Wszystko
wydawało się śmiesznie proste.
Szedł ulicami
niczym po sznurku, doskonale wiedząc, gdzie znajduje się jego cel. Żadnych
problemów, zagadek, niepewności, nawet maskowania. Tak jakby obaj na siebie
czekali, zgubnie pewni własnej przewagi.
Sheridan sam
już nie wiedział, czy jego pewność jest prawdziwa, czy udawana. Kiedyś zawsze
udawał, bo nie posiadał potęgi, i takim pamiętał go Gair. Ciekawe, jak wiele
się od tego czasu zmieniło? Jak zmienił się opiekun? Podejrzewał, że kiedy
stanie przed jego obliczem, poczuje się na powrót jak mały chłopiec
przygnieciony wielkością mistrza.
Wyglądało na
to, że Gair nie chciał żadnych świadków. Czyżby potraktował to bardziej jak
osobiste porachunki niż wykonanie rzekomego zlecenia? Nigdy nie przejmował się
dyskrecją, tymczasem Sheridan zdążył ustalić, że droga, którą właśnie obrał,
prowadziła do nadrzecznych doków. Jeśli dobrze zrozumiał, drugi łowca czekał na
niego w jednym z magazynów, czyli w miejscu dość odosobnionym, zwłaszcza tak
późnym wieczorem.
Trudno powiedzieć,
co też Sheridan poczuł przy okazji odkrycia. Nie bał się, o strachu zapomniał
już dawno temu. Niepokój? Nie do końca. Szacunek? Nie wiedział, kogo zastanie
na miejscu dawnego opiekuna.
Ot, po prostu
został przed nim odkryty pewien fakt, który przyjął do wiadomości. Niczego to w
końcu nie zmieniało; nigdy się nie obawiał o postronnych obserwatorów polowań
mogących ucierpieć, gdyby coś poszło nie tak. Właściwie w takim wypadku miał
więcej zabawy. Teraz natomiast skupił się tylko na jednym, na tym najistotniejszym.
Nadbrzeże było
puste. Nieduże łodzie oraz barki kołysały się na leniwych prądach rzeki, od
strony wody ciągnął gryzący w nozdrza odór nieczystości. Ciemność była już na
tyle gęsta, że wyłaniały się z niej ledwie pojedyncze kontury znajdujących się
dokoła urządzeń, łajb oraz rosnących roślin. Szuwary w samym doku nie wyglądały
na zanadto gęste, jednak spłoszony trzepot skrzydeł oraz głośniejszy chlupot
wody zdradziły, że mimo to nadbrzeżna roślinność została zamieszkana.
Sheridan
skierował się na ubitą, ale wyboistą drogę prowadzącą wzdłuż ponurych,
rozpadających się budynków magazynów. Stały tu takie trzy, z czego jeden, na
samym końcu żałosnej uliczki, był pozbawiony dachu. W drugim ktoś wyrwał drzwi
z zawiasów, pierwszy w ogóle nie posiadał szyb w oknach.
Łowca
zatrzymał się na moment, poświęcając chwilę na zaznajomienie się z okolicą.
Prawdopodobnie przeniesiono magazyny do wzniesionych w pobliżu brzegu kamienic,
te natomiast musiały zostać opuszczone rok bądź kilka lat temu. To zmniejszało
potencjalną ilość świadków do co najwyżej dwóch zapitych bezdomnych.
Podjął marsz,
szybko docierając do środkowego magazynu. Był pewien, że właśnie tam znajduje
się Gair, zresztą wyważanie drzwi można uznać za jego element
charakterystyczny. Zawsze manifestował siłę oraz przewagę w sposób nie do końca
subtelny, zwłaszcza kiedy przeciwnik mógł stanowić jakiekolwiek wyzwanie.
Sheridan nie wiedział, czy powinien przyjąć to jako komplement, dlatego
założył, że drzwi wyważył któryś bezdomny i nikt zwyczajnie nie pofatygował
się, by je naprawić.
Przekroczył
zdewastowane deski i znalazł się w jeszcze mniej przyjemnym półmroku magazynu.
Wszedł do środka bez wahania, opuszczając wykrywalność magii do minimalnego
poziomu; to samo musiał zrobić Gair, bo zaczęło się wydawać, że niemalże rozmył
się w powietrzu. Tak naprawdę wysokie poziomy zwyczajnie przeszkadzały w
rozmowie i dekoncentrowały, a Sheridanowi wydawało się, że Gair zechce zamienić
z nim kilka słów.
Im dłużej
kluczył wśród starych skrzyń oraz beczek, tym bardziej utwierdzał się w
przekonaniu, że w ogóle się nie boi. Ani opiekuna, ani zbliżającej się
konfrontacji, niczego. Ot, przyszedł nie w swoim interesie, zatem nie widział
powodu do niepokoju. Przyszedł tu nie dla siebie, ale dla wszystkich, których w
to wciągnął.
Teraz uznał,
że są już bezpieczni, zatem nie widział sensu w dalszym martwieniu się, które
stało się wystarczającą ujmą dla dumy. Ogarnął go znudzony spokój, tak bardzo
po staremu, że nie potrafił się nie rozluźnić i nie poczuć znów pewnie.
