktywnego
wniosku, uznała, że tym będzie się martwić potem.
Myśliwy
przyszedł chwilę później, w końcu nie lubił się spóźniać. Zjawił się niemalże
znienacka – płaszcz, który na co dzień z pewnością wszystkich śmieszył, w
otoczeniu natury stał się kamuflażem idealnym, ukrywającym potrafiącego
korzystać z tego dobrodziejstwa mężczyznę. Kroki również stawiał cicho, lekko,
co z pewnością nie było łatwe w tych sporych, bezpiecznych dla kostki butach.
Na plecach zawieszony miał i kołczan, i łuk, spoglądał prosto na swoją
uczennicę z nieodłącznym spokojem.
Zatrzymał się
nieopodal, przekrzywiając lekko głowę. Nie wykonał żadnego gwałtownego ruchu,
po prostu znalazł się w polu jej widzenia, przyglądając się jej uważnie.
Otaksował jej ciało fachowym, pozbawionym głębszego zainteresowania
spojrzeniem, skinął głową, po czym rozejrzał się po okolicy. Równie opanowany,
jakby Leanelle stanowiła taki sam element otoczenia, jak głaz czy drzewo.
– Co wiesz o
łucznictwie? – spytał bez wstępów, krzyżując ręce na torsie i nie patrząc na
dziewczynę.
Drgnęła, za co
natychmiast zganiła się w myślach. No ale jak tak można! Bez żadnego „dobry
wieczór”, „me” ani „be”, z zaskoczenia
człowieka wziąć – przecież mogła zejść na zawał. Zmarszczyła niezadowolona
nosek, po czym zerknęła krótko na nauczyciela, zastanawiając się nad jego
pytaniem.
– Niewiele –
przyznała. – Zasadniczo którą stroną się strzela – dodała krytycznie.
Po chwili
jednak nabrała wdechu i okazało się, że coś tam wie:
– Główny
element łuku to łęczysko dzielące się na ramiona górne i dolne. W środku jest
majdan, czyli to, gdzie się trzyma; w majdanie za to okienko lub półeczka, w
zależności od łuku, generalnie tam opieramy strzałę. Końcówki ramion nazywamy
gryfami, a ta, ekhm, nitka, która jest do nich przyczepiona, to cięciwa. Jeśli
chodzi o strzały, składają się z promienia i grotu oraz lotek, które służą do
stabilizacji lotu. Na końcu promienia znajduje się wcięcie zwane osadą, w które
wkładamy cięciwę – wyrecytowała jak z pamięci, by na końcu wypowiedzi wypuścić
głośno powietrze z płuc.
Znów uniosła
krótkie spojrzenie na Caleba, czekając na jego reakcję i ocenę.
Myśliwy skinął
po prostu głową, ale na jego twarzy nie pojawiła się ani dezaprobata, ani
aprobata. Oczy także pozostały nieruchome, tym razem jednak zawieszone na
uczennicy. Jeszcze chwilę tak się jej przyglądał, całkowicie bezstronny i wręcz
obojętny, po czym powtórzył gest sprzed niecałej minuty.
Nie sprawiał
wrażenia, jakby znalazł się tu za karę, ale też nie wyglądał, jakby wprost
palił się do roboty. Jego nastawienie do całej sytuacji było możliwe do
odczytania, jednak biedna Leanelle za słabo znała specyficznego myśliwego, by
zdołać to zrobić.
– Strzelałaś
kiedyś? – spytał znów, puszczając poprzednią odpowiedź w niepamięć, jakby ta
nigdy nie padła i nie miała żadnego znaczenia.
Skuliła się
pod naporem jego spojrzenia, którego ciągłość i intensywność były dla niej
przytłaczające. Pokręciła energicznie głową, nawet na niego nie patrząc, ze
wzrokiem wlepionym w ściółkę leśną przed czubkami jej butów. Po chwili
prychnęła i poprawiła grzywkę, która z powodu gwałtownego ruchu opadła jej na
oczy. Głupie włosy.
Caleb
westchnął, ale nie wyglądał na zaskoczonego. Płynnie zdjął przewieszony przez
plecy łuk i na chwilę zastygł, przyglądając się mu. Zdawało się, jakby był
zdziwiony tym, że tam się broń znajdowała, szybko jednak, niesamowicie
sprawnie, wyjął z torby cięciwę i w kilku błyskawicznych ruchach założył ją na
oba gryfy. Potem znów jakby się wahał, przesunął z nadzwyczajną czułością
dłonią po łęczysku.
– Do nauki
przejdziemy wtedy, kiedy naciągniesz jego cięciwę – stwierdził, wyciągając w
jej stronę Li’corana.
W jego oczach
nie pojawił się żaden cień, spoglądał na Leanelle spokojnie.
W istocie sam
był trochę zaniepokojony w specyficzny, trudny do określenia sposób. Do tej
pory nikt inny nie dotykał jego łuku, prezentu od najbardziej niezwykłych
istot, jakie spotkał w swoim życiu. A jednak kiedy już podał broń dziewczynie,
niepokój zniknął.
Przyjęła łuk z
przesadną ostrożnością; świadoma, że był dla Caleba wielkim skarbem, starała
się obchodzić z nim najczulej, jak mogła. Przesunęła spojrzeniem po łęczysku i
zmarszczyła czoło w zastanowieniu, dość zaskoczona tym, że miała uczyć się na
Li’coranie.
Potem jednak
dotarło do niej, że był to łuk imponujący, a na dodatek dość spory.
– Ale...
Przecież, przecież on... – zaczęła, przejęta tym, że poradzenie sobie z bronią
takich rozmiarów może być trudne, za trudne.
Potem zamilkła,
zacisnęła usta i wreszcie westchnęła; nauki Anabde na coś się przydały, bo
postanowiła nie okazywać słabości i podjąć wyzwanie.
– Dobrze –
uznała; śladem opiekunki uniosła lekko brodę, starając się powtórzyć dumne
zachowanie Anabde.
Nie była
jednak w stanie zdecydować się na kontakt wzrokowy, wyszło więc miernie.
Można
pomyśleć, że Caleb uśmiechnął się właśnie lekko, ale to wrażenie szybko minęło.
Myśliwy skrzyżował ręce na torsie i cofnął się kilka kroków, jakby się bał, że
Leanelle zabije go nawet bez strzały nałożonej na cięciwę. W istocie z dalszej
perspektywy lepiej obejmowało się całość obrazu, dlatego postanowił patrzeć i
czekać, cierpliwie, w ciszy.
Tym
zdecydowanie różnił się od swojego nauczyciela – czyli własnego dziadka. Gdyby
był do niego bardziej podobny, biedna dziewczyna chyba by już umarła ze stresu;
staruszek zdążyłby jej zrobić co najmniej cztery awantury i uświadomić jej, jak
bezużyteczna, beznadziejna i ogółem pozbawiona talentu jest. Na szczęście
jednak Caleb nie odziedziczył zbyt wielu dziadkowych genów, dlatego też
przyglądał się teraz Leanelle dość bezosobowo.
Zrobiła, o ile
to możliwe, jeszcze większe oczy. Znaczy on będzie tak stał i przyglądał się
jej marnym wysiłkom? Oceniła w myślach siłę nauczyciela, dodała do tego obraz
łuku i prawdopodobną wymaganą siłę naciągu, a dla porównania zanalizowała
własne możliwości i przemyślała moc mięśni, których bardziej nie było niż były.
Dochodząc do konkretnego wniosku, który brzmiał mniej więcej „o kurwa, no to
pozamiatane”, sapnęła.
No ale cóż jej
biednej pozostało, musiała spróbować.
Przywołała w
myślach obraz postawy łucznika, najpierw skupiając się na wspomnieniach
spotkanych w życiu przypadkowych strzelców, później jednak, uznając, że
najlepiej będzie naśladować nauczyciela, przypomniała sobie kilka chwil,
podczas których dane jej było oglądać strzelającego Caleba.
Zacisnęła usta
w ponurej determinacji, uniosła łuk, ułożyła palce na majdanie i odetchnęła
głęboko. Jak to było... Wyprostowała się, stanęła w odpowiedniej, bocznej
pozycji; no dobra, chyba jest gotowa. Przytrzymała cięciwę, tak, by nie
zahaczyć wyobrażonej strzały, po czym napięła w wysiłku mięśnie i spróbowała ją
naciągnąć. Ruszyła się może z kilkanaście centymetrów.
Próby
osiągnięcia lepszego rezultatu na nic się nie zdały, więc wreszcie odpuściła i
pozwoliła sobie odetchnąć. Jednocześnie odsunęła nieco łuk od siebie,
przyglądając mu się z wyraźnym zwątpieniem; jak ona ma to, do jasnej cholery,
naciągnąć?!
Caleb pozwolił
jej na próby samodzielnego wymyślenia sposobu, uważnie śledząc każde
najdrobniejsze napięcie mięśni. Kiedy zrobiła sobie przerwę, wyraźnie
zdruzgotana osiągniętymi rezultatami, przymknął na moment oczy.
Miał nadzieję,
że sobie dziewczę poradzi, ale powinien interweniować. Tylko jak to zrobić,
żeby nie wyskoczyła ze skóry?
– Napinasz
tylko ramiona – postanowił ją poinformować, ledwie muskając palcami rękę, którą
próbowała naciągnąć cięciwę. – Siła musi się rozłożyć na prawie całe ciało.
Stąd – przesunął opuszkami po jej ramieniu, niemalże go nie dotykając – aż
potąd – dokończył, na krótką chwilę układając dłoń na wysokości jej łopatek. –
Całe ciało pracuje, inaczej jutro nie będziesz mogła ruszyć rękoma –
zakomunikował i cofnął się, bo gdyby się w panice odwinęła, Li’coran był na
tyle długi, że oberwałby w zęby.
Prawie jak
Errian.
Póki dotyk był
praktycznie nieodczuwalny, nie reagowała; pobladła tylko i napięła się
intuicyjnie, czekając, aż mężczyzna się odsunie. Gdy jednak poczuła jego dłoń
na łopatkach, zadrżała i natychmiast uciekła krok w przód. Na chwilę w jej
oczach zagościło czyste przerażenie, zaraz jednak ogarnęła się w sytuacji i
przymrużyła z niezadowoleniem powieki.
Była
wystarczająco skupiona na zadaniu i zirytowana marnymi efektami swoich
wysiłków, by nie mieć sił na denerwowanie się na Caleba. Pokiwała lekko głową,
najpierw unosząc na niego spojrzenie pod tytułem „o czym ty w ogóle do mnie
mówisz”; zaraz jednak w jej oczach błysnęło zrozumienie. Zatoczyła koło
ramionami, starając się je rozluźnić, przymknęła na chwilę powieki i gdy je
uchyliła, podjęła kolejną próbę.
Posłuchała
jego wskazówek, a przynajmniej bardzo się starała. Nie panowała nad swoim
ciałem wystarczająco, by od razu uzyskać wymagane efekty, jednak widać było
zdecydowaną poprawę. Znów opuściła łuk, ale uniosła go, nim zdążył cokolwiek
powiedzieć. Spróbowała jeszcze raz, uznając, że będzie tu stała choćby do rana,
ale w końcu jej się uda.
Caleb pokiwał
tylko głową, obserwując jej wysiłki. Jeśli dostrzegła ten ruch – mogła go z
czystym sumieniem odczytać jako pochwałę. Jeśli nie, to nie dowiedziała się, że
nauczyciel był dość zadowolony z jej wysiłków.
Myśliwy nie
odezwał się słowem, skrzyżował ręce na torsie i stanął w pewnej odległości od
uczennicy, przyglądając się jej tym samym, średnio zainteresowanym spojrzeniem.
