wtorek, 14 maja 2013

80. Gair



Wszystko wydawało się śmiesznie proste.
Szedł ulicami niczym po sznurku, doskonale wiedząc, gdzie znajduje się jego cel. Żadnych problemów, zagadek, niepewności, nawet maskowania. Tak jakby obaj na siebie czekali, zgubnie pewni własnej przewagi.
Sheridan sam już nie wiedział, czy jego pewność jest prawdziwa, czy udawana. Kiedyś zawsze udawał, bo nie posiadał potęgi, i takim pamiętał go Gair. Ciekawe, jak wiele się od tego czasu zmieniło? Jak zmienił się opiekun? Podejrzewał, że kiedy stanie przed jego obliczem, poczuje się na powrót jak mały chłopiec przygnieciony wielkością mistrza.
Wyglądało na to, że Gair nie chciał żadnych świadków. Czyżby potraktował to bardziej jak osobiste porachunki niż wykonanie rzekomego zlecenia? Nigdy nie przejmował się dyskrecją, tymczasem Sheridan zdążył ustalić, że droga, którą właśnie obrał, prowadziła do nadrzecznych doków. Jeśli dobrze zrozumiał, drugi łowca czekał na niego w jednym z magazynów, czyli w miejscu dość odosobnionym, zwłaszcza tak późnym wieczorem.
Trudno powiedzieć, co też Sheridan poczuł przy okazji odkrycia. Nie bał się, o strachu zapomniał już dawno temu. Niepokój? Nie do końca. Szacunek? Nie wiedział, kogo zastanie na miejscu dawnego opiekuna.
Ot, po prostu został przed nim odkryty pewien fakt, który przyjął do wiadomości. Niczego to w końcu nie zmieniało; nigdy się nie obawiał o postronnych obserwatorów polowań mogących ucierpieć, gdyby coś poszło nie tak. Właściwie w takim wypadku miał więcej zabawy. Teraz natomiast skupił się tylko na jednym, na tym najistotniejszym.
Nadbrzeże było puste. Nieduże łodzie oraz barki kołysały się na leniwych prądach rzeki, od strony wody ciągnął gryzący w nozdrza odór nieczystości. Ciemność była już na tyle gęsta, że wyłaniały się z niej ledwie pojedyncze kontury znajdujących się dokoła urządzeń, łajb oraz rosnących roślin. Szuwary w samym doku nie wyglądały na zanadto gęste, jednak spłoszony trzepot skrzydeł oraz głośniejszy chlupot wody zdradziły, że mimo to nadbrzeżna roślinność została zamieszkana.
Sheridan skierował się na ubitą, ale wyboistą drogę prowadzącą wzdłuż ponurych, rozpadających się budynków magazynów. Stały tu takie trzy, z czego jeden, na samym końcu żałosnej uliczki, był pozbawiony dachu. W drugim ktoś wyrwał drzwi z zawiasów, pierwszy w ogóle nie posiadał szyb w oknach.
Łowca zatrzymał się na moment, poświęcając chwilę na zaznajomienie się z okolicą. Prawdopodobnie przeniesiono magazyny do wzniesionych w pobliżu brzegu kamienic, te natomiast musiały zostać opuszczone rok bądź kilka lat temu. To zmniejszało potencjalną ilość świadków do co najwyżej dwóch zapitych bezdomnych.
Podjął marsz, szybko docierając do środkowego magazynu. Był pewien, że właśnie tam znajduje się Gair, zresztą wyważanie drzwi można uznać za jego element charakterystyczny. Zawsze manifestował siłę oraz przewagę w sposób nie do końca subtelny, zwłaszcza kiedy przeciwnik mógł stanowić jakiekolwiek wyzwanie. Sheridan nie wiedział, czy powinien przyjąć to jako komplement, dlatego założył, że drzwi wyważył któryś bezdomny i nikt zwyczajnie nie pofatygował się, by je naprawić.
Przekroczył zdewastowane deski i znalazł się w jeszcze mniej przyjemnym półmroku magazynu. Wszedł do środka bez wahania, opuszczając wykrywalność magii do minimalnego poziomu; to samo musiał zrobić Gair, bo zaczęło się wydawać, że niemalże rozmył się w powietrzu. Tak naprawdę wysokie poziomy zwyczajnie przeszkadzały w rozmowie i dekoncentrowały, a Sheridanowi wydawało się, że Gair zechce zamienić z nim kilka słów.
Im dłużej kluczył wśród starych skrzyń oraz beczek, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że w ogóle się nie boi. Ani opiekuna, ani zbliżającej się konfrontacji, niczego. Ot, przyszedł nie w swoim interesie, zatem nie widział powodu do niepokoju. Przyszedł tu nie dla siebie, ale dla wszystkich, których w to wciągnął.
Teraz uznał, że są już bezpieczni, zatem nie widział sensu w dalszym martwieniu się, które stało się wystarczającą ujmą dla dumy. Ogarnął go znudzony spokój, tak bardzo po staremu, że nie potrafił się nie rozluźnić i nie poczuć znów pewnie.