– Sheridan.
Zatrzymał się,
z pewnością zbyt mało gwałtownie jak na początkowe wyobrażenia Gaira. Tak dawno
niesłyszany głos – głos, którego, jak myślał, już nigdy nie usłyszy – obudził w
nim odległe, nie do końca przyjemne wspomnienia.
Zdołał je bez
problemu zdusić, leniwie przesuwając wzrok na stojącego na drewnianej
platformie powyżej niego mężczyznę.
Niemalże nic
się nie zmieniło. Trochę się postarzał, owszem – wyglądał teraz jak mężczyzna w
średnim wieku, może nawet nieco starszy. W końcu minął wiek, a nawet ponad sto
lat, od kiedy ostatnim razem się widzieli.
Mimo to Gair
nadal prezentował się oszałamiająco, zgodnie z panującą aktualnie modą, by nie
sposób było od niego oderwać wzroku. Tym razem poczęstował byłego ucznia
szelmowskim uśmiechem, który działał na niemalże wszystkie ofiary w sposób
piorunujący.
Sheridan
dostrzegł w tym oświetleniu ciemny kolor włosów łowcy – wydawały się być czarne
i tak właśnie wyglądały także za dnia, podobnie jak niezwykłe oczy mężczyzny.
Zapamiętał go jednak z nieco dłuższymi kosmykami, teraz jego fryzura
przypominała kontrolowany, artystyczny oraz bardzo gęsty nieład. Najwyraźniej
to w tych czasach najlepiej działało na ofiary.
– Słyszałem,
że przedstawiasz się w specjalny sposób, uczniu
– pociągnął rozmowę, której Sheridan nie podjął mimo wyraźnego zaproszenia;
ostatnie słowo wyraźnie zaakcentował, co wzbudziło czujność młodszego łowcy. –
Jak to szło?
– Kedalt,
jeśli pytasz o moje nazwisko – odparł usłużnie z całkowitym spokojem, prawdę
mówiąc największym, na jaki było go w tej chwili stać.
– Dokładnie.
Ładne sobie wymyśliłeś, pasuje – pochwalił z niemalże namacalną kpiną,
opierając się o balustradę platformy i pochylając się nad przyszłą ofiarą.
Sheridan nie
zareagował na żadną zaczepkę, bo też nie do końca wiedział, w co Gair chciał
uderzyć. W brak kreatywności? W żałosność tego pomysłu? W podświadomą tęsknotę
za rodziną? To wszystko przecież go nigdy nie obchodziło, sam Gair nauczył go,
że jakiekolwiek wartości są w istocie bezwartościowe. Zatem o co chodziło?
Właściwie nie
wiedział, co dokładnie czuje, patrząc na opiekuna. Nie było to jak cofnięcie
się w czasie. Nie było również obce. Trochę miał wrażenie, jakby… patrzył na
lustrzane odbicie. Jakby widział siebie przez wszystkie te lata, podczas
których się nie spotkali.
I dopiero ta
myśl go przeraziła – uświadomił sobie, że choć całe życie próbował stać się
Gairem, to w momencie, kiedy to osiągnął, coś się zmieniło. W tym czymś nie
mógł i nie umiał być Gairem.
Dotarł do
marzenia i odkrył, że okazało się jego koszmarem.
– Stałeś się
wyjątkowo małomówny, Sher – zagadnął niedbale Gair, widząc, że jego rozmówca
nie ma ochoty ciągnąć tematu.
– Nigdy nie
lubiłem pierdolenia – przypomniał nadal spokojnie młody łowca, przyglądając się
mężczyźnie uważnie.
– Racja. To
ten najnowszy dzieciak strasznie dużo gadał. I nie wsypywał się podczas
obserwowania polowań – wytknął spokojnie, unosząc kącik ust w specyficznym,
bardzo jego, bo bardzo niepokojącym, uśmiechu.
– Ale i tak go
zarżnąłem – zauważył równie opanowany Sheridan, jednak mimika jego twarzy
pozostała mocno ograniczona, jakby nie chciał zdradzić się z jakimikolwiek
uczuciami.
– Faktycznie,
wypadło mi – westchnął Gair, przekładając nogi przez balustradę i siadając na
niej z miną łobuzerskiego dzieciaka; najpewniej takim kimś się stał na aktualne
polowanie, dlatego nie zamierzał wychodzić z roli dla bzdurnych porachunków.
Brak reakcji
ze strony Sheridana sprawił, że znów zapadła cisza. Obaj przyglądali się sobie
ze spokojem, Gair nawet z lekką kpiną, czekając.
Młody łowca
nie zamierzał się wychylać ani udawać przesadnie pewnego siebie czy odważnego,
kiedy wiedział, że konfrontacja z przeciwnikiem może kosztować go życie.
Brawura znudziła się mu od czasu Perrianu. W Perrianie wykorzystał cały jej
zapas.