Śledził wzrokiem napięcie mięśni, reakcje drewna, ułożenie palców na cięciwie,
wszystko to, co miało wpływ na starania Leanelle.
Brakowało jej
zwyczajnie wprawy oraz siły, przed nią wiele ćwiczeń, jak doszedł do wniosku.
Bez specjalnej irytacji czy znudzenia – doskonale widział, co brał na
uczennicę.
Po kolejnych
kilku próbach, świadoma tego, że poprawa, chociaż jest, nie należy do
szczególnie efektownych, opuściła po raz kolejny łuk. Tym razem jednak, zamiast
po ledwie sekundzie wrócić do ćwiczeń, zerknęła w stronę myśliwego.
– To trochę
potrwa – mruknęła bardzo krytycznie.
Pewnie o tym
wiedział, ale no, tak rzuciła, żeby nie czuł się skrępowany przed opuszczeniem
stanowiska, gdy już mu się znudzi, będzie późno, ciemno, zimno i ogółem
idealnie do pójścia spać.
Nim zdążył
odpowiedzieć, znów uniosła łuk i spróbowała po raz kolejny. Najgorszy był ten
moment, gdy znajdowała się bardzo blisko naciągnięcia cięciwy w
satysfakcjonujący sposób, ale właśnie wtedy mięśnie odmawiały posłuszeństwa.
Nie miała w
sobie wystarczająco dużo siły. Była słaba, nieprzystosowana do wysiłku
fizycznego; w końcu miała zostać ładną żoną bogacza, a w jej przyszłość
wpisywało się rodzenie dzieci i błyszczenie na balach w ładnych sukniach.
Rzeczywistość trochę się zmieniła, a ona zrobiła się nagle beznadziejnie
bezradna. Głupie uczucie.
Zdenerwowana
tego typu przemyśleniami fuknęła i naciągnęła jeszcze raz. Aż zamrugała
zaskoczona; nie spodziewała się, że prawie jej się uda. Może irytowanie się
było sposobem?
Caleb nie
zareagował na jej komentarz, dalej bez większych emocji przyglądając się całej
małej tragedii uczennicy. Dopiero kiedy ze złością naciągnęła cięciwę w
teoretycznie bardziej zadowalający sposób, zmarszczył czoło.
– Nie walczysz
z łukiem – stwierdził, zabierając głos pierwszy raz od naprawdę długiej chwili.
– Nie możesz współpracować z nim kierowana złością. To ma być twoja prośba,
która zostanie przez broń wysłuchana. To nie mięśnie odgrywają główną rolę w
naciąganiu cięciwy, tylko twoja siła woli – skarcił ją krótko.
Potem znów zamilkł
i powrócił do obserwowania zdesperowanych prób podejmowanych przez Leanelle;
wyglądało na to, że nigdzie się stąd, na razie, nie zamierzał ruszyć. Nawet
jeśli by go o to błagała.
Przeniosła na
niego naprawdę zdezorientowane spojrzenie, jednak gdy przemyślała jego słowa,
doszła do wniosku, że faktycznie brzmią sensownie. Poza tą siłą woli; kurczę,
ona by górę przeniosła siłą woli. Ale odetchnęła głośno, pokiwała głową i
zabrała się do pracy.
Zajęło jej to
kolejne pół godziny, może nawet całą; mięśnie wzywały już pomocy, a ramiona
zaczynały drżeć przy każdej próbie wysiłku. Nie zwracała jednak na to uwagi,
zaciskała tylko mocniej wargi i działała dalej.
W pewnej
chwili faktycznie udało jej się lepiej niż poprzednio naciągnąć cięciwę; gdy
opuściła łuk, przeniosła na swojego nauczyciela pytające spojrzenie, unosząc
brew. Rzecz jasna starannie omijała wzrokiem jego oczy, nie chcąc dopuścić do
kontaktu wzrokowego; ot, zerkała gdzieś w jego stronę.
Przy okazji
poprawiła grzywkę, która teraz była już naprawdę zmaltretowana. Szlag by to,
jak tak dalej pójdzie, to się obetnie na łyso, a co.
– W porządku –
mruknął spokojnie. – Jeśli jesteś bardzo zmęczona, na dziś wystarczy. Powinnaś
to ćwiczyć w każdej wolnej chwili, inaczej mięśnie zapomną o tym, co im dziś pokazałaś
– dodał jeszcze, przymrużając w pewnym zamyśleniu oczy. – Przez całą podróż nie
zdejmę z Li’corana cięciwy, zatem będziesz mogła próbować, gdy tylko poczujesz
się na siłach – stwierdził, opuszczając ręce wzdłuż ciała.
Nie wyglądało
na to, że planuje ruszyć z powrotem do obozu, zawiesił nieco wyczekujące
spojrzenie na Leanelle, przekrzywiwszy nieznacznie głowę.
Ona natomiast
potrząsnęła energicznie głową, nawet na niego nie patrząc. Znowu zdenerwowała
się na swoją grzywkę, ale tym razem ograniczyła się do chuchnięcia na
nieposłuszne kosmyki, bo ręce zajęte były kolejną próbą naciągnięcia cięciwy.
– Dziękuję –
mruknęła mało wyraźnie, słysząc jego propozycję dotyczącą łuku.
Tylko że póki
co nie miała zamiaru odkładać broni; coś sobie postanowiła, spróbuje osiągnąć
cel jeszcze tej nocy, jakkolwiek późno miałaby pójść spać.
Zacisnęła
wargi, niezadowolona z tego, że nie potrafiła opanować drżenia ramion; opuściła
łuk i pomasowała jedno z nich, krzywiąc się przy tym. Westchnęła, pomasowała
również drugie i wróciła do zadania.
Caleb
uśmiechnął się. Pod nosem, nie za bardzo widocznie, zaraz po tym usiadł pod
najbliższym drzewem po turecku i sięgnął do swojej torby. Uznał najwyraźniej,
że Leanelle łukiem się nie zabije, a skoro miał trochę czasu, to należało
dokończyć zaczętą wcześniej pracę.
Wyjął
przygotowane na strzały kawałki drewna, kilka grotów, kamień, pióra oraz cienki
rzemyk. Rozłożył wszystko przed sobą, najdokładniej lokując wyciągnięty
dodatkowo nóż, i zabrał się do pracy.
Po kilku
minutach z pobliskich krzaków wyszła Shila, merdając niepewnie ogonem.
Popatrzyła z dużym niezadowoleniem na Leanelle, stuliła uszy i opuściła łeb,
przypadając do ziemi. Niemalże szorując brzuchem po trawie, podczołgała się do
myśliwego i ostrożnie złożyła pysk na jego udzie, nie chcąc mu przeszkadzać.
Caleb,
zerkając raz na uczennicę, raz na szykowane strzały, pogłaskał od niechcenia
wilczycę, nawet na nią nie patrząc. Shila zamerdała śmielej ogonem,
najwyraźniej będąc teraz najszczęśliwszym zwierzęciem na świecie.
Leanelle nie
zwróciła uwagi na przybycie wilczycy; zanotowała ten fakt, jednak była zbyt
zaaferowana łukiem, by chociażby obrócić głowę w stronę zwierzęcia. Zmarszczyła
czoło, raz jeszcze przywołując w myślach wskazówki i spostrzeżenia swojego
nauczyciela, po czym, usiłując się do nich zastosować, podjęła kolejną próbę
naciągnięcia cięciwy.
Zapowiadała
się długa noc. Ciekawe, czy najpierw odpadną jej ramiona, czy łuk weźmie i
wyjdzie, zdegustowany tak nieudolnym traktowaniem.
Podróż,
bardziej ze względu na towarzyszące jej atrakcje, okazała się być wyzwaniem
przekraczającym wyobrażenia Leanelle.
Gdy nauczyła
się już naciągać cięciwę łuku (co przyszła oznajmić swojemu nauczycielowi
bardzo zadowolona, wyjątkowo dumna, szeroko uśmiechnięta i niewyobrażalnie zmęczona.
Rzecz jasna dotrzymała danego sobie słowa i nie spała tamtej nocy, cały czas
próbując. Udało się nad ranem), zaczęli strzelać do prowizorycznej tarczy;
tutaj już Caleb odzywał się częściej, właściwie cały czas coś jej wytykał.
Zazwyczaj
lekcje odbywały się wieczorem, a po każdej Leanelle padała na posłanie niemalże
trupem. Czasami jednak zdarzało się, że trzeba było wstać przed wschodem słońca
i poćwiczyć, nim reszta drużyny się obudzi. To okazało się dla dziewczyny
szczególnie bolesne; później całą drogę ziewała i wyzywała po cichu na czym
świat stoi.
Po każdej
lekcji, niezależnie od pory dnia, bolało ją całe ciało, również te mięśnie, z
których istnienia nie zdawała sobie sprawy; jęczała i marudziła praktycznie bez
przerwy i nawet całkowita, okazywana na różne sposoby dezaprobata Anabde nie
była w stanie tego powstrzymać. Ale efekty się pojawiały.
Tego dnia
Caleb nie podał jej łuku, za to oznajmił, że czas na zapoznanie się z walką
wręcz. Obdarzyła go bardzo wymownym spojrzeniem, a gdy okazało się, że jej
przeciwnikiem i zastępczą nauczycielką ma być Shila, dziewczyna ledwie
powstrzymała się od uderzenia otwartą dłonią w czoło. Niestety myśliwy
pozostawał nieugięty, Leanelle przyszło więc walczyć z wilkiem.
Stała właśnie
naprzeciwko wilczycy i patrzyła na nią z niepokojem, jednocześnie podciągając
rękawy bluzki, bo przeszkadzały. Gdy Shila uniosła górną wargę, odsłaniając
ostre kły, dziewczyna wyprostowała się i spojrzała na nauczyciela ze
zrezygnowaniem.
– Ja wiem, że
ty mnie nie lubisz, ale żeby aż tak? – jęknęła.
Caleb
uśmiechnął się i wcale nie wyglądało to pocieszająco. Nie przeniósł spojrzenia
na wyraźnie zadowoloną z postawionego przed nią zadania wilczycę, ale z jego
gardła wydobył się niski, wibrujący warkot. Potem wystarczyło, że cofnął się
kilka kroków, a natrafił plecami na pień drzewa, oparł się na nim i prawie
zniknął.
Cholera wie,
jak to zrobił.
W tym też
momencie wilczyca, machnąwszy krótko ogonem, odbiła się od ziemi i skoczyła,
bez trudu przewalając Leanelle na ziemię. Pochyliła się nad nią ze zjeżoną na
karku sierścią, dalej szczerząc kły, ale jej paszcza nawet nie zbliżyła się do
dziewczyny.
Ot, drapieżnik
zastygł, przygniatając ofiarę do ziemi i czekając, co teraz się stanie.
Najwyraźniej Shila należała do nadzwyczaj karnych zwierząt i jak kazano nie
zabijać, to nie zabijała.
Nie było zbyt
wiele czasu do namysłu, prawda. Nawet nie dotarło do niej, że przywaliła w
ziemię tak porządnie (niekontrolowany, bo niespodziewany upadek nie mógł
skończyć się łagodnie), zajęła się tym, by ujść z życiem. Nie miała zamiaru
sprawdzać, czy Shila rzeczywiście jest taka podporządkowana, jak się wydawało.
Przymrużyła
groźnie oczy, co uczyniła zupełnie nieświadomie, po czym wyciągnęła przed
siebie nadal obolałe po treningach łucznictwa ramię, blokując wilczycę tak, że
nie mogła pochylić się bardziej i chociażby rozszarpać jej gardła.