– Sheridan.
Zatrzymał się, z pewnością zbyt mało gwałtownie jak na początkowe wyobrażenia Gaira. Tak dawno niesłyszany głos – głos, którego, jak myślał, już nigdy nie usłyszy – obudził w nim odległe, nie do końca przyjemne wspomnienia.
Zdołał je bez problemu zdusić, leniwie przesuwając wzrok na stojącego na drewnianej platformie powyżej niego mężczyznę.
Niemalże nic się nie zmieniło. Trochę się postarzał, owszem – wyglądał teraz jak mężczyzna w średnim wieku, może nawet nieco starszy. W końcu minął wiek, a nawet ponad sto lat, od kiedy ostatnim razem się widzieli.
Mimo to Gair nadal prezentował się oszałamiająco, zgodnie z panującą aktualnie modą, by nie sposób było od niego oderwać wzroku. Tym razem poczęstował byłego ucznia szelmowskim uśmiechem, który działał na niemalże wszystkie ofiary w sposób piorunujący.
Sheridan dostrzegł w tym oświetleniu ciemny kolor włosów łowcy – wydawały się być czarne i tak właśnie wyglądały także za dnia, podobnie jak niezwykłe oczy mężczyzny. Zapamiętał go jednak z nieco dłuższymi kosmykami, teraz jego fryzura przypominała kontrolowany, artystyczny oraz bardzo gęsty nieład. Najwyraźniej to w tych czasach najlepiej działało na ofiary.
– Słyszałem, że przedstawiasz się w specjalny sposób, uczniu – pociągnął rozmowę, której Sheridan nie podjął mimo wyraźnego zaproszenia; ostatnie słowo wyraźnie zaakcentował, co wzbudziło czujność młodszego łowcy. – Jak to szło?
– Kedalt, jeśli pytasz o moje nazwisko – odparł usłużnie z całkowitym spokojem, prawdę mówiąc największym, na jaki było go w tej chwili stać.
– Dokładnie. Ładne sobie wymyśliłeś, pasuje – pochwalił z niemalże namacalną kpiną, opierając się o balustradę platformy i pochylając się nad przyszłą ofiarą.
Sheridan nie zareagował na żadną zaczepkę, bo też nie do końca wiedział, w co Gair chciał uderzyć. W brak kreatywności? W żałosność tego pomysłu? W podświadomą tęsknotę za rodziną? To wszystko przecież go nigdy nie obchodziło, sam Gair nauczył go, że jakiekolwiek wartości są w istocie bezwartościowe. Zatem o co chodziło?
Właściwie nie wiedział, co dokładnie czuje, patrząc na opiekuna. Nie było to jak cofnięcie się w czasie. Nie było również obce. Trochę miał wrażenie, jakby… patrzył na lustrzane odbicie. Jakby widział siebie przez wszystkie te lata, podczas których się nie spotkali.
I dopiero ta myśl go przeraziła – uświadomił sobie, że choć całe życie próbował stać się Gairem, to w momencie, kiedy to osiągnął, coś się zmieniło. W tym czymś nie mógł i nie umiał być Gairem.
Dotarł do marzenia i odkrył, że okazało się jego koszmarem.
– Stałeś się wyjątkowo małomówny, Sher – zagadnął niedbale Gair, widząc, że jego rozmówca nie ma ochoty ciągnąć tematu.
– Nigdy nie lubiłem pierdolenia – przypomniał nadal spokojnie młody łowca, przyglądając się mężczyźnie uważnie.
– Racja. To ten najnowszy dzieciak strasznie dużo gadał. I nie wsypywał się podczas obserwowania polowań – wytknął spokojnie, unosząc kącik ust w specyficznym, bardzo jego, bo bardzo niepokojącym, uśmiechu.
– Ale i tak go zarżnąłem – zauważył równie opanowany Sheridan, jednak mimika jego twarzy pozostała mocno ograniczona, jakby nie chciał zdradzić się z jakimikolwiek uczuciami.
– Faktycznie, wypadło mi – westchnął Gair, przekładając nogi przez balustradę i siadając na niej z miną łobuzerskiego dzieciaka; najpewniej takim kimś się stał na aktualne polowanie, dlatego nie zamierzał wychodzić z roli dla bzdurnych porachunków.
Brak reakcji ze strony Sheridana sprawił, że znów zapadła cisza. Obaj przyglądali się sobie ze spokojem, Gair nawet z lekką kpiną, czekając.
Młody łowca nie zamierzał się wychylać ani udawać przesadnie pewnego siebie czy odważnego, kiedy wiedział, że konfrontacja z przeciwnikiem może kosztować go życie. Brawura znudziła się mu od czasu Perrianu. W Perrianie wykorzystał cały jej zapas.