– O,
przypominam sobie. Miał się jakoś zabawić i wszedłeś mu w drogę. Czyżby zabrał
się za twoją aktualną ofiarę? – zainteresował się uprzejmie Gair, przymrużając
oczy, i Sheridan doskonale widział, jak maska aktorska powoli się od niego
odkleja. – Raczej nie. Zaraz po rozsmarowaniu drugiego łowcy na ścianie
zabrałeś sukę i względnie ukryłeś, czy raczej zostawiłeś poza moim zasięgiem.
Chyba wyrosłeś z przedłużania polowań, prawda, Sher? – mruknął, pochylając się
jeszcze mocniej, przez co ciężar ciała oparł na rękach.
Młody łowca
znowu długo milczał, tym razem jednak skupił się na powolnym, głębokim
oddychaniu. Słowa Gaira obudziły w nim dziwną, zdecydowanie niechcianą
irytację, dlatego musiał ją opanować, zanim się odezwie.
– Owszem –
przytaknął krótko, nie chcąc się odnosić do niczego konkretnego w wypowiedzi
opiekuna, skupiając się tylko na ostatnim pytaniu.
– Słyszałem,
że pracujesz z grupą uroczych, zgranych przyjaciół. Że masz dziewczynę. Jak
słodko – ciągnął Gair, najpewniej udając, że nie usłyszał odpowiedzi Sheridana,
bo może nie pasowała do koncepcji rozmowy.
– Nie
nazwałbym tego w ten sposób – sprzeciwił się bez specjalnego zaangażowania,
doskonale wiedząc, że znów zostanie w większej mierze zignorowany.
– Zastanawia
mnie, po jaką ciężką cholerę zgarnąłem cię z tej pierdolonej ulicy – westchnął
Gair, odchylając na moment głowę. – Nauczyłem cię wszystkiego, a ty to
zaprzepaściłeś dla czegoś, co z ciebie wykorzeniłem – warknął z nagłą irytacją,
odpychając się od platformy i zeskakując.
Zbliżył się do
nieruchomego Sheridana w kilku krokach i stanął z nim twarzą w twarz,
niebezpiecznie blisko. Młody łowca z pewną satysfakcją zorientował się, że Gair
jest od niego niższy. I to na tyle znacząco, że musiał nie tylko spojrzenie
unosić, by widzieć jego oczy, ale także nieznacznie głowę.
Sheridan
odebrał to jako drobny triumf.
– Zasady, na
jakich z nimi pracuję, są ci raczej bliżej nieznane – stwierdził bez cienia
strachu bądź skruchy, bardzo powoli uświadamiając sobie, że jest już na tyle
silny oraz, przy okazji, dorosły, by nie musieć słuchać Gaira bezwarunkowo.
– Pracujesz –
powtórzył z kpiną łowca, pytanie zamieniając w stwierdzenie. – Pieprzysz się na
okrągło z jedną szmatą, bronisz jej i dostajesz pieniądze. To podpada pod
kurestwo z ulicy, nie robotę – warknął, mrużąc oczy, które błysnęły
ostrzegawczo.
Za jego
plecami pojawiły się spore błoniaste skrzydła w niezwykle ciemnym odcieniu,
zupełnie jakby i one były czarne. Sheridan nawet nie drgnął, mimo że Gair przez
to stał się znacznie większy oraz groźniejszy. Nadal fizycznie w tej sytuacji
nad nim górował.
– Nie
rozumiem, czemu tak cię interesuje moje życie – stwierdził napiętym głosem,
czujnie obserwując opiekuna, czekając na sygnał, który zdradzi, że mężczyzna
rusza do ataku.
– Bo ja cię
stworzyłem! – ryknął, dokoła przetoczyła się słaba, ale sugestywna fala mocy. –
Dałem ci wszystko, dałem ci życie, nauczyłem cię, jak być łowcą! A ty to
wszystko zaprzepaszczasz kolejny raz, bo jesteś skończonym, żałosnym debilem.
Powinienem był dać ci zdechnąć, pozwolić żebrać o łaskę, ale miałeś potencjał!
Znów jesteś zerem. Żałosnym zerem pokonanym przez oszustwo świata – zakończył,
prostując się z całą grozą, przez co wreszcie przygniótł Sheridana własną
obecnością.
Młody łowca
wysłuchał wściekłej tyrady, czując, jak coś chce pęknąć pod naporem czegoś
innego, ale obie strony ze sobą walczą. To nie było komfortowe, dodatkowo
zupełnie dla niego obce.
Kiedy uczył
się u Gaira, wybory uczuć zawsze okazywały się jednoznaczne, choć jednocześnie
przegrane. Po odrzuceniu wartości nie miewał wątpliwości. Teraz stare życie
domagało się, by do niego wrócił, a to, w czym tkwił, nie chciało go wypuścić z
żelaznego uścisku.
Przez ułamek
sekundy doceniał, że zwykle w trudnych sytuacjach kogoś miał, ktoś stał za jego
plecami i go wspierał. Ta myśl była jednak zbyt abstrakcyjna, by do końca zdał
sobie z niej sprawę.
– Nie jestem
już dzieckiem. Poradzę sobie ze światem – odparł, nie odrywając wzroku od
Gaira, nadal rozpaczliwie walcząc o stoicki spokój.