Potem miała
kilka sekund na zaplanowanie dalszych działań. Przede wszystkim oceniła ciężar
wilczycy i zastanowiła się, czy uda jej się zwalić z siebie zwierzę. Kiedy doszła
do wniosku, że szanse są, natychmiast przystąpiła do działania.
Nie
wystarczyło silniej naprzeć na Shilę, bo tylko zawarczała ostrzegawczo i łatwo
zrównoważyła nacisk. Niespodziewanie Leanelle uniosła drugą rękę, po czym,
jednocześnie podnosząc się i usiłując przeturlać, pchnęła wilczycę w bok.
Normalne zwierzę prawdopodobnie próbowałoby zacisnąć zęby na atakującym
ramieniu, ale Shila tylko kłapnęła ostrzegawczo, unikając rozlewu krwi.
Natychmiast
doskoczyła do uciekającej ofiary, ta jednak, uznając, że najlepszą obroną jest
atak, odpowiedziała pchnięciem i po chwili znów wylądowały na ziemi, teraz
jednak zmieniając miejsca. Wilczycy dużo łatwiej poszło wyswobodzenie się i
skończyło się na tym, że stanęły naprzeciwko siebie w odległości jednego, może
dwóch metrów.
Na chwilę tak
zastygły. Obie mierzyły się spojrzeniami, czekając na ruch przeciwniczki, z
czego Shila zdawała się być bardzo rozluźniona całą sytuacją. Ot, rzeczywiście,
od początku znajdowała się na zwycięskiej pozycji, ale dobrze było się z kimś
pobawić.
Caleb odmówił
tego typu formy spędzania czasu, od kiedy wilczyca przybrała z powrotem na
wadze i przestała być aż tak lekka. Zresztą myśliwy znajdował się zbyt wysoko w
hierarchii, by angażować go w tak uwłaczające mu zajęcia.
I choć dla trójki
wtajemniczonych osób wszystko wyglądało nadzwyczaj grzecznie, bezpiecznie, tyle
że dynamicznie, tak dla postronnego obserwatora już nie. Dlatego też Aidan,
który postanowił spytać, czy ktoś z zapamiętale trenujących zgłodniał,
zatrzymał się jak wryty, obejmując całą sytuację nerwowym spojrzeniem.
Wtedy Shila
znowu skoczyła, Leanelle zdołała jednak ujść w odpowiednim momencie w bok i
lekko wilczycę odtrącić; zwierzę tuż po lądowaniu odwróciło się i ponownie
zaatakowało, oceniając błyszczącymi ślepiami nową koleżankę do zabawy.
Niezwykle się biedny drapieżnik zdziwił, kiedy nagle pojawił się ktoś jeszcze.
Aidan rzucił
się w obronie Leanelle, przekonany, że dziewczyna znajduje się sama i walczy ze
zwierzęciem na śmierć i życie. Nie dostrzegł ukrytego w cieniu Caleba – myśliwy
w pierwszej chwili spojrzał na młodzieńca zdumiony, bo usłyszał szelest, ale
był skupiony na obserwowaniu lekcji i zbagatelizował gościa do rangi
niegroźnego zajączka. Tymczasem niegroźny zajączek skoczył między dziewczynę a
wilka, tę pierwszą odtrącając, by mogła ratować się ucieczką.
To był zły
ruch, Shila zinterpretowała go całkowicie na opak. Nagłe pojawienie się kogoś
obcego i gwałtowne ruchy, zwłaszcza wymierzone w istotę, którą zdążyła polubić,
obudziły w niej agresję, której przecież wilczyca przed momentem nie odczuwała.
Warknęła,
zjeżyła sierść na karku i skoczyła na to ramię Aidana, którym pchnął Leanelle,
bez najmniejszego wahania wgryzając się w rękę chłopaka.
Młodzieniec
jęknął cicho, tracąc równowagę, przewalił się wraz ze zwierzęciem i spróbował
strącić drapieżnika kopnięciem. Trafił, Shila pisnęła i zaraz złapała buta,
żeby odgryźć bezczelnemu wrogowi stopę. Nie zdążyła jednak zacisnąć szczęk z
całą swoją siłą, bo czyjaś mocna dłoń stanowczo złapała ją za futro na karku.
Caleb podniósł
wilczycę jak niesfornego szczeniaka, a ona niemalże zwiotczała w jego uścisku,
oblizując pysk z kilku kropel krwi. Myśliwy postawił zwierzę kawałek dalej,
obok Leanelle, którą od Aidana zasłonił własnym ciałem; Shila pisnęła
zmartwiona, że zrobiła coś nie tak, i położyła się na ziemi.
Chłopak
natomiast, patrząc na górującego nad nim wściekłego Caleba, sam nie wiedział,
czy bardziej boli ręka, noga, czy spojrzenie mężczyzny.
Leanelle całej
scence przypatrywała się wytrzeszczonymi oczyma, nie do końca rozumiejąc, co
jest grane. Dopiero gdy Shila została odstawiona, dotarło do niej, że może
Aidan chciał jej, jak zwykle, pomóc.
Otworzyła
usta, mając zamiar najpierw wytłumaczyć mu zaistniałą sytuację, a potem nawet
wstawić się za nim u Caleba. Gdy jednak zobaczyła wyraz twarzy swojego
nauczyciela, a zwłaszcza wyjątkowo poirytowane, miażdżące spojrzenie, pochyliła
tylko ramiona i nie była w stanie się odezwać. Trochę zrobiło jej się żal
biednego chłopaka.
Kucnęła przy
wilczycy, wyraźnie zmartwionej tym, że Caleb był na nią zły. Wyciągnęła dłoń w
jej stronę, a gdy Shila nie zareagowała, pogłaskała ją po łbie, drapiąc za
uchem. Uśmiechnęła się przy tym trochę nieobecnie; odniosła wrażenie – może
mylne, bo dotychczas nie miała do czynienia z wilkami – że Shila chciała ją
obronić. To zdecydowanie podnosiło na duchu.
Wróciła
spojrzeniem do Caleba i Aidana, zastanawiając się, czy będzie musiała przełamać
swe lęki i zainterweniować. W końcu Aidan chciał dobrze.
– Zastanawiam
się – zaczął oschłym, równie bolesnym głosem, co jego spojrzenie, myśliwy – czy
jakakolwiek nauczka kiedykolwiek zapadnie ci wreszcie w pamięć – skwitował,
wpatrując się w chłopaka intensywnie. – Naprawdę myślisz, że Leanelle stałaby
tu i walczyła wręcz z rozjuszonym, dzikim zwierzęciem? – zainteresował się.
– Nie
wyglądało to dobrze – bąknął Aidan, bojąc się ruszyć, jakby Caleb unieruchomił
go samym swoim spojrzeniem.
– Dobrze to
nie wyglądała twoja interwencja. Zrobiłeś sześć podstawowych błędów w przeciągu
ledwie czterech, może pięciu sekund, gdyby mnie tu nie było, niewiele by
zostało z ciebie czy twoich kończyn – warknął myśliwy, wbijając chłopaka
jeszcze trochę w glebę.
– Chciałem
pomóc Lei, myślałem, że ma kłopoty – szepnął biedak, kuląc się i walcząc z
ochotą żałosnego odczołgania się w ucieczce przed mężczyzną.
– Najlepiej
rzucić się dziewczynie na ratunek, rezygnując z własnego życia. Shila
rozerwałaby cię na strzępy, zanim byś się chociaż zorientował, co się dzieje –
parsknął Caleb, do tego wszystkiego mrużąc jeszcze oczy. – W ogóle nie uczysz
się na błędach, pakujesz się w tarapaty i dodatkowo naraziłeś Leanelle na
zranienie, bo spanikowane dzikie zwierzę atakuje na oślep. Jesteś z siebie
dumny? – spytał na koniec tak strasznym głosem, że Aidan przełknął spanikowany
ślinę.
Nie odważył
się odpowiedzieć, czekając na cios swojego kata, który wreszcie go dobije.
Chłopak, choć odczuł niewyobrażalną ulgę, kiedy zorientował się, że Leanelle
jest bezpieczna, nagle zapragnął bardzo szybko stracić na przykład przytomność
przez szybkie wykrwawianie się. Albo cokolwiek.
Już nawet nie
bolało to, że Caleb był zły za przerwanie lekcji, bolało to, że bezlitośnie
wypunktował błędne działania Aidana. A to oznaczało, że nie potrafiłby poradzić
sobie nawet z dzikim zwierzęciem w obronie swojego pana – przecież szkolił się
na obrońcę. Poczuł się dziwnie żałosny.
– Tak więc
zastanawiam się nad odpowiednią nauczką, żebyś następnym razem porządnie się
namyślił, nim spróbujesz popełnić spektakularne samobójstwo – podjął przerwany
wątek Caleb, unosząc brew. – I sądzę, że jeśli podła wiedźma zajmie się tymi
ranami, to nauczy cię to rozsądku.
Trochę targały
Leanelle wyrzuty sumienia. Aidan chciał pomóc, stanąć w jej obronie; to nie
jego wina, nie wiedział o nietypowej lekcji, z boku musiało to rzeczywiście
groźnie wyglądać. Chciała mu zasygnalizować, że nie powinien martwić się tak
niepowodzeniem, jak komentarzami Caleba, ale nie do końca wiedziała, jakich
słów czy gestów użyć.
Nie mogła też
się za nim wstawić – „kara” wymyślona przez myśliwego była rozsądna, i tak ktoś
musiał opatrzyć rany Aidana, a Ariene miała największą wprawę w uzdrawianiu.
Skuliła nieco ramiona i tylko na niego patrzyła, trochę bezradna.
– Teoretycznie
obrońca ma się rzucać na ratunek, rezygnując z własnego życia. Tego nie możesz
mu wypominać – odezwała się w pewnej chwili.
Zerknęła
krótko na Caleba, ale nim odwrócił na nią spojrzenie, pochyliła głowę, zerkając
na nadal głaskaną wilczycę.
Potem znów
przeniosła wzrok na Aidana, marszcząc z niepokojem czoło. Shila go ugryzła, czy
to poważne? Może trzeba mu pomóc? Głupio jednak było tak zapytać, zwłaszcza
przy Calebie, dlatego ograniczyła się do zatroskanego spojrzenia.
– Powiedz mi,
co to za ratunek, jeśli obrońca ginie w przeciągu trzydziestu sekund starcia, a
broniona osoba zostaje bez ochrony i ginie w przeciągu następnych trzydziestu
sekund? – spytał spokojnie Caleb, nie zerkając na Leanelle, tylko przypatrując
się Aidanowi. – Wyrzekanie się życia jest dla obrońcy jak najbardziej na
miejscu, jeśli daje to gwarancję przeżycia podopiecznego. Tutaj Aidan dałby
dupy – raczył podsumować i złapał chłopaka za łokieć zdrowej ręki, podnosząc
go. – Idziemy do Ariene – zakomunikował, obrzuciwszy poszarpaną koszulę
opanowanym spojrzeniem. – Jest szansa, że nie będzie trzeba amputować.
Aidan
popatrzył na myśliwego w tak głębokim szoku, że mężczyzna jeszcze tylko kilka
sekund stał z nieprzeniknioną miną. Potem dopiero uśmiechnął się krzywo i
przeniósł wzrok na nadal cichą, bardzo skruszoną Shilę.
– Bądź
grzeczna – mruknął miękkim głosem do wilczycy, ruszając z nadprogramowym
kłopotem z powrotem do obozu.
Wilczyca
uniosła nieco łeb, ślepia jej błysnęły, aż zamerdała z radości ogonem,
odprowadzając myśliwego spojrzeniem.
– Ej,
poczekajcie na mnie! – zdenerwowała się od razu Leanelle; no przecież nie
zostawi Aidana na pastwę Caleba.