– O, przypominam sobie. Miał się jakoś zabawić i wszedłeś mu w drogę. Czyżby zabrał się za twoją aktualną ofiarę? – zainteresował się uprzejmie Gair, przymrużając oczy, i Sheridan doskonale widział, jak maska aktorska powoli się od niego odkleja. – Raczej nie. Zaraz po rozsmarowaniu drugiego łowcy na ścianie zabrałeś sukę i względnie ukryłeś, czy raczej zostawiłeś poza moim zasięgiem. Chyba wyrosłeś z przedłużania polowań, prawda, Sher? – mruknął, pochylając się jeszcze mocniej, przez co ciężar ciała oparł na rękach.
Młody łowca znowu długo milczał, tym razem jednak skupił się na powolnym, głębokim oddychaniu. Słowa Gaira obudziły w nim dziwną, zdecydowanie niechcianą irytację, dlatego musiał ją opanować, zanim się odezwie.
– Owszem – przytaknął krótko, nie chcąc się odnosić do niczego konkretnego w wypowiedzi opiekuna, skupiając się tylko na ostatnim pytaniu.
– Słyszałem, że pracujesz z grupą uroczych, zgranych przyjaciół. Że masz dziewczynę. Jak słodko – ciągnął Gair, najpewniej udając, że nie usłyszał odpowiedzi Sheridana, bo może nie pasowała do koncepcji rozmowy.
– Nie nazwałbym tego w ten sposób – sprzeciwił się bez specjalnego zaangażowania, doskonale wiedząc, że znów zostanie w większej mierze zignorowany.
– Zastanawia mnie, po jaką ciężką cholerę zgarnąłem cię z tej pierdolonej ulicy – westchnął Gair, odchylając na moment głowę. – Nauczyłem cię wszystkiego, a ty to zaprzepaściłeś dla czegoś, co z ciebie wykorzeniłem – warknął z nagłą irytacją, odpychając się od platformy i zeskakując.
Zbliżył się do nieruchomego Sheridana w kilku krokach i stanął z nim twarzą w twarz, niebezpiecznie blisko. Młody łowca z pewną satysfakcją zorientował się, że Gair jest od niego niższy. I to na tyle znacząco, że musiał nie tylko spojrzenie unosić, by widzieć jego oczy, ale także nieznacznie głowę.
Sheridan odebrał to jako drobny triumf.
– Zasady, na jakich z nimi pracuję, są ci raczej bliżej nieznane – stwierdził bez cienia strachu bądź skruchy, bardzo powoli uświadamiając sobie, że jest już na tyle silny oraz, przy okazji, dorosły, by nie musieć słuchać Gaira bezwarunkowo.
– Pracujesz – powtórzył z kpiną łowca, pytanie zamieniając w stwierdzenie. – Pieprzysz się na okrągło z jedną szmatą, bronisz jej i dostajesz pieniądze. To podpada pod kurestwo z ulicy, nie robotę – warknął, mrużąc oczy, które błysnęły ostrzegawczo.
Za jego plecami pojawiły się spore błoniaste skrzydła w niezwykle ciemnym odcieniu, zupełnie jakby i one były czarne. Sheridan nawet nie drgnął, mimo że Gair przez to stał się znacznie większy oraz groźniejszy. Nadal fizycznie w tej sytuacji nad nim górował.
– Nie rozumiem, czemu tak cię interesuje moje życie – stwierdził napiętym głosem, czujnie obserwując opiekuna, czekając na sygnał, który zdradzi, że mężczyzna rusza do ataku.
– Bo ja cię stworzyłem! – ryknął, dokoła przetoczyła się słaba, ale sugestywna fala mocy. – Dałem ci wszystko, dałem ci życie, nauczyłem cię, jak być łowcą! A ty to wszystko zaprzepaszczasz kolejny raz, bo jesteś skończonym, żałosnym debilem. Powinienem był dać ci zdechnąć, pozwolić żebrać o łaskę, ale miałeś potencjał! Znów jesteś zerem. Żałosnym zerem pokonanym przez oszustwo świata – zakończył, prostując się z całą grozą, przez co wreszcie przygniótł Sheridana własną obecnością.
Młody łowca wysłuchał wściekłej tyrady, czując, jak coś chce pęknąć pod naporem czegoś innego, ale obie strony ze sobą walczą. To nie było komfortowe, dodatkowo zupełnie dla niego obce.
Kiedy uczył się u Gaira, wybory uczuć zawsze okazywały się jednoznaczne, choć jednocześnie przegrane. Po odrzuceniu wartości nie miewał wątpliwości. Teraz stare życie domagało się, by do niego wrócił, a to, w czym tkwił, nie chciało go wypuścić z żelaznego uścisku.
Przez ułamek sekundy doceniał, że zwykle w trudnych sytuacjach kogoś miał, ktoś stał za jego plecami i go wspierał. Ta myśl była jednak zbyt abstrakcyjna, by do końca zdał sobie z niej sprawę.
– Nie jestem już dzieckiem. Poradzę sobie ze światem – odparł, nie odrywając wzroku od Gaira, nadal rozpaczliwie walcząc o stoicki spokój.