– Jesteś ujmą
na moim honorze, która złamała wszystkie wpojone jej zasady. I która zakochała
się w ludzkiej dziwce – naprostował usłużnie opiekun, miażdżąc go twardym,
władczym spojrzeniem, pod którym ugiąłby się niemalże każdy.
Coś naprawdę
pękło, ale nie miał pojęcia, czym to dokładnie było. Dość, że zalała go
znajoma, ożywcza złość.
– O ile się
orientuję, tak czy siak masz mnie zabić – przypomniał, wyszczerzywszy zęby
niczym szykujący się do skoku na ofiarę drapieżnik.
Gair wykrzywił
wzgardliwie usta, cofając się nonszalancko kilka kroków, jakby robił sobie
miejsce na rozpęd, by zaatakować dawnego ucznia.
– Racja.
Pokładałem w tobie kiedyś nadzieje – stwierdził niedbale, zatrzymując się. –
Kiedy jednak już z tobą skończę, posprzątam twój bałagan. Powinieneś być mi
wdzięczny, że dokończę twoje polowanie. Może będzie warta chwili mojego czasu –
dodał i tym razem to on wyszczerzył zęby, w tym uśmiechu zawierając wszystko,
co zamierzał z tą właśnie ofiarą uczynić, nim ją zabije.
Sheridan nawet
nie ruszył ręką, gdy w Gaira uderzyła potężna fala magii, odpychając go poza
jego zasięg. Młody łowca zawarczał przeciągle, z radością przyjmując coś, od
czego odwykł. Kochał w ten sposób walczyć, a do tej pory nie znalazł się żaden
przeciwnik wymagający aż takiego wysiłku. W tym właśnie wysiłku zamierzał ukryć
rzeczywisty powód, dla którego zaatakował tak gwałtownie oraz nagle.
Jeszcze do
kilku sekund wstecz nie dbał o zwycięstwo. Było mu obojętne, czy Gair go
zabije, czy jednak to on pokona opiekuna. Teraz nagle postawił wszystko na
jedną kartę, odnajdując w sobie niewyobrażalną wolę walki.
Wiedział, że
łowca zareaguje błyskawicznie i w pewien sposób przewidział, co zrobi w
odpowiedzi. Dlatego właśnie go wyprzedził, wykonując unik pół sekundy przed
wyprowadzeniem ataku; wykorzystał ten czas na dotknięcie palami wskazującym i
środkowym skroni, salutując. Jego własne skrzydła rozpostarły się za plecami,
napięły się pod naporem powietrza i pomogły śmignąć w bok, kiedy miecz przeciął
przestrzeń tuż przy żebrach.
W oczach Gaira
ujrzał, że mężczyzna wcale nie martwi się walką. To niezwykle go zirytowało;
sięgnął do własnej broni i zaatakował błyskawicznie, demonstrując pełnię
możliwości. Walczył lepiej nawet niż w Perrianie, kiedy próbował spacyfikować
opętane rude rozczochrane; teraz nie blokowała go myśl, że nie mógł przeciwnika
zabić.
W tym
przypadku powinien zachować się wprost przeciwnie.
Wszystko
przypominało balansowanie na krawędzi. Obaj ryzykowali, śmigając po magazynie i
starając się wyprzedzić drugiego – jeśli postawią o pół kroku za dużo, zginą.
Doskonale to wiedzieli, dlatego w momentach minimalnego odsłonięcia przeciwnika
nie wykorzystywali tego do końca.
To mogła być
pułapka, to mogła być zmyłka, to mogło być wszystko, dosłownie cokolwiek, co
doprowadzi do śmierci. Miecze uderzały o siebie z taką siłą oraz szybkością, że
niemalże krzesały iskry, ale żaden nie zwalniał. Sheridan dostrzegł w
spojrzeniu Gaira, że łowca zaczyna rozumieć powagę sytuacji.
Obaj
przywołali magię w tej samej chwili i na tym samym poziomie; roztrzaskała się
przy zderzeniu ze sobą, jej zniszczone wiązki posypały się dokoła, dzwoniąc
uroczo nieuchwytnie dla ludzkiego ucha.
Wtedy Sheridan
roześmiał się ochryple, bardzo niepokojąco, jakby go cała sytuacja niezwykle
bawiła – poniekąd tak właśnie było. Uświadomił sobie bowiem, jak cholernie
podobny do Gaira się stał i że naprawdę stanowił lustrzane odbicie.
Dotarło do
niego, że wygrana w ten sposób jest niemalże niemożliwa. Ich poziomy były do
siebie zbliżone, znali się niemalże na wylot, drobne draśnięcia nie doprowadzą
do wykrwawienia się na śmierć, zwłaszcza że co chwila się regenerowali. Mogliby
walczyć do końca świata i jeszcze dłużej, co dwa dni robiąc krótkie przerwy,
najwyżej godzinne, a i tak żaden by nie zginął.
To zmartwiło
Sheridana tylko z jednego względu – najwyraźniej ani trochę przez ten czas się
nie rozwinął, bazował jedynie na naukach wyciągniętych od Gaira. Skupiając się
jednocześnie na walce, na magii oraz broni, część umysłu odesłał do przejrzenia
wspomnień, upewnienia się, że naprawdę nie ma szans w zaskoczeniu przeciwnika.