Pogłaskała
jeszcze raz Shilę, po czym wyprostowała się szybko i ruszyła truchtem do
mężczyzn, doganiając ich w kilku krokach. Ponieważ wejście pomiędzy nich nie
dość, że dla niej samej byłoby traumatyczne, to jeszcze stało się niewykonalne
z powodu Caleba nadal trzymającego Aidana za łokieć, ustawiła się po drugiej
stronie swojego niedoszłego wybawiciela, rzecz jasna – w odpowiedniej
odległości.
Zerknęła na
niego i uśmiechnęła się ładnie, zaraz uciekając spojrzeniem; miała dobry
pretekst, bo przyjrzała się pogryzionej ręce.
– Dzięki –
mruknęła bardzo, bardzo cicho, z głupią nadzieją, że Caleb może nie usłyszy.
Marne szanse.
– Podziękuj
mu, jak ci się kiedyś na coś przyda – zaproponował spokojnie myśliwy,
całkowicie niezrażony tym, że to nie było przeznaczone dla jego uszu.
Aidan chyba
trochę się zarumienił, ale nie starczyło mu sił, by wyrwać się z uścisku
mężczyzny i wyglądać nieco bardziej godnie. Sapnął z irytacją.
– Jesteś
potworem – wyznał mu z niezadowoleniem.
Caleb tylko
uśmiechnął się lekko, spoglądając przed siebie, nawet nie na zbliżający się
obóz; zdawał się też nie słyszeć stopniowo narastających głosów.
– To nie ty
masz z nim lekcje, pragnę przypomnieć – oznajmiła mu Leanelle bardzo, bardzo
burkliwie. – Cador na pewno nie każe ci walczyć z wilkami.
Trochę
marudziła, trzeba przyznać. Tak naprawdę, pomimo wysokich wymagań i trudności,
lubiła lekcje z Calebem, między innymi przez świadomość, że na nich zyskuje.
Ale nie tylko.
Myśliwy okazał
się być mniej upierdliwym nauczycielem niż się zapowiadał, i w sumie gdyby nie
te chore, poranne godziny, które czasami wymyślał, na każdą lekcję ruszałaby z
uśmiechem.
Tylko się do
tego za diabły nie przyzna, wiadomo.
Brenthor
rzeczywiście nie było wielką mieściną. Domostwa znajdowały się na skraju lasu,
wśród wysokich traw równiny, wszystkie zostały wzniesione z kamienia, dachy
natomiast wykonano z drewna bądź, w przypadku biedniejszych rodzin, strzechy.
Zdawało się, że ilość budynków nie przekracza pięćdziesięciu, co wiązało się
niewątpliwie z tym, że każdy się z każdym znał.
Wjechali na
drogę prowadzącą przez środek miejscowości, Caleb jednak szybko poprowadził ich
na bok, w lewą część wioski. Jak się okazało, znajdowała się tam stajnia
publiczna – może standardy nie były najwyższe, ale wyglądało na to, że
zwierzęta dobrze się czuły w przybytku.
Nadzwyczaj
sprawnie udało się im je ulokować, a myśliwy dogadał się z właścicielem miejsca
bez problemu. Dało się zauważyć, że się znali, przynajmniej z widzenia. Potem
mężczyzna poprowadził ich z powrotem na drogę.
Mijali kramy
oraz stragany, ale napotkani ludzie, choć z początku sprawiali wrażenie
przyjaznych i otwartych, zaczynali się zachowywać trochę dziwnie, gdy
dostrzegali idącego z przodu myśliwego.
Niemal każdy
witał Caleba, niekiedy pytał o zdrowie, niewielka część mieszkańców sztywno się
odwracała i odchodziła w przeciwnym kierunku. Nie sposób było jednak nie
uchwycić dziwnych, jakby zmieszanych spojrzeń – o ile w ogóle na myśliwego
patrzyli, raczej unikali go wzrokiem.
Jeśli
mężczyzna to zauważył, nie dał tego po sobie poznać. Biorąc pod uwagę fakt, że
mówimy o Calebie, zauważył na pewno.
– Musimy
przejść rynek, nasz dom jest za nim – poinformował zebranych myśliwy, kiedy
wyszli na spory, utwardzony plac, gdzie znajdowało się największe skupisko
straganów oraz ludzi.
Największym
budynkiem była świątynia, dom rządcy także prezentował się dość pokaźnie,
natomiast na środku tego skromnego rynku stała studnia, wokół której biegały ze
śmiechem dzieci. Tutaj ludzie z jakby mniejszą nerwowością udawali, że nie
zauważyli Caleba, zapatrując się w napięciu w stragany bądź nagle pochłaniając
się rozmową.
Zdarzyło się
jednak parę osób, które obdarzyły myśliwego przeciągłym, bardzo krytycznym
spojrzeniem. Ariene zaczęło to wszystko naprawdę irytować – przecież ich
towarzysz nie wyglądał aż tak dziwnie, zresztą każdy go tu wyraźnie znał. Więc
o co im, do cholery, chodziło?
– Tu tak
zawsze? – mruknęła do idącego obok Cadora, nie spuszczając wzroku z
maszerującego przed nimi Caleba.
Coś jej nie
pasowało. Nie wiedziała jeszcze co, ale im dłużej próbowała rozszyfrować
zachowanie wszystkich, tym bardziej rozumiała, że nie powinni byli przyjeżdżać.
Cador również
był zmartwiony, nie do końca pojmując zachowanie mieszkańców. Co poniektórych znał,
ale ci ignorowali go tak samo, jak Caleba; biorąc pod uwagę, że dotychczas miał
ich za otwartych i sympatycznych...
A jeśli o tę
otwartość chodziło? Może nie chcieli się z czymś zdradzić? Czyżby tutejsi mieli
Calebowi za złe, że zostawił narzeczoną na tak długo? Prawdopodobne również, że
Vivienne się rozchorowała, wieść nie dotarła Caleba, ale mieszkańcy i tak
obwiniali go za nieobecność.
Jakiegokolwiek
wytłumaczenia Cador nie wymyślił, nie mógł zwyczajnie zapytać; wychodziło na
to, że trzeba się będzie dowiedzieć o co chodzi od samej Vivienne.
– Nigdy –
odpowiedział dość cicho, nawet nie spoglądając na wiedźmę.
Zmarszczył
czoło, odprowadzając spojrzeniem kolejnego dziwnie zachowującego się sztywnego
człowieka; wyglądał, jakby coś ukrywał. Co cała wioska może ukrywać przed
jednym Calebem?
Leanelle,
dotychczas zachwycona wizją zjedzenia ciepłego, domowego obiadu, zmarkotniała.
Podłapała nastrój panujący w wiosce i szła ze zwieszoną głową, wpatrując się
uparcie w ziemię pod stopami. Hessan odleciał do pobliskiego lasu chwilę po
wejściu do miejscowości, jakby i jemu tutejsza atmosfera ciążyła.
Nie chciała
się zastanawiać, co kieruje mijanymi ludźmi, że zachowują się aż tak dziwnie,
ale myśli same pchały się do głowy, choć konsekwentnie je odrzucała. Nie sposób
nawet było rozładować atmosfery; żarty zdawały się być nie na miejscu, tematy
do luźnej pogawędki nie przychodziły, nawet marudzić tak głupio.
Caleb wreszcie
się zatrzymał, nim jeszcze zeszli z rynku. Przesunął spojrzeniem po najbliżej
idących ludziach; dwie kobiety odwróciły wzrok, a towarzyszący im mężczyzna
skinął tylko myśliwemu głową. Caleb odwzajemnił gest, zaraz obracając się do
towarzyszy – Ariene dostrzegła w jego spojrzeniu pewne napięcie, które jeszcze
bardziej udzieliło się jej. Stanęła cała sztywna, czekając na słowa towarzysza.
– W tej
karczmie, jedynej u nas, jest całkiem miła atmosfera – zaczął trochę ni z tego,
ni z owego, wskazując spory budynek po ich prawej stronie. – Poczekacie tu na
mnie, kiedy sprawdzę, czy w domu wszystko w porządku? Nie chciałbym robić Vivi
aż tak dużej niespodzianki – dodał z pewnym rozbawieniem, przesuwając
spojrzeniem po zebranych.
Większość
przytaknęła – bo co było robić? Rzeczywiście takie rozwiązanie wydawało się
najbardziej odpowiednie, dlatego też, po spokojnym zapewnieniu, że przeżyją
chwilę sami, prawie wszyscy ruszyli we wskazaną stronę.
Prawie,
ponieważ na przykład Ariene nawet nie drgnęła, tylko zawiesiła wyczekujące
spojrzenie na Cadorze, jakby się zastanawiała, co też obrońca zrobi. Tak naprawdę
oczekiwała, że pan Reamonn nie ruszy się z miejsca. Ona nie zamierzała.
– Jakby coś
było nie w porządku, przyda ci się pomoc – odezwał się wtedy Cador zgodnie z
życzeniem Ariene.
Schował dłonie
w kieszeniach spodni i popatrzył na Caleba, w jednym spojrzeniu zawierając tak
dużo stanowczości, że chyba nie sposób mu było odmówić.
Tak naprawdę
się martwił. Niezależnie od tego, jak bardzo nie pasowała mu Vivienne, zdawał
sobie sprawę, że jest dla jego przyjaciela ważna. Jej krzywda nijak nie
dotknęłaby Cadora, ale byłaby ciosem dla Caleba, a tego obrońca nie mógł
znieść.
– W takim
razie w drogę – zarządziła Ariene, przenosząc wyczekujące spojrzenie na
myśliwego.
Mężczyzna
pokręcił lekko głową, ale nie wyglądał na kogoś, kto zamierzałby próbować
przełamać tak wielki opór. W końcu ani jedno, ani drugie nie ustąpi, jeśli coś
sobie postanowili. A już zwłaszcza jeśli postanowili to oboje.
Chwilę potem
znów ruszyli rynkiem i zeszli na kolejną uliczkę, gdzie atmosfera ani trochę
się nie zmieniła. Cała aura tajemnicy i niechęci roztrzaskała się dopiero pod
domem Caleba – jednopiętrowym budynkiem, który może nie prezentował się
pokaźnie, jednak z pewnością było w nim całkiem sporo miejsca.
Kiedy zbliżali
się do drzwi frontowych, z ganku w sąsiedztwie zbiegła potargana dziewczynka i
rzuciła się do nóg myśliwego z radosnym piśnięciem.
– Wróciłeś! –
ucieszyła się, uśmiechając się bardzo szeroko.
Ariene na
krótką chwilę zwątpiła, zastanawiając się gorączkowo, czy Caleb na pewno
zostawił w domu tylko narzeczoną.
– Cześć, gwiazdeczko
– odparł rozbawiony mężczyzna i pogładził ciemne blond włosy dziewczynki. –
Rodzice zdrowi? – zapytał od razu, unosząc wzrok na nerwowo idącą do nich
kobietę, najwyraźniej matkę małej.
Wiedźma trochę
się rozluźniła. Nie żeby przeraziła ją wizja Caleba ojca, ale takie zostawianie
również małego dziecka… odgoniła od siebie tę myśl, mimowolnie uśmiechając się
z rozczuleniem, kiedy brudna buzia dziewczynki rozjaśniła się od szerokiego
uśmiechu.
– Zdrowi! –
zakomunikowała, puszczając Caleba i salutując trochę nieporadnie. – Długo cię
nie było – dodała bardziej zmartwiona, dopiero wtedy zauważając Cadora. – O,
dzień dobry panu – przywitała się zmieszana, garbiąc ramiona.