– Jesteś ujmą na moim honorze, która złamała wszystkie wpojone jej zasady. I która zakochała się w ludzkiej dziwce – naprostował usłużnie opiekun, miażdżąc go twardym, władczym spojrzeniem, pod którym ugiąłby się niemalże każdy.
Coś naprawdę pękło, ale nie miał pojęcia, czym to dokładnie było. Dość, że zalała go znajoma, ożywcza złość.
– O ile się orientuję, tak czy siak masz mnie zabić – przypomniał, wyszczerzywszy zęby niczym szykujący się do skoku na ofiarę drapieżnik.
Gair wykrzywił wzgardliwie usta, cofając się nonszalancko kilka kroków, jakby robił sobie miejsce na rozpęd, by zaatakować dawnego ucznia.
– Racja. Pokładałem w tobie kiedyś nadzieje – stwierdził niedbale, zatrzymując się. – Kiedy jednak już z tobą skończę, posprzątam twój bałagan. Powinieneś być mi wdzięczny, że dokończę twoje polowanie. Może będzie warta chwili mojego czasu – dodał i tym razem to on wyszczerzył zęby, w tym uśmiechu zawierając wszystko, co zamierzał z tą właśnie ofiarą uczynić, nim ją zabije.
Sheridan nawet nie ruszył ręką, gdy w Gaira uderzyła potężna fala magii, odpychając go poza jego zasięg. Młody łowca zawarczał przeciągle, z radością przyjmując coś, od czego odwykł. Kochał w ten sposób walczyć, a do tej pory nie znalazł się żaden przeciwnik wymagający aż takiego wysiłku. W tym właśnie wysiłku zamierzał ukryć rzeczywisty powód, dla którego zaatakował tak gwałtownie oraz nagle.
Jeszcze do kilku sekund wstecz nie dbał o zwycięstwo. Było mu obojętne, czy Gair go zabije, czy jednak to on pokona opiekuna. Teraz nagle postawił wszystko na jedną kartę, odnajdując w sobie niewyobrażalną wolę walki.
Wiedział, że łowca zareaguje błyskawicznie i w pewien sposób przewidział, co zrobi w odpowiedzi. Dlatego właśnie go wyprzedził, wykonując unik pół sekundy przed wyprowadzeniem ataku; wykorzystał ten czas na dotknięcie palami wskazującym i środkowym skroni, salutując. Jego własne skrzydła rozpostarły się za plecami, napięły się pod naporem powietrza i pomogły śmignąć w bok, kiedy miecz przeciął przestrzeń tuż przy żebrach.
W oczach Gaira ujrzał, że mężczyzna wcale nie martwi się walką. To niezwykle go zirytowało; sięgnął do własnej broni i zaatakował błyskawicznie, demonstrując pełnię możliwości. Walczył lepiej nawet niż w Perrianie, kiedy próbował spacyfikować opętane rude rozczochrane; teraz nie blokowała go myśl, że nie mógł przeciwnika zabić.
W tym przypadku powinien zachować się wprost przeciwnie.
Wszystko przypominało balansowanie na krawędzi. Obaj ryzykowali, śmigając po magazynie i starając się wyprzedzić drugiego – jeśli postawią o pół kroku za dużo, zginą. Doskonale to wiedzieli, dlatego w momentach minimalnego odsłonięcia przeciwnika nie wykorzystywali tego do końca.
To mogła być pułapka, to mogła być zmyłka, to mogło być wszystko, dosłownie cokolwiek, co doprowadzi do śmierci. Miecze uderzały o siebie z taką siłą oraz szybkością, że niemalże krzesały iskry, ale żaden nie zwalniał. Sheridan dostrzegł w spojrzeniu Gaira, że łowca zaczyna rozumieć powagę sytuacji.
Obaj przywołali magię w tej samej chwili i na tym samym poziomie; roztrzaskała się przy zderzeniu ze sobą, jej zniszczone wiązki posypały się dokoła, dzwoniąc uroczo nieuchwytnie dla ludzkiego ucha.
Wtedy Sheridan roześmiał się ochryple, bardzo niepokojąco, jakby go cała sytuacja niezwykle bawiła – poniekąd tak właśnie było. Uświadomił sobie bowiem, jak cholernie podobny do Gaira się stał i że naprawdę stanowił lustrzane odbicie.
Dotarło do niego, że wygrana w ten sposób jest niemalże niemożliwa. Ich poziomy były do siebie zbliżone, znali się niemalże na wylot, drobne draśnięcia nie doprowadzą do wykrwawienia się na śmierć, zwłaszcza że co chwila się regenerowali. Mogliby walczyć do końca świata i jeszcze dłużej, co dwa dni robiąc krótkie przerwy, najwyżej godzinne, a i tak żaden by nie zginął.
To zmartwiło Sheridana tylko z jednego względu – najwyraźniej ani trochę przez ten czas się nie rozwinął, bazował jedynie na naukach wyciągniętych od Gaira. Skupiając się jednocześnie na walce, na magii oraz broni, część umysłu odesłał do przejrzenia wspomnień, upewnienia się, że naprawdę nie ma szans w zaskoczeniu przeciwnika.