Największa
zmiana w jego stylu walki obejmowała współpracę. Nauczył się współpracować, ale
w pobliżu nie było nikogo, z kim mógłby złączyć siły. Zresztą ta walka należała
tylko do niego.
Za to stał się
przecież doskonałym aktorem. I patrzył na naprawdę dobrych wojowników. Nigdy
wcześniej tego nie próbował, ale gdyby udało się mu połączyć różne osoby i
wykorzystać jednocześnie nauki Gaira…
Wyszczerzył
dziko zęby, kiedy obrazy wspomnień śmignęły przed oczami, pozwalając umysłowi
notować tylko potrzebne sekwencje. Połączenie tego wszystkiego z jego własnymi
umiejętnościami powinno dać element zaskoczenia oraz przewagę.
Odtrącił od
siebie Gaira, opuszczając gardę. Łowca zawahał się na moment, ale zaraz
zaatakował, tnąc od góry, by ostatecznie pozbyć się ucznia, który najwyraźniej
się zmęczył bądź stracił czujność. Sheridan jednak wykorzystał ten czas na
nałożenie na klingę pewnego zaklęcia bazującego na połączeniu magii
elementalnej z magią energetyczną. Obie te rzeczy podpatrzył u towarzyszy, co
podniesione do jego poziomu dało idealne wzmocnienie.
Wyprowadził
łagodny łuk od spodu, pozwalając ostrzom się zetknąć; uderzenie Gaira od góry
bazowało na sile, a wzmocniona klinga miecza Sheridana zadziałała tak, jak
przewidział – zwykły metal rozpękł się, stając się całkowicie bezużytecznym.
Gair zastygł na moment, unosząc brew, przerzucił rękojeść z resztkami ostrza z
ręki do ręki, po czym powrócił do walki.
Nie do końca
tak to sobie Sheridan umyślił; powinien był odrzucić resztki broni, ale dobrze,
niech i tak będzie. Przemknął pod ciosem, wykonując również podpatrzony zwód,
uderzył opiekuna w miejsce między łopatkami, które musiało być punktem witalnym
niegdyś już w walce wykorzystanym.
To znów dało
mu przewagę; wrócił do własnego stylu, zmuszając zdezorientowanego Gaira do
przejścia do defensywy. Musiał atakować coraz szybciej, bo opiekun sprawnie się
zbierał po straceniu przewagi.
Gniew napędzał
zdrowy rozsądek, który podpowiadał, że należy wszystko rozgrywać z rozmysłem.
Takie połączenie okazało się idealne, takiego połączenia Gair się nie
spodziewał. Czuł, że zaraz dotrą do punktu, w którym opiekun zorientuje się, że
walczy z zupełnie obcą osobą.
Trwało to
kilka kolejnych długich minut. Wreszcie pojawił się ułamek sekundy szansy –
Sheridan uderzył silnie skrzydłami o powietrze, podciąwszy przeciwnika. Gair
stracił równowagę, a młody łowca jeszcze przez chwilę widział ich obu jako
odbicie jednego z nich.
Uśmiechnął się
kpiąco do samego siebie, wspominając własny błąd.
Miecz gładko
przeszył Gaira, mężczyzna zatrzymał się na stojących za nim skrzyniach, łapiąc
z trudem oddech. Zaskoczenie na jego twarzy mieszało się z lekkim przerażeniem
oraz bardzo bladym uznaniem.
Sheridan
spojrzał mu prosto w oczy, oddychając głęboko dla wyrównania bicia serca.
– Dałeś mi
broń do ręki – mruknął cicho, czując, jak powoli wypełnia go obca, dziwna,
trochę przerażająca pustka.
– Walczysz o
nic – wychrypiał Gair, uśmiechając się kpiąco, w taki sposób, jakby chciał
udowodnić Sheridanowi, że mimo wszystko przegrał.
– Walczę o
siebie – skwitował, wyszarpując broń z opiekuna.
– I wiecznie
się oszukujesz – podsumował z tym samym uśmiechem Gair.
Sheridan
zawahał się tylko ułamek sekundy, nie wiedząc, jak to odebrać. Potem uwolnił
magię, chcąc wszystko wreszcie zakończyć. Odnalazł w sobie jednak wystarczająco
dużo delikatności, by zostawić ciało Gaira nienaruszone po ostatecznym
zmiażdżeniu jego duszy. Zresztą dawny opiekun prawie w ogóle się nie opierał;
znieruchomiał z tym irytującym uśmiechem na ustach.
Sheridan,
prostując się sztywno i cofając od osuwającego się na ziemię ciała, zrozumiał,
że Gair wiedział o nim coś więcej. To coś musiało go niezwykle rozjuszyć, bo
najpewniej nie było zgodne z przyjętymi naukami.
Pustka stała
się nieznośnie głęboka. Z obrzydzeniem odrzucił od siebie miecz, postanawiając
wymienić go na nową broń. Już nigdy nie potrafiłby walczyć ostrzem, którym
zabił Gaira. Potem skierował się do wyjścia, czując, jak coś w nim boleśnie
umiera.