– Ile razy
trzeba ci powtarzać, że to Cador – westchnął myśliwy, zawieszając spojrzenie na
matce dziewczynki, która zatrzymała się kawałek dalej. – Coś się stało? Wszyscy
wydają się nerwowi – spytał, nie odrywając wzroku od kobiety.
Mała obejrzała
się na matkę, zająknąwszy się wyraźnie, jakby nie wiedziała, co powinna
odpowiedzieć. Zmrużenie oczu przez sąsiadkę Caleba wystarczyło, by jej córka
odsunęła się zmieszana.
– Ja… –
zaczęła zmartwiona.
– Lilly, chodź
tu – poprosiła dość napiętym głosem kobieta; dziewczyna spojrzała
przepraszająco na myśliwego i pobiegła do matki.
– Witam –
zwrócił się do sąsiadki Caleb, przymrużając oczy.
Kobieta nie
odpowiedziała, zgarnęła córkę i, tłumacząc jej coś półgłosem, szybko
odmaszerowały z powrotem do domu. Ariene zwątpiła, czy powinni przekraczać próg
drzwi, przed którymi się zatrzymali.
Cador
przymrużył powieki, odprowadzając kobietę wyjątkowo poirytowanym spojrzeniem;
mogła się wykazać chociaż odrobiną kultury i odpowiedzieć, z pewnością byłoby
wtedy łatwiej. A tak – zerknął w napięciu na drzwi do domu Caleba, nie do końca
wiedząc, czego spodziewać się po przekroczeniu progu.
– Pan Cador –
mruknął pod nosem krytycznie, raczej po to, by zająć swoje myśli czymś innym
niż martwieniem się o zaistniały problem.
Jeszcze chwilę
się wahał, ale gdy cisza zaczęła się przedłużać, postanowił, że trzeba coś
zrobić. Wycofywanie się było nie do przyjęcia, została im więc jedna opcja.
– No to
wchodzimy – rzucił mało pogodnie, mało chętnie, generalnie wszystkiego w jego
głosie było mało, zabrzmiał wręcz bezbarwnie.
Ariene nawet
zapomniała się uśmiechnąć złośliwie na „pana Cadora”. Wbiła wyczekujące
spojrzenie w Caleba, który w kilku krokach dotarł do drzwi, nacisnął klamkę i
wszedł do środka. Podążyli za nim z pewną niechęcią, ale skoro sami się
zadeklarowali, to trzeba.
Tak więc
stanęli w niedużym korytarzu, od którego odchodziły drzwi do kuchni oraz
prawdopodobnie salonu – trudno orzec, skoro były zamknięte. Przed nimi
natomiast znajdowały się schody prowadzące na piętro.
Ariene
zaobserwowała, że Caleb zwyczaj dość rzadkiego, wbrew pozorom, odzywania się
przenosi na każdą sferę życia. Tym razem także nie zawołał, zajrzał najpierw do
kuchni, potem do salonu, marszcząc z niepokojem czoło. Nie odnalazł Vivienne,
co poważnie go zmartwiło – wiedźma miała już zaproponować, by po prostu zawołał
narzeczoną po imieniu, ale nie zdążyła.
Caleb ruszył
schodami na piętro, niezmiennie poruszając się bezszelestnie. Kobieta
mimowolnie pomyślała, że biedna Vivienne dostanie zawału, jak ją narzeczony
nagle zaskoczy swoim przybyciem. Chciała uśmiechnąć się blado, ale w chwili, w
której myśliwy dotarł na piętro i ruszył korytarzem, poczuła bardzo
nieprzyjemny ścisk w żołądku.
Nie wiedziała,
co to było, jednak odruchowo otoczyła się ramionami, wstrzymując oddech.
Rozpaczliwie czekała, aż ta cała okropna atmosfera roztrzaska się i uczucie dziwnej
tragedii wreszcie zniknie, bo usłyszą radosny śmiech Vivienne i pełen ulgi głos
Caleba.
Ale tak nie
było. Może to sufit tłumił dochodzące z piętra odgłosy, a może zwyczajnie było
tam cicho, a może minęło ledwie parę sekund, tylko zniecierpliwienie wydłużyło
Cadorowi czas oczekiwania; niewiedza tak czy siak zaczęła obrońcę dobijać.
Wyciągnął
wreszcie ręce z kieszeni i ruszył naprzód krokiem bardzo podobnym do tego,
jakim szedł jego przyjaciel, bo bezszelestnym. Cador nie miał w zwyczaju
poruszania się w aż tak bezgłośny sposób, jednak, nie wiedzieć czemu, intuicja
kazała mu tak postąpić. Obejrzał się przez ramię na wiedźmę z niemym
zapytaniem, czy idzie z nim, po czym zaczął wspinać się na schody.
Intuicja nigdy
go nie zawodziła. A teraz, nie wiedzieć czemu, podpowiadała mu, że przyjaciel
potrzebuje wsparcia. I że dzieje się coś, co nie powinno się dziać.
Ariene ruszyła
za Cadorem, by, kiedy prawie dotarli na piętro, złapać łokieć obrońcy i
pociągnąć go w tył, na barierkę. Poczuła, że serce załomotało jej w piersi,
potem natomiast rozległ się zdumiony i niejako przestraszony kobiecy krzyk.
Wiedźma
mocniej przytrzymała Cadora, nie chcąc, żeby ruszył biegiem. I nie wiedziała,
czy nie chciała zostać sama, czy nie chciała, że mieszał się w to, co się działo.
Bo nie brzmiało to jak okrzyk na widok dawno niewidzianego narzeczonego.
W tej też
chwili przez otwarte na oścież drzwi od jednego pokoju wypadł obcy mężczyzna.
Ariene zdębiała, patrząc na zatrzymującego się na ścianie nagiego nieznajomego,
próbując zrozumieć, co tu się dzieje. Potem sama przytuliła się do barierki,
częściowo chowając się za plecami Cadora, bo z pomieszczenia wyszedł Caleb.
Takiej furii u
myśliwego jeszcze nie widziała. Oczy błyszczały groźnie, zmrużone, z miażdżącym
spojrzeniem wbitym w nieznajomego. I choć wydawało się jej, że jest w tym także
dziwny ból, to jednak stał się on prawie niewidoczny. Na ustach Caleba pojawił
się grymas naprawdę straszny, przypominający trochę warczącego wilka. Poza tym
właśnie taki dźwięk wydał z siebie myśliwy, łapiąc zdecydowanie niechcianego
gościa za włosy i ciągnąc w stronę schodów. Najwyraźniej postanowił pokazać mu
drzwi.
Ze stopni
prawie go zepchnął, jakby nie widział Cadora i Ariene. Z tego akurat wiedźma
trochę się cieszyła, obserwując scenę w głębokim szoku – jej sens nie chciał do
niej dotrzeć, chociaż wszystko było bardzo proste. Po prostu umysł odmówił
współpracy, zbuntował się i postanowił nie dopuścić tego rozwiązania do siebie.
Tymczasem
mężczyzna i Caleb dotarli do progu, myśliwy raz jeszcze szarpnął nieznajomego
za włosy, trochę go prostując, otworzył drzwi i wypchnął go na ulicę takim,
jakim go Silthe raczył stworzyć.
Zatrzasnął
przejście z hukiem, nie odwrócił się jednak od desek, warknąwszy pod nosem coś,
co było chyba zdaniem. Ariene wydało się, że powiedział „tym razem nie
zaprosimy cię na obiad”. Kolejny element zdawał się być prosty do odgadnięcia,
ale nie potrafiła tego do siebie dopuścić.
Dopiero wtedy
z pomieszczenia wybiegła, potykając się o koc, którym się owinęła, kobieta. To
musiała być Vivienne, jak błyskotliwie domyśliła się wiedźma. I rzeczywiście,
na pierwszy rzut oka wyglądała jak ósmy cud świata.
Śliczna,
niewątpliwie zgrabna, ale w dobrym smaku, niczego za dużo, niczego za mało,
zadbana. Pełne usta, duże, błyszczące zdumieniem i przerażeniem oczy w kolorze
orzechów, ciemnobrązowe, długie, proste włosy, teraz trochę potargane. Na widok
gości na schodach przystanęła na moment, zamrugała, potem zlokalizowała
spojrzeniem Caleba.
– Co ty
zrobiłeś?! – parsknęła wtedy, czym kompletnie zbiła Ariene z tropu.
– Posprzątałem
– warknął myśliwy takim głosem, że Aidan już by chyba definitywnie padł trupem,
gdyby to usłyszał.
Cador dłuższą
chwilę wodził spojrzeniem od jednego do drugiego, wyraźnie nie wiedząc, co ze
sobą począć. Zaraz po wypowiedzi Vivienne niespodziewanie zadrżał, zawarczał
gardłowo i zacisnął dłoń w pięść.
– Trzymaj
mnie, bo zaraz jej coś zrobię – powiedział przez zaciśnięte usta, swoje słowa
ewidentnie kierując do Ariene, choć wpatrywał się aktualnie w Vivienne, miażdżąc
ją wzrokiem.
Nie wypada
krzywdzić kobiety, nawet, kiedy jest taką szmatą. Ale miał przeogromną ochotę.
Prawdopodobnie
wypadałoby usunąć się w cień, ale nie było gdzie – na pierwszym stopniu schodów
stał Caleb, zaś na ich szczycie Vivienne. Cador przycisnął się więc plecami do
ściany, teraz zawieszając uważne, lustrujące spojrzenie na przyjacielu.
Starał się
odczytać jego reakcje, by zgadnąć, co powinien teraz zrobić: zarządzić odwrót,
czy przytrzymać go w miejscu. Niestety, odpowiedzi nie znalazł, dlatego tylko
zazgrzytał zębami.
Ariene
natychmiast objęła rękę Cadora, wiedząc, że jak obrońcę szlag trafi, to go nie
utrzyma normalnie za żadne skarby. Spojrzenie jednak zawiesiła na Vivienne, nie
potrafiąc zrozumieć, że to się dzieje naprawdę.
Wszystko wszystkim
– ale jeszcze takie pytanie? Do narzeczonego? Z trudem łapała oddech,
wytrzeszczając oczy i nerwowo doszukując się sensu w czymkolwiek.
Potem naszła
ją niepokojąca myśl – jak długo to trwało? Oczywiście, powinna była skupić się
na zaistniałej sytuacji, jak chociażby panowie, ale będąc kobietą, myślami
wybiegła bardziej w przód. I przestraszyła się tego, jakie wnioski ze
wszystkich poczynionych obserwacji wyciągnęła.
Caleb
natomiast jeszcze chwilę wpatrywał się w Vivienne tym strasznym, pełnym furii
spojrzeniem, by wreszcie zamknąć oczy i odetchnąć głęboko. Wyglądało, jakby
próbował się przekonać do tego, że to nie jej wina i wszystko stało się wbrew
jej woli. Na szczęście raczej nie był aż tak głupi.
– Nie
sądziłem, że będzie zwracał na ciebie aż tyle uwagi – rzucił po prostu,
odwracając się i podchodząc do szafki stojącej w rogu korytarza na parterze.
– Co robisz? –
spytała napiętym głosem Vivienne, wpatrując się w plecy Caleba palącym
wzrokiem. – I co on tu robi z kolejną szmatą? – dodała, ruchem brody wskazując
Cadora oraz Ariene.
Wiedźma na
wszelki wypadek przytrzymała obrońcę trochę mocniej.
– Właśnie
wychodzimy – odparł spokojnie Caleb, aż irracjonalnie spokojnie, biorąc pod
uwagę to, jak rozjuszony był ledwie kilka sekund temu. – Wolałbym więcej nie
przeszkadzać, dlatego wezmę tylko swoje rzeczy, dużo ich w końcu nie ma –
stwierdził, wyjmując kilka notesów z szuflady i inne drobiazgi, których z tego
miejsca Ariene nie widziała.