Największa zmiana w jego stylu walki obejmowała współpracę. Nauczył się współpracować, ale w pobliżu nie było nikogo, z kim mógłby złączyć siły. Zresztą ta walka należała tylko do niego.
Za to stał się przecież doskonałym aktorem. I patrzył na naprawdę dobrych wojowników. Nigdy wcześniej tego nie próbował, ale gdyby udało się mu połączyć różne osoby i wykorzystać jednocześnie nauki Gaira…
Wyszczerzył dziko zęby, kiedy obrazy wspomnień śmignęły przed oczami, pozwalając umysłowi notować tylko potrzebne sekwencje. Połączenie tego wszystkiego z jego własnymi umiejętnościami powinno dać element zaskoczenia oraz przewagę.
Odtrącił od siebie Gaira, opuszczając gardę. Łowca zawahał się na moment, ale zaraz zaatakował, tnąc od góry, by ostatecznie pozbyć się ucznia, który najwyraźniej się zmęczył bądź stracił czujność. Sheridan jednak wykorzystał ten czas na nałożenie na klingę pewnego zaklęcia bazującego na połączeniu magii elementalnej z magią energetyczną. Obie te rzeczy podpatrzył u towarzyszy, co podniesione do jego poziomu dało idealne wzmocnienie.
Wyprowadził łagodny łuk od spodu, pozwalając ostrzom się zetknąć; uderzenie Gaira od góry bazowało na sile, a wzmocniona klinga miecza Sheridana zadziałała tak, jak przewidział – zwykły metal rozpękł się, stając się całkowicie bezużytecznym. Gair zastygł na moment, unosząc brew, przerzucił rękojeść z resztkami ostrza z ręki do ręki, po czym powrócił do walki.
Nie do końca tak to sobie Sheridan umyślił; powinien był odrzucić resztki broni, ale dobrze, niech i tak będzie. Przemknął pod ciosem, wykonując również podpatrzony zwód, uderzył opiekuna w miejsce między łopatkami, które musiało być punktem witalnym niegdyś już w walce wykorzystanym.
To znów dało mu przewagę; wrócił do własnego stylu, zmuszając zdezorientowanego Gaira do przejścia do defensywy. Musiał atakować coraz szybciej, bo opiekun sprawnie się zbierał po straceniu przewagi.
Gniew napędzał zdrowy rozsądek, który podpowiadał, że należy wszystko rozgrywać z rozmysłem. Takie połączenie okazało się idealne, takiego połączenia Gair się nie spodziewał. Czuł, że zaraz dotrą do punktu, w którym opiekun zorientuje się, że walczy z zupełnie obcą osobą.
Trwało to kilka kolejnych długich minut. Wreszcie pojawił się ułamek sekundy szansy – Sheridan uderzył silnie skrzydłami o powietrze, podciąwszy przeciwnika. Gair stracił równowagę, a młody łowca jeszcze przez chwilę widział ich obu jako odbicie jednego z nich.
Uśmiechnął się kpiąco do samego siebie, wspominając własny błąd.
Miecz gładko przeszył Gaira, mężczyzna zatrzymał się na stojących za nim skrzyniach, łapiąc z trudem oddech. Zaskoczenie na jego twarzy mieszało się z lekkim przerażeniem oraz bardzo bladym uznaniem.
Sheridan spojrzał mu prosto w oczy, oddychając głęboko dla wyrównania bicia serca.
– Dałeś mi broń do ręki – mruknął cicho, czując, jak powoli wypełnia go obca, dziwna, trochę przerażająca pustka.
– Walczysz o nic – wychrypiał Gair, uśmiechając się kpiąco, w taki sposób, jakby chciał udowodnić Sheridanowi, że mimo wszystko przegrał.
– Walczę o siebie – skwitował, wyszarpując broń z opiekuna.
– I wiecznie się oszukujesz – podsumował z tym samym uśmiechem Gair.
Sheridan zawahał się tylko ułamek sekundy, nie wiedząc, jak to odebrać. Potem uwolnił magię, chcąc wszystko wreszcie zakończyć. Odnalazł w sobie jednak wystarczająco dużo delikatności, by zostawić ciało Gaira nienaruszone po ostatecznym zmiażdżeniu jego duszy. Zresztą dawny opiekun prawie w ogóle się nie opierał; znieruchomiał z tym irytującym uśmiechem na ustach.
Sheridan, prostując się sztywno i cofając od osuwającego się na ziemię ciała, zrozumiał, że Gair wiedział o nim coś więcej. To coś musiało go niezwykle rozjuszyć, bo najpewniej nie było zgodne z przyjętymi naukami.
Pustka stała się nieznośnie głęboka. Z obrzydzeniem odrzucił od siebie miecz, postanawiając wymienić go na nową broń. Już nigdy nie potrafiłby walczyć ostrzem, którym zabił Gaira. Potem skierował się do wyjścia, czując, jak coś w nim boleśnie umiera.