Tak samo jak
ostatniego dnia, kiedy Gair był jeszcze jego mistrzem.
Nigdy jeszcze nie widział kogoś tak
pięknego. Gdy opiekun ją wskazał, nie mógł uwierzyć, że naprawdę ma zapolować
na taką osobę.
Spojrzał na Gaira z niedowierzaniem, by
zaraz poszukać wzrokiem innej ofiary, która by się nadała. Jednak jego oczy
chciały się skupiać tylko na urokliwie roześmianej dziewczynie.
– Czas na twój egzamin – oznajmił Gair,
popijając piwo i spoglądając ze znudzeniem za okno, jakby nie widział
znajdującej się w karczmie piękności. – Zapolujesz na nią – dodał, nie
zaszczyciwszy ucznia wzrokiem.
– Samodzielnie? – spytał niepewnie, czując,
jak przebiegają go po plecach lodowate ciarki; chociaż przez ostatnie lata
znacząco się rozwinął i wiele nauczył, Gair jeszcze nigdy nie pozwolił mu
polować bez jego kurateli.
– Owszem. I czysto – zastrzegł, dopijając
to, co zostało mu jeszcze w kuflu.
Sięgnął po mieszek z pieniędzmi, by
przygotować należną zapłatę dla barmana, podczas gdy Sheridan wpatrywał się w
niego w osłupieniu. Czyste polowania oznaczały…
Przełknął ślinę, czując dla odmiany
uderzające w niego gorąco.
– Mam to zrobić tak, jak ty? – wyszeptał
niedowierzająco, otwierając szerzej oczy.
Jeszcze nigdy nie zetknął się z żadną
dziewczyną na tyle długo, by czuć się pewnie w tego rodzaju relacjach. A jeśli
jego zadaniem będzie naśladowanie Gaira… Spojrzał na przyszłą ofiarę i
wstrzymał oddech, czując nasilające się gorąco.
To się w ogóle da?
– Owszem. Powodzenia – skwitował Gair,
podnosząc się i zostawiając ucznia samego, bez najmniejszych choćby wskazówek
odnośnie tego, jak powinien się zachować.
Sheridan nie odważył się odezwać za
opiekunem, wpatrując się w rozmawiającą z przyjaciółmi dziewczynę. Spróbował
opanować emocje i skupić się na zadaniu; po pierwsze musiał do niej zagadać, tylko
jak? Gair nigdy nie miał z tym problemów. Do Gaira kobiety same lgnęły, pragnąc
go całego nawet bez zaznajomienia.
Sheridan spojrzał za wychodzącym opiekunem i
pomyślał, że znalazł się w cholernie trudnej sytuacji. Nie miał pojęcia, jak to
załatwić, nigdy do tej pory nie wykorzystywał umiejętności do uwodzenia. A to
trochę różniło się od usypiania czujności starszych ludzi czy nawet dorosłych,
którzy widzieli w nim tylko nastolatka.
W swojej niepewności tkwił kilka godzin,
podczas których do dwóch koleżanek jego celu dosiadło się kilku młodzieńców i
grono znacząco się powiększyło. Sheridan spoglądał na nich z przerażeniem, ale
rzadko, żeby nikt nie zauważył, że się im przygląda.
Prędzej czy później musiał jednak z tym
wpaść; jego wzrok skrzyżował się ze wzrokiem jednego z młodzieńców, który nie
wyglądał na zachwyconego zainteresowaniem koleżanką. A może dziewczyną?
– Jakiś gnojek się na ciebie gapi, El –
doniósł niezadowolony, próbując zmiażdżyć Sheridana groźnym spojrzeniem.
Łowca nerwowo zastanowił się, jaką maskę
powinien włożyć na to polowanie, ale reakcja znowu nadeszła sama. Nie ugiął się
pod naporem oczu młodzieńca, odparł wzrok, nawet nie mrugnąwszy, ale bez
zbędnej brawury.
Wtedy też dziewczyna nazwana El uniosła
głowę i obróciła twarz do Sheridana, najwyraźniej zaskoczona (jak mogła być tym
zaskoczona?!), że ktoś obcy poświęcał jej uwagę. Nieszczęsny łowca poczuł, że
mu trochę niedobrze, kiedy spoglądał w duże, dziewczęce oczy przyszłej ofiary,
oczy w odcieniu ciepłego brązu. Miała długie czarne włosy zaplecione w warkocz,
jeden z chłopców przyniósł jej kwiatka, którego wpięła w splot, co dodawało jej
tylko uroku. A zdawałoby się, że to już niemożliwe.
Sheridan nie zdążył się opanować i
zarumienił się, co wywołało szyderczy śmiech u kumpli El. Ona jednak
uśmiechnęła się do młodego łowcy nieśmiało i zaraz spróbowała przyjaciół
uspokoić karcącym głosem. Sheridan nie wiedział już, czy wygrał to rozdanie,
przegrał, czy może doczekał się remisu. Dość, że wydało się mu, jakby zużył na
to krótkie spojrzenie całą energię.