Wpakował
wszystko do skórzanej torby, nie patrząc na Vivienne. Vivienne natomiast
niezmiennie patrzyła na niego i, co najdziwniejsze, była tak rozeźlona, jakby
to Caleb ją przez dość długi czas zdradzał.
– Nie
zamierzam wracać, tak przy okazji – ciągnął spokojnie, zapiąwszy torbę. – Zatem
za dwie godziny możesz po niego znowu pójść, zdecydowanie poczuł się jak u
siebie. Nie sądzę, by zmiana osób zrobiła ci dużą różnicę – dodał, kierując się
do drzwi.
– Nie
zamierzasz porozmawiać? – warknęła, potrząsnąwszy ze złością głową.
Caleb
zatrzymał się, otworzył drzwi, ale jeszcze chwilę nie wychodził.
– Chyba
wszystko jest jasne.
Dopiero wtedy
przekroczył próg, ruszając w ulicę.
– Chodźmy –
mruknęła cicho Ariene, przyjrzawszy się Vivienne przeciągle, kiedy ciągnęła
Cadora w stronę wyjścia.
Obrońca musiał
odnaleźć w sobie naprawdę dużo siły, na całe szczęście wystarczyło jej, by
powstrzymał się od ataku na kobietę. Obrócił głowę w stronę Ariene i przyjrzał
się w zaskakująco czuły, zwłaszcza jak na takie okoliczności, sposób, kiwając
lekko głową.
Chwycił jej
dłoń, jakby była jego ostatnią deską ratunku, jakby tylko ona mogła go
powstrzymać od bardzo ostrej rozmowy z Vivienne; dopiero poczuwszy ciepło jej
ciała, był w stanie spełnić polecenie i ruszyć w stronę wyjścia.
Nie obejrzał
się na Vivienne ani razu, modlił się też w duchu, by nie wydała z siebie
żadnego dźwięku. Gdyby nagle zwróciła na siebie uwagę, naprawdę mogłoby go
ponieść. Całe szczęście milczała jak zaklęta, gdy wychodzili na ganek.
Zatrzymał się
na chwilę, by nabrać głębokiego wdechu i uspokoić nerwy. Szlag by to, dlaczego
zawsze ponosiły go emocje? Teraz był potrzebny tylko po to, by udzielić
Calebowi wsparcia, wypadałoby się więc wykazać opanowaniem. Odliczył w myślach
do pięciu, po czym ruszył szybkim, nieco sztywnym krokiem, zostawiając Ariene w
tyle.
A to w sumie
nie był zbyt dobry pomysł. Gdy zrównał się z Calebem, zerknął na niego krótko i
zaraz odwrócił wzrok, nie chcąc być napastliwym. Co mógł powiedzieć? Ariene
będzie wiedzieć, jak się zachować, ale on... On miał nadal wzburzoną krew.
Cholera.
By nie palnąć
niczego głupiego, na razie szedł koło przyjaciela bez słowa, z dłońmi
wciśniętymi do kieszeni i zgarbionymi ramionami, jakby chciał przejąć na nie
ciężar problemów Caleba.
Myśliwy zdawał
się być całkowicie nieczuły na to, co się stało. Szedł spokojnym, lekkim
krokiem, patrząc przed siebie – przechodnie tym razem przystawali, przyglądając
się mu w napięciu. Nikt nie uciekał wzrokiem, ale wszyscy milczeli jak zaklęci.
Wreszcie Caleb
uśmiechnął się, co wypadło naprawdę dziwnie. Nie sposób było orzec, co tak naprawdę
jego mina wyrażała.
– No to nici z
domowego obiadu – rzucił prawie niedbale, wzruszając lekko ramionami. – Lea
będzie niepocieszona – dodał, lokalizując spojrzeniem karczmę, do której
zmierzali.
Zerknął
przelotnie na Cadora, jakby się zastanawiał, jak się obrońca czuje. Jakby to
wszystko nie dotyczyło jego. Jakby w ogóle się nie przejął, a najbardziej
zmartwił się przyjacielem. Wtedy też obejrzał się przez ramię, by zobaczyć, że
nikt za nimi nie idzie.
– Podła
wiedźma ci zniknęła – zakomunikował jeszcze, znów skupiając spojrzenie na
karczmie, jakby tylko to było ważne.
Cador drgnął,
zatrzymał się i obrócił od razu, przeczesując okolicę czujnym, a również nadal
mocno poirytowanym spojrzeniem. Gdy nie wypatrzył wiedźmy, na moment w jego
oczach błysnął niepokój.
– Chyba się
tam nie wróciła? – szepnął sam do siebie.
W sumie nie
mógł stwierdzić, czy Ariene nie była na tyle mściwa, by teraz wydrapać Vivienne
oczy.
Obrócił się
znów przodem do karczmy i westchnął męczeńsko; jakikolwiek był powód, dla
którego jego ukochana bez uprzedzenia zniknęła, on będzie musiał liczyć na to,
że wiedźma sobie poradzi. W to nie powinien wątpić – zawsze sobie radziła.
Tylko jakoś tak nie lubił, gdy nie miał jej przy sobie.
Spojrzał na
Caleba i uśmiechnął się krzywo; w sumie to dobrze, że przybrał niedbałej pozy.
Może będzie mu łatwiej, choć trochę.
On sam nie
znalazł odpowiednich słów; należał do pogodnych i wymyślanie żartobliwych
odpowiedzi zazwyczaj nie stanowiło dla niego wyzwania, ale teraz nie mógł.
Dlatego tylko wywrócił oczyma, jakby rzucał „mów mi teraz o Leanelle”, po czym
znów ruszył w stronę karczmy.
Szlag by to,
Ariene, dlaczego sobie polazłaś. Z tobą byłoby łatwiej.
To było do przewidzenia, tak myślę. Ogółem, kobity, przewidywalność to największa wada tego opowiadania, ale sama treść przebija każdy zgrzyt. I tak trzymać.
OdpowiedzUsuńMatulu, znajdźcie Aidanowi jakąś kobietę. Ale taką jakąś mocną, silną duchowo, nieugiętą i rozsądną. Taką Brunhildę, feministko-chłopczycę, przyda mu się XD Gdyby wkręcić w jego biografię przemoc domową, to biłyby go tylko kobiety.
Nie czekałam zbytnio na ten rozdział, jakkolwiek nie byłby on emocjonalny. Można powiedzieć, że we wczesnej fazie dzieciństwa dostałam empatycznej biegunki, dlatego teraz wszystko kompletnie po mnie spływa/cierpię na niedobór XD Może to dlatego, że zdrady i miłostki mogę oglądać w TVN, w tasiemcowych serialach matki, które lecą łącznie sześć godzin dziennie [minimum].
Także najbardziej ciekawym momentem był tekst z "kolejną szmatą", ale...
... nadal cierpię na niedobór akcji.
Baa, żywa walka (nie ćwiczenia), to podstawa każdego fantasy.
Skrytobójstwo u was było pełne, czegoś, co nazywa się w komiksach angstem: dużo zbliżeń na ręce, twarze i drobne zmiany emocjonalne, oraz pięciowymiarowe opisy o mimice, które naprawdę nic nie wnosiły do akcji, a miały za zadanie pokazanie, że bohater jest bardzo ładny (głównie)/cudowny (głównie)/sprytny (też)/niezdarny, etc., albo wszystkie te cechy razem. O czym każdy komiksiarz wiedział już z poprzednich numerów.
Oczywiście, Sher był zajebisty ^^
Perrian mi się za to podobał bardzo, pisałam już we wcześniejszych komentarzach: dużo zwrotów akcji, dość spontanicznych z resztą, postać, której nie lubi się aż tak, że wszystkich innych się kocha, nikt jeszcze się nie pokochał love forever. A wiadomo, nieistniejący faceci-single to najgorętszy towar XD
Brakuje tu solidnego głównego wątku, do którego można by się w każdej chwili odnieść, dzięki któremu emocje bohaterów byłyby znacznie bardziej tematyczne. To jest właśnie ten minus pisania pierwszych rozdziałów z forum :( Na forum główny wątek kreuje administracja, albo tworzy się sam. Mamy w nim tylko świat przedstawiony. Bohaterowie to w końcu tylko część opowiadania, jakkolwiek nie byliby żywi i przekonujący :(
Tutaj mamy tylko podróż i grupkę ludzi, którzy się kochają i przyjaźnią. Brzmi to z lekka hipisowsko XD
Powiedz mi, Natuś, co z nami będzie, gdy spotkamy się na zakręcie...
XDD
Zła wena. Naprawdę zła. Nie mogę dzisiaj krytykować spokojnie, bo nie męczy. Powiedziałam na informatyce SUCHAR MODE ON, że dobrze, że mam iść do piekła (nauczyciel powiedział, że pójdę, bo cieszyłam się, że nie mamy religii) bo mają gorące plaże SUCHAR MODE OFF.
Sirastril
Powiem tak - żebyś się kiedyś nie zadławiła tą porażającą przewidywalnością Granic :3
UsuńNie wiem czemu, ale nabrałam cholernej ochoty, żeby się postawić i zrobić wszystko na opak. Bo hej, wcale chłopak nie potrzebuje babo-chłopa w łóżku, żeby się ogarnąć, to kwestia braku pewności siebie, na którą również cierpię. A to, co z nim zrobię, to moja sprawa, którą mam zaplanowaną, i żadne hejtowanie tego nie zmieni ^^
Co ja ci mogę powiedzieć - my za to nie zamierzamy pisać bez emocji, no i co. No i nic. Może to wina tego, że odnosimy się emocjonalnie do postaci, nie wiem.
Cóż mogę rzec (znowu)? Mamy napisane 400 stron, mniej więcej, do przodu, toteż jedyne, co jestem w stanie zrobić, to wzruszyć ramionami i powiedzieć, że albo zachowujesz wiarę, albo zabierasz zabawki i do innej piaskownicy. Nie jestem rozdrażniona, jestem zrezygnowana - bezradnością. Bo się nie podoba, ale wywalanie 400 stron to ponad nasze siły, naprawdę.
A Perrian mnie irytował tanim tworzeniem dramy przez właściciela Arathaina oraz Dantcilla. Owszem, niektóre pomysły wychodziły nawet na dobre, ale sposób, w jaki były nam serwowane... może moje najeżenie wynika z faktu, że obcy koleś wpierniczył mi się do losów mojej postaci bez konsultacji, postanawiając bez mojej wiedzy decydować o jej życiu albo śmierci? Taaak, to możliwe ^^
Co nie zmienia faktu, że mam dziwne wrażenie, iż to po prostu niefortunne ułożenie wątków. Trafiło się zadanie, które można było rozwiązać nieco grzeczniej lub jak zaproponował Sher - wyrżnąć wszystkich obecnych w pień. No, nie przesadzajmy jednak w drugą stronę, prawda.
Anyway, chodziło mi o to, że gdzieśtam z przodu będzie już inaczej. Pewnie nadal beznadziejnie, ale ja to i tak kocham, o :3
Brakuje głównego wątku właśnie przez start z forum. Ale wydaje mi się, że stopniowo - bardzo stopniowo, biorąc pod uwagę ilość tekstu - zarysowujemy sens roboty tego oto państwa, a z biegiem czasu czekają nas trzy duże przedsięwzięcia. Przeplatane drobnymi. Jednak to już takie trochę zostanie rzucone gdzieś, drugi oraz trzeci tom się tego wystrzegają (tom, zaznaczam, nie części).