Tak samo jak ostatniego dnia, kiedy Gair był jeszcze jego mistrzem.

Nigdy jeszcze nie widział kogoś tak pięknego. Gdy opiekun ją wskazał, nie mógł uwierzyć, że naprawdę ma zapolować na taką osobę.
Spojrzał na Gaira z niedowierzaniem, by zaraz poszukać wzrokiem innej ofiary, która by się nadała. Jednak jego oczy chciały się skupiać tylko na urokliwie roześmianej dziewczynie.
– Czas na twój egzamin – oznajmił Gair, popijając piwo i spoglądając ze znudzeniem za okno, jakby nie widział znajdującej się w karczmie piękności. – Zapolujesz na nią – dodał, nie zaszczyciwszy ucznia wzrokiem.
– Samodzielnie? – spytał niepewnie, czując, jak przebiegają go po plecach lodowate ciarki; chociaż przez ostatnie lata znacząco się rozwinął i wiele nauczył, Gair jeszcze nigdy nie pozwolił mu polować bez jego kurateli.
– Owszem. I czysto – zastrzegł, dopijając to, co zostało mu jeszcze w kuflu.
Sięgnął po mieszek z pieniędzmi, by przygotować należną zapłatę dla barmana, podczas gdy Sheridan wpatrywał się w niego w osłupieniu. Czyste polowania oznaczały…
Przełknął ślinę, czując dla odmiany uderzające w niego gorąco.
– Mam to zrobić tak, jak ty? – wyszeptał niedowierzająco, otwierając szerzej oczy.
Jeszcze nigdy nie zetknął się z żadną dziewczyną na tyle długo, by czuć się pewnie w tego rodzaju relacjach. A jeśli jego zadaniem będzie naśladowanie Gaira… Spojrzał na przyszłą ofiarę i wstrzymał oddech, czując nasilające się gorąco.
To się w ogóle da?
– Owszem. Powodzenia – skwitował Gair, podnosząc się i zostawiając ucznia samego, bez najmniejszych choćby wskazówek odnośnie tego, jak powinien się zachować.
Sheridan nie odważył się odezwać za opiekunem, wpatrując się w rozmawiającą z przyjaciółmi dziewczynę. Spróbował opanować emocje i skupić się na zadaniu; po pierwsze musiał do niej zagadać, tylko jak? Gair nigdy nie miał z tym problemów. Do Gaira kobiety same lgnęły, pragnąc go całego nawet bez zaznajomienia.
Sheridan spojrzał za wychodzącym opiekunem i pomyślał, że znalazł się w cholernie trudnej sytuacji. Nie miał pojęcia, jak to załatwić, nigdy do tej pory nie wykorzystywał umiejętności do uwodzenia. A to trochę różniło się od usypiania czujności starszych ludzi czy nawet dorosłych, którzy widzieli w nim tylko nastolatka.
W swojej niepewności tkwił kilka godzin, podczas których do dwóch koleżanek jego celu dosiadło się kilku młodzieńców i grono znacząco się powiększyło. Sheridan spoglądał na nich z przerażeniem, ale rzadko, żeby nikt nie zauważył, że się im przygląda.
Prędzej czy później musiał jednak z tym wpaść; jego wzrok skrzyżował się ze wzrokiem jednego z młodzieńców, który nie wyglądał na zachwyconego zainteresowaniem koleżanką. A może dziewczyną?
– Jakiś gnojek się na ciebie gapi, El – doniósł niezadowolony, próbując zmiażdżyć Sheridana groźnym spojrzeniem.
Łowca nerwowo zastanowił się, jaką maskę powinien włożyć na to polowanie, ale reakcja znowu nadeszła sama. Nie ugiął się pod naporem oczu młodzieńca, odparł wzrok, nawet nie mrugnąwszy, ale bez zbędnej brawury.
Wtedy też dziewczyna nazwana El uniosła głowę i obróciła twarz do Sheridana, najwyraźniej zaskoczona (jak mogła być tym zaskoczona?!), że ktoś obcy poświęcał jej uwagę. Nieszczęsny łowca poczuł, że mu trochę niedobrze, kiedy spoglądał w duże, dziewczęce oczy przyszłej ofiary, oczy w odcieniu ciepłego brązu. Miała długie czarne włosy zaplecione w warkocz, jeden z chłopców przyniósł jej kwiatka, którego wpięła w splot, co dodawało jej tylko uroku. A zdawałoby się, że to już niemożliwe.
Sheridan nie zdążył się opanować i zarumienił się, co wywołało szyderczy śmiech u kumpli El. Ona jednak uśmiechnęła się do młodego łowcy nieśmiało i zaraz spróbowała przyjaciół uspokoić karcącym głosem. Sheridan nie wiedział już, czy wygrał to rozdanie, przegrał, czy może doczekał się remisu. Dość, że wydało się mu, jakby zużył na to krótkie spojrzenie całą energię.