Siedzieli tak jeszcze trochę, a przez ten
czas Sheridan dowiedział się, że pełne imię dziewczyny brzmi Elizabeth. Od
teraz starał się znowu ostrożniej tam spoglądać, ale wiedział, że powinien
brnąć w grę – skoro ona myślała, że się nią zainteresował, co właściwie nie
mijało się z prawdą, nadal musiał zerkać. Tylko to było cholernie trudne.
Okazja do zbliżenia się do grupy wreszcie
się pojawiła. Wraz z wieczorem w karczmie pojawili się najemnicy, którzy po
krótkim posiedzeniu przy kuflach piwa szybko zainteresowali się uroczymi
dziewczętami.
Sheridan przestawił się na tryb walki,
czekając na dogodny moment do interwencji. Nie zareagował, kiedy przyjaciele
Elizabeth dostali wciry, nie zareagował, kiedy mężczyźni złapali dziewczęta.
Dopiero gdy Elizabeth zaczęła się szarpać i wyzywać na trzymającego ją
najemnika, skoczył.
Nie mógł zagrać czysto, ale nie mógł obnieść
się z magią. Musiał skoordynować obie umiejętności, by wyglądało to na fizyczna
siłę; splótł zaklęcie wraz z ciosem, którym zdołał powalić jednego z mężczyzn.
Zaraz uskakiwał przed atakiem kolejnego, stopniowo uwalniając złość – zawsze
walczył na jej falach, niosła go i pomagała wykaraskać się z nawet
najtrudniejszych sytuacji.
Dzięki temu bez większego problemu powalił
przeciwników.
– Wynocha – warknął, pozwalając sobie na
zmrużenie oczu i wyszczerzenie ostrzejszych zębów, ale tak, by tylko pokonani
widzieli.
To poskutkowało. Poskutkowało nawet bardziej,
niż Sheridan sobie wyobrażał, bo gdy mężczyźni, przeklinając świat, wydostawali
się z karczmy, ktoś dotknął jego ramienia. Spróbował opanować odruchowe reakcje
i odwrócił się do stojącej za nim Elizabeth.
– Pomogłeś – szepnęła z niedowierzaniem,
wpatrując się w niego ze szczerym podziwem; spojrzenie, jakim go obdarzyła,
sprawiło, że serce trochę szybciej mu zabiło, co zdecydowanie było złe.
– Dlaczego nie? – odparł niedbale i
uśmiechnął się zaczepnie, przesuwając spojrzeniem także po jej towarzyszach,
ale zaraz skupiając się na niej.
Uśmiechnęła się. Naprawdę ślicznie.
– Dziękuję – mruknęła niepewnie.
Wiedział, że to jego triumf, ale nawet mimo
tego nie powinno to tak cudownie smakować. Próbował się przed tym bronić,
jednak gdy dosiadł się do nich, zaczynając wymyślać kolejną historię o swoim
pochodzeniu, czuł, że z tym przegrywa.
Przegrał całkowicie, kiedy Elizabeth
obiecała przyjaciołom, że zaraz do nich dołączy i żeby poszli przodem, nie
czekając na nią. Chwilę szli obok siebie w milczeniu, udając, że wszystko jest
w porządku.
– Zastanawiam się… – zaczęła niepewnie,
zatrzymując się, ale nie patrząc na niego. – Spotkamy się jeszcze? – spytała,
unosząc nieśmiało głowę z tym ślicznym uśmiechem.
Gair zawsze powtarzał, że podczas polowań
tego typu trzeba być zabójczo pewnym siebie. Inaczej wszystko może się sypnąć –
ty nigdy się nie wahasz, ofiara a i owszem, może się zastanawiać. Ale w takiej
sytuacji najczęściej popłynie na twojej pewności siebie.
– Możliwe – przytaknął, przywołując na usta
nonszalancki uśmiech.
Uniósł lekko jej brodę i pocałował ją.
Krótko, jednak starając się, by było to stanowcze. Uznał, że się udało, kiedy
poczuł, jak mięknie pod jego dotykiem, jak nagle staje się chętna oraz
spolegliwa. Odsunięcie się kosztowało mnóstwo wysiłku, ale zdołał nad sobą
zapanować. Chyba dobrze, że tak zrobił.
Spojrzał jej tylko w oczy i odszedł,
zostawiając oszołomioną oraz trochę otumanioną dziewczynę samą. Prawdę mówiąc,
nie zastosował tu do końca zagrywki psychologicznej. Trochę się bał, że
Elizabeth za chwilę odkryje, iż nigdy wcześniej się nie całował. To mogło być
nieco kłopotliwe, ale na szczęście instynkt maskował brak doświadczenia.
Czasami lubił być łowcą.
Zadbał o to, żeby się spotkali. I spotykali
się regularnie przez długi okres czasu.
Z jednej strony Sheridan chciał rozegrać
pierwsze polowanie bardzo dokładnie, z drugiej natomiast… sam zaczął z
Elizabeth przegrywać. Z pewnym przerażeniem uzmysłowił sobie, że już to nawet
nie to, że mu się podobała. Zakochiwał się w niej, a to było niedopuszczalne,
tylko nie umiał sobie poradzić. Granie jej dzielnego rycerza przestawało powoli
być w istocie grą, dlatego młody łowca zaczął myśleć, że trzeba to zakończyć.