Co do świata przedstawionego - opracowuję go właśnie mega szczegółowo, w sensie cały Lostar, a od tego łatwo będzie odbić w wyraźne rysowanie tego w historii. Już kiedyś mówiłam, zaczęłyśmy bez konkretnego miejsca, ono zaczęło się tworzyć w trakcie pisania.
Ale do wydawnictwa nie biegniemy, mamy prawo się mylić, nic co ludzkie nie jest nam obce ^^
Nie widzę za dużo złego w historii pisanej dla odprężenia, no. Nawet hipisowskiej ^^
No i jednakowoż nie znoszę, jak ktoś stwierdza "fantasy ma być takie, takie i takie, a jak jest inne, to już nie jest to fantasy". Spróbuj zacząć mówić, jakie rasy i zwierzęta mają tu być, to zacznę gryźć xD
Może czekanie jest męczące. Ale mówię, nie musisz czekać. To jedyne, co mi zostaje powiedzieć, no xD
A że Vivienne była przewidywalnym schematem... cóż, chciałam wykorzystać pewien wątek od pewnej postaci, która do połowy była protoplastą Caleba. No i mam słabość do krzywdzenia tego faceta, a to pierwsze, co przyszło mi na myśl. Jej śmierć wydawała mi się jeszcze bardziej oklepana, zresztą to codzienność, że ludzie się zdradzają, bądźmy szczerzy.
Coś jeszcze chyba miałam powiedzieć. Ale już nie pamiętam.
Generalnie to możesz zastosować kopiuj-wklej przez następne 20 rozdziałów, bo pewnie nigdy nie zostaniesz przez nas zadowolona tekstem so xD
One long-ass comment, kurwa Oo
UsuńJa mam za to jakiś duży butthurt XD
UsuńJedna chwila, zaraz porządnie odpiszę.
Akurat ból dupy to wypływał z mojej odpowiedzi xDD Ale to przez to, że poczułam się w obowiązku bronienia mojego chłopca, jestem pod tym względem jak lwica xD
UsuńOświadczam wszem i wobec, że mogę być z siebie dumna - jestem na bieżąco z Szarą, Legendą i od tego momentu również z Granicą. Możecie mi składać gratulacje, ha! Nie no, żartuję. Teraz mogę się już nie martwić tym, że nie nadrobię zaległości, nie wiem, kiedy to przeczytam, etc.
OdpowiedzUsuńNo tak... moje osobiste zdanie, co do Granic Natalia zna. Kasia pewnie też, bo Natalka pewnie jej przekazała, prawda?
W każdym razie po przeczytaniu komentarzy postanowiłam się wypowiedzieć w... obronie Granic. Nie, to nie jest z powodu Natalii czy Kasi (choć w sumie tej pierwszej bardziej z wiadomych względów. Sorry Kaś xD ). Chodzi mi zwyczajnie o to, że... Hm, inaczej. Dziewczyny skupiają się na emocjach, opisach mimiki, przemyśleń i zachowań. Mi się strasznie to podoba, bo im więcej szczegółów, tym bardziej potrafię zrozumieć bohaterów, ich decyzje i powody, dla których postępują w taki, a nie inny sposób. Każdy autor ma własne widzimisię przy tworzeniu swoich opowieści i choć Tolkien zawierał we Władcy sporo potyczek, to w cho...lerę wiele miejsc zajmują tam opisy lokacji, osób i są niezwykle szczegółowe. Być może nie przeszkadza mi fakt, którym jest brak wartkiej akcji i ciągłych pojedynków, bo kiedyś pisząc z dziewczynami każda z nas skupiała się na swojej postaci i jak najlepszym przekazaniu, jaka ona jest. Oczywiście równocześnie dbałyśmy, by miała miejsce odpowiednia akcja, łączone było wszystko w całość. No i osobiście nie wyobrażam sobie, aby znaczna część rozdziałów dotyczyła krwawych pojedynków, bitw czy wojen. Podoba mi się, że są przedstawiane zwykłe losy bohaterów i ich, z pozoru, niewiele znaczące sytuacje. Odpoczynek przy ognisku, przemyślenia, kawałek podróży, podczas której Ai i Sher na siebie warczą; Aidan próbuje ogarnąć sytuację, Lea stara się zniknąć, etc.
No, ale wiadomo - każdy oczekuje czegoś innego. Ja... czyta mi się lekko, bardzo dobrze i co najważniejsze - Granice mnie nie nudzą. Wręcz przeciwnie - chcę więcej :)
Jest grupka przyjaciół tutaj, ale są wzloty, upadki. Mimo, że wszyscy się lubią (na swój sposób), to nie jest kolorowo i nie jest to przesłodzona relacja, która doprowadza do, przysłowiowego, rzygania tęczą. Jak dla mnie, to są to zdrowe (względnie zdrowe, albo w granicach rozsądku) zachowania.
Osobiście nie przepadam za Aidanem, ale wciąż staram się go zrozumieć :P - to tak mimochodem xD
Szalejesz, kobieto! Znając mnie, pewnie jeszcze nastąpią czasy, kiedy nie będziesz mogła nadążyć z czytaniem, hihi xD
UsuńOczywiście, że przekazałam, wszystko jej przekazuję. MOJA SOWA DOCIERA DO LUDU xD
Ooooj, to miłe <3 Znaczy, że chcesz bronić. Nawet jeśli nie o mnie ani o Kasię chodzi, ale Granice to nasze dziecko kochane, toteż jeju <3
Nie no, to nie tak, że walk nie będzie. Będą! I wojny będą, i ratowanie świata albo dwóch, albo wszystkich, ale... ile można być jednym wielkim bohaterem? xD
Więc to takie dziwne jest. Ni to heroic fantasy, ni to nic, generalnie. Ale obie się w tym dobrze czujemy, a cieszy nas, że postaci naprawdę żyją, toteż pewnie nawet aktualny wątek, który piszemy, nadal nie będzie satysfakcjonujący pod względem wypruwanych flaków xD Wypruwane flaki na Szarej, kryptoreklama xDD
No i to najważniejsze - że się nie nudzisz, co cieszy też nas <3 Bo my się nie nudzimy zdecydowanie, jak piszemy oraz knujemy. Jeszcze im życie zniszczymy :3
Będziemy mieć słodką relację <3 Tak słodką, że aż się rozpływam nad tymi postaciami, wypadli cudownie. ALE NIC NIE POWIEM xDD
... BIEDNY AIDAN. Moja kochana ciota xD Jeszcze zobaczycie, jeszcze popamiętacie, jeszcze nie będziecie mogły go, kurna, poznac xD
1. Odniosę się tylko do kliku akapitów, co by tu dużo mówić:
OdpowiedzUsuń- Yah, jestem hejterę i tym głównie się zajmuję w sieci. Hejtowaniem postaci, które i tak lubię. *mindfuck*
- Ja też odnoszę się emocjonalnie do postaci, nie tylko do tych, które są moje. Po prostu nie każdą z nich kierują wyłącznie emocje. Wszyscy oprócz nich mają też aspiracje i własną filozofię/mały kolorowy świat, pragnienia, które zmuszają ich do podejmowania danych decyzji oraz przeczucia, które utwierdzają ich w przekonaniu, że muszą wybrać to, a nie to. Sztuka polega na tym, żeby to nie było fabułą.
- Bum-bum-tss. No dobra. To nie samo fantasy, tylko paranormal romance. Jest takie, jakie powinno być, w każdym calu.
Nie próbuję wam ustalać wątków O.o Nie mam pojęcia jak to odebrałaś, ale nigdy nie sugerowałam żadnych konkretnych rozstrzygnięć fabuły (chyba, że w żartach) ani elementów świata przedstawionego. Piszcie jak chcecie, ale ja jestem zawsze subiektywna. Inna nie będę.
- Wy piszecie dla relaksu, ja czytam dla odprężenia. Z tym, że przeszkadza mi w/w butthurt.
- 400 stron <3 Będzie co czytać (barzul - hejtować! :D)
- Co do kopiuj-wklej, uznałam, że nie będę komentować. Wytykanie wciąż tych samych elementów, które mi się nie podobają oczywiście jest bez sensu. Z tym, że ja i wytykanie to transakcja wiązana, bo opinia bez solidnego krytykohejtu jest dla mnie po prostu opinią pustą i ja również nie spodziewam się niczego innego ze strony moich czytelników przy pokazywaniu opowiadań ^^
Po prostu się zamknę, piszta jak chceta, autor wie więcej o swoim opowiadaniu niż ktokolwiek inny.
Amen.
... NO JA WIEDZIAŁAM xDDD Syndrom mamusi włączył mi bronienie Aidana jak lwica, to się nastroszyłam i no. Właśnie. Cholera, jak zawsze źle odebrana, lol xDDD
Usuń1. Jeju, nie chodziło mi totalnie o ciebie, tylko o różne uwagi różnych ludzi, cała irytacja na biednego Aidana, jakby już nie miał ciężko xD No i mówię, włączył mi się syndrom lwicy broniącej dziecka. Przepraszam ^^
2. Jak powiedziałam gdzieś po drodze, nie mamy tu stricte głównego wątku. Niestety. Coś się potem tworzy, ale, niestety, z przyczyn początku, główną osią zostali bohaterowie. Do nich dolepiłyśmy wszystko.
Jak wytrzymasz z nami, to kiedyś zobaczysz, że drugi oraz trzeci tom są zupełnie inaczej skonstruowane. A ci tu to są króliki doświadczalne z lekka xD
3. Jak w paranormal romance ratują świat, to może być dla ciebie i paranormal romance, nie mam nic przeciwko. Póki jesteśmy trochę lepsze od Zmierzchu, przełknę xD
Nie chcę cię zmieniać. Chodziło mi o to stwierdzenie sprowadzające się do tego, że "mało walk, czyli to nie fantasy". Może ty źle się wyraziłaś, może ja w którymś momencie. Ale no, to mnie trochę zdenerwowało.
Może przez to, że jesteśmy już dalej z tym pisaniem. I widzę większą ilość tekstu, i czasami zapominam, że wy widzicie mniej.
4. On się pojawił przez wzmiankę o Aidanie. Następnym razem - takie rzeczy na sam dół komentarza, to się ogarnę, zanim się przebudzi lwica xDD Żartuję, nie powinnam była się stroszyć, ale każdy ma gorszy dzień, przepraszam.
5. Aleś się uczepiła. Czemu ja zawsze coś palnę. Ech, żyj z tym, dziewczyno, nie jesteś rozumiana przez społeczeństwo. WELTSCHMERZ zacznę uskuteczniać xDD
6. Nie no, wytykaj, cholera, nie mam nic przeciwko. Tylko no, bo o tych schematach słucham, i słucham, i słucham... to się trochę zirytowałam, tyle.
Też może to kwestia braku konkretnych przykładów. Przewertowałam w pamięci opisy z balu i na przykład nie wynalazłam aż takiej gloryfikacji moich postaci, podczas gdy Kasia się zgodziła, że ma podobną manierę z forum. Ja nie wiem. Irytuje mnie, że nie mogę się poprawić, bo nie wiem dokładnie, gdzie błąd popełniłam, no.
Nie zamykaj się, nie lubisz ze mną dyskutować? :<< Będę musiała sama siebie hejtować, nie bawię się xD
W dużym skrócie: ja też byłam zirytowana - przez TVN w tle, poza tym jestem fanką pościgów i wybuchów, oraz hejterę...
Usuń... chociaż przyznaję się zwykle do tego, że jestem z usposobienia i przez hobby trollem. Uznajmy, że to gnoming. Gnoming jest szjuper.