Siedzieli tak jeszcze trochę, a przez ten czas Sheridan dowiedział się, że pełne imię dziewczyny brzmi Elizabeth. Od teraz starał się znowu ostrożniej tam spoglądać, ale wiedział, że powinien brnąć w grę – skoro ona myślała, że się nią zainteresował, co właściwie nie mijało się z prawdą, nadal musiał zerkać. Tylko to było cholernie trudne.
Okazja do zbliżenia się do grupy wreszcie się pojawiła. Wraz z wieczorem w karczmie pojawili się najemnicy, którzy po krótkim posiedzeniu przy kuflach piwa szybko zainteresowali się uroczymi dziewczętami.
Sheridan przestawił się na tryb walki, czekając na dogodny moment do interwencji. Nie zareagował, kiedy przyjaciele Elizabeth dostali wciry, nie zareagował, kiedy mężczyźni złapali dziewczęta. Dopiero gdy Elizabeth zaczęła się szarpać i wyzywać na trzymającego ją najemnika, skoczył.
Nie mógł zagrać czysto, ale nie mógł obnieść się z magią. Musiał skoordynować obie umiejętności, by wyglądało to na fizyczna siłę; splótł zaklęcie wraz z ciosem, którym zdołał powalić jednego z mężczyzn. Zaraz uskakiwał przed atakiem kolejnego, stopniowo uwalniając złość – zawsze walczył na jej falach, niosła go i pomagała wykaraskać się z nawet najtrudniejszych sytuacji.
Dzięki temu bez większego problemu powalił przeciwników.
– Wynocha – warknął, pozwalając sobie na zmrużenie oczu i wyszczerzenie ostrzejszych zębów, ale tak, by tylko pokonani widzieli.
To poskutkowało. Poskutkowało nawet bardziej, niż Sheridan sobie wyobrażał, bo gdy mężczyźni, przeklinając świat, wydostawali się z karczmy, ktoś dotknął jego ramienia. Spróbował opanować odruchowe reakcje i odwrócił się do stojącej za nim Elizabeth.
– Pomogłeś – szepnęła z niedowierzaniem, wpatrując się w niego ze szczerym podziwem; spojrzenie, jakim go obdarzyła, sprawiło, że serce trochę szybciej mu zabiło, co zdecydowanie było złe.
– Dlaczego nie? – odparł niedbale i uśmiechnął się zaczepnie, przesuwając spojrzeniem także po jej towarzyszach, ale zaraz skupiając się na niej.
Uśmiechnęła się. Naprawdę ślicznie.
– Dziękuję – mruknęła niepewnie.
Wiedział, że to jego triumf, ale nawet mimo tego nie powinno to tak cudownie smakować. Próbował się przed tym bronić, jednak gdy dosiadł się do nich, zaczynając wymyślać kolejną historię o swoim pochodzeniu, czuł, że z tym przegrywa.
Przegrał całkowicie, kiedy Elizabeth obiecała przyjaciołom, że zaraz do nich dołączy i żeby poszli przodem, nie czekając na nią. Chwilę szli obok siebie w milczeniu, udając, że wszystko jest w porządku.
– Zastanawiam się… – zaczęła niepewnie, zatrzymując się, ale nie patrząc na niego. – Spotkamy się jeszcze? – spytała, unosząc nieśmiało głowę z tym ślicznym uśmiechem.
Gair zawsze powtarzał, że podczas polowań tego typu trzeba być zabójczo pewnym siebie. Inaczej wszystko może się sypnąć – ty nigdy się nie wahasz, ofiara a i owszem, może się zastanawiać. Ale w takiej sytuacji najczęściej popłynie na twojej pewności siebie.
– Możliwe – przytaknął, przywołując na usta nonszalancki uśmiech.
Uniósł lekko jej brodę i pocałował ją. Krótko, jednak starając się, by było to stanowcze. Uznał, że się udało, kiedy poczuł, jak mięknie pod jego dotykiem, jak nagle staje się chętna oraz spolegliwa. Odsunięcie się kosztowało mnóstwo wysiłku, ale zdołał nad sobą zapanować. Chyba dobrze, że tak zrobił.
Spojrzał jej tylko w oczy i odszedł, zostawiając oszołomioną oraz trochę otumanioną dziewczynę samą. Prawdę mówiąc, nie zastosował tu do końca zagrywki psychologicznej. Trochę się bał, że Elizabeth za chwilę odkryje, iż nigdy wcześniej się nie całował. To mogło być nieco kłopotliwe, ale na szczęście instynkt maskował brak doświadczenia.
Czasami lubił być łowcą.
Zadbał o to, żeby się spotkali. I spotykali się regularnie przez długi okres czasu.