Ale do łóżka poszedł z nią też nie tylko z
powodu polowania.
To nie było takie proste, jak sobie z
początku myślał, ale też nie aż tak trudne, jak pomyślał zaraz potem. Najgorsze
okazało się samo zaczęcie, jednak gdy przestało się tak bardzo zastanawiać i
roztrząsać każde posunięcie, szybko zrozumiał, na czym to polega.
Podstawą było wyczucie dziewczyny, co udało
się mu sprawnie, prawdopodobnie znowu dzięki instynktowi. Nie wiedział, czy
powinna wiedzieć, że jeszcze nigdy nie uprawiał seksu, ale postanowił to
przemilczeć. Może wyjdzie tak dobrze, jak z pocałunkiem, po co jej mówić za
dużo?
Podniosło go na duchu, gdy w dość kluczowym
momencie zorientował się, że ona też nigdy wcześniej tego nie robiła. Oboje na
chwilę zastygli, spoglądając na siebie ze zdumieniem, i trudno orzec, które z
nich było bardziej zaskoczone oraz czym właściwie.
Szybko się otrząsnęli, pragnienie jednak
okazało się za silne. Dzięki temu Sheridan wreszcie zrozumiał, dlaczego Gair
uważał, że ten sposób był o wiele przyjemniejszy. Poza tym, że czystszy
również, ale na to specjalnie nie zwracał uwagi.
I kiedy nadszedł moment, w którym powinien
zakończyć sprawę, nie zrobił nic. Oboje doprowadzili sprawę do końca, potem na
chwilę znieruchomieli na łóżku, ich przyspieszone oddechy rozbrzmiewały w
cichym pokoju wyjątkowo wyraźnie.
Poczuł, jak Elizabeth się do niego przytula,
dlatego uniósł się lekko na łokciu i objął ją, uśmiechając się. Całkowicie o
wszystkim zapomniał, skupiając się na ciepłym, łagodnym uczuciu, które go
ogarnęło, a miało już niewiele wspólnego z pożądaniem. Uczuciu, którego nie
powinno w nim być.
Do tej pory nie wiedział, czy tamtej nocy
naprawdę dostrzegł Gaira. Była to ledwie sekunda, kiedy w ciemnościach w pokoju
ujrzał mistrza. Gdy ponownie tam popatrzył, nikogo nie dojrzał – ale to mu
przypomniało o celu całego przedsięwzięcia.
Zdrętwiał na moment, co zaniepokoiło
Elizabeth. Dziewczyna uniosła się na ręku i pocałowała kochanka, próbując odwrócić
jego uwagę od ponurych myśli. Nawet nie spytała o nie, najwyraźniej uznawszy,
że to nie jej sprawa.
Kiedy pochylał się nad nią, całując jej
szyję, zostało w nim tylko jedno przekonanie – lepiej, żeby zginęła z mojej
ręki, niż żeby Gair po mnie sprzątał i ją bardziej skrzywdził.
– Przepraszam – szepnął ledwie słyszalnie,
zamykając oczy.
Sięgnął po jej duszę i nie poczuł żadnego
oporu. Całkowicie się mu oddała, ta świadomość okazała się przeraźliwa. Na tym
etapie jeszcze mógł się wycofać. Może…
Nie.
Chwilę potem osunęła się nieruchoma w jego
ramionach, a on patrzył na puste ciało bez zrozumienia. Zrobił to. Zabił ją.
Zabrał jej to, co miała najcenniejsze.
Poczuł okropną gulę w gardle, zacisnął zęby
i pochylił głowę, walcząc z ochotą zapłakania nad dziewczyną. Dziewczyną, którą
naprawdę pokochał, ale ze strachu jednak ją zabił. Zastanowił się, czy to było
słabe.
Doskonale,
Sher.
Wzdrygnął się, mając wrażenie, jakby Gair
powiedział te słowa, stojąc tuż przy nim. Dziwnie osłabiony oraz boleśnie pusty
w środku podniósł się, odnalazł ubrania i wyszedł. Miał nadzieję, że coś
takiego już nigdy się nie powtórzy.
Na korytarzu natrafił na opiekuna, który
stał pod ścianą ze skrzyżowanymi rękoma. Na widok ucznia uśmiechnął się kpiąco,
miażdżąc go spojrzeniem.
– Gratuluję, Sher. Zdałeś – oznajmił,
przymrużył, po czym odwrócił się i odszedł.
Zostawił rozbitego młodego łowcę z lodowatą
pustką w piersi, pewien, że ten już nigdy nie popełni drugi raz tego samego
błędu.
Ten młody łowca też długi czas był tego
pewien.
Katarzyno, zostałaś nominowana do Liebster Award przez Dybuka z Drżących Wysp.
OdpowiedzUsuńPrzekażę jej, bo nie zobaczy inaczej za szybko xD
UsuńPrzekaż, przekaż xD
Usuń