Zapamiętam to na wieki ^^ *wytyka język*
W paranormal romance naprawdę ratują świat ^^ Nie w większości, ale jednak, patrz P.C Cast. Wiem, bo typowe anormalne romansidła czytam często dla śmiechu (tu się przyznaję do hejtowania i trollowania, mam w planach parodię scen erotycznych z romansideł i nigdy w życiu nie zabrałabym się za ten gatunek na serio, bo, szczerze powiedziawszy, mam inny system wartości niż większość kobiet
-opcjonalnie: uważam je za najmniej wartościową rzecz na jaką można się natknąć w bibliotece publicznej [nie kobiety, romansidła]-).
Z chęcią zacznę znowu komentować przy drugim tomie. Naprawdę, (w odniesieniu do całości, nie sprawy z Aidanem) nie lubię wychodzić na hejtera, kiedy nie próbuję nim być.
Co do szczegółów i lepszego zrozumienia postaci wspomnianych przez Nesayah: to po prostu nie jest jeden z tych gatunków, na które liczyłam czytając od początku.
I jestem aspołeczna, więc... well XD
Jsu, znowu moja wypowiedź ma jakiś negatywny wydźwięk ._. Tracę umiejętność wysławiania się. W jeszcze większym skrócie: i tak was kocham, baby i będę czytać dalej, pomimo tego, że niektóre elementy po prostu mnie wkurzają. Wszystko to jest nieważne, bo do postaci nie da się nie się przywiązać (a szczególnie do rudego). Problem jest taki, że wymagam od opowiadań bardziej dobrej historii niż dobrych bohaterów. Kiedyśtam na pewno znowu skomentuję, ale na razie dalszą opinię zachowam dla siebie.
Usuń*nie da się nie przywiązać ._.
Usuń* a historii: w sensie wątek główny.
UsuńI wasze opowiadanie jest jednym w kategorii fantastyczno-paranormalny-przyjaźnio-romans, z którego nigdy się nie wyśmiewałam i nie zamierzam. Szczerze.
Jestem wrednym babsztylem, ale nie hipokrytką.
Ale zupełnie nie rozumiem tego focha xD Dlaczego chcesz zamilknąć, bo co, bo podjęłam dyskusję i z lekka się zirytowałam, bo miałam gorszy dzień?
UsuńPowtarzam, hejting odnosiłam nie stricte do ciebie, ale no, najwyraźniej nie jestem czytana ze zrozumieniem, przywykłam xD
... Well, shit, jeśli Granice to dla ciebie paranormal romance, a gardzisz tym gatunkiem... JESTEŚMY W DUPIE xD A tak na serio - naprawdę to, do jakiego gatunku to przydzielisz, nie robi mi większej różnicy. Szkoda, że przestój w akcji - który się przedłużył przez objętość tekstu oraz nieogarnięcie odpowiednie wątków - tak skopało Granice na jakiś dół drabiny feudalnej, ale no. Nic nie poradzę. Może Bryluen się spodoba, jeśli Bryluen się nie spodoba, to może parę scen w opiekunie, ale znowu pewnie dostaniemy po głowie za odnoszenie się do emocji xD
Jeśli chcesz czekać do drugiego tomu... to pogadamy znowu po trzydziestce, bez kitu xD Tak tylko ostrzegam.
Wybacz, że zawiodłyśmy. Jestem fanką fantasy i uważam, że Granice jeszcze na to miano zasługują. Ale nie lubię powtarzać w kółko, że trudnością było odbicie się od NICZEGO (bo tyle miałyśmy po ucieczce z forum), nie wspierając się na postaciach. Tak jakby stworzyłyśmy świat do nich, nie postaci do świata. Wydaje mi się, że od tego odbiegamy, co nie zmienia faktu, że trzeba nieco poczekać. My też się rozwijamy. Ale nic nie zrobię z twoją opinią ^^
To wszystko, wbrew pozorom, do czegoś prowadzi. Jak to coś zostanie dokonane, znowu pojawia się lżejsze zawieszenie, po czym kolejny duży wątek - ostatnie zawieszenie oraz ostatni duży wątek. Tak to skonstruowałyśmy, wszystko jest zaplanowane, więc...
Cóż. To po prostu pozostanie historyjka na niskim poziomie, wybacz ^^
I ani razu nie uznałam, że się z Granic wyśmiewasz, what the hell Oo xD
Hej, ale ja naprawdę cenię to, że macie już dorobek/nadrobek 400 stron i wiem, że zmienianie wszystkiego byłoby do dupy. Zrzędzę za każdym razem mniej-więcej tak samo, raz bardziej marudnie, raz mniej, bo po prostu nic innego zrobić nie mogę, ot co. Nie mogę na was wywierać presji ani reżyserować waszego bloga: po pierwsze nie chcę tego robić, po drugie jestem słabym dyrygentem.
UsuńChociaż na pewno nie interesuje was to, co lubię a czego nie, bo piszecie dla przyjemności (a właściwie napisałyście już ponad czterysta stron, i następne czterysta też będzie dla relaksu, tak myślę), to nie jestem w stanie w żaden inny sposób wydać opinii, która nie byłaby samym skrótem wydarzeń w notce. A tych naprawdę nie chcę pisać. Bo są jak romansidła.
Hej, za paranormal romance stoi u mnie jeszcze kolejno: sci-fi romance, urban romance, romans wiejski, criminal romance, romans sensacyjny, romans erotyczny, romans historyczny, a na samym końcu długiej wyliczanki stoi romans obyczajowy. Romans obyczajowy... YGH.
Czyli: jeżeli nie będziecie pisały o seksie centaurów ani o anielskim pyle ułatwiającym zbliżenie, to jest epicko XD
To nie jest historyjka na niskim poziomie. Wasz styl jest dobry, bohaterowie fantastycznie skonstruowani. Narzekam tylko na niektóre elementy, nie na wszystko, więc u mnie (podkreślam we wszystkim, że u mnie, bo wyjdzie coś w stylu w/w bitew w fantastyce, jakbym ustalała sama definicje [chyba na nonsensopedii XD A tam i tak nie mogę, jestem zbyt małym gnomem pośród trolli]) nigdy nie prezentowałyście żadnego niskiego poziomu. Przeciwnie, jestem tutaj już dłuuugo. Gdybym uważała to za nędzną historyję, nie czytałabym jej.
Granice są jedynym blogiem, który komentuję mniej-więcej na bieżąco. Czytam książkę, albo Granice, na zmianę. Nawet nic nie piszę w przerwach. Czytać będę nadal, wstrzymam się jedynie od komentarzy. Qniec.
No, to ostatnie co szem chaua poedzieć.
Stara, my chyba mijamy się z sensem dyskusji Oo Przecież rozmawia się nie po to, żeby się obrazić czy cokolwiek (zwyczajnie nie umiem znaleźć innego określenia na ten w tył zwrot), tylko żeby wymienić poglądy, opinie, ewentualnie trochę się posprzeczać.
UsuńCzemu zatem stwierdzasz, że się zamykasz i w ogóle nie chcę was znać? Oo" Przeprosiłam za swoje zirytowanie, wyjaśniłam je również - brakuje mi konkretów. Jeśli gloryfikuję bohaterów, pokaż mi kilka przykładów, żebym mogła to poprawiać. A tak, dostałam krytykę, ale jeśli do tej pory błędu samodzielnie nie widziałam to, cholera, małe szanse, że nagle przejrzę na oczy i będzie OHGODOTOJEJCHODZIŁO.
Nie chodzi mi także o streszczanie tego, co było w rozdziale Oo" Myślałam, że zwykle chodzi o opowiadanie o swoich odczuciach, ale przecież i ja z Kasią wiemy, co napisałyśmy, i ty wiesz, co przeczytałaś, więc się dogadamy bez pisania streszczenia, prawda? Odczucia mogą być pozytywne oraz negatywne, ale zawsze lepiej, kiedy w obie strony jest to podparte konkretem.
I to nie jest tak, że obraziłyśmy się na opinię, Dżizys Krajst. Za każdym razem każdą krytykę bierzemy sobie do serca, ale tych efektów możesz błyskawicznie nie widzieć, no bo właśnie, trzeba na nie dość długo czekać.
A znowuż jeśli się zobaczy pozytywną zmianę, to zawsze podnosi na duchu. A jak się powie o pozytywnej zmianie, to podnosi nas na duchu.
Ale konkret to naprawdę przyjaciel krytyka, wiesz? ^^
Nie zmuszę cię, żebyś dalej się odzywała. Ale nie ukrywam, jest mi przykro, że z powodu JEDNEJ ROZMOWY postanawiasz się zamknąć, opuścić teren i generalnie przestać, nie wiem, jakoś się kontaktować.
Nie wiem po prostu, co ja, cholera, zrobiłam tak uwłaczającego twej dumie.
Ale dlaczego niby nie chcę was znać? Nie będę komentowała przez jakiś czas, żeby na spokojnie prześledzić dalszy ciąg, a kiedy uznam, że mam coś nowego do powiedzenia, to się wtrynię, ot co X_x
UsuńAgain, źle się zrozumiałyśmy. Nie mam czasu wracać do poprzednich rozdziałów, żeby konkretnie wypisać rzeczy, które powtarzacie, popierając je przykładem. Dlatego poobserwuję przez jakiś czas, a potem wrzucę kolejnego maksymalnej długości komentarza, ze świeżynkami. Pamiętam, wstawiłam raz komentarz z tą forumową formą waszych dialogów, to był jeden ze schematów, o których mówię/piszę i to ten główny. Potem jeszcze spróbuję wam pokazać coś jeszcze, ale poczekam na nowy materiał. Skoro macie 400 stron w przód, to jestem pewna, że znajdę tam mniej-więcej te same schematy.
UsuńNatuś, moja duma nie została naruszona. Po prostu cierpię na dołek :(
Wiesz, nagły odwrót, stwierdzenie, że może przy drugim tomie się odezwiesz (czterdzieści lat minęęęłooo...), jakieś takie nagłe niezrozumiałe dla mnie wycofanie...
UsuńA ja lubię czasami trochę wyolbrzymić albo rzucić metaforą. To było akurat zdanie na pograniczu dwóch ^^
Wait a second.
UsuńPrzed chwilą było, że gloryfikujemy bohaterów - i ja się zgadzam, to jest be i tak dalej - no i teraz zrozumiałam, że nie masz siły szukać przykładów w starym i tak dalej.
Ale jakim cudem wracamy do konstrukcji forumowej, skoro tej tu już praktycznie nie ma? O_o Skoro od... momentu zniknięcia Arathaina w tej jaskini piszemy poza forum?
Teraz to zdębiałam, jak niby ciągle powtarzamy ten schemat narracji?
Co więcej, to już się nie tyczy budowy akcji, ale strony technicznej.
AJM FAKING KONFJUZD.
Dołek to ja zaraz będę mieć xDD Albo nerwicy dostanę. Albo zrzucę tego kota z biurka, bo włazi dupskiem na klawiaturę xD
Yah, bo skoro w drugim tomie przybędzie co nie co wątku głównego, to będzie najlepszy moment, przynajmniej tak zakładam XD
OdpowiedzUsuńTrzydzieści lat, czy nie, podam wam przykłady za jakiś czas, a potem będę czekać.
A o konstrukcji forumowej opowiem once again na przykładzie mojej ulubionej anomalii z Leanelle jakieś dwa-trzy rozdziały temu, ale prawdopodobnie nie dzisiaj XD
...
Usuńhttp://24.media.tumblr.com/19ea63d6c1cf73ca4545718920d4da16/tumblr_mhdl0h082W1qlcac5o1_500.gif
To jedyny komentarz, jaki mam Oo
Nie ogarniam kuwety, nie rozumiem już, o czym właściwie rozmawiamy, wychodzę ._.