Z jednej strony Sheridan chciał rozegrać pierwsze polowanie bardzo dokładnie, z drugiej natomiast… sam zaczął z Elizabeth przegrywać. Z pewnym przerażeniem uzmysłowił sobie, że już to nawet nie to, że mu się podobała. Zakochiwał się w niej, a to było niedopuszczalne, tylko nie umiał sobie poradzić. Granie jej dzielnego rycerza przestawało powoli być w istocie grą, dlatego młody łowca zaczął myśleć, że trzeba to zakończyć.
Ale do łóżka poszedł z nią też nie tylko z powodu polowania.
To nie było takie proste, jak sobie z początku myślał, ale też nie aż tak trudne, jak pomyślał zaraz potem. Najgorsze okazało się samo zaczęcie, jednak gdy przestało się tak bardzo zastanawiać i roztrząsać każde posunięcie, szybko zrozumiał, na czym to polega.
Podstawą było wyczucie dziewczyny, co udało się mu sprawnie, prawdopodobnie znowu dzięki instynktowi. Nie wiedział, czy powinna wiedzieć, że jeszcze nigdy nie uprawiał seksu, ale postanowił to przemilczeć. Może wyjdzie tak dobrze, jak z pocałunkiem, po co jej mówić za dużo?
Podniosło go na duchu, gdy w dość kluczowym momencie zorientował się, że ona też nigdy wcześniej tego nie robiła. Oboje na chwilę zastygli, spoglądając na siebie ze zdumieniem, i trudno orzec, które z nich było bardziej zaskoczone oraz czym właściwie.
Szybko się otrząsnęli, pragnienie jednak okazało się za silne. Dzięki temu Sheridan wreszcie zrozumiał, dlaczego Gair uważał, że ten sposób był o wiele przyjemniejszy. Poza tym, że czystszy również, ale na to specjalnie nie zwracał uwagi.
I kiedy nadszedł moment, w którym powinien zakończyć sprawę, nie zrobił nic. Oboje doprowadzili sprawę do końca, potem na chwilę znieruchomieli na łóżku, ich przyspieszone oddechy rozbrzmiewały w cichym pokoju wyjątkowo wyraźnie.
Poczuł, jak Elizabeth się do niego przytula, dlatego uniósł się lekko na łokciu i objął ją, uśmiechając się. Całkowicie o wszystkim zapomniał, skupiając się na ciepłym, łagodnym uczuciu, które go ogarnęło, a miało już niewiele wspólnego z pożądaniem. Uczuciu, którego nie powinno w nim być.
Do tej pory nie wiedział, czy tamtej nocy naprawdę dostrzegł Gaira. Była to ledwie sekunda, kiedy w ciemnościach w pokoju ujrzał mistrza. Gdy ponownie tam popatrzył, nikogo nie dojrzał – ale to mu przypomniało o celu całego przedsięwzięcia.
Zdrętwiał na moment, co zaniepokoiło Elizabeth. Dziewczyna uniosła się na ręku i pocałowała kochanka, próbując odwrócić jego uwagę od ponurych myśli. Nawet nie spytała o nie, najwyraźniej uznawszy, że to nie jej sprawa.
Kiedy pochylał się nad nią, całując jej szyję, zostało w nim tylko jedno przekonanie – lepiej, żeby zginęła z mojej ręki, niż żeby Gair po mnie sprzątał i ją bardziej skrzywdził.
– Przepraszam – szepnął ledwie słyszalnie, zamykając oczy.
Sięgnął po jej duszę i nie poczuł żadnego oporu. Całkowicie się mu oddała, ta świadomość okazała się przeraźliwa. Na tym etapie jeszcze mógł się wycofać. Może…
Nie.
Chwilę potem osunęła się nieruchoma w jego ramionach, a on patrzył na puste ciało bez zrozumienia. Zrobił to. Zabił ją. Zabrał jej to, co miała najcenniejsze.
Poczuł okropną gulę w gardle, zacisnął zęby i pochylił głowę, walcząc z ochotą zapłakania nad dziewczyną. Dziewczyną, którą naprawdę pokochał, ale ze strachu jednak ją zabił. Zastanowił się, czy to było słabe.
Doskonale, Sher.
Wzdrygnął się, mając wrażenie, jakby Gair powiedział te słowa, stojąc tuż przy nim. Dziwnie osłabiony oraz boleśnie pusty w środku podniósł się, odnalazł ubrania i wyszedł. Miał nadzieję, że coś takiego już nigdy się nie powtórzy.
Na korytarzu natrafił na opiekuna, który stał pod ścianą ze skrzyżowanymi rękoma. Na widok ucznia uśmiechnął się kpiąco, miażdżąc go spojrzeniem.
– Gratuluję, Sher. Zdałeś – oznajmił, przymrużył, po czym odwrócił się i odszedł.
Zostawił rozbitego młodego łowcę z lodowatą pustką w piersi, pewien, że ten już nigdy nie popełni drugi raz tego samego błędu.
Ten młody łowca też długi czas był tego pewien.

3 komentarze:

  1. Katarzyno, zostałaś nominowana do Liebster Award przez Dybuka z Drżących Wysp.

    OdpowiedzUsuń